ODPOWIEDZ
55 y/o
For good luck!
168 cm
Dyrektor szpitala | Zastępca burmistrza Mount Sinai Hospital, Toronto City Hall
Awatar użytkownika
„Granice istnieją tylko do momentu, w którym ktoś decyduje się je przesunąć.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn, jego
typ narracji1 osoba
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

005. Z rodziną najlepiej na zdjęciu | Outfit
Stałam przed lustrem w garderobie już od jakiś dobrych dziesięciu minut i poprawiałam suknię, którą miałam ubraną. Akurat dzisiaj wszystko musiało wyglądać perfekcyjnie. Co prawda nie zależało mi na opinii gości. Ich zachwyt zawsze był przewidywalny i w gruncie rzeczy mało istotny. Największe znaczenie miało dla mnie to, aby moje dzieci widziały dziś matkę taką, jaką powinny zapamiętać, czyli kobietę silną i elegancką w każdym aspekcie.
Przygotowania do przyjęcia rozpoczęłam już kilka tygodni temu. Specjalnie na tę okazję wynajęłam rezydencję. Wszyscy doskonale wiedzieli, że nie była to wyłącznie impreza urodzinowa, tylko starannie wyreżyserowane rodzinne spotkanie, na którym podkreślane były wpływy i kariera poszczególnych członków.
Zapięłam kolczyki i odsunęłam włosy na jedno ramię. W wynajętej przeze mnie rezydencji panowała cisza, która była przerywana jedynie dźwięki dochodzącymi z dolnych pięter. Obsługa pracowała sprawnie, tak jaj nakazałam. Nie tolerowałam chaosu, a szczególnie w dniu, który miał należeć do moich gwiazdeczek. Następnie sięgnęłam po perfumy, których zapach był subtelny, ale stanowczy. Nie cierpiałam przesady, ponieważ wszystko miało jedynie podkreślać obecność, a nie ją zastępować. Właśnie tego nauczyłam się przez całe moje życie.
Światła na dole sali pięknie odbijały się na marmurowych podłogach, a jeszcze bardziej podobały mi się błyski na kryształowych dekoracjach. Cała sala przypomniała dopracowany efekt mojej własnej wizji. Kelnerzy płynnie poruszali się między stołami, a orkiestra w międzyczasie stroiła instrumenty. Czułam satysfkację, ponieważ wszystko było dokładnie tak, jak powinno.
Zatrzymałam się na krótką chwilę przy wejściu do głównej sali. Słyszałam już głosy gości, a dokładniej cichy śmiech i dźwięk kieliszków. Przymknęłam na sekundę oczy w celu uporządkowania myśli. Następnie uniosłam lekko podbródek i weszłam do środka powolnym, ale pewnym siebie krokiem. I dokładnie wtedy cała uwaga skupiła się na mnie.

Audrey LeBlanc Shereen Winfield Eric Stones Grace LeBlanc Reeve LeBlanc
Monsieur Morrible
Nie lubię nadmiernego poganiania o posty :)
24 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
170 cm
właścicielka sali bankietowej Guild Inn Estate
Awatar użytkownika
With or without you
I'm torn between a deeper desire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

11
z rodziną najlepiej na zdjęciu



Urodziny.
Szczerze lubiła urodziny. Ten dzień kojarzył jej się przede wszystkim z dobrą zabawą, smacznym obiadem, tortem, bliskimi i prezentami. Gdy była młodsza, wszystkie jej urodziny wyglądały bardzo podobnie, choć zmieniało się miejsce, godzina i osoby — wszyscy jej przyjaciele i członkowie rodziny dorastali, więc z roku na rok zmieniały się priorytety. Raz obchodziła urodziny sama, innym razem z Audrey i zdarzyło się również przyjęcie zorganizowane z Erikiem i jego rodzicami — niedawno nawet o tym rozmawiali. Albo raczej pisali. Tym razem wraz z Audrey pomyślały o zorganizowaniu imprezy urodzinowej. Pomysł wyszedł w sumie od kuzynki, a Shereen na niego chętnie przystała. Zdążyły omówić wstępne plany, które nieco zostały zmienione — na ten sam weekend ciocia Cordelia zaplanowała rodzinny obiad. Dość długo przygotowywała się do tego wydarzenia, więc nie wypadało odmówić przyjścia na własną imprezę; tym bardziej, że kochała ciocię i wiedziała, że włożyła mnóstwo pracy w zorganizowanie całego wydarzenia. Winfield wpadła na świetny pomysł; po obiedzie i rozejściu się ważnych gości, rzuciła pomysłem na after. Chciała spędzić czas z Grace, Audrey, Erikiem i znajomymi — paląc papierosy, pijąc kolorowe drinki i po prostu się bawiąc. Bez ram i filtrów, bo wypadało się zachowywać.
Rodzice Shereen, ze względu na planowany wyjazd do Paryża, poinformowali, że niestety nie wezmą udziału w tym wydarzeniu. Szkoda. Bo chciała spędzić czas ze swoim tatą, za mamą tęskniła dużo mniej. Drugim, niemałym problemem Shereen był wybór sukienki. Miała kilka pomysłów, ale żaden z nich nie był na tyle dobry, by nazwała go właściwym. Między innymi dlatego poprosiła Erica, żeby do niej przyjechał; chciała, żeby pomógł wybrać jej sukienkę. Zapewne odrzucili ze dwie propozycje, może nawet trzy. Ostateczny wybór padł na jasną sukienkę w kolorze pudrowego różu. Winfield była nieco zestresowana tym przyjęciem. Praktycznie przez pół drogi mówiła niewiele, co w jej przypadku było... Nietypowe. Z reguły miała dużo do opowiedzenia, zwłaszcza Ericowi. Teraz, gdy jechali do wypożyczonej na weekend rezydencji, nabierała nieco więcej życia, gdy w głośnikach dudniły znane jej piosenki. Poza tym próbowała nie gapić się za długo na łańcuszek przyczepiony do spodni Erica.
Po zaparkowaniu samochodu złapała głębszy wdech.
— Jesteś pewien, że chcesz tam iść? — zapytała z pobłażliwym uśmiechem, gdy wymijając samochód, wpadła na Erica, przygładzając palcami lekko odstający materiał na jego ramionach. Prawdopodobnie nikt nie zwróciłby na to uwagi, ale Winfield po pierwsze: być może szukała uwagi, po drugie: lubiła, gdy wszystko wyglądało idealnie zwłaszcza wtedy, gdy w grę wchodziło spotkanie rodzinne. Normalnie byłoby jej wszystko jedno, a nawet powiedziałaby, że wolała tę wersję ubrań mniej idealną, ale teraz sytuacja była nieco inna. Zerknęła w stronę rezydencji, z której wnętrza dochodziły już dźwięki muzyki klasycznej. — Bo ja wolałabym zostać z tobą w samochodzie. Nie wiem, kogo zaprosiła ciocia, to może być też dalsza rodzina... Z którą utrzymujemy kontakt głównie wtedy, gdy są jakieś większe spotkania. Czyli to dzisiejsze — wyjaśniła, opierając czoło o jego klatkę piersiową. Gdyby wewnątrz byli tylko Winfieldowie i LeBlanc, stresowałaby się dużo mniej. Tymczasem nie bardzo wiedziała, kto będzie. Zanim wyciągnęła dłoń w stronę Erica i zerknęła jednoznacznie w kierunku budynku, sięgnęła jeszcze prezent dla Audrey. W końcu to były wspólne urodziny. Po przekroczeniu progu rezydencji przywitał ich zapach intensywnego jedzenia — jednej ze słabości Shereen. Wystarczył zapach i poczuła się głodna. Z początku należało znaleźć Audrey, ale nie wyczaiła jej z początku. Zamiast niej, dostrzegła Cordelię schodzącą po schodach — jak zwykle uderzająco elegancką i zwracającą na siebie uwagę. Winfield zacisnęła mocniej palce na dłoni Erica, chcąc zwrócić jego uwagę na ciotkę. — Dobrze, że nie muszę cię przedstawiać — zerknęła na niego z delikatnym rozbawieniem, witając Cordelię krótkim, powitalnym skinieniem. I tak musieli do niej podejść. Shereen musiała podziękować za zorganizowanie przyjęcia. Tak jak myślała, ciocia włożyła w nie naprawdę dużo serca.


Eric Stones Reeve LeBlanc Audrey LeBlanc Grace LeBlanc Cordelia LeBlanc
Blueberry/Kasia
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
25 y/o
ZAANGAŻOWANA FOCZKA
178 cm
it AG
Awatar użytkownika
PC freezes? Oh well... turn it off and turn it on
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-ecio osobowa
czas narracji-
postać
autor

#jeszcze_świeższe_niż_poprzednie

Eric bardzo się ucieszył z zaproszenia na urodzinowe przyjęcie - choć pierwotnie nastawiał się na imprezę z głośną muzyką, mnóstwem alkoholu i tańcami do białego rana, lecz plany nagle uległy zmianie. Impreza zmieniła się w obiad, a on pamięcią zaczął wracać do tych wszystkich rodzinnych obiadów - choć taki prawdziwy rodzinny obiad to zdarzył się chyba.. ze dwa lub trzy razy; sam Eric był w szoku, że udało się do Toronto ściągnąć krewnych zarówno z Litwy, jak i z Korei (oczywiście dziadkowie spali u Stonesów, a reszta jakoś sobie hotele poogarniała). I jak tak dłużej dumał to dotarło do niego, że w sumie już dawno nie odwiedził ani jednej, ani drugiej strony rodziny co należało zmienić. Nie był pewien, czy uda mu się w tym roku, ale no... wypadało.
Nim się obejrzał, nastała sobota, a on pomagał Sher w wyborze kreacji, siedząc u niej w mieszkaniu na łóżku. Uważał, że poszło naprawdę całkiem sprawnie, bo mieli wystarczająco czasu, by dojechać do miejsca docelowego - poza tym Eric przybył do Sher PUNKTUALNIE. Nie spóźnił się ani o minutę, a nawet był o tę jedną minutę wcześniej, tj. o 12:59.
Widział, że Sher się denerwowała i dlatego włączył playlistę, na której znajdowały się jej ulubione piosenki - on oczywiście też odczuwał stresik, ale miał nadzieję, że mimo wszystko nie będzie AŻ TAK ŹLE. Miał nadzieję, że nie usłyszy głupich pytań, choć wiadomo, co mówią o nadziei…
Gdy dojechali, Eric nabrał powietrza do płuc, a następnie je wypuścił, bo musiał przyznać, że rezydencja robiła całkiem niezłe wrażenie.
Uśmiechnął się, gdy Sher poprawiła jego górne odzienie, na wysokości ramion.
- Jeżeli to Ci trochę pomoże, to uwierz, że mam obawy, ale wiem, że będziesz obok i to mnie też uspokaja jednocześnie. Także razem tam wejdziemy i razem wyjdziemy. Będzie dobrze. - powiedział, głaskając policzek Sher, który musnął ustami, chcąc jej nieco dodać otuchy i dać znać, że skoro już tu przyjechali, to głupio byłoby wykonać tył zwrot. Szczególnie że goście czekali na Shereen.
- W samochodzie na pewno jeszcze nieraz posiedzimy. - zadeklarował, bo przypuszczał, że tak właśnie będzie.
- Poza tym, jak faktycznie będzie aż tak drętwo, to zgarniemy Twoje kuzynostwo i pojedziemy gdzieś indziej. - zaproponował, uważając swój pomysł za całkiem dobrą alternatywę.
On oczywiście do prezentu dorzucił wino, które kupił kilka dni wcześniej, oraz bombonierkę - Sher dostała swój prezent w dniu swoich urodzin, a były to między innymi kwiaty (słoneczniki), bilety do spa, bielizna oraz zaproszenie na kolację do jednej z jej ulubionych restauracji - Eric sam to zaproszenie stworzył w Canvie.
Przekraczając próg sali, Eric ścisnął mocniej dłoń Sher. Oczywiście nie umknęła jego uwadze ciocia Cordelia we własnej osobie -dobrze, że w tamtej chwili Sher uścisnęła mocniej jego dłoń, bo inaczej pewnie podziwiałby to, co było wyłożone na stołach. Kobieta reprezentowała elegancję na prawie najwyższym poziomie - dla niego najwyżej byłą Sher.
- Dzień dobry. - rzucił na przywitanie, skinąwszy głową.
- Widzisz. Jedna rzecz z listy odhaczona. Opłacało się robić wspólnie urodziny. - stwierdził, parskając po krótkiej chwili śmiechem.
- Kiedy będzie można zacząć jeść? - spytał nagle, bo to wszystko zbyt ładnie pachniało, a on... chyba powoli robił się głodny.

Cordelia LeBlanc Shereen Winfield Audrey LeBlanc Grace LeBlanc Reeve LeBlanc
28 y/o
For good luck!
178 cm
Rezydentka Chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

#5 - Ubiór

Grace przygotowała się do tych urodzin od momentu w którym dostala wiadomość od Shereen aby się na nich zjawić, wiedziała, że każdy szczegół tego wydarzenia musi być przez nia szczegółowo przemyślany, z tego względu, że na tej imprezie również mieli pojawić się ludzie ze szpitala, jej koledzy z pracy, dlatego też udała się do jednego z projektantów, który pomógł jej wybrać odpowiednią kreację, trochę jej to zajęło, a że jest wybredna to cóż nic na to nie poradzi. Później nadszedł oczywiście makijaż, tutaj na szczęście miała swoją stałą wizażystkę, więc nie miała się czego obawiać, tak samo było również z fryzjerem. Natomiast największy problem wiedziala, że będzie miała problem z wyborem prezentu, ponieważ chciałaby aby były one w stuprocentach trafione, chociaż wie, że to nie jest do końca możliwe, bo każdy ma zupełnie inny gust. Postanowiła więc, że postawi na coś bardzo klasycznego co z pewnością spodoba się Audrey jak i Shereen. Czyli biżuteria Swarowskiego, a mianowicie kąplet, czyli naszyjnik, bransloletki oraz kolczyki, oczywiście każde z nich jest wykonane na zamówienie, więc dla każdej jest coś co najbardziej kochając, co będzie im przypominać również o Grace jakoże znajdują się tam również ich inicjały.
Kiedy nadszedł dzień imprezy ona poszła tylko na umówione godziny i w przeciągu dwóch godzin była dosłownie gotowa. Wzięła z domu prezenty, po czym wsiadła do samochodu, gdzie prosto na imprezę zawiózł ją wynajęty kierowca. Po tym jak podjechali na miejsce, wysiadła z samochodu, unosząc przy tym sukienkę nieco do góry poszła wprosto do rezydencji, w której miała zacząć się impreza. Skierowała się wprost do sali bankietowej, biorąc przy tym kieliszek szampana od jednego z kelenrów. Widząc Shereen z Ericiem skierowała się wprost do nich wręczając jej jeden z prezentów.
- Więc, wszystkiego najlepszego kochana, wiesz, że tobie spełni się wszystko o czym marzysz, afirmacja kochana - Zaśmiała się po czym ucałowała ją. Spojrzała na Erica z uśmiechem mówiąc do niego.
- Witam przystojniaku. - Zaśmiała się, po czym dodała.
- Zacną masz partnerkę. - Uśmiechnęła się, czasami do tej pory było dziwnie go widzieć z kimś innym, zwłaszcza, że coś ich łączyło. Nagle zauważyła swoją matkę, więc spojrzała w jej stronę upijając łyk szampana, uśmiechnęła się lekko w jej stronę. Po czym rozejrzała się szukając siostry.


Cordelia LeBlanc Audrey LeBlanc Shereen Winfield Eric Stones Reeve LeBlanc
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
22 y/o
For good luck!
173 cm
studiuje medycynę potajemnie inwestując na giełdach
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#4 outfit

Dźwięk rozmów dudniących za drzwiami wejściowymi sprawiał, że Reeve miał ochotę obrócić się na pięcie, wsiąść do samochodu i odjechać z piskiem opon. Zamiast tego stał na wycieraczce i szarpał się z mankietami pieprzonej koszuli. Nienawidził garniturów. Czarna marynarka opinała mu ramiona, sprawiając, że czuł się jak w klatce, a sztywny kołnierzyk dosłownie go dusił. Jeszcze niedawno wszystko było idealnie. Wesołe miasteczko, zapach popcornu i waty cukrowej. Śmiali się jak totalni idioci, kiedy prawie zwymiotował po trzeciej rundzie na rollercoasterze, a potem próbował ustrzelić gigantycznego, pluszowego misia w jednej z tych oszukanych budek. Tam byli sobą. Bez masek, bez spiny, bez tego cholernego, rodzinnego ciężaru. Byli po prostu rodzeństwem, które miało gdzieś cały świat.
A teraz stał tutaj, przed wejściem do jaskini lwa i czuł, jak żołądek zawiązuje mu się w supeł.
Miał w ogóle nie przychodzić. Taki był plan. Zwłaszcza po tym, co wydarzyło się ostatnim razem. Na samą myśl o matce krew zaczynała mu buzować w żyłach, a policzek znowu piekł żywym ogniem. Wciąż pamiętał ten dźwięk. Soczyste, wymierzone z pełną premedytacją uderzenie w twarz. Poniżyła go, żeby pokazać swoją wyższość.
Reeve nienawidził udawania. Tego cyrku, który miał się zaraz zacząć – sztucznych uśmieszków, całusków w policzek, pytań o pracę, szkołę i życie, zadawanych tylko po to, żeby zaraz obgadać cię za plecami. Wymienianie uprzejmości „bo tak wypada” uważał za najgorszy rodzaj tandety.
Oparł czoło o chłodną framugę drzwi i zaklął pod nosem.
Gdyby chodziło o kogokolwiek innego, już dawno siedziałby w jakimś podrzędnym barze na drugim końcu miasta z Nicholasem. Ale w środku były Audrey i Grace. Wizja tego, jak matka bierze na celownik zwłaszcza Grace, która nie potrafiła się bronić, sprawiała, że zaciskał pięści tak mocno, aż bielały mu kłykcie. Ta kobieta żywiła się cudzym kosztem, a starsza siostra była dla niej idealną ofiarą do wbijania szpilek i rzucania tych swoich niby-przypadkowych, toksycznych docinków.
No i masz, kurwa, rycerz na białym koniu – pomyślał z potężną dawką ironii, patrząc na swoje odbicie w szybie. Młodszy brat, ubrany w czerń, który ma robić za żywą tarczę dla dwóch starszych sióstr. To był jakiś kiepski żart losu, ale wiedział, że jeśli on tam nie wejdzie, one zostaną same. Nacisnął klamkę i pchnął drzwi.
W środku uderzyło w niego ciepło, zapach drogich perfum i gwar kilkunastu rozmawiających naraz osób. Wbił ręce głęboko w kieszenie garniturowych spodni, lekko zgarbił ramiona, żeby nie wyglądać, jakby stał na baczność i ruszył przed siebie. Nie zamierzał siadać przy od razu przy stole. Natychmiast wyłowił z tłumu kilka znajomych twarzy. Jego kuzynka Shereen stała niedaleko, a obok niej kręcił się jakiś typ. Jak mu tam było? Eric? Chyba Eric, a potem spojrzał na Grace. Nie mógł się nie uśmiechnąć na widok wybranej przez siostrę kreacji. Zapowiadał się zatem ciekawy wieczór. Podszedł do nich z uśmiechem przyklejonym do twarzy.
Shereen, masz. Żeby nie było, że zapomniałem. Wszystkiego najlepszego – powiedział wesoło, wyciągając w jej stronę zapakowaną paczkę. – Eric, prawda? – upewnił się, zerkając na niego, wyciągając rękę do chłopaka. Nie chciał czekać na oficjalne, drętwe prezentacje. Jego uścisk dłoni był krótki, mocny i konkretny. – Powodzenia stary. Przyda ci się w tym domu wariatów. Grace, odważna kiecka. Podoba mi się - skomentował, puszczajac jej oczko. Matka na pewno już ją widziała i na pewno nie będzie zadowolona z tak skandalicznej kreacji. - Audrey, jeszcze nie ma? - zdziwił się nieco jej nieobecnością, miał nadzieję, że przyjdzie, w końcu to także były jej urodziny.

Cordelia LeBlanc Shereen Winfield Eric Stones Grace LeBlanc Audrey LeBlanc
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”