-
You picked a dance with the devil and you lucked out.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Przez moment stała jeszcze przy krawężniku, poprawiając pasek małej torebki na ramieniu. Alkohol krążył gdzieś płytko pod skórą — nie na tyle, żeby ją rozmyć, ale wystarczająco, żeby rozluźnić coś, co zwykle trzymała w ryzach. Jej ruchy były trochę mniej policzone, spojrzenie mniej ostre.
Sukienka, którą miała na sobie, zdecydowanie nie była „robocza”. Ciemna, dopasowana, odsłaniająca więcej, niż zwykle sobie pozwalała. Materiał miękko układał się na jej ciele, podkreślając linię bioder i talii, a rozcięcie na udzie odsłaniało fragment skóry przy każdym kroku. Włosy miała rozpuszczone — lekko pofalowane, jakby niedbale, choć w jej przypadku nawet niedbałość była kontrolowana.
Dokumenty ścisnęła pod pachą trochę mocniej, jakby potrzebowała fizycznego punktu zaczepienia i ruszyła do środka.
Korytarze kancelarii były prawie puste. Echo jej obcasów odbijało się od ścian, rytmiczne, spokojne — niemal jak odliczanie. Znała drogę. Była tu wcześniej, wystarczająco razy, żeby nie musieć się zastanawiać.
Drzwi do jego gabinetu były otwarte - zapukała krótko i bez zbędnego wahania weszła do środka.
— Przyniosłam jak prosiłeś — rzuciła zamiast powitania, wchodząc do środka.
Jej spojrzenie od razu go znalazło. Za biurkiem. W tym samym miejscu, które pamiętała.
Na ułamek sekundy zatrzymała się i przyglądała jego sylwetce, jakby chciała coś zweryfikować.
Zrobiła kilka kroków w jego stronę. Alkohol po kolacji na której była ją rozluźnił. Podeszła więc do jego biurka bez pośpiechu. Obcasy miękko uderzały o podłogę, a materiał sukienki poruszał się przy każdym kroku.
Zatrzymała się przy biurku i położyła dokumenty na jego blacie, przesuwając je w jego stronę.
— Wszystko, co przyszło wczoraj, a o czym pisałam ci w smsie — dodała ciszej.
Palce przez moment pozostały na papierach, jakby nie do końca chciała je od razu puścić. Potem jednak cofnęła dłoń… tylko po to, żeby zamiast się odsunąć, obejść biurko.
Przeszła powoli za jego fotel, rozluźniona alkoholem i przez krótką chwilę nic nie zrobiła — tylko stała, patrząc na niego z góry, z tej niewielkiej odległości. Wciągnęła powoli powietrze, jakby sprawdzała, czy to nadal działa tak samo.
Potem uniosła dłonie i oparła je lekko na jego barkach.
Dotyk był pewny, ale nie ciężki. Jej palce przesunęły się minimalnie, jakby odnajdywały znajome miejsce. Skóra pod materiałem jego koszuli była ciepła — to wystarczyło, żeby coś w niej drgnęło. Był przystojnym facetem i zdecydowanie ją podniecał, a ona była po alkoholu. Rozluźniona i stęskniona ich bliskości, bo dystans Harolda był wyczuwalny nawet dla jej mózgu nie potrafiącego w odczytywanie subtelnych sygnałów.
Pochyliła się, a jej włosy opadły miękko na jego ramię. Musnęła ustami jego skórę gdzieś na granicy szyi i żuchwy, tuż pod uchem. Liczyła na to, że posadzi ją na tym biurku i nie będą gadać o papierach.
Harold Carnegie
-
trochę czaruś, trochę gbur, ale w przeważającej części adwokat skoncentrowany na tym, by w szyldzie kancelarii znalazło się w końcu jego nazwisko
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
To jednak nie miało się ziścić. Awans, który należał się jemu, został zaproponowany komuś innemu, a Harold, delikatnie mówiąc, poczuł się o s z u k a n y.
Urażona duma nie była jednak jedynym, co pchnęło go do wykonania kolejnego kroku. Ta decyzja wymagała wielu rozmów, wielu momentów zawahania, a później także czasu i przygotowań, aby ostatecznie dobrnąć do miejsca, w którym znajdował się teraz - z własnym gabinetem, nazwiskiem na szyldzie kancelarii oraz sporą liczbą klientów, która razem z nim przeszła tu z poprzedniego miejsca. Najwyraźniej wcale nie potrzebował cudzego nazwiska, aby ktoś inny mógł sobie go cenić.
Eve była jedną z tych osób, która przeszła tu razem z nim. A choć łączyły ich kwestie zawodowe, ich relacja wykraczała nieco poza te ramy. Stanowiła formę przyjemnego rozproszenia, które jednak również mogło wymknąć się spod kontroli. Tak stało się zresztą ostatnio, kiedy pomiędzy ich dwójkę wkroczył ich syn, z czym Harold czuł się nieco zmieszany.
Z tego samego nie dzwonił, ani zbyt prędko nie szukał z nią kontaktu. Potrzebował trochę więcej czasu, a także świadomości tego, że swoim postępowaniem narzucał im dystans, którego powinni trzymać się od samego początku. Gdy jego telefon nie odzywał się za sprawą Fitzgerald, doszedł do wniosku, że rozumieli to oboje. Dopiero dziś, kiedy na horyzoncie zamajaczyła inna, niezwiązana z ich bliskością sprawa, mieli okazję ponownie się umówić.
Kiedy usłyszał pukanie do drzwi, podniósł spojrzenie znad dokumentów, nad którymi właśnie ślęczał. Mógł robić to we własnym mieszkaniu, ale odkąd tutaj był u s i e b i e, a oficjalnie kancelaria i tak była już po godzinach pracy, mógł robić to z czystym sumieniem przy alkoholu, co zresztą właśnie uskuteczniał, dlatego miejsce na jego biurku zajmowała również szklanka z brunatnym płynem.
— Wybrałaś perfekcyjną porę — skomentował, choć nie spojrzał na zegarek. Prawdę powiedziawszy to, która była godzina, nie miało dla niego większego znaczenia. Dało się to zresztą wyczytać z zaczepnego wyrazu twarzy, który stał się jeszcze wyraźniejszy, kiedy Eve znalazła się tak blisko. Jej dotyk był dla niego jasnym sygnałem, że nie miała ochoty rozmawiać o pracy.
Zamknął teczkę, którą do tej pory przeglądał, a jedna z jego dłoni spoczęła luźno na jej udzie. — Wybierasz się gdzieś? — zapytał, jednak na chwilę obecną nie zrobił nic więcej. Zamierzał jeszcze przez chwilę delektować się tym, jak jej usta muskały skórę jego szyi, za sprawą czego na moment przymknął powieki. Myślami nie uciekał już w stronę tego, co było niewłaściwe, a przecież dopiero co miał względem tej relacji tyle zastrzeżeń.
Eve Fitzgerald
-
You picked a dance with the devil and you lucked out.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Spojrzała na niego z tej krótkiej odległości. Oczy miała lekko rozjarzone przez alkohol, zmęczenie i odrobinę podniecenia.
- Byłam - odpowiedziała. - Wróciłam.
Kąciki jej ust drgnęły minimalnie. Nie był to uśmiech pełny, raczej zapowiedź łobuzerstwa, które chodziło jej właśnie po głowie razem z kosmatymi myślami.
Przesunęła dłonie z jego barków wyżej, palce wsunęły się lekko we włosy na karku.
- Znajomy z branży otworzył restauracje - dodała, jakby to tłumaczyło wszystko. Głos miała niższy niż zwykle, spokojny. - Nuda, ale jedzenie i wino dobre. Konkurencja zbadana.
Nie zamierzała rozwijać tematu. Nie dlatego, że było coś do ukrycia, po prostu tamten moment wieczoru już się skończył i zupełnie przestał ją interesować, odkąd weszła przez te drzwi. Harold i jego ciepła dłoń na jej udzie byli zdecydowanie bardziej zajmującym tematem.
Pochyliła się nieznacznie bliżej, aż poczuła jego oddech przy swojej twarzy.
- Ty z kolei - zaczęła cicho, a wzrok przesunął jej się na chwilę na szklankę przy krawędzi biurka - piłeś sam. - Nie brzmiało to jak zarzut. Raczej jak obserwacja, którą robiła z pewną satysfakcją, bo wyrównywało to między nimi rachunki.
Przez sekundę, może dwie, po prostu na niego patrzyła. Gdzieś z tyłu głowy przemknęło jej coś nieuchwytnego. Ten dystans ostatnich dni, który wyczuła, chociaż nigdy nie miała pewności, czy naprawdę istniał, czy tylko go sobie dopowiadała. Nigdy nie potrafiła odpowiednio odczytywać sygnałów. Nie chciała o tym teraz rozmawiać ani myśleć.
Zamiast tego musnęła kciukiem linię jego żuchwy i pochyliła się do jego ucha.
- Dokumenty możesz przejrzeć jutro - powiedziała. - Teraz wolę, żebyśmy sprawdzili wytrzymałość tego biurka.
Nie czekała na zaproszenie.
Obeszła fotel powoli, z tą samą rozluźnioną pewnością siebie, którą miała od momentu przekroczenia progu jego gabinetu i zanim Harold zdążył cokolwiek powiedzieć, usiadła mu na kolanach. Materiał sukienki przesunął się przy tym wyżej, odsłaniając więcej niż zamierzała, choć właściwie nie miała nic przeciwko.
Ułożyła się wygodnie, twarzą do niego.
Uniosła dłonie i oparła je płasko na jego klatce piersiowej. Czuła ciepło przez materiał koszuli, równy rytm oddechu pod palcami.
Zaczęła powoli. Dłonie przesuwały się bez pośpiechu wzdłuż linii guzików, potem na boki, obejmując żebra, wracając wyżej. Nie spieszyła się. Alkohol zdjął z niej tę warstwę precyzji, którą zwykle nakładała na wszystko, i zostało tylko dotyk, ciepło, jego obecność tuż pod jej dłońmi.
Pochyliła się i pocałowała go.
Harold Carnegie