-
Revenge is a dish; the truth is a pit; words are weapons… Do you follow?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Czyli nie rodzina — stwierdziła w końcu spokojnie — a Giovanni. — Nie brzmiała też na rozczarowaną. Ale na pełną aprobaty również nie.
Nie ma poprawnych odpowiedzi.
Giovanni nie odezwał się, nie spuszczając spojrzenia z kobiety. W jego ocenie odpowiedź Navi była odpowiednia, bo cenił lojalność. Cenił również jej spryt i zdolność prowadzenia rozmowy tak, by nie podawać odpowiedzi wprost tylko zawoalowanej w dyplomację. W wielu przypadkach to wystarczyło, bo brzmiało ładnie i godnie, ale w przypadku Aurelii, która była przeciwnikiem wysokiej rangi, która rozgrywała ludzi dość sprytnie, to wciąż było za mało. Takie wyznanie wobec ‘Ndraghety, powiedzenie – choć nie wprost – że mimo wszystko stanie się po stronie męża a nie rodziny, gdzie rodziną miała być organizacja, było jednocześnie dobre i niebezpieczne.
W końcu ‘Ndragheta nie wybacza zdrady i nie zapomina lojalności.
Podobnie jak Giovanni, chociaż on wolał rozpatrywać się jako państwo w państwie.
— To dobra odpowiedź dla żony — powiedziała Aurelia. — Nie wiem jeszcze czy jest dobrą odpowiedzią dla Salvatore.
— Cóż, wzięła ślub ze mną, nie z rodziną — wtrącił Giovanni, nie spuszczając czujnego spojrzenia z wujostwa. I nie chodziło nawet o to, że stracił zainteresowanie żoną, która powinna w tym (i każdym innym) dniu być u niego na pierwszym miejscu. On po prostu pozostawał czujny, bo wiedział, że stając przed nimi to tak jakby pchali się do paszczy lwa. Nie bał się ciotki czy wuja samych w sobie, nie bał się że nagle wyrządzą im fizyczną krzywdę, ale był czujny na sznurki, za które pociągali i intrygi, które snuli.
— Ale dołączyła do rodziny. Została jej częścią.
— Tę część zawsze można odciąć.
Aurelia wciąż się uśmiechała, tylko wciąż tym, co było pozorną uprzejmością.
— Rodzina to nie gałąź, którą odcinasz, kiedy zaczyna rzucać cień na złą stronę ogrodu — powiedziała Aurelia. — Zwłaszcza nie ta rodzina.
— Zia, wszystko można odciąć, jeśli użyje się właściwego narzędzia.
— Oczywiście — zgodziła się. — Tylko czasem dopiero po fakcie okazuje się, że przeciąłeś coś, co trzymało cię przy życiu. Możesz próbować udawać, że rodzina jest tylko obowiązkiem czy więzami krwi, próbować się – jak to ująłeś: odciąć – ale rodzina, ta rodzina zostaje na zawsze. W tym czego cię nauczyła oraz w tym, co dla ciebie przemilczała. Zostanie też w tym, czego pewnego dnia będzie mogła od ciebie zażądać. — Odwróciła spojrzenie na Navi, pogłębiając ten swój jadowity uśmiech. — A ty, moja droga, od dzisiaj nie jesteś tylko świadkiem żądań tylko również ich częścią.
— Nie jest — wtrącił Giovanni, niemalże od razu reagując i wyczuwalnie dla Navi się napinając. — Nie jest wasza. Jest moja. Moja i tylko moja, zia Aurelia. — I nie chodziło, choć po części pewnie też, że był zaborczy. W tym wypadku jednak chodziło o zarysowanie a raczej postawienie granicy. Takiej, na której ciotka świadomie i z pełną premedytacją balansowła.
Aurelia uśmiechnęła się jednak tym razem inaczej. Bardziej złowróżbnie, nawet bez tej sztucznej uprzejmości.
— Spójrz, nie musiałam jej nawet odbierać — wytknęła — a jedynie zasugerować, że ktoś mógłby mieć do niej jakiekolwiek prawo, a tym sam pokazałeś, gdzie kończy się twoja cierpliwość.
Wyglądała jakby odniosła triumf, a Giovanni ten punkt musiał oddać. I sobie zabrać. Sobie wytknąć, że stracił swój rezon, kiedy to on miał potrzebę całkowitej kontroli. Teraz czuł, że grunt pod jego nogami niebezpiecznie, ale bardzo powoli się osuwa. Albo raczej: jest osuwany. Paskudne uczucie.
— Rhea, zapamiętaj coś bardzo prostego — powiedziała Aurelia, wracając spojrzeniem do panny młodej. — Jeśli Giovanni mówi, że coś jest jego, to zwykle oznacza, że będzie gotów to chronić, ale czasem oznacza też, że prędzej zniszczy wszystko dookoła i samo to, niż pozwoli temu odejść. — Posłała kolejny grymas, który miał być uśmiechem. Sztucznie grzeczny, uprzejmy i skinęła głową. — Nasze gratulacje, moi drodzy. — Choć nie wypowiedziała tego sarkastycznie, ciężko było uwierzyć w szczerość tych słów. — I powodzenia n nowej drodze życia. — To ona i jej mąż odeszli, zabierając kolejny punkt, bo to oni ustanowili, kiedy nastąpi zakończenie rozmowy i zabrali w niej ostatni głos.
Navi Yun
-
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
To był główny powód dla którego stała po stronie Giovanniego i jak przysięgała przed Bogiem, zamierzała być przy nim do samego końca. Ta przysięga miała być o wiele silniejsza od tej, którą wcześniej złamała. Tej, którą przymuszona składała Subinowi. Chociaż formalnie wciąż miała być ego żoną, to Yun Navi miała zaginąć dawno temu i nigdy nie zostać odnalezioną. Rhea Salvatore była nową osobą. Pewniejszą siebie, nie zdeptaną i poniżaną. Elegancką kobietą z możliwościami i własnym zdaniem.
Oraz mężem, który mógł spalić świat, jeśli tylko będzie chciała.
To jemu zawdzięczała to, gdzie teraz była. Jemu zawdzięczała to, że odzyskała wolność oraz własny głos. Że wyciągnął ją z piekła, które miały kiedyś być jej domem. I chociaż to on też był człowiekiem, którego ręce zaciskały się na jej gardle… to przeszłość oraz pozytywy płynące z tej relacji wciąż wygrywały.
A może po prostu miała syndrom sztokholmski.
Subin robił o wiele gorsze rzeczy i też nie raz zaciskał ręce wokół jej szyi, a wciąż zmuszona była przy nim być. Tylko, że on nie dawał jej niczego pozytywnego w życiu. Można więc powiedzieć, że wśród wzlotów i upadków przy Giovannim, miała więcej tych pozytywnych odczuć, bo poza tą jedną sytuacją, nie mogła mu zarzucić kolejnych potknięć.
A przynajmniej o nich nie wiedziała.
Milczała podczas tej wymiany zdań. Jej uprzejmy uśmiech też powoli zaczął maleć, bo stawał się już zbyt sztuczny, aby kogokolwiek oszukać. Uważnie jednak obserwowała Aurelię podczas rozmowy. To jak jej mimika się zmieniała, jak spojrzenie ciemniało, jak łatwo przeskakiwała z przesympatycznej, do kobiety, która rozgrywa kolejną partię bezlitosnych szachów.
Rodzina miała być ponad wszystko i wszystkich. Ich zasady i działania. A ona właśnie do niej dołączyła, wiedząc, że teraz stawki w grze będą o wiele większe. Bo spodziewała się, że jeśli będą chcieli jakkolwiek wpłynąć na Giovanniego, to najłatwiej będzie celować właśnie w nią. Bezbronną, wątłą kobietę u jego boku, która najwyraźniej miała znaczyć coś więcej.
Czuła napięcie męża. To napięcie mimowolnie oddziaływało też na nią.
Przez cały czas lustrowała spojrzeniem rozmówców, nie ruszając się nawet o milimetr od boku Giovanniego, gdy podkreślał, że jest jego. To właśnie wtedy zauważyła koeljną zmianę na twarzy ciotki. Jakby właśnie tej odpowiedzi od niego oczekiwała.
Instynktownie sięgnęła palcami do męskiej dłoni ulokowanej na jej boku.
Wysłuchała słów kobiety z głową uniesioną wysoko. Nie zamierzała dać się zastraszyć. Może jakieś półtora roku temu jeszcze by to podziałało, ale teraz była w takim momencie życia, że nie zamierzała znowu się koić. Skoro już wżeniła się w tę niebezpieczną rodzinę, to musiała grać z nimi na tych samych zasadach.
Nie odpowiedziała na to, można by powiedzieć, ostrzeżenie przed mężem. Doskonale wiedziała za kogo wyszła i wiedziała też jakie konsekwencje mogło to za sobą nieść. Nie żeby zamierzała od niego odchodzić.
Gdy odeszli, odprowadziła ich spojrzeniem. Dopiero po chwili wypuściła z płuc powietrze, którego nie była świadoma, że je wstrzymuje.
— Urocza jak drut kolczasty — skomentowała.
Niby rodzina, a jednak nie było tu miejsca na typową ciepłość i miłość. Nie było tu prawdziwych gratulacji, ani uczucia. Wszystko było grą, nawet gdy chodziło o dzieci swoje czy swojego rodzeństwa.
— W porządku? — przeniosła swoje łagodne spojrzenie na męża, bo chociaż po Giovannim większość interakcji spływała, tak czuła w jego postawie, napięciu oraz wcześniejszych słowach, że to spotkanie na niego wpłynęło. Zapewne bardziej niż to pokazywał.
Stanęła do niego frontem i przesunęła powoli dłonią po idealnej koszuli na jego piersi, jak gdyby chcąc wyłagodzić zagniecenie.
— Najgorsze spotkanie za nami. — powiedziała spokojnie, z pewną dozą ulgi, że udało się to przetrwać. Przynajmniej na początku, bo noc jeszcze młoda. — Chyba, że jest ktoś gorszy? — Pytanie czy poza Ernestem jest tu ktokolwiek, kto jest równie sympatyczny i bez intencji groźby czy zastraszań.
Giovanni Salvatore
-
Revenge is a dish; the truth is a pit; words are weapons… Do you follow?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ale różnica była taka, że Aurelia miała realne możliwości i mogła stać się zagrożeniem; takim, którego nie należało lekceważyć. Więc kiedy rzucała groźbami, to on musiał je przyjmować i rozkładać z rozwagą. A kiedy rzucała groźbami i widocznie szybko rozpoznała słabostkę Giovanniego, to należało być potrójnie czujnym.
Był zły, że tak łatwo się zachwiał i dał jej przejąć inicjatywę.
Nie można było powiedzieć, że kiedy para się oddaliła, to napięcie w jego karku ustąpiło. Nie można było też powiedzieć, że jego umysły odzyskał swój spokój, bo to właśnie teraz, kiedy Aurelia i wuj zniknęli w tłumie gości, zaczął naprawdę analizować to, co zaszło.
Przeniósł spojrzenie na Navi, gdy usłyszał jej pytanie. To, że w ogóle je zadała było dla niej znakiem, że za bardzo się odsłonił, a to napędziło niezadowolenie z samego siebie. Jeżeli czuła, że musi spytać czy było ‘ w porządku’ to znaczy, że pokazał, choćby niewielkim procentem, że nie jest.
A to było dla niego niedopuszczalne.
Nie odpowiedział więc, taktycznie puszczając pytanie mimo uszu. Mimo tego, że padło, że je usłyszał i teraz katował się tym, że zawisło między nimi.
— Nie ma — odpowiedział sucho na jej pytanie. W istocie – najgorsze spotkanie było za nimi, ale niewykluczone też było, że nie wesela nie przetnie jeszcze kilka dodatkowych rund. Z resztą powinien sobie poradzić – na weselu nie znajdował się już nikt, kogo mógłby nazwać przeciwnikiem tej samej rangi, którą reprezentowała sobią ciotka Aurelia.
Wziął oddech – normalny, zwyczajny, wcale nie wyróżniający się wielką teatralnością. Ale ten jeden oddech przybliżył go o krok od uspokojenia umysłu i przeprogramowania się. Bardziej na wydarzenie, choć w trybie czujności.
— Dobrze zagrałaś — powiedział, kiedy obie jego dłonie znalazły się na jej talii. Uspokoił świat wokół siebie na chwilę, zatrzymując się na Navi. Nie tracił czujności, ale zatrzymał się na jej obecności, odnotowując że dzięki niej szybciej wracał do własnego porządku. Działała na niego kojąco.
Dobrze zagrała, chociaż Aurelia wcale nie była pod wrażeniem. Ale przed tym przecież ją przestrzegał, zanim stanęli na wprost ludzi, który wychowali Giovanniego. Nie było poprawnych odpowiedzi.
Jeszcze jeden oddech, również zwyczajny i bez ostetancyjności. Napięcie w jego karku wyczuwalnie zanikało.
— Chyba powinnaś sprawdzić co u twoich druhen — A w zasadzie to świadkowej i koleżanek, które zaprosiła Navi. — I przestrzec je, żeby za bardzo nie ulegały wdziękom tutejszych kawalerów — dodał, unosząc nieznacznie brew. Na moment tylko jego spojrzenie odnalazło scenę na jego partnerką, w której to kobiety zaproszone przez Navi stały i wyraźnie świetnie się bawiły w towarzystwie trzech amantów.
Nie mógł mieć większego wpływu na to, jeśli koleżanki Navi zostaną oznaczone i porwane w ramach kolejnego handlu. Nie mógł też pilnować, ani tym bardziej ratować z takiej opresji innych. Dlatego dobrym rozwiązaniem byłoby po prostu subtelnie upomnieć panny.
Inna sprawa, że kiedy wino już odpowiednio się rozleje po żyłach, te ostrzeżenia przestaną dawać jakikolwiek skutek.
Dlatego niekoniecznie był za tym, aby zapraszać kogoś jeszcze na to zgromadzenie. Wszyscy po jego stronie byli powiązani bliżej czy dalej z la famiglia, a naturalnym było, że goście od strony panny młodej też przykują uwagę. Tym bardziej, że okazało się, że Navi nie zaprosiła swojej rodziny.
Nie zamierzał jednak swojej kobiecie tego zabraniać. Przestrzegł ją, rzecz jasna, że może się to skończyć różnie – bo może źle, a może wcale – ale nic więcej nie zamierzał robić. Tak jak lubił, a raczej – musiał – kontrolować, tak w pewnych aspektach ustępował.
Navi Yun