-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Na emocje rozsadzające jego klatkę piersiową, wypierając niepewność i ponure przekonanie o nadciągającym końcu. Na fatalistyczne myśli uparcie poszukujące rozwiązania, które mogłoby dać im to, co zdążył jej już obiecać, przekształcając je w prawdziwą wiarę we własne kłamstwa. Przy niej to wszystko stawało się prawdziwe, realne, było na wyciągnięcie ręki. Rzeczywistość również stawała się piękna, tak jak malująca się przed nimi przyszłość, w którą zaczynał wierzyć.
Wierzył, że niedługo zmieni się wszystko.
Po raz pierwszy od bardzo dawna mieli przestać żyć pomiędzy jednym kryzysem a kolejnym. Przestać odkładać własne życie na później. Nie dbać o powiadomienia przychodzące na jego telefon, uciec przed widmem groźby wiecznie zawieszonym nad ich głowami. Mogli po prostu ż y ć, w ten sposób, którego namiastkę kradli od losu w przeciągu ostatnich tygodni.
Miała liczyć się tylko ona, gorące morze, miejsce w hotelu na odludziu, w którym nikt nie mógł ich rozpoznać.
Jak tak piękna wizja mogła być fałszywa?
Miłość była równie piękną zasłoną rzeczywistości jak odnajdujące swoje ujście pożądanie. Jak gorąco jej ciała zetknięte z jego, oddech uciekający z płuc synchronicznie. Jak jej splątane włosy, rozrzucone po kolorowym materiale pościeli, atłasowa skóra gdy jego twarz zniknęła w kobiecej szyi.
Nie odpowiedział od razu. Leżał przez chwilę nieruchomo, z ramieniem przewieszonym przez jej talię, wsłuchując się w odgłosy własnego oddechu stopniowo wracającego do normalnego rytmu. Gdzieś pod nimi wciąż trwało przyjęcie. Słyszał przytłumione głosy, śmiech, przesuwane krzesła i czyjeś nawoływanie dochodzące z ogrodu. Wszystko to wydawało się jednak absurdalnie odległe, jakby znajdowało się kilka ulic dalej, a nie jedno piętro pod nimi.
Jego spojrzenie zatrzymało się na niej, gdy wspięła się bliżej. Nie potrafił powstrzymać lekkiego uśmiechu, który wpełzł na jego usta. Była niemożliwa. Jeszcze chwilę temu ledwo odzyskiwali oddech, a ona już wyglądała, jakby planowała kolejne kłopoty.
- Większość osób dostaje na urodziny kartkę i bon do sklepu - wytknął jej, muskając nosem jej. - Twoje wymagania pokazują, jaka jesteś rozpuszczona.
Jego wzrok podążył za kobiecym spojrzeniem, powoli, ociężale rejestrując to, co właśnie sugerowała. Pokręcił głową z rozbawieniem, ale nie było w tym ani grama sprzeciwu. Wręcz przeciwnie. Wizja zniknięcia stąd na resztę nocy wydawała mu się cholernie atrakcyjna. Zabrania jej gdziekolwiek, byle dalej od telefonów, od niedzieli wiszącej nad nimi jak wyrok i od wszystkich decyzji, które czekały tuż za rogiem, domagając się ich podjęcia.
- Wiesz, że normalni ludzie po urodzinowym obiedzie jedzą tort i rozmawiają z rodziną? - odrzucił rzeczowo, bawiąc się kosmykiem jej włosów, który akurat napatoczył się na jego dłoń. - A ty przypadkiem nie bałaś się wysokości? - kontynuował, drążąc nieubłaganie, choć w jego oczach błyszczały ogniki. - Czy to była zwykła wymówka, żebym to ja musiał wspinać się na tamtym balkonie?
Obrócił się w jej stronę, wspierając głowę na zgiętej w łokciu ręce. Chwycił jej udo, zarzucając je na siebie, jego dłoń odruchowo znalazła się na kobiecym pośladku, zaciskając na nim palce zaczepnie.
- To okropny pomysł - skwitował wreszcie, zamykając swoje długie wyliczenia powodów na nie. - Dlatego istnieje ryzyko, że się zgodzę.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Z a w s z e to ona patrzyła na świat przez różowe okulary. Na każde jego ale odpowiadała zaprzeczeniem. Przodowała w wyszukiwaniu kontrargumentów, gdy piętrzył kolejne wymówki. Najpierw po to, by się do niej nie zbliżyć, później, by skutecznie odepchnąć ją od siebie. Nigdy nie potrafił powiedzieć jej wprost nie, ale wykazywał się niezwykłą kreatywnością w próbach zniechęcenia jej do swojej osoby. Tymczasem ona odpowiadała jeszcze większą pomysłowością. Na jego jedno a miała przygotowane własne b, c i d.
Dzisiaj jednak wydawało jej się, że to ona wyczuwała większy niepokój.
Zapomniała o tym pulsującym gdzieś głęboko uczuciu wyłącznie na krótką chwilę - wtedy, gdy zamknęli się we własnej bliskości, odnajdując ukojenie w sobie nawzajem. Gdy jednak rzeczywistość zaczęła powoli wracać na swoje miejsce, wróciło również ono. To natrętne, niewygodne przeczucie.
Uczucie, które po raz pierwszy próbowało uświadomić jej, że to się nie uda. Że nie mieli ż a d n e j drogi ucieczki; że dokądkolwiek się udadzą i cokolwiek zrobią, Sergio Carbone im nie odpuści. Trzymał Maddena w garści na tyle mocno, by doskonale wiedzieć, iż wypuszczenie go wolno byłoby najbardziej nierozsądną decyzją jaką mógł podjąć.
Choć rozpaczliwie chciała wierzyć w coś przeciwnego, zbliżająca się niedziela - dzień zaznaczony w kalendarzu na czerwono, dzień, który miał oznaczać ich ostateczne rozstanie z Ventrescą, budziła w niej strach.
Starała się jednak niczego po sobie nie pokazywać. Ukrywała wątpliwości za uśmiechem, za pocałunkami rozsypywanymi po jego twarzy. Chowała je w bliskości, w nieustannej potrzebie dotyku, w dłoniach stale odnajdujących jego skórę. Za żartami i rozmarzonym spojrzeniem, które pojawiało się zawsze wtedy, gdy jego obecność skutecznie odciągała jej myśli od wszystkiego innego. - Nie jestem - przesunęła własną dłoń na jego, zmuszając go, by zacisnął palce wyraźnie mocniej. Odkrywała w sobie coraz większą słabość do przejmowania inicjatywy, do otwartego pokazywania mu, czego chciała i co sprawiało jej przyjemność nawet w tak prostych, pozornie nieistotnych gestach.
- To pierwszy prezent jaki dałeś mi kiedykolwiek. Naprawdę uważasz, że sprawiedliwym jest nazywanie mnie rozpuszczoną? - uniosła brew, pochylając się ponownie, by złapać jego dolną wargę pomiędzy swoje. Na krótką chwilę zatrzymała się przy nim, pozwalając pocałunkowi przeciągnąć się odrobinę dłużej po czym nagle się odsunęła.
Wstała z łóżka, zgarniając z podłogi sukienkę i narzucając ją na siebie z minimalnym zainteresowaniem dla tego czy wyglądała teraz choć odrobinę schludnie. Podchodząc do okna, uchyliła je szerzej. - Jeśli wyskoczysz i wyciągniesz ręce do góry, prawdopodobnie złapiesz mnie za tyłek - w komodzie znajdującej się tuż obok, otworzyła szufladę, potem drugą, tę znacznie lepiej ukrytą i wyciągnęła niewielkie pudełko, które najwyraźniej przetrwało tutaj wszystkie lata od jej wyprowadzki.
- Normalni ludzie wybierają na swoich życiowych partnerów odpowiedzialnych ludzi - w dłoni obróciła starą paczkę papierosów, pożółkłą i w połowie wypaloną, mając nadzieję, że faktycznie były w niej wyłącznie papierosy.
Unosząc ją w górę, spojrzała na niego pytająco.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Choć Margo robiła wszystko, by nie pokazać niczego po sobie. Widział, jak chwilowo odpływała myślami. Jak zatrzymywała spojrzenie gdzieś obok niego na sekundę za długo. Jak kurczowo trzymała się każdej chwili, którą mogli jeszcze spędzić razem. Widział to, choć reszta świata nie zauważyłaby tej szczeliny, pęknięcia w jej fasadzie.
Bo tego typu pęknięcia spoglądały na niego wraz z odbiciem w lustrze. Zupełnie jakby każde z nich oddawało cząstkę siebie drugiej osobie - ona oddawała mu swój optymizm, on w zamian za to zarażał ją wątpliwością.
Nie próbował jej uspokoić - może dlatego, że w ten egoistyczny sposób usiłował przymknąć oko na to pęknięcie, którego zwykle nie dało się zignorować. A może dlatego, że w głębi serca wciąż jeszcze nie przekreślił tej wizji na przyszłość, którą malowały dwa bilety do Meksyku leżące na łóżku. Może on sam jeszcze nie był pewien.
Jedynie jej intuicja to wiedziała, wyczuwała nadchodzącą zmianę choć jej twórca jeszcze nie był jej świadomy.
Obserwował ją w ciszy gdy podniosła się z łóżka, śledząc wzrokiem jej sylwetkę gdy zgarniała z podłogi swoją sukienkę. Sam powoli, niechętnie usiadł na materacu i doprowadzał się do porządku, choć poła jego
- Wypraszam sobie - odrzucił natychmiast, siląc się na powagę. - Dostałaś ode mnie wspaniały pierścionek.
Wreszcie sięgnął do rozpiętego materiału, chwytając za pierwsze guziki. Jego wzrok kątem oka śledził grzebiącą w szufladzie kobietę jak i przestrzeń, którą wcześniej oglądał, a która zeszła na dalszy plan gdy jej właścicielka zaczęła go bezczelnie u w o d z i ć.
Przez chwilę próbował sobie wyobrazić siedemnastoletnią Margo zamieszkującą ten pokój. Z pewnością była równie impulsywna i równie uparta, a także przekonana, że wszystkie złe pomysły są tak naprawdę świetnymi pomysłami, jeśli tylko zgadzały się z jej koncepcją na życie i przyszłość.
- A inni wybierają tych, którzy lubią rzeczy niepotrzebnie komplikować - wytknął, parafrazując jej słowa. Zmarszczył brwi, spoglądając na wyciągniętą w jej stronę paczkę papierosów, wyglądających na co najmniej lekko stare. - I chowają zwietrzałe fajki w schowku przed swoim ojcem.
Wbrew rozbawionym słowom, sięgnął do oferowanego przez nią papierosa, wyjmując go z paczki razem ze specjalnie schowaną w środku zapalniczką. Drobny akt buntu przeciwko staremu Mercerowi połączony z bezczelnością palenia we własnej sypialni wydawał mu się bardzo do niej adekwatny.
- Gdy pierwszy raz cię zobaczyłem na komisariacie, mógłbym przysiąc, że byłaś grzecznym i wzorowym dzieckiem, które nie sprawiało żadnych kłopotów - dodał, wyciągając zapalniczkę w jej stronę jeśli i ona wetknęła papierosa do ust. - Oraz kujonem.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Być może była to kolejna z tych cech dzięki którym tak doskonale się uzupełniali. Jedna z wielu. Tak jak wtedy, gdy ona wykazywała się szaleńczą impulsywnością, a on potrafił zatrzymać ją w odpowiednim momencie. Gdy ona rzucała się na oślep w sam środek problemu, a on zmuszał ją, by najpierw spojrzała pod nogi. Gdy on zamykał się w sobie, próbując samodzielnie dźwigać każdy ciężar, a ona uparcie wyciągała z niego wszystkie myśli, których nie chciał wypowiadać na głos.
Być może właśnie odkrywali kolejną, po raz pierwszy dostrzegając - i ironicznie próbując ukryć to przed samymi sobą - że kiedy ona zaczynała opadać z sił, zmęczona nieustannym patrzeniem przed siebie z niewyczerpaną wiarą, on potrafił przejąć ten ciężar. Bo wbrew pozorom jej nadzieja, jej niegasnące przekonanie, że znajdą j a k i e k o l w i e k wyjście z tej beznadziejnej sytuacji, bywały równie wyczerpujące jak jego codzienna walka o to, by faktycznie ich z niej wydostać.
Uzupełniali się na każdej płaszczyźnie. Na każdym froncie mogli na siebie liczyć, niezależnie od tego czy chodziło o wielkie tragedie, czy zupełnie błahe sprawy. I właśnie w tym, gdzieś pomiędzy żartami, pozornym luzem i myślami nieustannie uciekającymi ku niedzieli, pośród natłoku emocji zmieniających się z minuty na minutę, dostrzegała po raz kolejny piękno w ich związku.
Takie, które nie potrzebowało wielkich słów ani spektakularnych gestów. Tak zwyczajne w swojej codzienności, że nastoletnia Margo prawdopodobnie właśnie o coś takiego prosiłaby, zdmuchując świeczki na kolejnych urodzinowych tortach.
Bo pod warstwą całego tego szaleństwa, zarówno tego dawnego jak i obecnego, zawsze kryła się też druga strona jej natury. Ta, która pragnęła właśnie t e g o. Obecności u swojego boku człowieka takiego jak Rhys. Dającego jej dokładnie to, czego potrzebowała w danym momencie. I przyjmującego od niej każdą rzecz, którą sama chciała mu ofiarować.
- Jest najpiękniejszy - wróciła do niego, wciąż stojąc w nogach łóżka, po czym pochyliła się, by skraść jeszcze jeden krótki, tęskny pocałunek. Zapinając dwa ostatnie guziki jego ciemnej koszuli, przyjęła ogień z zapalniczki i po raz pierwszy zaciągnęła się starym, zwietrzałym papierosem. - Zapamiętujesz k a ż d e słowo, które do ciebie powiedziałam? - na jej ustach błąkał się uśmiech, gdy wydmuchała dym prosto w jego twarz. W bezczelnym, ale jednocześnie czułym geście wsunęła się pomiędzy jego kolana, wolną dłoń ułożyła na jego karku, opuszkami palców kreśląc leniwe wzory na rozgrzanej skórze.
- Właściwie trochę taka byłam - odpowiedziała zgodnie z prawdą. Nigdy nie uważała się ani za szczególnie poukładaną, ani za wyjątkowo szaloną. Była po prostu z w y c z a j n ą nastolatką. Problem polegał na tym, że każda historia z biegiem lat zostaje sprowadzona do najbardziej kompromitujących, najgłupszych albo najbardziej spektakularnych momentów. To właśnie je opowiada się najchętniej. Te zwyczajne, spokojne i całkowicie normalne z czasem zacierają się w pamięci, choć było ich przecież nieporównywalnie więcej.
- Nie zmieniłam się za wiele. Wtedy i teraz biegałam wszędzie z bronią, we wszystko się wtrącałam i wszystko wiedziałam. Czy to jest synonim kujona? - dym nieprzyjemnie podrażnił gardło, wywołując u niej krótki napad kaszlu. - Jest obrzydliwy. Może powinieneś rzucić, to nie jest dobre dla twojego zdrowia.
Rhys Madden