25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Nikt wtedy nie zareagował. Zebrał się wokół niej tłum uczniów, ktorzy stali i patrzyli, jakby była jakimś zwierzątkiem w zoo bądź innym eksponatem. Nawet nauczyciele, zaalarmowani dziwnym zachowaniem jednej z uczennic przyszli sprawdzić całe to zamieszanie, ale jedyne co zrobili to poinformowali ją, żeby przestała odstawiać cyrki. I tak w ciągu kilku minut powstało tyle wersji wydarzeń… jak choćby taka, że dostała czwórkę z jakiegoś sprawdzianu i postanowiła skoczyć z drzewa i zakończyć swój żywot. A ona tylko chciała pomóc małemu kociakowi, który utknął na jednej z gałęzi. Nie myślała wtedy o niczym innym tylko o tym, żeby go stamtąd wydostać. I udało się, ale sama spadła, rozwalając sobie kolano, co spowodowało, że stróżka krwi spływała po jej smukłej łydce — zachciało się zakładać spódniczkę do szkoły…
I to był jej pierwszy atak paniki w liceum. Zawsze się pilnowała, uważała, żeby nie drasnąć się nawet kartką podczas wertowanie podręczników i swoich zeszytów. Nikt nie rozumiał, co się z nią działo, skąd te łzy, ten płytki, ale zachłanny oddech… i dlaczego nie reagowała ani na śmiechy uczniów, ani na polecenia nauczycieli. A ona ich nawet nie słyszała, nic nie widziała… dopóki ktoś nie złapał jej za policzki i nie zmusił do podniesienia głowy, potem przytulił i oddychał razem z nią. Nie. Nie ktoś. Dante. Nie miała pojęcia skąd się wziął tuż przy niej. Czy wcześniej był na fajce za szkołą i doszły do niego plotki o dramatyzującym jednorożcu, czy może z okna szkoły widział całe dziwne zajęcie… ale też nigdy potem o to nie pytała.
To był chyba ten jeden z niewielu razy, kiedy Casper spojrzał na Dantego ciut przychylniejszym spojrzeniem niż zazwyczaj. Dzień, gdy w połowie lekcji nagle przed drzwiami domu pojawiła się jego córka w towarzystwie swojego pożal się boże chłopaka. Ale wystarczyło, żeby spojrzał na jej zabandażowaną nogę, żeby odpuścił sobie dziwne komentarze. Pozwolił im bez słowa pójść do pokoju Elsy i zostać im tam tak długo jak tylko by tego potrzebowali.
Jak widać, nawet Casper Eriksen potrafił schować swoją dumę do kieszeni, kiedy chodziło o dobro jego córki.
Ale chyba nie przypuszczał, że ta licealna miłość rozwinie się do tego stopnia, że nawet po tym strasznie długim roku nadal będzie go kochała i chciała stworzyć coś więcej niż zwykły nastoletni związek i zabierze go do Włoch, a jemu zostawi pod opieką dwoje wnucząt.
Elsa parsknęła cichym śmiechem, gdy chłopak stwierdził, że nazwanie włoskiej pizzy chamską z pewnością zainteresowałoby tutejszą policję. No tak, bo to przecież było gorsze przęstepstwo niż dźgnięcie jakiegoś faceta nożyczkami fryzjerskimi.
— A co? Wydasz mnie? Tylko wysyłaj później paczki… głównie kosmetyków do włosów i farby! Z resztą sobie jakoś poradzę. A na widzenia może pozwolą ci przynieść kawałek brownie… — powiedziała z szerokim uśmiechem na ustach. Chyba powoli zaczynała już wracać do siebie skoro była w stanie żartować na takie głupie tematy. Ale gdy był przy niej… było po prostu lżej.
Kiedy postanowił usiąść na kanapie tuż przy jej stanowisku, ponownie się uśmiechnęła i po chwili była już całkowicie skupiona na swojej modelce. Chciała to jak najszybciej skończyć, ale jednocześnie nie zamierzała odwalać fuszerki i dlatego coś, co przeciętny fryzjer zrobiłby — niekoniecznie jakiś bardzo dokładnie — w dwadzieścia minut, jej zajęło te niecałe pół godziny. Wynik wydawał się Norweżce dosyć satysfakcjonujący. Dziewczyna wstała od razu z fotela, wysłuchała ostatnich wskazówek co do pielęgnacji włosów i oddaliła się do swoich koleżanek, które przez cały ten czas wpatrywały się intensywnie w ich kierunku.
— Na zwiedzanie kościołów chyba trochę za późno… ale mam coś, co chyba zadowoli naszą dwójkę — Sięgnęła zaraz po telefon i po wejściu w przeglądarkę oraz zakładki, wyświetliła Dantemu interesującą ją stronę — Nauka robienia pizzy z winem bez ograniczeń.
— Co myślisz? Jest napisane, że mają też wina bezalkoholowe, więc nie umrę tam z pragnienia. No i w trakcie robienia pizzy będą też przekąski, jakieś owoce, pieczywo, więc czymś się zapcham na wypadek jakby moje umiejętności kulinarne przerosły tych instruktorów… — Zaśmiała się cicho, jednak od razu spoważniała, kiedy pojawił się przy nich Riccardo. Bez słowa słuchała jego przytyków, wiedząc, że ignorowanie tych głupich tekstów było najlepszym pomysłem. Ech, gdyby to był ktoś inny, choćby makijażysta bądź krawiec to nawet sekundy by się nie wahała, żeby chociażby pokazać mu środkowy palec — oczywiście u tej uszkodzonej ręki, co by zademonstrować przy okazji plaster w jednorożce — ale nie, bo akurat to szef musiał się do niej przyczepić.
Kiedy Dante podsunął jej nożyczki, w dosyć oczywisty sposób nawiązując do swojej wcześniejszej sugestii, popukała się palcem w czoło, dając mu do zrozumienia, żeby przestał się wygłupiać. A kiedy odłożył je z powrotem na podajnik… prawie dostała zawału serca. Bo oczywiście, że nie odłożył ich dokładnie w ten sposób w jaki leżały wcześniej.
- Weź ich nie dotykaj — mruknęła, uderzając go lekko w wierzch dłoni, po czym poprawiła swoje dzieciątka w należyty sposób. — A potem jestem zaskoczona, że zamiast po szczotkę to sięgam po żyletki… — Westchnęła ciężko, mimowolnie spoglądając w stronę Włocha. To nie tak, że sie go bała. Raczej tego, do czego był zdolny swoją niewyparzoną gębą. Jedno zdanie. Jeden złośliwy komentarz. Jedno celne uderzenie w czuły punkt i potrafił zepsuć człowiekowi cały dzień.
I wtedy do niej dotarło, że choć stał oddalony o dobrych kilkanaście metrów… to cały czas im się przyglądał. I nagle ją olśniło.
— A może to przez ciebie? Może wpadłeś mu w oko i teraz próbuje mnie zdeklasować w twoich oczach, żebyś wpadł mu w ramiona, hm? — Sama nie wiedziała czy mówiła to w żartach, czy na poważnie. W końcu Riccardo raczej nie wyglądał jej na kogoś kto gustował w mężczyznach, ale kto wie? Może dobrze się z tym krył? Zwłaszcza, że przecież Dante był cholernie przystojny i mógł się podobać dosłownie każdemu. Zarówno tym modelkom, które otaczały go kilka chwil wcześniej jak temu wielkiemu samcowi alfa, który myślał, że cały świat należał do niego.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Prepare for the cold
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Widzenia…? Będziesz miała szczęście, jak za tak poważne przestępstwo pozwolą ci w ogóle na jakąś rozmowę telefoniczną raz w miesiącu… – uśmiechnął się, bardziej chyba przez jasny dowód na to, że czuła się zdecydowanie lepiej niż tych kilka chwil temu, niż przez niezbyt poważny wydźwięk tej krótkiej wymiany zdań. Po której zresztą faktycznie na jakiś czas postanowił zamknąć się, zajmując się sobą, żeby nie przeszkadzać jej niepotrzebne w pracy i nie przedłużać czasu jej trwania jeszcze bardziej. W końcu… gdyby mieli tu spędzić jeszcze kolejną godzinę, czy dwie, najpewniej rzeczywiście musiałby już po prostu umrzeć z nudów.
Albo rozważyć, czy zrobienie użytku z nożyczek używanych przez Elsę nie byłoby mimo wszystko całkiem niezłym pomysłem. Tak w ramach zapewnienia sobie rozrywki…
Tylko pod warunkiem, że robienie pizzy bierzesz na siebie – przeniósł na nią spojrzenie znad podsuniętego mu telefonu, tym razem przynajmniej reagując ze zdecydowanie większym ożywieniem niż na wcześniejszą propozycję, która miałaby być po prostu zjedzeniem pizzy. Możliwość jej samodzielnego przygotowania – zwłaszcza w wykonaniu Elsy – zdecydowanie dawała już zupełnie inny wydźwięk temu pomysłowi…
Wywrócił za to oczami, kiedy za naruszenie świętego porządku jej fryzjerskich przyborów, zasłużył sobie na pacnięcie w rękę. I może i nawet przez moment miał ochotę zapytać, czy nie uważała, że trochę łatwiejszym – a na zdecydowanie pewniejszym – rozwiązaniem nie byłoby mimo wszystko sprawdzanie, co akurat brała do ręki. Ostatecznie jednak, zanim jeszcze zdążył w ogóle otworzyć usta, musiał widocznie dojść do wniosku, że w zasadzie to i tak znał przecież odpowiedź. A skoro tak… to nie było sensu pytać.
Za to chyba ani nawet przez moment nie rozważał tego, że mógłby potraktować jej sugestię poważnie, skoro parsknął krótkim śmiechem niemal natychmiast po jej słowach. Zwłaszcza, że jeśli rzeczywiście miałby podejrzewać, że ktoś z ich dwojga miałby Włochowi wpaść w oko, to znacznie bardziej prawdopodobne wydawało się to, że mogłaby to być Elsa. I może właśnie to mogłoby w jakiś sposób tłumaczyć ewidentną niechęć Dantego do niego. A może… nie było za bardzo sensu doszukiwać się jakiegoś szczególnego powodu tejże niechęci. Bo pewnie wystarczyłoby zwyczajnie zaakceptować fakt, że niektórych osób Dante mógł nie lubić tak po prostu, bez jakiejś konkretnej przyczyny.
Co ciekawe – zwykle działało to w obie strony, toteż i tym razem nie byłby ani trochę zaskoczony, gdyby sytuacja wyglądała dokładnie tak samo jak zazwyczaj.
Chcesz zaprosić go na ten kurs robienia pizzy, żeby przy okazji o to zapytać? – zaśmiał się, przelotnie zerkając w kierunku projektanta. – No wiesz, lepiej w ten sposób niż tylko się domyślać… A w razie czego będziesz też miała okazję przekonać go do siebie własnoręcznie zrobioną pizzą. Nie ma szans, żeby się nie udało…
Choć nawet jeśli udało mu się nie roześmiać po raz kolejny, rozbawione spojrzenie chyba dość jasno mogło sugerować, że w tę własnoręcznie zrobioną przez Elsę pizzę dość mocno powątpiewał. I jednocześnie naprawdę chciał zobaczyć efekt tych jej kulinarnych zmagań, najwyraźniej dość szybko zmieniając zdanie co do tego, że całe to wyjście na pizzę nie mogło być dostatecznie ciekawą rozrywką. I to zdecydowanie nie przez obietnicę wina bez ograniczeń, które mimo wszystko stawało się chyba kwestią drugorzędną.
Albo możesz po prostu zapomnieć już o nim na dzisiaj i skoro skończyłaś tu ze wszystkim, możemy iść się przekonać, na ile da się coś jeszcze zrobić z twoimi umiejętnościami kulinarnymi – co niewątpliwie byłoby opcją, którą sam wolałby znacznie bardziej. Naprawdę nie miał przecież ochoty na to, by przez dłuższy czas zawracać sobie głowę jakimś cholernym Włochem, czy – tym bardziej – snuć absurdalne rozważania o tym, czy któreś z nich mogłoby rzeczywiście wpaść mu w oko, czy może ten po prostu tak zwyczajnie i po ludzku pozostawał bucem, z którym trudno było wytrzymać na co dzień.
I tego podejścia najwyraźniej postanowił trzymać się nie tylko tego konkretnego dnia, konsekwentnie ograniczając swój kontakt z projektantem do niezbędnego minimum i starając się nie skupiać za bardzo na tym, czy ten przypadkiem wciąż miewał problemy z zachowaniem należytej odległości od swojej fryzjerki, gdy Dante nie zamierzał już spędzać z nią całego dnia w pracy. Zdecydowanie wygodniejszym podejściem zdawało się być skupienie na poznawaniu co ciekawszych miejsc we Florencji i Rzymie – czy to samodzielnie, czy też wspólnie z Elsą, gdy ta miała nieco wolnego czasu i dość siły, by spędzić go jakkolwiek inaczej niż na leniwym relaksie po pracy…
Możliwe, że mogłoby to zadziałać również w Wenecji. Może gdyby przed tym konkretnym pokazem nie zdecydował się posiedzieć chwilę z Elsą. A może gdyby Beatrice nie zaczepiła go akurat w momencie, gdy miał się już ulotnić i nie zaproponowała niewinnie wspólnego wypalenia skręta… Albo może gdyby przynajmniej nie zgodził się na tę jej propozycję.
Ale przecież nie miał kompletnie żadnego powodu, by się nie zgadzać.
Ani tym bardziej, żeby podejrzewać, że cała reszta wieczoru – a także spora część nocy… – potoczy się kompletnie nie tak, jak powinna. Nie miał pojęcia kiedy i jakim cudem tych kilka minut, jakie miał spędzić z modelką na paleniu zioła, zmieniło się w dość spontaniczny spacer – choć był prawie pewien, że przynajmniej raz upewnił się, czy nikt nie będzie miał większych pretensji, jeśli ta ostatecznie nie pojawi się na pokazie na czas… – zakrapiany w dodatku zdecydowanie zbyt dużą ilością alkoholu oraz doprawiony paroma innymi środkami… Nie miał też pojęcia, o której w efekcie udało mu się wrócić do współdzielonego z Elsą pokoju hotelowego – ani tym bardziej jakim cudem w ogóle tego dokonał…
Doskonale wiedział za to, że ostatecznie cały ten pokaz musiał odbyć się bez jednej z modelek. Wiedział także, że to akurat powinno być prawdopodobnie jego najmniejszym zmartwieniem, bo przecież kolejną rzeczą, którą doskonale wiedział było to, że Elsa miała całkiem sporo powodów, żeby się na niego wściekać – począwszy od tego, że zniknął na większą część nocy, wysyłając jej przy tym ledwie jedną, najpewniej i tak kompletnie niemożliwą do odczytania wiadomość, a kończąc na tym, w jakim stanie wrócił do hotelu.
Właściwie spodziewał się wyrzutów z jej strony tuż po tym, jak obudziła go rano – stanowczo zbyt wcześnie, bo miał wrażenie, że ledwie chwilę po tym, jak w ogóle położył się spać. I całkiem możliwe, że wcale nie było to tylko wrażenie… A jednak nawet jeśli prawdopodobnie powinien być jej szczerze wdzięczny za to, że nie zasypała go na dzień dobry serią oskarżeń i pretensji… cały ten pozorny spokój śmiało można było chyba uznać za co najmniej niepokojący.
I jasne, gdzieś tam w duchu zdawał sobie sprawę z tego, że być może najlepszym posunięciem z jego strony byłoby zaczęcie tematu samodzielnie – zamiast udawania, że w takim razie ten w ogóle nie istniał. Tyle, że… wciąż czując się jak na jakiejś cholernej karuzeli, ilekroć zdarzyło mu się przymknąć oczy i starając się włożyć całkiem sporo energii w to, by lada moment nie musieć oglądać zawartości swojego żołądka, jakoś tak niespecjalnie miał jeszcze siłę na zaczynanie jakiegokolwiek tematu.
Aktualnie szczytem za szczyt jego możliwości można było uznać chyba zapakowanie się do samochodu – którego też pewnie lepiej byłoby nie musieć później sprzątać… – oraz oparcie czoła o przyjemnie chłodną szybę po stronie pasażera. Bo w końcu tego, które z nich powinno tym razem prowadzić, chyba nawet nie musieli ustalać…

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Jeśli ktoś potrafiłby doprowadzić rodowitego Włocha, mężczyznę z pasją do jedzenia i szeroko pojętych kulinariów, do depresji… to tylko Elsa. Bo choć na początku było naprawdę nieźle — w końcu odmierzanie odpowiedniej gramatury, proporcji to była dla niej kaszka z mleczkiem, na co dzień przecież tworzyła wszelakie mieszaniny z różnych fryzjerskich chemikaliów — to potem było tylko gorzej. Zgodnie z obietnicą, ona zajęła się całym procesem przygotowywania pizzy, a Dante mógł stać oparty o jeden ze stołów, pić wino i podziwiać jak seksownie wyglądała w za dużym fartuchy. No i przy okazji nabijać się dosłownie ze wszystkiego, co robiła. Bo tu się uwaliła mąką od czubka srebrnej łepetyny po koniuszek zmęczonych całym dniem stóp, to zalała cały stolik wodą… nie wspominając o tym, że mężczyzna z przerażeniem w oczach niemalże biegł przez całe pomieszczenie, aby zabrać jej nóż, którym zamierzała podzielić jeszcze surowe ciasto na mniejsze "bułeczki". Bo chyba nie trzeba dodawać, że oczywiście, że ze wszystkich noży, które miała do dyspozycji, wybrała największy tasak?
Finalnie pizza Elsy nie nadawała się w ogóle do zjedzenia. Na szczęście Matteo, bo tak miał na imię pan kucharz, był tak miły, że przyrządził im swoją popisową. Szkoda tylko, że była z peperoni, więc cała przypadła w udziale Dantemu, a ona zadowoliła się owocami i innymi przekąskami. I choć trochę później kręciła nosem to naprawdę super się bawiła, i miała nadzieję, że jej chłopak również, pomimo że wcale nie brał udziału w całej tej kulinarnej zabawie.
Co prawda, nie spędził już z nią żadnego dnia w pracy tak od początku do końca jak za pierwszym razem, ale nie miała mu tego za złe. Przecież nie przywlokła go ze sobą z Toronto, żeby spędzał tyle godzin w jakiejś salce i gapił się w telefon bądź rozmawiał z modelkami o tych samych rzeczach… bo ile można było? A przecież miasta, które odwiedzali miały naprawdę wiele do zaoferowania! I nawet jeśli jego interesowały głównie kluby i bary to Elsa była naprawdę szczęśliwa, że wracał do pokoju hotelowego o przyzwoitej godzinie i w nie najgorszym stanie. A kiedy ona chciała koniecznie zobaczyć jakieś miejsce, łapał ją za rękę i po prostu tam szli. Dlatego nawet jeśli dla niej ten wyjazd był przede wszystkim pracą, czas, który mogła spędzić z ukochanym chłopakiem zdawał się być niemal jak wakacje all inclusive — tylko takie bardziej objazdowe.
No i brak Dantego podczas jej pracy, czy to w Rzymie, czy w Wenecji, potwierdzał jedno — Riccardo Dolore chyba naprawdę się w nim zadurzył. Bo kiedy jego nie było obok, nastawienie Włocha do Elsy było totalnie inne. Nadal naruszał jej przestrzeń osobistą, ale najwyraźniej taka była natura Włochów, więc starała się dystrykcie odsuwać, ilekroć miała wrażenie, że zaraz ugryzie ją w ucho. Ale przynajmniej już nie narzekał na tempo jej pracy, chwalił każdą fryzurę, a nawet zwracał uwagę na to, że i ona nienajgorzej się ubrała i było jej do twarzy w wybranych kolorach.
Aż przyszedł czas na pokaz w Wenecji. Godzina dwudziesta pierwsza, wszystkie modelki już uczesane, pomalowane, wciskają sie w te przepiękne stroje… no, prawie wszystkie. Nigdzie nie mogli znaleźć Beatrice. I jak wszyscy zaczęli panikować, że może gdzieś zasłabła i trzeba jej szukać, jedna z dziewcząt zauważyła, że widziała jak półtorej godziny temu wychodziła z Dante. Norweżka, słysząc to imię, poczuła jak wszystkie jej wnętrzności się zaciskają, jakby ktoś założył jej gorset i ścisnął tak mocno, jak tylko pozwalały na to sznureczki. Widziała jak ta przez cały ten czas wodziła szczenięcym wzrokiem za szatynem, ale… nie no, nie zrobiłby jej tego. Pewnie tylko wyszli razem, bo chcieli się przedłużyć. Prawda? …… prawda?
Wyciągnęła telefon, aby spróbować się do niego dzwonił i o dziwo, odebrał telefon, ale to w jaki sposób do niej mówił, świadczyło o tym, że już dawno był po kilku drinkach, piwach… i pewnie innych alkoholach bądź substancjach. A ona chciała dowiedzieć się jednego — czy była z nim Beatrice. I choć nie dał jej jasnej odpowiedzi, usłyszała ją w tle. Jak łamanym angielskim, a na pewno nie trzeźwym, wyciągała go na parkiet, bo przecież kochała te piosenkę. I po tym się rozłączyła.
— Ona… jest totalnie pijana. I chyba też naćpana… — wymamrotała cicho. Było jej wstyd, to prawda, ale nie takiej reakcji od Dolore się spodziewała.
— Z twoim chłopakiem,tak? Twoj chłopak w dzień pokazu postanowił naćpać moją modelkę? Naćpać?! Lepiej zacznij szukać jakiegoś zastępstwa, bo inaczej ty pójdziesz w tym pokazie. I to będzie twój ostatni udział w czymkolwiek. Rozumiesz mnie, Eriksen? Wrócisz do Toronto i do końca życia będziesz farbować kanadyjskie kobiety na brązowo i blond, bo nikt nigdzie cię już nie weźmie. Do usranej śmierci…
— Co? Jak… ja… przecież ona ma metr osiemdziesiąt, a ja metr sześćdziesiąt… — Wyrwał jej się nerwowy śmiech, bo chyba nie docierało do niej, że przez to, że zawinił jej chłopak to ona miała ponieść całe konsekwencje. Tak jakby Riccardo miał ją za jego opiekunkę… i przy okazji Beatrice. Bo przecież ta wcale nie miała dwudziestu pięć lat tylko dwanaście, a Elsa musiała wyglądać jak doświadczona niania. Chociaż zważywszy na przeróżne zachowania Dantego… może już wyrobiła sobie jakąś mocno opiekuńczą manierę, nad którą nawet nie panowała?
— To już zacznij się zaprzyjaźniać z obcasami — Rzucił jej ostro na odchodne. A ona pobladła i dosłownie zaczęła panikować. Nie tak jak podczas nagłego ataku hemofobii, ale nadal było to dosyć nieprzyjemne doświadczenie. Na szczęście na pomoc przyszła siostra jednej z modelek. Była podobnej budowy co Beatrice, więc zmieściła się w przygotowaną dla niej sukienkę, a makijażystki i sama Elsa uwinęły się z make-upem i fryzurą w kilka minut. Nie było czasu na farbowanie, nie było czasu nawet na umycie włosów! Tak naprawdę do samego końca improwizowała, robiąc piękne upięcie z kilku warkoczy i dodając ozdobną spinkę jako zwieńczenie całości.
Do hotelu wróciła koło pierwszej i od razu zabrała się za pakowanie walizek. Chłopak jeszcze nie wrócił ze wspaniałej imprezy pełnej wrażeń i tańców, ale nie przejmowała się tym. To znaczy przejmowała, chowając jego koszulki do torby z niebieską wstążką zastanawiała się, co właśnie robił, w jakim był stanie, ale pisanie wiadomości do niego w tej chwili było chyba ponad jej siły. Ale kiedy zadzwonił telefon, informując o otrzymaniu smsa, spojrzała na wyświetlacz i łzy mimowolnie zaczęły spływać po jej policzku. Nie trafiał w klawisze. Niby potrafiła przeczytać "wrócę później", ale… czy to nie oznaczało, że przez ten cały czas zdążyła się nauczyć jego pijackiego języka? Że już poprzestawiane na wszelkie sposoby literki tworzyły jej logiczną całość?
To było…
Straszne.
Słyszała jak wrócił, ale nawet nie odwróciła się w jego stronę. Leżała nieruchomo w łóżku, czekając aż budzik w telefonie zadzwoni, bo ustawiała go na szóstą rano. Sama zmrużyła oczy dosłownie na chwilę, a przeciez czekała ich czterogodzinna droga nudną autostradą.
I może coś było w tym jej instynkcie opiekunki? Bo gdy tylko podniosła się z łóżka to poszła pod prysznic, ogarnęła się, zakładając dresowe szorty i top,włosy związując w kucyka i nie nakładając nawet grama makijażu. Potem poszła do hotelowej restauracji poprosić o jakieś kanapki i owoce na wynos, zaś na recepcji kupiła kubek termiczny — za zdecydowanie za dużo pieniędzy — do którego przelała zimną wodę z lodówki, którą mieli w swoim pokoju. Oczywiście, że to wszystko było z myślą o Dante i o jego stanie. W torebce miała też już przygotowane tabletki przeciwbólowe, woreczki w razie gdyby jego żołądek zaczął się buntować…
Obudziła go i kazała wziąć prysznic, przygotowując mu wcześniej rzeczy na przebranie, a te stare chowając do jednej z walizek. I w tym czasie sama zniosła ich wszystkie bagaże do auta. Zajęło jej to trochę, ale w końcu dała radę. Potem największym wyzwaniem okazało się wrzucenie do samochodu pewnych zwłok, ale i z tym sobie poradziła. Przygotowała jego przestrzeń tak, aby wszystko co potrzebne miał pod ręką, włączyła nawet klime na maksa, żeby jej się nie przegrzał. A potem sama wsiadła za kółko i mając na nosie okulary przeciwsłoneczne, powstrzymywała stojące w oczach łzy, przed spłynięciem po policzkach.
Bo było jej kurewsko ciężko.
Ale całą drogę się jakoś trzymała. Robiła częste postoje, aby Dante mógł się przewietrzyć, pytała co jakiś czas czy nie miał na pewno ochoty zatrzymać się na jakimś fastfoodzie, bo podobno było to najlepsze żarcie na kaca…
Jednak nie mogło być przecież kolorowo cały czas.
Najpierw padła nawigacja wbudowana w samochód. Elsa wpisała adres na swoim telefonie, jednak źle kliknęła i nie zauważyła, że właśnie zmierzali owszem, na odpowiednią ulicę… ale w mieście oddalonym o dwieście pięćdziesiąt kilometrów od Mediolanu. Ale nim się zorientowała, auto całkowicie padło. Zatrzymali się na jakiejś wsi, a na desce rozdzielczej paliło się więcej lampek niż na choince bożonarodzeniowej.
— Nie, nie, nie, nie… błagam, nie… — mamrotała sama do siebie, próbując odpalić pojazd, ale silnik nawet się nie zaczął kręcić. Padł. Jak cały mur, za którym Elsa próbowała się skryć od wczorajszego wieczoru. Wzięła telefon i wyszła z auta, dzwoniąc po chwili do wypożyczalni i tłumacząc im całe zajście, prosząc o pomoc, o jakąś lawetę, cokolwiek… to usłyszała, że oni mają teraz wolne i najwcześniej za dwa dni ktoś po nich podjedzie. Za dwa jebane dni.
Patrzyła się jeszcze przez kilka minut w ekran telefonu po czym ścisnęła go mocno i tylko dziwna siła ją powstrzymała przed rzuceniem nim w stronę domku, przed którym się zatrzymali.
— KURWA MAĆ! — nie po norwesku. Po angielsku. Elsa Eriksen pierwszy raz w swoim życiu nie przeklnęła w swoim ojczystym języku. Była w dupie. Całe jej życie to był głupi, pieprzony żart.
Pierdolona sinusoida.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Prepare for the cold
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Chyba nie potrzebował wiele, by tak po prostu przyjąć do wiadomości – i to bez jakiejkolwiek próby drążenia tematu – że nic wielkiego nie mogło się stać, jeśli Beatrice odpuściłaby sobie ten jeden pokaz. Może nawet byłby skłonny uwierzyć w jej rozbawione stwierdzenie, że najpewniej i tak nikt miałby tego nie zauważyć. Bo taka wersja wydawała się całkiem wygodna i nie zmuszała go przynajmniej do żadnych odpowiedzialnych decyzji. Jak choćby próba przekonania dziewczyny – a przy okazji i samego siebie – że może jednak lepiej byłoby odpuścić sobie tę kompletnie spontaniczną imprezę…
O ile jednak przynajmniej raz poruszył temat nieobecności modelki na pokazie i choćby przelotnie zastanowił się nad ewentualnymi tego konsekwencjami, tak… ani przez sekundę nie podejrzewał z całą pewnością, że te – jeśli już rzeczywiście by się pojawiły – mogłyby w jakikolwiek sposób dotyczyć akurat Elsy. Bo przecież oczywiste wydawało się, że ona nie miała z całym tym wyjściem nic wspólnego. Nie odpowiadała w żaden sposób za niego ani – tym bardziej… – za którąkolwiek z modelek i ostatnim, czego mógłby się spodziewać byłoby najpewniej to, że w jakiś sposób mogłoby oberwać się właśnie jej. Choć może tę swoją nieświadomość powinien uznać za niewątpliwy plus kolejnego poranka – w końcu… dodatkowy powód do wyrzutów sumienia z całą pewnością nie był mu do niczego potrzebny. Ani tym bardziej nie byłby w stanie jakkolwiek poprawić jego samopoczucia.
Bo chociaż mógł spodziewać się, że cholerny Włoch mógł jednak zauważyć brak jednej z modelek i nie być z tego powodu szczególnie zadowolony, to… ten drobny szczegół mógłby akurat co najwyżej nieco poprawić Dantemu nastrój. Pod warunkiem, że ten byłby w ogóle w stanie skupić myśli na czymkolwiek dostatecznie długo, by zastanawiać się nad podobnymi sprawami. Albo jakimikolwiek sprawami.
Z ledwością zarejestrował przecież w ogóle fakt, że Elsa sama musiała poradzić sobie z wszystkimi tymi walizkami. Nie był za to do końca pewny, czy faktycznie poruszył ten temat na głos w trakcie jazdy, gdy już dotarło do niego, że bagaże nie zapakowały się przecież do samochodu same. Choć nawet jeśli faktycznie jakkolwiek odezwał się w tej kwestii, ostatecznie chyba i tak musiał odpłynąć zanim w ogóle mógłby usłyszeć jakąś odpowiedź z jej strony. Bo przecież nie pamiętał, by jakąkolwiek usłyszał. Ale… ostatecznie mógłby dokładnie to samo powiedzieć o większej części tej ich podróży – podobnie zresztą jak o poprzednim wieczorze i sporej części nocy.
Doskonale pamiętał za to, że ból głowy złapał go, kiedy akurat mijali San Bonifacio. I to nie ten, który przynajmniej najpierw zapowiada się tym nieprzyjemnym pulsowaniem, a dopiero z czasem zaczyna się nasilać… Ten mógłby przyrównać raczej do nagłego uderzenia czymś wystarczająco twardym i ciężkim, by spodziewać się co najmniej roztrzaskania czaszki. Przy okazji był więc również niemal pewien, że to miał być właśnie ten moment, w którym przygotowane przez Elsę woreczki mogłyby rzeczywiście przydać się dość mocno… Zwłaszcza, że właśnie w tej samej chwili postanowiła również – po raz kolejny – wspomnieć coś o tym nieszczęsnym fastfoodzie. A przecież na samą myśl o jakimkolwiek jedzeniu…
Ostatecznie jednak, zamiast zrobić użytek z woreczków, na oślep wymacał tabletki przeciwbólowe, by w kolejnej chwili połknąć… w zasadzie nie miał nawet pojęcia ile. Najpewniej za dużo, ale tym nie miał zamiaru się przejmować. Najważniejsze było przecież to, żeby w ogóle zadziałały – w przeciwnym razie musiałoby chyba okazać się, że nawet kolejny postój organizowany z myślą o nim i jego samopoczuciu, mógłby okazać się niewystarczający do tego, by miał przetrwać dalszą część tej podróży. Zwłaszcza, że wyświetlany na nawigacji czas pozostały do dotarcia na miejsce, za cholerę nie napawał optymizmem…
Nie miał za to pojęcia, kiedy nawigacja przestała wyświetlać cokolwiek. Kolejnym względnie świadomym momentem był ten, w którym samochód zatrzymał się, a Elsa właśnie wysiadała z niego z telefonem w ręku. Chociaż i wtedy szczegółem, który przedarł się do jego świadomości jako pierwszy – poza tym, że aktualnie się nie przemieszczali, a stali w miejscu – było to, że wody w kubku termicznym pozostało mu ledwie na kilka niewielkich łyków. I kiedy właśnie miał skomentować to w najbardziej adekwatny sposób… Elsa zdążyła wykrzyczeć je na zewnątrz.
Otworzył drzwi, jednak jeśli rzeczywiście miał zamiar do niej podejść, musiał poprzestać w swoim planie na wystawieniu nóg poza auto i oparcie się bokiem o fotel. Już samo to wystarczyło, żeby ostrzegawcze ukłucie w okolicach skroni przypomniało mu o pieprzonym San Bonifacio i bólu głowy, który najwyraźniej nawet po garści środków przeciwbólowych, nie zamierzał mu odpuszczać tak zupełnie.
Els…? – odezwał się więc, jednocześnie uzmysławiając sobie, że tych kilka ostatnich łyków wody to było stanowczo za mało. Gdzieś w okolicach mógłby spodziewać się jakiegoś sklepu…? Powiódł nieprzytomnym spojrzeniem wzdłuż drogi, po chwili dochodząc jednak do wniosku, że szanse na to były pewnie dość niewielkie. Więc… czemu stali właśnie tu…?
I co było w stanie wyprowadzić Elsę z równowagi do tego stopnia, że…
Kurwa… – mruknął pod nosem, przecierając twarz dłońmi. Bo właśnie. Przecież miał skupić się na Elsie, nie na jakimś cholernym sklepie, potencjalnej śmierci z odwodnienia, czy…
Coś… – zmarszczył brwi, fragmentarycznie przypominając sobie, że chyba jednak nie zatrzymali się tak zupełnie bez powodu. Odwrócił się nawet i dla pewności zerknął na deskę rozdzielczą, która rzeczywiście prezentowała całkiem imponującą liczbę lampek kontrolnych. Włączając w to te, których większość kierowców prawdopodobnie nie miała okazji oglądać przez całe swoje życie. – Coś nie tak z samochodem…?
W porządku, poniekąd wiedział, że było to dość idiotyczne pytanie w tej sytuacji, ale… chyba i tak najlepsze, na jakie było go aktualnie stać. I przynajmniej składało się z więcej niż jednej sylaby, a więc wciąż było chyba najbardziej rozbudowaną wypowiedzią, jaką mogła z jego strony usłyszeć od dłuższego czasu…

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Kwestii fastfoodowej nie przemyślała, to fakt. Zapomniała, że takie tłuste żarcie to najlepiej wchodziło jeszcze na etapie picia, kiedy gastro łapało i człowiek dałby się pokroić za kebaba, nawet tego z rozpadającej się budki i ze sprzedawcą, który od dwóch miesięcy używał tego samego kompletu lateksowych rękawiczek zarówno do przygotowywania jedzenia jak i sprzątania… jeśli w ogóle jakiekolwiek sprzątanie miało tam miejsce. No a w stanie w jakim znajdował się Dante, to chyba najlepsza była woda… no i może jajecznica. Tylko tego drugiego nie mogła mu zapewnić na środku autostrady, której zjazdy prowadziły tylko do restauracji pod złotymi rogami albo KFC.
Ale ze wszystkim innym się starała. Nawet radio ściszyła i powstrzymywała się od śpiewania, co przecież zawsze robiła w aucie, zwłaszcza kiedy to ona była kierowcą. I nie wiedziała, gdzie popełniła błąd, czym naraziła się tym głupim tkaczkom losu, że postanowiły aż tak uprzykrzyć jej życie. Bo przecież dlaczego miała odpowiadać za głupoty swojego chłopaka i jakiejś głupiej modelki? Byli dorośli, przecież nie mogła ich przywiązać do krzesła! Ale znając już większość wybryków Dantego… może powinna. I dlaczego te same tkaczki nie pozwoliły jej kliknąć w telefonie tej poprawnej lokalizacji? Chociaż chyba najśmieszniejsze było to, że nie znajdowali się ani pod tym dobrym adresem, ani pod tym złym. Byli… gdzieś. Na jakimś wypizdowie, z zepsutym samochodem i bez jakichkolwiek szans na jego naprawę przez najbliższe dni, a ona już nie miała żadnych pomysłów.
Chciało jej się płakać. Ryczeć. Wszystko szło nie tak… nawet nie wiedziała czy jak dotrą do Mediolanu to czy nadal będzie miała tam pracę. Czy czasem Dolore jej nie zwolnił i nie zapomniał o tym poinformować, bo przecież nie mogła wykluczyć tej opcji. Możliwe, że nawet miała odpowiednią wiadomość na mailu, ale przez beznadziejny zasięg ledwo dała radę rozmawiać z pracownikiem wypożyczalni, o otwarciu skrzynki nawet nie śmiała marzyć.
Z bezsilności zsunęła się powoli po samochodzie i ukryła głowę w kolanach. Słysząc jednak jak drzwi od strony pasażera się otwierają, momentalnie się podniosła i poklepała się po policzkach. Niby w geście pobudzenia, ale tak naprawdę to chciała się upewnić czy łzy nie spłynęły jej po policzkach. Na szczęście okulary skutecznie zasłaniały zaszklone oczy.
— Tak, popsuł się… a ja nie wiem co robić… jeszcze. Zaraz coś wymyślę — odparła, nieświadomie zaczynając skubać skórki przy paznokciach. Wiedziała, że nic nie wymyśli… ale nie było sensu tłumaczenia tego wszystkiego Dantemu. On i tak ledwo ogarniał co się wokół niego działo.
Zerknęła zaraz na kubek w jego dłoniach, który bujał się w nich zbyt swobodnie. Czyli… studnia wyschła. Otworzyła zaraz drzwi i z leżącej na tylnym siedzeniu torebki wyciągnęła nieotwartą pół litrową butelkę wody, którą od razu mu podała. Miała być jej, ale w tej sytuacji chyba on bardziej potrzebował nawodnienia.
— Dasz radę wyjść z auta? Klima nie działa, zaraz będzie tam jak w piekarniku. Idź może pod drzewo… tam jest trochę cienia, ja w tym czasie…poszukam liny, żeby się powiesić… nie powiedziała ostatni słów na głos, ale byłoby kłamstwem stwierdzenie, że nie przeszły jej one przez myśl.
I wtedy z domku, który chwilę wcześniej prawie padł ofiarą bombardowania jej telefonem, wybiegła mała dziewczynka — na oko może sześcioletnia — z psem podobnym do labradora. Elsa od razu do niej podeszła, machając przyjaźnie, aby czasem nie wystraszyć biednego dziecka.
— Czesc, przepraszam, mówisz po angielsku? — zapytała łamanym włoskim. Cóż, pytanie było bardzo głupie. Powinna zapytać czy rodzice albo opiekunowie posługują się tym językiem, ale skąd miała wiedzieć jak jest "rodzic" po włosku?
— Papà! Papà! — Brzdąc z powrotem wbiegł do domu, krzycząc w kółko to samo słowo, które logicznie myśląc, musiało oznaczać po prostu „tata". I Elsa znów się spięła. Nie wiedziała czy mogłaby się spodziewać pomocy ze strony mężczyzny czy może uznałby, że ci chcieli porwać jego córkę, więc zaraz wyskoczy z wiatrówką i odstrzela ich jak kaczki.
Co w sumie rozwiązałoby problem z szukaniem liny…
Dosłownie kilka sekund później, z tego samego domku wyszedł rzekomy tata, dosyć młody, bo wydawał się niewiele starszy od nich. Nie miał ze soba broni. Ani noża. Dlatego nim zdążył cokolwiek powiedzieć, to Norweżka zaatakowała pierwsza.
— Bardzo przepraszam, że przeszkadzamy, ale samochód nam padł, nawigacja zaprowadziła nas tutaj zanim wszystko się popsuło, wypożyczalnia ma nas gdzieś i mówi, że dopiero za dwa dni po nas przyjadą, a my do tego czasu nie mamy kompletnie gdzie się podziać. Wie pan czy w okolicy są może jakieś pokoje do wynajęcia, jakiś hostel, cokolwiek? I czy wie pan jak mogę samochód ściągnąć na pobocze, żeby nie stał tak na środku drogi, bo już nic innego nie przejedzie. I może jeszcze jakiś sklep w okolicy? Woda nam się skończyła, a takie upały i jeszcze chłopak nie czuje sie najlepiej i… bardzo proszę, ja już naprawdę… — Gdyby wypluwane przez nią słowa były niczym naboje karabiny, biedny chłop byłby już dawno martwy. Ale ten nadal stał dzielnie i tylko patrzył z niedowierzaniem to na dziewczynę to na Dantego.
— Ona tak zawsze? — zapytał z uśmiechem, podchodząc do chłopaka, a widząc jego stan… po prostu się zaśmiał. — Była ostra impreza widzę! Może chodźcie do nas? Ty się wyśpisz, ty się uspokoisz…

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Prepare for the cold
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jeśli miałby wysilić się trochę bardziej i spróbować sobie przypomnieć jakieś mniej lub bardziej istotne szczegóły z minionego wieczoru, pewnie mógłby odkryć, że rzeczywiście zwieńczeniem całej tej przypadkowej imprezy z Beatrice była wizyta w jakiejś podrzędnej knajpie, która w tamtym momencie mogła wydawać się istnym objawieniem. Chociaż… przypominanie sobie tego konkretnego momentu może jednak nie byłoby najlepszym pomysłem. Ryzykownym – z całą pewnością. Bo nawet jeśli wtedy jedzenie wydawało się najlepszym, co mogło go w życiu spotkać, to aktualnie… pewnie lepiej byłoby, żeby nie skupiał się za bardzo na tym temacie. Nie, jeśli nie miał zbytniej ochoty ponownie oglądać tego wątpliwej jakości posiłku sprzed paru godzin…
Przymknął oczy, starając się przyswoić tę niezbyt skomplikowaną informację przekazaną mu przez Elsę. Samochód się popsuł. Czyli niedobrze. Ale miała zamiar coś wymyślić. Czyli…
W porządku… – mruknął, nawet jeśli kompletnie nic nie było w porządku. Z czego prawdopodobnie powinien zdawać sobie sprawę. Tak samo jak z tego, że szanse na to, by Elsa samodzielnie miała wymyślić cokolwiek, co miałoby sprawić, że samochód znów w cudowny sposób zacząłby działać były… raczej niewielkie. I chociaż nie za bardzo zwiększyłyby się w przypadku, gdyby miał jej w tym jakkolwiek pomóc, to chyba była to kolejna kwestia, z której powinien zdawać sobie sprawę – że wypadałoby jednak, żeby tę pomoc zaoferował jej mimo wszystko. Nawet, jeśli miałaby się ona ograniczać do posunięcia kilku mniej lub bardziej absurdalnych rozwiązań całej tej sytuacji, czy zwyczajnie wsparcia jej w tym wszystkim.
Póki co jednak jedynym, co mógł jej zaoferować było wdzięczne spojrzenie podniesione na nią w momencie, gdy podała mu butelkę z wodą. Oraz względnie udana próba współpracy, jaką miało być wytoczenie się z samochodu. Co mógł już chyba uznać za pewien sukces, skoro przy okazji udało mu się nie wywalić prosto na pysk, a zamiast tego dał nawet radę przejść tych parę kroków. Dosłownie parę, bo ostatecznie musiał dojść do wniosku, że zamiast kierować się pod wskazane mu drzewo, przysiądzie po prostu na masce auta. Wciąż wprawdzie na słońcu, ale przynajmniej bez ryzyka, że grawitacja pokona go jakoś tak w połowie drogi.
Świeże powietrze – nawet jeśli rozgrzane i dość duszne – działało chyba zresztą całkiem nieźle, skoro potrzebował ledwie chwili, żeby zorientować się, że Elsa znów coś mówiła i że to, że nie był w stanie zrozumieć ani słowa, nie było raczej spowodowane jego aktualną niedyspozycją. Choć znacznie gorzej było już z kolejnymi jej słowami, których pojawiło się stanowczo zbyt dużo wraz z pojawieniem się ojca kilkulatki, która chwilę wcześniej odbiegła w kierunku domu. Mimo, że tym razem poszczególne kwestie wypowiadane były przynajmniej po angielsku, wciąż działo się to zdecydowanie zbyt szybko, żeby sam mógł jakkolwiek przyswoić to, o czym mówiła. I chyba można było podejrzewać, że dokładnie taki sam problem mógł mieć ktoś, kogo ojczystym językiem nie był jednak angielski i kto prawdopodobnie nie przypuszczał, że w ramach powitania zostanie dosłownie zasypany wyrzucanymi z siebie słowami. O tym jednak nie zdołał już Elsy poinformować, przykładając wciąż przyjemnie chłodną butelkę do czoła i chyba licząc w duchu na to, że zdezorientowany nieznajomy poradzi sobie z tym słowotokiem lepiej niż można byłoby z początku zakładać…
Zazwyczaj… – odezwał się, słysząc kierowane do siebie pytanie. Znów przymknięte powieki, uniósł jednak dopiero po dłuższej chwili, kiedy już dotarł do niego sens kolejnych słów. Lub raczej propozycji, na którą prawdopodobnie nie powinien zgadzać się nikt, kto miałby choć odrobinę rozsądku. Bo przecież pierwszym założeniem mogłoby być chyba to, że pakując się komuś nieznajomemu do domu – zwłaszcza będąc w stanie, w jakim aktualnie znajdował się Dante – powinni liczyć się z tym, że zostaną okradzeni, pokrojeni na organy, a w najlepszym wypadku po prostu zamordowani. Oczywistą i najlepszą odpowiedzią powinna być więc pewnie uprzejma odmowa, toteż…
Chyba… i tak nie wymyślimy nic lepszego, nie…? – zerknął w kierunku Elsy, być może właśnie po raz kolejny udowadniając, że z tym całym rozsądkiem zdecydowanie nie miał zbyt wiele wspólnego. Ale z drugiej strony… z całej tej jej paplaniny zdołał wywnioskować mniej więcej tyle, że ich aktualna sytuacja była co najmniej beznadziejna, więc może nie powinno dziwić, że możliwość przeczekania jej w domu jakiejś przypadkowej włoskiej rodziny prezentowała się jako całkiem niezła opcja. – Więc… brzmi nie najgorzej…
Chyba głównie możliwość wyspania się była dość motywująca, by nawet dał radę przejść do domu i dotrzeć do wskazanej mu kanapy, obywając się przy tym bez zbyt nagłego i niekoniecznie przyjemnego spotkania z podłożem.
I może nawet kompletne zlekceważenie ewentualnego zagrożenia wcale nie było aż tak beznadziejnym pomysłem, skoro niewiele jednak wskazywało na to, by cokolwiek faktycznie miało grozić im zaraz po przekroczeniu progu domu. Choć może sama Elsa mogłaby mieć co do tego pewne wątpliwości, kiedy już mężczyzna zaprowadził ją do kuchni, w której urzędowała jego żona i kiedy – po kilku wymienionych z nią zdaniach po włosku – samemu opuścił pomieszczenie. Włoszka niemal od razu zasypała ją potokiem słów, który śmiało mógłby konkurować z tym wyrzuconym nie tak dawno temu przez Elsę – z tą różnicą, że te wybrzmiewały akurat po włosku i nawet jeśli kobieta musiała zdawać sobie sprawę z tego, że jej przypadkowy gość nie jest w stanie zrozumieć z nich zbyt wiele, zdawała się tym kompletnie nie przejmować. A już na pewno nie przeszkadzało jej to we wręczeniu Elsie miski dorodnych sparzonych pomidorów oraz noża, którym ta najwyraźniej miała przysłużyć się do pomocy w przygotowaniu obiadu – tyle dość łatwo można było wywnioskować z wyrazistej gestykulacji, podczas której kobieta zdążyła nawet zaprezentować, jak rzeczone pomidory powinny zostać pokrojone.
Za szczęśliwy zbieg okoliczności można byłoby w takim razie uznać to, że ledwie chwilę później do kuchni wparowała widziana wcześniej przed domem dziewczyna, która niemal od razu bezceremonialnie chwyciła Elsę za rękę, zmuszając ją tym samym do porzucenia pomidorów i udania się wraz z nią i psem do ogrodu. W czym nie przeszkodziło jej nawet pokrzykiwanie matki, na które młoda również potrafiła odpowiedzieć całkiem imponującą ilością słów…
I właśnie na tej – dobiegającej chyba końca – zabawie w ogrodzie, Dante mógł po swojej wcale nie aż tak długiej drzemce, zastać Elsę wraz z jej nową kilkuletnią znajomą i psim kumplem. Przy czym może i chwila odpoczynku na cudzej kanapie to wciąż było za mało, żeby w pełni powrócić do żywych, ale… przynajmniej na pewno czuł się znacznie lepiej niż w momencie, gdy ich wypożyczony samochód postanowił kompletnie odmówić im współpracy.
To… mamy jakąś opcję, żeby dostać się do tego Mediolanu i nie utknąć tutaj…? – zaczął, schylając się odruchowo, żeby pogłaskać psa, który akurat podbiegł się z nim przywitać. Jednocześnie zerknął w kierunku Elsy, czując dość nieprzyjemny skurcz w okolicy żołądka i całkiem nieźle zdając sobie sprawę z tego, że tym razem ten nie miał nic wspólnego z jego kacem. Teoretycznie nie był chyba w żaden sposób odpowiedzialny za to, że póki co jednak utknęli tutaj – gdziekolwiek to tutaj się znajdowało – ale… niewiele też jak dotąd był w stanie zrobić, żeby wspólnie znaleźć jakieś rozwiązanie. A to pewnie i tak nie była jedyna kwestia, z którą powinien czuć się co najmniej nie najlepiej… – W sensie… może mają tu jakiegoś mechanika, który dałby radę to ogarnąć?
Właściwie chyba brzmiało to nawet całkiem rozsądnie. Może nawet bardziej niż czekanie tych dwóch dni – tyle przynajmniej udało mu się wcześniej wyłapać – zanim wypożyczalnia miałaby jakkolwiek chcieć rozwiązać ich problem. Szkoda tylko, że najpewniej szanse na znalezienie mechanika – a tym bardziej dogadanie się z nim… – w tym miejscu były pewnie dość niewielkie…

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Znów nie przemyślała swojego postępowania. Ale tak się ucieszyła, gdy mężczyzna dał znać, że zna angielski, że wpadła w totalny amok. Musiała wreszcie komuś powiedzieć, co się stało, jak bardzo byli ze wszystkim w czterech literach i że już naprawdę sama nie miała pomysłu jak mogłaby ich ocalić przed istną katastrofą, w tym przed śmiercią z odwodnienia — głównie tego boleśnie trzeźwiejącego gamonia. Chociaż celowo nie wspominała nieznajomemu z jakiego powodu Dante nie był w najlepszej formie fizycznej, psychicznej w sumie też. Tak jakby łudziła się, że może sam fakt, że po prostu czuł się źle, sprawi, że ten się nad nimi zlituje. Raczej pijani ludzie jedyne co wzbudzali to wstręt. No ale czy powinna się zdziwić, że ten od razu poznał, że jej chłopak był mocno wczorajszy, a jakby się uprzeć to nawet i dzisiejszy? Cholera, przecież on miał małe dziecko! Co ona sobie w ogóle myślała…
Dlatego, kiedy mężczyzna tak po prostu zaproponował, żeby na chwilę zatrzymali się u nich, zatkało ją. Liczyła co najwyżej na rzucenie im z odległości kilku metrów jakąś małą butelką wody i daniem numeru do mechanika, który najprawdopodobniej nie rozumiał ani jednego słowa po angielsku. No… może poza międzynarodowym "fuck off”. W tej chwili nawet nie myślała o tym, że mogliby ich okraść. Na dobrą sprawę, nie mieli czym ryzykować, bo przecież bez czyjejkolwiek pomocy padliby trupem i co by im było po telefonach, portfelach czy pieniądzach Elsy? Jakby nie patrzeć, Olive i Murphy znajdowali się u jej rodziców, więc mieli zapewnioną opiekę. Gdyby coś miało się im stać tutaj we Włoszech to najważniejsze istoty nie będą pozostawione same sobie. Wobec tego… nic innego ją nie obchodziło.
— My… my bardzo dziękujemy. Obiecujemy, że to tylko na chwilę, nie chcemy sprawiać kłopotów. Przepraszam, że to tak… zapłacimy oczywiście i… — Była bardzo zestresowana całą tą sytuacją. Nie lubiła polegać na czyjejś dobroci… paradoksalnie, bo przecież to ona zawsze była czyimś wsparciem w każdej postaci. To ona służyła swoją kanapą, dobrym słowem, uśmiechem… i chyba pierwszy raz spotkała się z tym, że ktoś kompletnie obcy oferował im podobne dobro.
— Już, już… przestań. Chodźcie, bo słońce jest coraz wyżej i zaraz naprawdę się ugotujemy. — Mężczyzna posłał im szerokie uśmiechy i otworzył przed nimi drzwi domu, ruchem ręki zapraszając do środka. Elsa wcześniej wcale nie przesadzała, że była wdzięczna za okazaną pomoc i troskę. Jednak nim znalazła się w przyjemnie chłodnym od klimatyzacji domostwie, upewniła się, że Dante również dotarł chociażby do progu. Stamtąd gospodarz już go pokierował do pokoju, który przypominał coś na wzór gabinetu — biurko z komputerem, regały wypełnione książkami i ta upragniona kanapa. Dostał nawet poduszkę, aby było mu wygodniej. Jednak ze względu na panujące temperatury, nie otrzymał propozycji koca bądź innej narzuty, ale to chyba i tak zdawało się zbędne.
Elsa z kolei wylądowała w kuchni, gdzie została poproszona o pokrojenie pomidorów. I to wystarczyło, żeby ta po raz kolejny tego dnia, poczuła ścisk pod żebrami. Bo chciała się jakoś odwdzięczyć za całą gościnę, ale może pomoc w przygotowaniu obiadu nie była czymś, co mogłaby zaoferować i co z pewnością byłoby jakkolwiek wartościowe. Tylko jak miała to wytłumaczyć kobiecie, która nie rozumiała i nie znała ani słowa po angielsku? I gdzie ten jej mąż się podział, kiedy był potrzebny?!
Ale na szczęście została uratowana przez brzdąca, który przedstawił się jako Sofia. W zamian za ratunek, miała się z nią i psem pobawić w ogrodzie. I to wydawało się być dużo lepszą opcją niż pokraczne krojenie pomidorów bądź próby ubijania mięsa na kotlety. Bo może sama była zmęczona, ale to przecież nie pierwszy raz, gdy sen bądź inny odpoczynek schodził na dalszy plan, zwłaszcza, że energiczne harce z dziewczynką pozwalały jej chociaż na chwilę zapomnieć w jak beznadziejnej sytuacji się znaleźli. W międzyczasie dowiedziała się od Cesare’a — bo tak miał na imię ich główny wybawca — co nieco o samochodzie, bo oczywiście, że dała mu kluczyki, aby mógł się temu przyjrzeć i skonsultować sprawę z jakimś kolegą, z którym również zepchnął auto na pobocze, a także o tym, że ten wieczór miał być dosyć… głośny ze względu na obchodzone w wiosce święto. Ale przynajmniej czegoś się dowiedziała i zaczynała widzieć to maleńkie światełko w tunelu, które mogło zwiastować, że znajdą jakieś wyjście z tej całej absurdalnej sytuacji.
Kiedy Dante pojawił się w ogrodzie, Elsa siedziała pod drzewem, czesząc siedzącą przed nią Sofię, która bawiła się przyniesionymi wcześniej lalkami. Kończyła właśnie jednego z dwóch warkoczy, gdy leżący obok pies zerwał się i podbiegł do nowego towarzysza zabaw. Ona mimowolnie oderwała głowę od włosów dziewczynki i uśmiechnęła się słabo, widząc, że zderchlak był znacznie bardziej żywy niż sprzed kilku godzin. Nie wiedziała czy to za sprawą drzemki w klimatyzowanym pomieszczeniu, czy może leków przeciwbólowych, czy też jednego i drugiego, ale najważniejsze, że zadziałało.
— Tak… pan Russo rozmawiał z jakimś mechanikiem i jutro po południu ma podjechać. Jeśli dobrze zrozumiałam to dziś mają jakieś święto pomidora, więc ma być jakaś duża impreza, więc to oczywiste, że nie będzie w stanie się tym zająć dzisiaj, zwłaszcza, że od rana trwają przygotowania… pewnie zaraz cię poproszą o pomoc w zbieraniu i noszenia drewna na ognisko. — Sięgnęła po leżącą na kolanach czerwoną wstążkę i związała nią zakończenie warkocza, po chwili zabierając się za plecenie drugiego. — No, chyba że upijesz tego mechanika i coś z nim wciągniesz albo zapalisz, wtedy to możemy stąd wyjechać nawet i za trzy dni — dodała zaraz. Chyba nie chciała z nim prowadzić dyskusji na ten temat. Nie kiedy byli w gościach i ostatnie co mogłaby zaoferować ich wybawcom było słuchanie angielskich kłótni, ale te słowa wypłynęły z niej automatycznie. Dopiero po chwili do niej to dotarło, ale… no było już za późno.
— Dante! — zacmokała, klepiąc ziemię koło siebie. Pies wtedy spojrzał na nią i podbiegł we wskazane miejsce z jęzorem na wierzchu. — No co? Nie ja go tak nazwałam — odburknęła, a na jej ustach zagościł pełen satysfakcji uśmiech. Nie ukrywała, że czekała na możliwość poinformowania chłopaka o tym jak się ten futrzasty dżentelmen nazywał i to był chyba idealny moment.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Prepare for the cold
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie był w stanie, w którym mógłby jakkolwiek zastanawiać się nad tym, że zaoferowana im gościna to było już za dużo jak na coś, czego powinni spodziewać się od kompletnie nieznajomych osób. Chociaż… w porządku, z dużą dozą prawdopodobieństwa można było zakładać, że również będąc całkowicie trzeźwym, Dante ani przez moment nie zastanowiłby się nad tym, czy aby przypadkiem nie nadużywa czyjejś gościnności. Nad tym, że może miałoby się to wiązać z jakimś potencjalnie krwawym morderstwem… również nie. Jedyną różnicą mogłoby być najpewniej to, że w każdym innym przypadku mógłby zareagować znacznie większym entuzjazmem, na który aktualnie zdecydowanie nie miał siły.
Tej zresztą i tak ledwie starczyło mu na to, by dobrnąć jakoś do kanapy i zalegnąć na niej na kolejnych parę godzin. I oczywiście, że brak jakiegoś koca, czy innego nakrycia nie robił mu zbytniej różnicy. Prawdopodobnie nie zauważyłby aktualnie nawet braku poduszki. Albo samej kanapy…
Drzemka – w połączeniu z połkniętymi wcześniej proszkami – zdziałała jednak cuda i przynajmniej w pewnym stopniu przywróciła go do życia. Może nie na tyle, by nagle miał poczuć przemożną chęć powrotu na jakąś imprezę, ale… to może nawet dobrze się składało. Mimo wszystko uniósł wymownie brwi, słysząc o jakimś święcie pomidora, pozwalając sobie na lekki uśmiech, kiedy rozsiadał się pod drzewem tuż obok Elsy. I chociaż ten pewnie wciąż pozostawał co nieco blady, to jednak mógł być już chyba całkiem niezłym potwierdzeniem tego, że zdecydowanie powoli Dante wracał do grona żywych. Oraz względnie przytomnych.
Święto pomidora…? – parsknął z rozbawieniem, powtarzając w pierwszej chwili to, co może i nie było najistotniejszą informacją w tym wszystkim, co mu powiedziała, jednak… z całą pewnością całkiem skutecznie przykuwało uwagę. – Zapowiada się ciekawie. Chociaż… może jednak wolałbym się obejść bez tego całego noszenia drewna…
Co raczej było dość oczywiste, skoro nietrudno było się domyślić, że to również póki co mogło znajdować się poza jego możliwościami. Może i drzemka była całkiem skuteczna pod względem dochodzenia do siebie, ale… no, raczej nie aż tak.
Bezwiednie wziął do ręki lalkę, wręczoną mu właśnie przez Sofię, która w dodatku paplała coś radośnie po włosku – ewidentnie tłumacząc coś niezwykle istotnego i dość zawiłego, czego Dante nie miał najmniejszych szans zrozumieć. I… chyba nawet niespecjalnie się starał, skoro ledwie chwilę później dotarł do niego sens kolejnych słów Elsy. Raz jeszcze miał okazję poczuć ten nieprzyjemny skurcz, przenosząc na nią spojrzenie i naprawdę rozważając przez sekundę lub dwie, czy najlepszym rozwiązaniem nie powinno być obrócenie jej wypowiedzi w żart…
Els… – przetarł twarz dłonią, stosunkowo szybko dochodząc do wniosku, że nie, to stanowczo nie byłoby dobre rozwiązanie. A skoro tak, to potrzebował jakkolwiek pozbierać myśli, żeby przynajmniej spróbować odpowiednio wyrazić to, co mogłoby mu chodzić po głowie. Nawet jeśli to wciąż nie było szczególnie łatwe zadanie. – To nie był mój pomysł, ok? W sensie… nie mówię, że całe to wyjście to tylko wina Beatrice, ale… No, nikogo przecież nie upijałem…
Przynajmniej ta jedna kwestia może warta była wyjaśnienia, bo… naprawdę nie brzmiało to zbyt dobrze w wersji, jaką sugerowała właśnie Elsa. Co prawda pewnie trudno byłoby znaleźć wersję, która wobec tego mogłaby brzmieć dobrze, ale może mimo wszystko warto było przynajmniej spróbować z taką, która brzmiała choćby trochę lepiej. I przy okazji była bliższa prawdy – bo przecież rzeczywiście nikogo nie upijał poprzedniego wieczoru. Właściwie nawet wspólnie wypalone zioło, od którego wszystko się zaczęło, należało przecież do Beatrice. Podobnie zresztą jak prochy, którymi postanowili doprawić wspólną zabawę, kiedy obydwoje mogli zgodzić się co do tego, że sam alkohol to było zdecydowanie za mało.
Choć w tak dogłębne szczegóły może jednak wolałby nie wchodzić, przedstawiając tę swoją lepszą wersję Elsie. I najwyraźniej na szczęście nie musiał, skoro z pomocą postanowił przyjść mu pies. O zaskakująco znajomym imieniu…
W pierwszej chwili zerknął na Elsę zaskoczony, nie bardzo najwyraźniej odnajdując się w sytuacji i tym, co właśnie robiła, używając jego imienia. Dopiero w kolejnej, zauważając reakcję czworonoga, mógł mimowolnie parsknąć z całkiem szczerym rozbawieniem. Bo nie, zdecydowanie nie zamierzał oburzać się z powodu tego, że jakiś włoski pies nosił dokładnie to samo imię co on. W końcu…
Miłośnicy włoskiej poezji chyba nie powinni za bardzo dziwić, skoro jesteśmy we Włoszech… – zaśmiał się, wyciągając rękę, żeby pogłaskać swojego imiennika po głowie. I tak, wielbiciele poezji Alighieriego kompletnie nie powinni nikogo dziwić, skoro znajdowali się w jego ojczyźnie. Zwłaszcza skoro zamiłowanie do jego twórczości mogło dotrzeć również do Kanady, skutkując nadaniem dziecku tego konkretnego imienia… – Myślisz, że gdzieś na półce mają Boską Komedię w oryginalnej wersji?
Mógł się domyślać, że Julien – będący głównym pomysłodawcą jego imienia – mógłby ucieszyć się z podobnej włoskiej pamiątki. Zakładając, że w zapewne dość długim czasie, jaki mógłby minąć zanim ich dwóch miałoby w ogóle okazję się spotkać, Dante wciąż by o niej pamiętał. Oraz pomijając fakt, że istniała raczej niewielka szansa, że jego ojciec miałby zrozumieć z tej oryginalnej wersji poematu cokolwiek zrozumieć…
Wciąż jednak – rzucone mimochodem nawiązanie do twórczości Alighieriego, zdawało się być pomysłem znacznie lepszym niż kontynuowanie jakichkolwiek wyjaśnień związanych z minionym wieczorem. Albo – choć i to mógłby rozważyć, byleby uniknąć niezbyt wygodnego tematu – angażowanie się w to wspomniane już noszenie drewna. Które, tak swoją drogą, najwyraźniej i tak miało go ominąć, skoro przez cały ten czas nikt za bardzo nie kwapił się, żeby faktycznie prosić go o pomoc. Choć to pewnie mogło mieć związek z tym, że Russo całkiem nieźle zdawał sobie przecież sprawę z tego, w jakim stanie Dante znajdował się wcale nie tak dawno temu. A skoro jak dotąd ich gospodarze nie przejawiali jakichś morderczych skłonności, chyba mało prawdopodobne wydawało się to, by nagle któreś z nich postanowiło pozbyć się jednego z przypadkowych gości poprzez angażowanie go do zajęcia, które mogło okazać się stanowczo ponad jego aktualne siły…

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Była pod niemałym wrażeniem umiejętności Dantego do filtrowania otrzymywanych informacji. Bo oczywiście, że nie powiedział ani słowa o samochodzie czy mechaniku, o tym, że mógł się zająć autem dopiero następnego dnia i to po południu, a znając Włochów, pewnie dosyć późnym. Nie zainteresował się tym, gdzie wobec tego mieli spędzić noc, bo przecież nie było wspomniane nawet słowem, że uprzejmość państwa Russo miała sięgać aż do ranka. A co chyba najbardziej rozczarowujące — nawet się nie zająknął pytaniem czy tyle czasu jej wystarczy. Nie zapytał o godzinę rozpoczęcia pracy, o to czy pewien Włoch nie będzie się jej znowu czepiał… nic. Kompletne zero. Najważniejsze dla niego, z całej jej wypowiedzi, okazało się święto pomidora i to, że istniała szansa, że zostanie poproszony o pomoc w noszeniu drewna. No tak, bo to była zdecydowanie zbyt wygórowana cena za całą tą życzliwość, której doświadczyli od tej rodziny.
Ale znów nie odezwała się ani słowem. Nie miała chyba naprawdę siły na jakieś kłótnie, z których ten najprawdopodobniej znów niewiele by zrozumiał, nie wspominając o wyciąganiu jakichś konkretnych wniosków. Ewentualnie mogłyby pojawić się tylko te sugerujące, że to ona ma problem, że się czepia i że może lepiej, żeby w ogóle już nie rozmawiali jeśli tak to miałoby wyglądać. I cóż, nigdy nie narzekała na bujną wyobraźnię i najprawdopodobniej w tej chwili to ona podsuwała jej te wszystkie mało optymistyczne wizje, ale chyba wolała nie ryzykować. Dlatego kwestię samochodu, swojej pracy i ogólnego samopoczucia pozostawiła tylko dla siebie.
Mimo to uśmiechnęła się słabo, widząc jak ten przyjmuje od dziewczynki lalkę i podejmuje ten niesamowity trud jakiejś zabawy z nią, choć nie rozumiał ani jednego słowa, które wylatywały z ust Sofii jak z karabinu maszynowego. Cóż, gdyby Elsa mówiła po włosku choćby w stopniu komunikatywnym, z pewnością by się mogły dogadać jeszcze bardziej. Chociaż to i tak uważała za dziwną sprawę, że spędziły ze sobą około trzech godzin i ani razu nie zrobiło się jakoś niezręcznie z powodu bariery językowej. A może była to kwestia dobrego podejścia do dzieci? W końcu nawet mała Mia, siostra ich kolegi z liceum jakimś cudem ją zaakceptowała i polubiła, podczas kiedy wszystkich innych gości Chrisa najzwyczajniej w świecie terroryzowała. Nie wspominając o tym, że Norweżka przecież regularnie przyjmowała w swoim salonie dzieciaki, które z niezrozumiałych dla wielu powodów bardzo ją lubiły już po pierwszej wizycie. Do tego stopnia, że kiedy miały iść się obciąć do kogoś innego to podobno urządzały w domu istną awanturę.
I może taką samą powinna urządzić Dantemu, kiedy wspomniał, że to nie był jego pomysł, że przecież nie upijał nikogo i ogólnie to wcale nie tak, że całe zło tamtej nocy to tylko jego wina.
Może powinna.
Ale czemu tego nie zrobiła… nie wiedziała. Czy była zbyt zmęczona, czy może nie chciała robić scen przy dziecku, niezależnie od tego czy zrozumiałoby w ogóle ich rozmowę, czy nie, z pewnością wyczułoby aż nazbyt napiętą atmosferę. Nie. Zdecydowanie nie było warto.
— Tak, niech będzie. To nie twoja wina, jej też nie. Dwoje dorosłych ludzi poszło się napić. Koniec historii. — Wzruszyła bezradnie ramionami, bo co innego miała dodać?
Kiedy pies zareagował na swoje imię i podbiegł do niej, aby zaraz położyć się w małej szparze między nią, a swoim imiennikiem — to wcale nie tak, że ten futrzasty kolega był jakichś niewielkich rozmiarów, ale najwyraźniej mało go to interesowało i doszedł do wniosku, że on chciał się tam położyć i tyle, a jak im było niewygodnie to zawsze się mogli posunąć — akurat skończyła drugiego warkocza z włosów Sofii. Zrobiła zdjęcie swoim telefonem i pokazała dziewczynce finalny efekt na co ta zareagowała radosnym piskiem. Zostawiła zaraz lalki na trawie i pognała do domu, najprawdopodobniej po to, aby się pokazać rodzicom.
— Mają — odpowiedziała mu na pytanie, zajmując dłonie głaskaniem grzbietu psiaka. — Sofia zostawiła szczotkę w pokoju, w którym spałeś, więc poszłyśmy po nią i rzuciła mi się w oczy na regale. Bardzo ładne wydanie swoją drogą. A czemu pytasz? Chcesz nadrobić braki z liceum?
Nie spędzili jednak całego popołudnia na rozmowie o literaturze i szkolnych lekturach. Wkrótce przyszedł do nich Cesare i powiedział, że na święto pomidora wszyscy ubierają się na czerwono, więc jeśli potrzebowaliby coś pożyczyć to chyba powinien coś znaleźć w swojej i żony garderobie. Na szczęście nie było takiej potrzeby, bo Elsa spakowała swoją czerwoną sukienkę, która to miała utrzymywać się na jej pożalsięboże biuście, a Dantemu połówkę w tym samym odcieniu. Cóż, liczyła, że założą ten zestaw na jakiejś randce w Mediolanie… no ale jak widać — jaki Mediolan taka randka.
Pozwolono im odświeżyć się w łazience i przygotować na zbliżające się obchody Wielkiego Pomidora. Może i Dante nie został wykorzystany do noszenia drewna, ale pan Russo poprosił go o pomoc w przenoszeniu całego przygotowanego przez jego żonę jedzenia do ich pickupa. A potem razem z nimi pojechał tym autem na miejsce, podczas kiedy Elsa wraz z małą katarynką, udały się tam spacerem, podczas którego śpiewały sobie różne piosenki Disneya — trochę po włosku, trochę po norwesku… ale kto by tam narzekał…
I cała ta zabawa trwała w najlepsze. Nie były to może jakieś dożynki z kapelą, a spotkanie wszystkich mieszkańców wioski przy ognisku, gitarze, dobrym jedzeniu i alkoholu. I jak Dante szybko został zgarnięty przez młodych mężczyzn do wspólnych rozmów po angielsku, tak Sofia załatwiła Elsie darmowy etat jako dziecięcej fryzjerki. Bowiem wszystkie jej koleżanki zachwycały się tymi pięknymi warkoczykami i oczywiście, że zapragnęły mieć takie same! Także usiadła gdzieś niedaleko męskiego skupiska i po kolei czesała każdą dziewczynkę. Jak dobrze, że zawsze miała w torebce jakieś małe gumeczki i grzebień…


Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Prepare for the cold
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Oczywiście, że jak zwykle – nawet jeśli nie do końca świadomie – musiał postawić na to swoje sprawdzone, najwygodniejsze podejście. Bo przecież wiadomo było, że całkowite bagatelizowanie problemu sprawiało z automatu, że ten po prostu przestawał istnieć. Wystarczyło założyć, że – zgodnie z tym, co przekazała mu Elsa – kwestia zepsutego samochodu nie była już czymś, czym powinni się jakkolwiek martwić i… tyle powinno wystarczyć, by rzeczywiście tak właśnie było. Żeby nie trzeba było w żaden sposób przejmować się tym, czy wspomnianemu mechanikowi miałoby w ogóle udać się odpalić ten cholerny samochód i sprawić przy okazji, by dali radę dojechać nim na miejsce. Nie trzeba było martwić się też tym, czy nawet przy optymistycznym założeniu, że mechanik miałby się z tym uwinąć, mieliby dotrzeć do Mediolanu wystarczająco wcześnie, by Elsa nie musiała stresować się, że mogłaby nie zdążyć przed ostatnim pokazem. A już z całą pewnością nie trzeba było martwić się czymś tak banalnym jak kwestia ewentualnego noclegu.
Zamiast tego można było skupić się na święcie pomidora i uznać, że tyle wystarczy, żeby skutecznie rozładować atmosferę.
Oczywiście.
Nawet jeśli to nie tak, że kompletnie nie wyczuwał wiszącego w powietrzu napięcia. Wiedział doskonale, że nie był to żaden koniec historii i zdążył nawet otworzyć usta i nabrać powietrza w płuca, żeby powiedzieć na ten temat coś więcej, ale… w tym samym momencie rozsądek po raz kolejny przegrał. A może właśnie wygrał…? Biorąc pod uwagę obecność Sofii podczas ich rozmowy, chyba rzeczywiście można było uznać ten moment za nie najlepszy do poruszania jakichś trudniejszych tematów. I jeśli nawet wcale nie to było głównym powodem, dla którego Dante zdecydował się wycofać z mówienia czegokolwiek… ostatecznie pewnie mogłoby stanowić całkiem niezłe uzasadnienie.
Myślałem raczej o odkupieniu jej dla faceta, przez którego muszę się teraz zastanawiać, czy wołasz mnie czy psa – znów się roześmiał, co przyszło z zaskakującą łatwością jak na to, że nadal musiał przecież zdawać sobie sprawę z tego, że atmosfera pomiędzy nimi wcale nie wyglądała tak, jak powinna. A także z tego, że – wbrew temu, co mógłby chcieć twierdzić – była to w głównej mierze jego wina. – I który przy okazji zadbał, żebym w tym temacie nie musiał nadrabiać żadnych braków.
W porządku, może i ojciec Dantego nie był kimś, kto rzeczywiście miałby jakąś szczególną uwagę zwracać na wyniki w nauce swojego syna – zwłaszcza kiedy sam doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że poza szkołą czekało zdecydowanie zbyt wiele ciekawszych zajęć – ale bezdyskusyjnie potrafił zarazić innych tym, czym sam się interesował. I, jak się okazywało, niekoniecznie musiały to być jedynie eksperymenty związane z używkami, imprezami, czy to nieco mniej destrukcyjne, za to chyba najbardziej oczywiste zainteresowanie, jakim była muzyka…
A chociaż jak dotąd raczej nie mieli okazji, by – poza rzucanymi mimochodem wzmiankami, gdy akurat pasowało to do tematu rozmowy – miał opowiadać jej cokolwiek więcej o swoim ojcu, którego w zasadzie nawet nie miała nigdy okazji poznać, kojarząc jedynie Douga… tym razem najwyraźniej okoliczności również nie miały temu sprzyjać. Święto pomidora nie mogło przecież czekać. Podobnie zresztą jak te wszystkie rzeczy, które ostatecznie przyszło Dantemu nosić wraz z Cesarem i które wystarczyłoby prawdopodobnie do tego, by wyżywić tę i kilka sąsiednich wiosek…
Trudno powiedzieć, czego – i czy w ogóle czegoś – mógłby spodziewać się po całych tych obchodach święta pomidora, jednak… jakiekolwiek by te oczekiwania nie były, chyba nie powinno zbytnio dziwić, że stosunkowo szybko mógł odnaleźć się w gronie kompletnie nieznanych mu osób. Gdyby dodatkowo zdecydował się opróżnić kubek, który ktoś wcisnął mu w rękę, a z którego przez cały ten czas nie był w stanie upić choćby łyka, prawdopodobnie szybko mogłoby okazać się, że równie dobrze odnalazłby się nawet gdyby towarzystwo wcale nie mówiło po angielsku. Bo przecież miał całkiem sporą wprawę w poznawaniu zupełnie przypadkowych osób, znajdowanie wspólnych tematów nie stanowiło najmniejszego problemu i chyba nawet przez chwilę był w stanie zapomnieć o tym niepokojącym napięciu, jakie można było wyczuć jeszcze nie tak dawno temu, gdy razem z Elsą siedzieli w ogrodzie…
Zdecydowanie mógłby to być całkiem miły wieczór, który z perspektywy czasu mogliby pewnie potraktować jako dość zabawny, choć nieplanowany przerywnik w drodze pomiędzy Wenecją i Mediolanem. Mógłby. Bo oczywiście, że w pewnym momencie coś musiało pójść absolutnie nie tak, jak powinno. Co gorsza – znów zaczynając się całkiem niewinnie i nie zwiastując jakiejś większej katastrofy. Nie mógł przecież przypuszczać, że takową mogłoby zakończyć się wyciągnięcie ręki w kierunku mężczyzny, który akurat dołączył do rozmawiającego i nieco już podpitego – choć akurat kubek Dantego wciąż pozostawał nietknięty, najwyraźniej ten nie zdążył jeszcze całkowicie zapomnieć o dość ciężkim poranku… – towarzystwa. Nie mógł też podejrzewać niczego złego, kiedy jeden z rozmówców zaśmiał się serdecznie…
Dante? Czyli tam pewnie siedzi twoja Beatrice, co? – może i ledwie chwilę wcześniej rozmawiał z Elsą na temat twórczości włoskiego poety, a nawiązanie rzeczywiście było dość oczywiste, ale… i tak musiał minąć moment, nim dotarło do niego, jak beznadziejny był to zbieg okoliczności.
Beatrice. Oczywiście, że ta cholerna modelka musiała mieć na imię akurat Beatrice. I nawet jeśli jak dotąd nawet nie przeszłoby mu przez myśl, żeby przez to jakkolwiek kojarzyć ją z Alighierim, jego pieprzonym poematem, czy czymkolwiek innym jak tylko jednorazowym wypadem do jednego z włoskich klubów… chyba nie byłoby przesadą, że niemal dosłownie i mimo wciąż dość wysokiej temperatury, zmroziło go na dźwięk tego idiotycznego nawiązania.
Co…? Nie, to… – nie miał pewności, czy którykolwiek z Włochów miał okazję kojarzyć choćby połowę angielskich przekleństw, których właśnie użył rezygnując z kończenia swojej wypowiedzi, czy może jednak słyszeli je właśnie po raz pierwszy. Nie bardzo go to zresztą interesowało. Bez zastanowienia wcisnął swój wciąż pełny kubek komuś, kto stał akurat najbliżej, samemu odwracając się w kierunku Elsy i naprawdę licząc w duchu na to, że nie miała okazji usłyszeć tego durnego komentarza.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”