35 y/o
Welkom in Canada
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jej odpowiedź stanowiła wręcz katalogowy cios, który powinien go zniechęcić.
Bo czy nie usiłował wyciągnąć z niej choćby bazowej informacji wyłącznie po to, by natrafić na ścianę? Czy nie okazało się jasnym, że nie chce zdradzić mu czegoś równie bezużytecznego w kontekście relacji towarzyskich jak jego umiejętność tańca?
Czy nie dostrzegła rzuconego przez niego wyzwania i świadomie go nie zignorowała, cofając się z powrotem na ten bezpieczny dystans, w którym operowała przez zdecydowaną większość ich krótkiej relacji?
A jednak jej słowa wdarły się do jego umysłu wraz ze znaczeniem, które natychmiast im przypisał.
Ponieważ istniała reszta, jak i istniał czas, w którym miałby prawo ją odkryć.
Ponieważ choć każdego dnia przez ostatni tydzień trzymał się kurczowo świadomości tego, że nigdy więcej ją nie zobaczy, dzisiejszy wieczór był całkowitym zaprzeczeniem tej postawionej przez niego tezy - a to, co powiedziała, obietnicą czegoś więcej.
Czegoś, czego nie powinien się czepiać kurczowo, co powinien zignorować. Haze była kobietą sprzeczności, lecz nawet gdyby nią nie była, dopuszczanie jej tak blisko siebie było błędem. Analizował to, mielił w swojej głowie spoglądając na nią - w tym czasie jego palec znów przesunął się po gładkiej powierzchni plastra, który mu przykleiła.
Idiota.
- Zwykle wyciąganie z ludzi informacji wychodzi mi nieco lepiej - odpowiedział z ociąganiem, wcześniej obserwując, jak nakładała im porcję, jemu zaś nakładając zdecydowanie więcej, z jakby większą uwagą i skrupulatnością, niż nakładała sobie. - Można powiedzieć, że jest to moja specjalność.
Odebrał od niej podany widelec, spoglądając na przyrządzony obiad. Jego przemoknięta koszula zdążyła częściowo wyschnąć, lecz w ciele wciąż tkwił pozostawiony przez burzę ziąb. Sam zapach ugotowanego przez nią obiadu doprowadzał do obłędu, lecz jego skupienie wciąż potrafiło uciekać ku niej. W stronę kobiety, która go przygotowała, prędzej niż ku zawartości talerza - nawet, gdy w jego żołądku burczało na samą myśl wykorzystaniu podarowanego mu widelca.
- Z ciebie nie potrafię wyciągnąć niczego - westchnął, sięgając również po podstawione mu naczynie i zabierając się do jedzenia.
Było coś z grubsza innego w obiedzie, który nie powstał na zapleczu restauracji, a został przyrządzony w zaciszu domowego domu.
Może to przyprawy, których używała, jej znajomość sprawdzonych przepisów lub składniki, które miała w lodówce. A może to jej dłonie, te same, które sięgały do jego policzka chusteczką, które pokazywały mu, jak pokroić pieprzoną cebulę, a które stworzyły to, co znalazło się w tej chwili w jego ustach.
Może to pora dnia, fakt tego, że nie jadł żadnego obiadu bądź deszcz, który wychłodził jego ciało.
A może zwyczajnie była niesamowitym kucharzem.
Niezależnie od przyczyny, której poszukiwał jego umysł, danie rozpłynęło się na jego języku, zmuszając dłoń do pośpiesznego sięgnięcia po następny kęs. Nie wiedział, ile z nich zdążył pochłonąć nim dotarło do niego, że powinien coś powiedzieć - może trzy, może trzydzieści. Gdy jednak to zrobił, na jego twarzy wyraz zaskoczenia i zadowolenia spłynął, zmyty nonszalancką obojętnością.
- Może być - skłamał, w ten nieudolny sposób, który dało się rozpoznać na pierwszy rzut oka. Nigdy nie należał do szczególnie utalentowanych kłamców. Szczerość była jego bronią, jak i też słabym punktem wykorzystywanym przez niektórych. - To na pewno zasługa świetnie pokrojonej cebuli.

Violet Haze
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Stwierdzenie, że nie potrafił niczego z niej wyciągnąć, powinno przynieść jej ulgę. Ale nie przyniosło.
Przede wszystkim dlatego, że nie było prawdą. Znał już więcej drobnych szczegółów na jej temat, niż zamierzała mu zdradzić, kiedy po raz pierwszy pojawiła się w Rapture. Wiedział, że nie potrafiła gwizdać, bała się burzy i skończyła Stanford. Opowiedziała mu o ojcu, pozwoliła zobaczyć zdjęcie siostry i wpuściła do mieszkania, które przez ostatnie miesiące stanowiło jedyną naprawdę prywatną przestrzeń w jej życiu. Przestrzeń, w której powoli dochodziła do siebie.
Może nie udało mu się wydobyć z niej tych informacji pytaniami. W większości oddała mu je sama, po jednej, w chwilach nieuwagi albo tej coraz częstszej słabości, w której chciała, żeby wiedział o niej coś więcej. Jakże mógł twierdzić, że niewiele z niej wyciągnął, kiedy ona sama dostrzegała sposób, w jaki w pewnym momencie dostrajał swoje zachowanie do niej. Wprowadził zmiany, które stały się tak czytelne w apartamencie.
Najważniejsza rzecz nadal pozostawała bezpieczna. Nie znał prawdziwego powodu, dla którego pojawiła się w jego klubie, ani ceny, którą ktoś wyznaczył za odzyskanie jej siostry. Powinna więc potraktować jego niepowodzenie jako dobrą wiadomość. Zamiast tego poczuła jedynie lekki niepokój na myśl, że wyciąganie informacji rzeczywiście mogło być jego specjalnością.
— Może po prostu pytasz o niewłaściwe rzeczy — odpowiedziała, sięgając po własny talerz. — A może nie bierzesz pod uwagę tego, co już ode mnie wyciągnąłeś, kiedy pewnie nawet nie zamierzałeś.
Wcześniejsza myśl odbierała jej część apetytu. Jadła powoli, pozwalając, żeby uwaga zatrzymała się na tym, co robił Vincent. Nie musiała czekać długo na ocenę i nie musiał jej wypowiadać na głos. Widziała jak pierwszy kęs zniknął, po nim następny, a chwilę później kolejny. Patrzyła, jak jego widelec niemal natychmiast wraca na talerz, chociaż Monroe nadal nie powiedział ani słowa.
Aż w końcu z każdym kolejnym ruchem trudniej było jej powstrzymać zadowolenie. Teoretycznie gotowanie nigdy nie stanowiło dla niej szczególnego osiągnięcia; a mimo to obserwowanie, jak przygotowane przez nią jedzenie znikało w podobnym tempie, poruszało w niej tę prostą potrzebę, przez którą od początku nałożyła mu większą porcję.
Dopiero kiedy wyraźnie przypomniał sobie, że wypadałoby skomentować obiad zatrzymała widelec w połowie drogi do ust, słuchając tej jego wyjątkowo oszczędnej oceny. Następnie opuściła spojrzenie na jego talerz, z którego zdążyła już zniknąć całkiem pokaźna część zawartości.
— Oczywiście — przytaknęła z pełną powagą. — Widzę, jak bardzo się męczysz, jedząc go wyłącznie z uprzejmości. Doceniam twoje poświęcenie, prawdziwy z ciebie gentleman. — Pozwoliła sobie, żeby kąciki jej ust drgnęły w drobnym uśmiechu. — Dobrze, że chociaż wyciąganie informacji wychodzi ci lepiej niż kłamanie — dodała, opuszczając spojrzenie na swoją porcję.
Kiedy przypisał całą zasługę cebuli, spojrzała na nierówne kawałki widoczne pomiędzy makaronem. Jeden z nich, wyraźnie większy, nabiła na własny widelec i uniosła, oglądając ze wszystkich stron, tak jakby rzeczywiście próbowała ocenić jego wkład w całe to danie.
— To musi być ten — zdecydowała. — Od początku wyglądał na szczególnie utalentowany.
Zjadła kawałek, pozwalając sobie wreszcie na uśmiech. Ciężar wcześniejszych myśli co prawda nie zniknął, ale na moment odsunął się wystarczająco daleko, żeby znów mogła skupić się na znajdującym przed nią człowieku, który próbował wmówić jej, że obiad zaledwie nadawał się do jedzenia, jednocześnie pochłaniając go tak, jakby od wielu godzin nie miał niczego w ustach.
— Ale widzę, że od drugiej wojny światowej niewiele się u ciebie zmieniło — zauważyła, pamiętając jego wcześniejsze wyjaśnienie dotyczące dzieciństwa. — Zwolnij, Monroe. Nikt nie zabierze ci talerza. — Zawiesiła głos, unosząc ostrzegawczo widelec. Zmrużyła przy tym, wielce groźnie, oczy. — No, chyba że jeszcze raz obrazisz kucharkę. Wtedy stracisz nie tylko talerz, ale i oko
starving war victim
stop the bleeding
anthony bennet
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”