-
Revenge is a dish; the truth is a pit; words are weapons… Do you follow?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Oczywiście, że kiedy nastawiał się na realizację czegoś, to zawsze starał się dążyć bezpośrednio do tego. Różnicą było to, że wtedy jego widzenie nie było tak mocno zamknięte i zakotwiczone na jednym punkcie tego postanowienia. W tym wypadku to był po prostu tunel, który należało przejść i który prowadził bezpośrednio do jednego. Nie uwzględniając tego, co jest dookoła i tego, co jest ‘po drodze’. Bo droga była prosta, bezpośrednia, ciemna – a przez to: nieistotna uwzględnieniu.
Gdy drzwi otworzyły się i do środka wsiadła dwójka jego ludzi on nawet nie drgnął. Nie odwrócił spojrzenia, nie zerknął w lusterko. Niczym w zimnym transie wpatrywał się na wciąż trwające wydarzenie, które powinno być jego, a przede wszystkim – Navi.
Coś się w nim przesunęło. Cicho, a jednocześnie znacząco.
Nie zareagował na skierowane do niego pytanie o plan. Plan był; plan był już w realizacji.
Wycofał samochód nieco dalej, a dokładnie kilka sekund później nocne niebo przeciął niewielki samolot do oprysku pól. W tym regionie, przy tych temperaturach – nic szczególnego. Opryski robione były nocami, by w trakcie upałów rośliny nie płonęły od skroplenia nawozem. Ten szczególny aeroplan przeleciał dość nisko, choć wciąż nie niebezpiecznie, przelatując ponad ogrodem, w którym odbywało się wesele. W którym miało odbywać się wesele, a tak naprawdę teraz była to po prostu kolejna mafijna feta i podłoże do interesów. Nieobecność pary młodej formalnie niczego nie zmieniała.
Giovanni nie ruszył w długą drogę, tylko odjechał w tym czasie nieznacznie do pierwszego zakrętu, wyraźnie zwalniając. Uchylił okna, wpuszczając do wnętrza pojazdu zarówno przytłumiony zgiełk, pomieszany ze słyszalnym oburzeniem, jak i zaraz potem intensywny zapach benzyny. A potem cichy trzask, towarzyszący błyskowi w niedalekiej odległości. Flara ostrzegawcza, wbrew temu, jak powinna, pomknęła nie w górę, a w bok, kierując się z mroku w stronę ogrodów.
A dosłownie ułamki sekund później wszystko stanęło, jak za wciśniętym przełącznikiem, w płomieniach. W ciągu jednej, krótkiej chwili, wesele zamieniło się w żywe piekło na ziemi. Płomienie nie rozlały się po ogrodzie, one po prostu się w nim pojawiły. Zaczęły rozchodzić się szybko, zajmując po drodze dekoracje, stoły, krzesła i wszystko, co mogło się zająć ogniem, a czego przy weselu było, jak się okazało, całkiem sporo.
I zaczęła się ogólnopojęta panika. Ludzie, których płomienie nie oszczędziły, podnieśli alarm własnymi wrzaskami, a potem rzucili się do ucieczki we wszystkich możliwych kierunkach. Widział to dokładnie – widział, jak wpadali na siebie, tratowali się nawzajem, a kogo płomienie początkowo oszczędziły, po chwili i tak dopadły, zaczynając trawić powoli najpierw strój, później włosy. Wytapiać skórę. Goście weselni rozbiegli się, wypadając na parking przed ogrodem, wyglądając niczym żywe pochodnie. Jako te same żywe pochodnie, w bezmyślnym odruchu rzucali się do samochodów, chcąc uciec od zagrożenia i nie dostrzegając w tym całym bólu, że zagrożenie cały czas było na nich. Inni, nieco rozsądniejsi, rzucali się na beton, w dzikim tańcu, próbując ugasić płomienie, które przykleiły się do nich, wraz z ubraniem wtopionym w skórę.
Do samochodu najpierw dotarł ostry, kłujący zapach dymu, a chwilę po nim swąd palonego mięsa.
Giovanni nie odwrócił spojrzenia od tej sceny, nie reagował na nic. Po prostu obserwował to, jakby był to spektakl, który należało obejrzeć. Rodzinny lekarz odkaszlnął, dławiąc się dymem lub smrodem zwęglonych ciał i zakrył nos chustą z butonierki.
Salvatore drgnął po chwili, kiedy jeden z gości, w akompaniamencie własnych i cudzych wrzasków, dogorywał w męczarni na środku jezdni, kilkanaście metrów od samochodu.
— Questo è per te, carissima — odezwał się, przenosząc powoli spojrzenie na Navi. — La mia famiglia non ti farà mai più del male.
I'd let the world burn for you
-
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wiedziała czym się zajmował w ciemnościach.
Obejrzała się na wesele. Muzyka wciąż grała, kiedy goście w dalszym ciągu rozmawiali między sobą. Wszystko wyglądało normalnie. Spokojnie. Jak na każdym takim wydarzeniu, gdzie para młoda świętuje swój wielki dzień. Tyle, że tam ich nie było, a gościom to nie przeszkadzało. Dzień, który miał być jej wielkim i wyśnionym, do którego się naprawdę przykładała, aby wszystko było idealnie, zakończył się dla niej koszmarnie.
I to wszystko przez najbliższą ciotkę Giovanniego. Rodzinę, która miała być teraz też jej.
Nie planowała tam wracać. Nie w takim przemoczonym, mocno poobijanym stanie. Bo nawet jeśli pojawiłaby się z głową wysoko podniesioną, to i tak niczego by to nie zmieniło.
Gdy odjechali, głęboko w duchu wydawała się odetchnąć.
Tylko na chwilę.
Jej uwagę zwrócił przelatujący samolot na który instynktownie się obejrzała. Zaskoczona, że zrobiono oprysk nad gośćmi, których oburzenie słyszała przez otwarte okna, już miała się odezwać… ale wtedy poczuła benzynę. Charakterystyczny zapach podrażnił jej nos, a wzrok przykuła rozświetlona, czerwona flara, którą ktoś wypuścił.
Kilka dziwnych sytuacji, które przerodziły się w piekło.
W jej oczach odbijały się płomienie, które w ciągu kilku sekund zaczęły pochłaniać wszystko dookoła. Kwiaty, dekoracje. Ludzi. Krzyki odbijały się w jej uszach. Panika, wrzaski bólu i strachu. Mężczyźni, kobiety. Dzieci, które nie tak dawno biegały między stołami. Wszyscy, co znajdowali się na weselu, teraz byli pochłaniani przez języki ognia, które nie brały jeńców. Z jakiegoś powodu nie umiała odwrócić wzroku od biegających w popłochu ludzi. Tych co uciekali oraz tych, co tarzali się po ziemi w nadziei, że to ugasi płomienie. Widziała jak skóra odchodziła płatami z ich ciał.
To było cholernie przerażające. Ona, jako człowiek, który nie umiał skrzywdzić drugiej osoby, teraz oglądała rozgrywające się przed nią piekło. Nie krzyczała, nie płakała, po prostu oglądała zamurowana to, co się przed nią działo, czując jak serce jej mocno bije. Jak włoski na ciele stają dęba. Jak coś nieprzyjemnego ściska jej żołądek i powoduje nudności, które z całych sił tłamsiła.
A potem poczuła swąd spalonego ciała. Przycisnęła dłoń do nosa i ust, starając się jakkolwiek zmniejszyć intensywność zapachu, który mieszał się z benzyną, ale to niewiele dawało.
Damon obserwował to wszystko bez większego wyrazu na mordzie, chociaż w środku musiał przyznać, że dawno nie widział takiego pieprzonego dramatu, który rozegrał się w jednej chwili. Giovanni właśnie palił żywcem własną rodzinę. Dlatego, że skrzywdzili jego żonę. Nie ruszał go swąd, ani widok ofiar. Ruszył go jednak fakt, że cudem uniknął bycia w środku. Bo gdyby nie nakazano mu wyjść wraz z lekarzem, to byłby w samym centrum tego gówna.
Usłyszała jego głos, który wyraźnie przebił się przez trzask palonego drewna oraz krzyki gości. Przeniosła na niego spojrzenie. W tej chwili widziała w nim to, czego nigdy wcześniej nie pokazywał. Czego nie widziała. Niebezpieczeństwo w czystej postaci, które każdy nazwałby prosto: potwór.
Giovanni nie raz i nie dwa jej mówił, że spali dla niej świat jeśli będzie trzeba.
Nie spodziewała się, że nie była to metafora, tylko dosłowna obietnica.
I chociaż krzyki dogorywających ludzi wciąż odbijały się w jej uszach, a samo wydarzenie było dla niej zwyczajnie przerażające, to nie czuła, że się go boi. Czuła za to świadomość i ciężar tego do czego był faktycznie zdolny.
Sięgnęła dłonią do jego policzka. Ostrożnie, delikatnie, jakby sama chciała się przekonać, że to wciąż ten sam człowiek, którego poślubiła. Ale faktura pod palcami się nie zmieniła. Jedynie jego spojrzenie, ale to dalej były te same oczy, które na nią patrzyły rano jak i teraz.
— Jedźmy już, caro mio — powiedziała nadzwyczaj spokojnie, chociaż miała wrażenie, że i tak jej głos się zbytnio trzęsie. Wycofała dłoń i przeniosła z powrotem wzrok na spalonego człowieka kilkanaście metrów od auta, który się już nie ruszał, ale jego ciało wciąż się paliło.
Pokochała Diabła. Poślubiła Diabła.
I przysięgała mu wierność niezależnie od jego oblicza.
Giovanni Salvatore
-
Revenge is a dish; the truth is a pit; words are weapons… Do you follow?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Teraz było to do bólu widoczne – ludzie, których trawił ogień na wydarzeniu, które miało być szczególne, nie byli na to gotowi. Nie tylko przez charakter zdarzenia, ale także przez wzgląd na to, że wielu z nich nie brało Giovanniego za realne zagrożenie.
Poczuł delikatne palce na szorstkiej, pokrytym starannie prowadzonym zarostem, policzku i zareagował od razu, przenosząc spojrzenie oczu na Navi. Zmiana w nich, to jak momentalnie złagodniały, jak zawsze, była zauważalna. Choć ta dzikość, która zajęła je wcześniej i która poprowadziła go do tego miejsca, wcale nie zniknęła. Była tam, pod spodem.
Jej głos zajął jego umysł, który paradoksalnie, pomimo wydarzeń, był bardzo spokojny. A był spokojny, bo wszystko szło według tego, co zaplanował. Odzyskał więc równowagę i kontrolę, a tych potrzebował.
Nie przeciągał tego dłużej, nie siedział i nie oglądał dalej tragicznego spektaklu. Potrzebował tylko zobaczyć, że zadział się, a skutki mógł łatwo oszacować – mało kto przeżyje, a jeśli komuś się uda, opowie o tym, co zaszło. Nie zacierał specjalnie śladów, wiec ostatecznie wszystkie poszlaki i drogi poprowadzą do niego.
Uważali, że był niebezpieczny, dlatego go odesłali. Uważali, że ułożyli go tak, jak potrzebowali, dlatego nie wprowadzano żadnych dodatkowych środków. A on po prostu przyjął rolę tego, którym chcieli, aby był. W milczeniu, w klatce, czekając na moment, kiedy poprowadzi własną vendettę.
Odjechał z miejsca, nie rzucając już spojrzenia w lusterko, by oglądać jaśniejący wśród mroku punkt, od którego się oddalali. Zajechał do willi Salvatore, gdzie oczekiwała ich Concetta. Cała i zdrowa – nie była proszona na wesele, jedynie na ceremonię zaślubin. Starsza kobieta, za poleceniem Giovanniego, poszła przygotowywać kąpiel dla Navi; Damon i Rohan mieli samodzielnie się oporządzić, w pokojach, które miała im przygotować.
Zniknął w swoim gabinecie. Concetta pomogła Navi zdjąć suknię, zaraz po tym, gdy odprawiła rodzinnego medyka, który obejrzał rany kobiety, by potem zająć się Włochem i jego ramieniem, z którym miał nieco więcej roboty.
Drzwi od łazienki otworzyły się, gdy pani Salvatore odpoczywała już w gorącej, pachnącej kąpieli przygotowanej przez gosposię. Giovanni wślizgnął się do pomieszczenia pachnącego ziołami i kwiatami, wypełnionego wyłącznie kojącym światłem zapalonych świec zapachowych. Przeszedł powoli do wanny, ostatecznie zatrzymując się i opierając dłonie o jej ramę, nieznacznie się przy tym pochylając.
— Chiedo scusa — odezwał się cicho i niemal pokornie, zatwierdzając spojrzenie w twarzy partnerki, odbitym w jednym z luster ściennych przy wannie. — Ci tengo a scusarmi sinceramente per quello che è successo — dodał, znacznie ciszej, ale słyszalnie szczerze; choć u niego ciężko brać kiedykolwiek jego słyszalną szczerość za pewność
Zsunął się spojrzeniem po jej licu, ostatecznie zatrzymując je na jej oczach. Dla niego to było najcenniejsze źródło informacji o osobie, także o jego własnej partnerce. Przez moment w ciszy kontemplował jej sylwetkę, układając we własnym umyśle szereg postanowień, które miały być pokłosiem tych szczerych, oficjalnych przeprosin.
Ześlizgnął wzrok na jej liczne rany, ranki i zadrapania, które powstały na jej ciele, ostatecznie łapiąc się intensywnego jeszcze zaczerwienienia na jednym z jej nadgarstków – tym samym, za który tak mocno trzymał i szarpał Subin.
Żółć mu podeszła do gardła na sam ten widok. Na wspomnienie słów, które wykrzykiwał facet, jeszcze zanim spadł ku niechybnej zagładzie. Ich echo nieprzyjemniej odbijało się w ramach jego własnego umysłu, głośno i dobitnie przypominając mu o jego własnym błędzie. Jego niedopatrzeniu, które pozostawiło ich w tej sytuacji.
Podniósł wzrok na twarz Navi.
— Już nigdy cię nie zawiodę, carissima — powiedział, z ciężarem, który nie pozwalał brać tego w wątpliwość. Ten ciężar brał się z tego, że Giovanni przecież nie obiecywał, a stwierdzał. A teraz deklarował coś sporej wagi. A jednocześnie – przyznawał się głośno i wcześniej przepraszał za własną porażkę.
Powoli sięgnął dłonią do jej ramienia, przesuwając palcami po jej skórze. Nie odrywał spojrzenia od jej odbicia, cały czas śledząc jej twarz, czujny na najdrobniejszą zmianę w niej. Tak naprawdę szukał na niej jednego: strachu. Tego samego, który widział w niej w dniu, w którym przegnał ją z willi, gdy dowiedziała się, kim jest.
Przykucnął przy wannie, tym samym sprawiając, że jego głowa znalazła się niemal na poziomie tej jej. Drugą rękę oparł przedramieniem na ramie wanny, pierwszą gładząc kciukiem skórę partnerki.
— Czy Rohan wszystko dokładnie opatrzył? — Każdą, najdrobniejszą ranę, która mogłaby wywoływać jakikolwiek dyskomfort. Jego obandażowane ramię ręki, którą teraz ją gładził czekało, aż medyka w pełni zajmie się najpierw kobietą. Teraz się goiło, ale pewnym było, że zostanie na nim długa, rozlana, podłużna i brzydka blizna. — Boli cię coś?
Navi Salvatore
-
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
A jednocześnie śmiercią dla każdego, kto przekroczył granicę.
Chciała po prostu wrócić do domu. Chciała zapomnieć o tym, co miało dzisiaj miejsce. Albo raczej, o samej końcówce, która chcąc nie chcąc i tak na długo zostanie jej w pamięci. Sam ślub oraz początek wesela były dokładnie takie jak chciała. Każdy szczegół był na swoim miejscu, a złota, personalizowana obrączka ślubna, która znalazła się na jej palcu oficjalnie oznaczała początek kolejnego rozdziału. Składanie przysięg, pierwszy taniec, a nawet głupie tworzenie włoskiego tortu było tym, co ochroniłoby ją przed dementorami.
O reszcie wolała zapomnieć.
Skierowała się do sypialni, aby ściągnąć z siebie brudną i poszarpaną suknię ślubną. Tą, która nie tak dawno temu była idealnie biała i piękna. Teraz wyglądała jakby ją wyciągnięto ze śmietnika. Nawet nie mogła jej zatrzymać na pamiątkę, bo nadawała się wyłącznie do śmieci.
Pozwoliła się opatrzyć medykowi, opisując dokładnie gdzie oraz co ją boli, bo kiedy cała adrenalina i strach z niej zeszły, dyskomfort stał się o wiele bardziej wyczuwalny. Nadgarstkiem ciężko było ruszać, nie mówiąc już o innych obiciach na ciele. Miała też wrażenie, że policzek, który oberwał kilka razy z dłoni Subina wciąż palił żywym ogniem.
Dlatego potrzebowała tej kąpieli. Potrzebowała się wyłączyć.
Weszła do wielkiej wanny osadzonej na środku ciemnej łazienki, gdzie jedynym światłem były rozpalone świeczki. Concetta zadbała o zapach oraz uspokajający nastrój. Olejki w wodzie oraz w powietrzu naprawdę robiły robotę. Nawet nie wiedziała jak długo leżała w bezruchu, z zamkniętymi oczami, starając się w końcu odpocząć.
Otworzyła powieki w momencie, gdy drzwi do łazienki się otworzyły. Giovanni był jedyną osobą w tym domu, który mógł tu wtargnąć. Podążyła za nim spojrzeniem, nieznacznie się poprawiając. Instynktownie sięgnęła dłonią do jego dłoni znajdującej się na ramie wanny.
Wiedziała, że całe to wydarzenie w pewnym stopniu też się na nim odbiło. Musiało. Pierwszy raz widziała go w takiej odsłonie, a żeby do niej dojść, coś musiało go ruszyć. Przesunąć coś, co wcześniej wydawało się być nie do ruszenia.
— Giovanni, amore della mia vita — zaczęła bardzo łagodnie, niemalże rozczulona jego zachowaniem oraz słowami. — non devi chiedermi scusa per niente. — Przesunęła kciukiem po jego skórze w uspokajającym geście.
Był niebezpieczny. Był groźny i nieprzewidywalny. Wielu było „złych” ludzi, ale mało kto posunąłby się do czegoś… takiego. Mało kto też zajmował się tak okrutnymi rzeczami jak handel ludźmi, kobietami, dziećmi. Wiedziała kogo poślubiła, ale dopiero teraz miała wrażenie, że widziała jedno z najgorszych oblicz.
A jednak się go nie bała.
Oczywiście, że to co miało miejsce się na niej odbiło. Było to przerażające. Wciąż miała widok płonących ludzi przed oczami. Ich krzyki dudniły jej w uszach, a smród spalonego ciała osiadł w nozdrzach i nawet zioła unoszące się w powietrzu nie były w stanie go wymazać. Zapewne przez długi czas ten obraz będzie ją nawiedzać. Tak samo jak Subina, który ją odnalazł. Który ponownie podniósł na nią rękę i chciał zaciągnąć ze sobą na dno.
Giovanni był przerażający. Każda osoba określiłaby go potworem, a mimo to ona nie umiała tak na niego patrzeć. Nawet teraz jej spojrzenie się nie zmieniło. Nie uciekała od jego dotyku, nie uciekała od niego wzrokiem, serce jej nie przyspieszało w obawie, że zaraz i ją skaże na podobne cierpienie.
Bo to co zrobił, zrobił dla niej.
Już nigdy cię nie zawiodę, carissima.
— Wierzę ci — odpowiedziała równie łagodnie co zawsze, a kąciki jej ust podniosły się w pociesznym geście.
W dalszym ciągu nie uważała, że ją zawiódł. Nie mogła. To co się wydarzyło nie zależało od niego, tylko od Aurelii, która zdecydowała się tak postąpić. Która chciała, aby panna młoda cierpiała, a najlepiej jakby w pełni zniknęła.
A jednak, jego słowa były jak obietnica. Nawet jeśli niczego nie obiecywał.
Jego dotyk był wyjątkowo kojący. Tak skrajnie delikatny i czuły, że wydawał się nie pasować do człowieka, który przed chwilą skazał na śmierć dziesiątki ludzi z własnej rodziny. Zupełnie inny niż stalowy uścisk Subina, który dotykał ją tak, aby cierpiała.
Uśmiechnęła się na jego zapytanie, wyciągając nad poziom wody posiniaczoną rękę, gdzie na jasnej skórze odbijały się delikatnie brązowe przebarwienia. Sięgnęła dłonią do jego zdrowego przedramienia.
— Nawet najmniejsze siniaki obejrzał, nie martw się — uspokoiła. Była głównie poobijana i dostała nakaz odpoczynku. Musiała też poinformować Rohana o swoim aktualnym stanie zdrowia, więc był trzecią osobą, która wiedziała. No, może poza jej lekarzem prowadzącym. — Nic mi nie jest — dodała.
Była obolała, ale nie było to nic takiego. W przeciwieństwie do poprzednich wydarzeń, jej obrażenia wydawały się być ledwie błahostką. Wisiała na pieprzonej krawędzi klifu i niemalże czuła śmierć na karku, razem z wiatrem, który smagał jej bose stopy oraz odkryte ramiona. Zadrapania czy obicia były przy tym niczym.
— Cieszę się, że historia z Subinem dobiegła końca i dostał to, na co zasłużył. — Czyli śmierć. A przynajmniej taką miała nadzieję. W końcu nawet on nie przeżyłby takiego upadku, prawda? Musiałaby mieć naprawdę pecha, aby się okazało, że nawet to go nie zabiło. — Ale martwię się o konsekwencje dzisiejszej nocy — dodała, osuwając się niżej do wody, co by oprzeć kark na wezgłowiu wanny. Skierowała ku niemu swoje spojrzenie, wciąż kciukiem wodząc po jego zdrowym przedramieniu.
To, co się wydarzyło było… sporym ciosem dla jego rodziny. Nie do końca wiedziała z czym to się wiązało, ale obawiała się, że niektórzy mogą nie pozostawić tego bez odpowiedzi. I nie chodziło zwyczajnie o nią, a o samego Giovanniego, który może znaleźć się na celowniku. W końcu nie wiadomo kto przeżył, a kto zdołał jednak wydostać się z wesela.
Nie chciała chyba jednak o tym teraz myśleć. Sęk w tym, że te myśli nie chciały jej opuścić, zwłaszcza teraz, kiedy znajdowała się w bezpiecznym domu i wszędzie dookoła była cisza. Miała idealną okazję do tego, aby rozmyślać.
— Jak twoje ramię? — spytała, przenosząc wzrok na obandażowany rejon, marszcząc brwi w zmartwieniu. Sięgnęła dłonią do początku opatrunku, ostrożnie przejeżdżając po nim palcami. — Nie powinieneś tego moczyć, prawda? — rzuciła, podnosząc wzrok na męża.
To pytanie można było uznać za bardzo subtelne zaproszenie do wspólnej kąpieli. W końcu nie tylko ona potrzebowała się zrelaksować po tym dniu pełnym wrażeń.
Giovanni Salvatore
-
Revenge is a dish; the truth is a pit; words are weapons… Do you follow?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Salvatore wywrócił całą szachownicę, rozrzucając dookoła wszystkie pionki, które się na niej znajdowały. Wymusił na planszy ponowne ustawienie.
Ale potwierdził to, co jego ciotka wskazała – udowodnił realnie swoją słabość – tę jedyną i prawdziwą i stracił kontrolę dokładnie wtedy, gdy ktoś rościł sobie do niej prawo. Uderzył nie tylko w skutek, nie tylko w postać Subina, który to przecież był uosobieniem samego roszczenia, ale wymierzył cios w sam rdzeń, który za tym wszystkim stał.
Aurelia miała rację, gdy mówiła, że jeśli Giovanni mówi, że coś jest jego, to zwykle oznacza, że prędzej zniszczy wszystko dookoła, niż pozwoli temu odejść.
Wszystko dookoła i samo to.
Navi nie była tym. Navi była wszystkim, bez ckliwej, utkanej romantyzmem hiperbolizacji. Navi była jego integralną częścią; brakującym elementem układanki, która przez lata myślał, że była kompletna.
Dlatego winien był jej przeprosiny za to, że pozwolił ją skrzywdzić.
Wciąż był wściekły, ale wściekłość rzadko wylewała się z niego i topiła otoczenie. Był zły na swoich ludzi, w tym na Damona, ale nieporównywalnie bardziej wściekły był na samego siebie.
Jej słowa były więc dla niego ukłuciem ukojenia, które zatonęło pod falą własnej autokorekty i stawianych wobec siebie wymagań.
Priorytetem dla niego było dopilnować, aby teraz odkupić własne, ciężkie grzechy – tymi nazywał wszelkie niedociągnięcia, które wiązały się z odsłonięciem Navi na cios. Nic innego; nic innego nie było w jego oczach przewinieniem godnym odpokutowania.
— Takie zmartwienia, carissima, nie są przeznaczone dla ciebie — odparł, przesuwając palcami powoli po gładkiej ramie wanny. — To mój obowiązek, nie twój.
W jego oczach Navi miała wieść dostatnie, pozbawione ciężkich problemów życie – spełniając własne marzenia i realizując samą siebie. Czyli takie, które przypisałby delikatnej, pełnej uczuć części siebie, gdyby istniała w nim. Ale ta część znajdowała się w osobie Navi. I jako jej partner miał obowiązek dbać o to, aby była pełna szczęścia i pozbawiona wszelkich zmartwień – zwłaszcza tych poza jej własną kontrolą.
Jego spojrzenie zeskoczyło na moment z jej osoby na temat jej pytania – na jego ukryte pod bandażem ramię, którym precyzyjnie zajął się medyk rodzinny – ten sam, którego zdecydował się oszczędzić. W głównej mierze dlatego, że był po prostu dobry i przydatny, a nie dlatego, że nie miał nic wspólnego z całą tą sytuacją. Ludzie przydatni mieli być teraz dla niego na wagę złota, kiedy powoli zaczynał budować własne imperium na spalonych – dosłownie – zgliszczach tego, co było trwałe przez dekady.
— Będzie się goiło kilka długich tygodni — odparł, przenosząc wzrok z powrotem na kobietę, prześlizgując się powoli po jej nagiej sylwetce. Chłonąc nie tyle, co jej piękno, a zatrzymując się na każdym, nawet najdrobniejszym otarciu i siniaku.
Na swojej winie.
Skierował uwagę na usta Navi, gdy te wypowiadały pytanie. Odpowiedź była oczywista niemal do bólu, ale wiedział, że nie chodziło o tę oczywistość. Chodziło o sugestię, która była przebrana w retoryczność pytania.
— Nie powinienem robić wielu rzeczy — odpowiedział, mocniej zaciskając palce zdrowej dłoni na gładkiej krawędzi wanny. Druga, należąca do obandażowanego ramienia, przesunęła się na szczękę Navi i zacisnęła na niej w uchwycie balansującym niebezpiecznie gdzieś pomiędzy stanowczością a brutalnością. — Akurat niestosowanie się do zaleceń il medico znajduje się na samym dole tej listy, mia bellissima moglie.
Jego kciuk przesunął się powoli po jej dolnej wardze. Pochylił się bliżej, zatrzymując twarz zaledwie kilka centymetrów od jej własnej.
— Znacznie wyżej znajduje się to, czego nie powinienem robić z tobą, kiedy patrzysz na mnie w ten sposób.
Navi Salvatore
-
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Chyba, że będą się bać wykonać jakikolwiek ruch.
Jakby nie patrzeć, Włoch bardzo dokładnie zaznaczył swój brak zahamowań oraz bezlitosność. Teraz nikt nie mógł się czuć bezpieczenie. Nawet rodzina, która jeszcze chwilę temu piła z nim alkohol i rozmawiała o przyszłych planach.
— Jesteś moim mężem, Giovanni. Teraz wszelkie zmartwienia są nasze — odpowiedziała spokojnie, nie spuszczając z niego swojego łagodnego spojrzenia.
Mógł się z tym nie zgodzić, ale cokolwiek miało wpłynąć na niego, wpływało też na nią. Jeśli ktoś będzie chciał się odbić na nim, to automatycznie też wyceluje w nią. Jej życie było z nim mocno związane. I nie bała się przy tym o samą siebie, ale przede wszystkim niego. Był pierwszą osobą o którą naprawdę się martwiła. Która była ważna. Którą szczerze kochała.
Jego utrata by ją zabiła.
Drobna zmarszczka pojawiła się między jej brwiami, gdy usłyszała jego odpowiedź. Jej zmartwiony wzrok uciekł w stronę owiniętego bandażem ramienia. Giovanni nie wyglądał jakby było to coś poważnego, ale po zaleceniach medyka była już pewna, że upadek z klifu porządnie się na nim odbił.
— Aż tak źle? — spytała, palcami ostrożnie przejeżdżając po zakończeniu opatrunku, jak gdyby nie chciała zrobić mu krzywdy, ani sprawić bólu. Martwiła się o niego, nawet jeśli był o wiele twardszy niż ona.
Przeniosła wzrok na jego oczy w momencie jak poczuła palce na swojej szczęce. Wystarczył jeden chwyt, aby fala przyjemnego ciepła przemieszana z ciarkami, przeszła po jej ciele. Gest, który sam w sobie był czytelny.
Kącik ust jej drgnął w niemalże niewidocznym, prowokacyjnym zadowoleniu.
— W jaki? — spytała cicho, niemalże w jego wargi, jakby sama nie wiedziała o co dokładnie chodzi. — Jakbym chciała, abyś zmył ze mnie dotyk Subina i pokrył moją skórę swoimi śladami? — Zdawała się czuć każdy siniak oraz zaczerwienienie, które spowodował jej były mąż. Zawsze tak było, nawet gdy ukrywała pod warstwą ubrań kolejne zabarwienia. Nawet jeśli umarł, to wciąż czuła jego cholerne palce na własnym nadgarstku czy policzku. Woda nie potrafiła ich zmyć. Mydło oraz gąbka, mimo usilnego szorowania, także nie przynosiły odpowiednich efektów.
Nienawidziła tego.
Sięgnęła mokrą dłonią do jego karku, powoli przesuwając kciukiem po jego skórze.
— To nasza noc poślubna, carissimo. — Pierwsza wspólna jako małżeństwo. Nawet jeśli nieco oszukane ze względu na jej tożsamość, a także fakt, że w trakcie składania przysięgi miała jeszcze innego męża. Teraz przynajmniej była wdową. — Chcę ją zapamiętać w o wiele lepszy sposób — dodała szeptem, aby zaraz po zakończeniu zdania wpić się w jego usta w głodnym pocałunku, przysuwając się bliżej krawędzi wanny przy której był.
Wesele zapamięta na długo przez to, co się na nim wydarzyło. Ale teraz potrzebowała tego, aby zmył z niej wszystko to, czego woda nie była w stanie.
Giovanni Salvatore
-
Revenge is a dish; the truth is a pit; words are weapons… Do you follow?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
W jej przypadku również mogło oznaczać to wiele – on sam jeden wiedział, co stało tak naprawdę za tym milczeniem. Nie zgadzał się z nią, chciał traktować ją jako tę miękką, uczuciową część siebie – którą była – a którą chciał odseparować od całego brudu i ochronić.
Tylko, że to było brzydkie z jego strony, kiedy uczynił ją częścią siebie, a potem samodzielnie wybierał, które części jego życia miały jej nie dotyczyć.
Mógł odpowiedzieć, że nic mu nie jest, ale to nie było w jego stylu. Zamiast tego tylko przekazał stan faktyczny – będzie się długo goiło. Ufał medykowi, bo ten niejednokrotnie udowodnił, że zna się na swoim fachu – również dlatego wciąż żył.
— Dużo do gojenia — odparł, chcąc w ten sposób zdjąć jej troskę.
Było to też bardzo techniczne – powierzchnia, którą rozorał o skały była całkiem duża, a miejscami rana była głęboka. Lekarz zrobił, co mógł, a teraz wszystko było już tylko w rękach jego własnego organizmu. I czasu.
Rozmowy o swoim stanie nie przeciągał – zmartwienie po jej stronie niczego by nie zmieniło, ani nie przyspieszyło gojenia. Po drodze były sprawy znacznie bardziej intensywne, nie znoszące zwłoki.
Kiedy mu odpowiedziała, nie odezwał się od razu. Nie zamarł też, a jedynie odwzajemniał tę bliskość, bez przesuwania jej czy jej ciężaru. Proces ruszył u niego podskórnie. Zaczął się w umyśle i rozszedł po nerwach. Jej prośba, choć złożona bez potencjalnie widocznego ciężaru w niej, była dla niego jak tąpnięcie płyty tektonicznej w nim samym.
Najcięższym dowodem na to, jak bardzo ją zawiódł tego dnia. A ona jednocześnie zostawiała mu świadomość, że mógł to jeszcze zmienić. Albo raczej: naprawić.
Miał wrażenie, że pierwsze jej słowa zatrzymały oddech w jego piersi, ale realnie tak nie było. Technicznie wszystko działało tak, jak chwilę temu. Wewnętrznie – coś się przesunęło w nim. Coś zadrżało.
Przesunął kciukiem po jej dolnej wardze powoli, bez łagodności, której być może w tej chwili należało od niego wymagać, ale jednocześnie bez nadmiernej siły.
— Powiedz mi, gdzie cię dotknął — mruknął nisko, cofając się na tyle, by zaczepić wargami o płatek jej ucha. Nie było w tym pytaniu zazdrości, bo Subin nie żył, więc nie stanowił już dla niego konkurencji ani zagrożenia (nie, żeby kiedykolwiek stanowił), a to, co zrobił Navi, nie było niczym, o co mógłby faktycznie być zazdrosny. Było czymś znacznie gorszym, bo było naruszeniem.
Jego dłoń zsunęła się z jej szczęki na szyję i zatrzymała się tam bez zaciskania palców.
— Pokaż mi — dodał ciszej. — A potem powiesz mi, czego ode mnie chcesz.
I to był kontrast, ogromne ustępstwo po jego stronie – zwykle to on decydował o tym, jak przebiegał ich moment bliskości. Nie robił tego egoistycznie – bo tak naprawdę to jej satysfakcja odgrywała dla niego najważniejszą rolę w tym. To nią się karmił i to ona dawała mu to, czego szukał w fizyczności.
W tym wypadku, całkiem świadomie, tę kontrolę oddawał w jej ręce. To była znacząca ofiara z jego strony, składana na jej dłonie. Kontrola dobrowolnie oddana w jej uścisk, a on skłonny jej wysłuchać i spełnić każde żądanie.
— Voi siete la mia regina — powiedział półszeptem, pozwalając aby jego gorący oddech rozbił się na delikatnym płatku jej ucha. — e io il vostro umile servitore — dodał, ciszej niż poprzednio, zsuwając powoli dłoń z jej szyi niżej, przesuwając się przez jej dekolt, zanurzając się w gorącej wodzie wypełniającej wannę. — Comandatemi.
Navi Salvatore
-
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
A w tym małżeństwie zamierzała go wspierać. Nawet w ostatnim kręgu piekła, skazując własną duszę na potępienie za to, na co odwracała wzrok i niemo się zgadzała.
Trochę tego było, zważając na pole działania jego organizacji.
Szczerze zmartwiona była stanem jego ramienia, ale też nie zamierzała tego niepotrzebne rozgrzebywać, bo wierzyła, że był pod odpowiednią opieką. Poza tym, nie była to jego pierwsza, ani ostatnia rana, chociaż zawsze tak samo się martwiła. Teraz chociaż się nie wykrwawiał na jej oczach.
Powiedz mi gdzie cię dotknął.
Natychmiastowy, nieprzyjemny dreszcz przeszedł po jej kręgosłupie. Sam powrót myślami do momentu w którym ponownie się z nim spotkała był jak wyrwany z koszmaru. Był czymś, czego się nie spodziewała, zwłaszcza w swoim „wielkim dniu”. Jak policzek od losu.
A potem od samego Subina.
Odruchowo uniosła wyżej podbródek, gdy jego dłoń zsunęła się na jej szyję, bardziej ją eksponując. To, co mówił, działało jednak na nią bardziej niż reszta. Nagle woda w której się znajdowała stała się gorętsza. A może to tylko temperatura jej ciała wzrosła.
Zawsze była tą, która się poddawała, a nie decydowała. Przy Giovannim jednak to polubiła, bo traktował ją w ten wyjątkowy sposób. Posiadanie przeplatane z dbałością. Brutalność pomieszana z przyjemnością. Cudowny balans między bólem, a rozkoszą.
Rzadko kiedy miała jednak coś więcej do powiedzenia, bo zawsze zdawała się na niego. Nigdy jej to nie przeszkadzało, ale fakt, że właśnie oddawał jej kontrolę był niezwykle… podniecający. Władza nad niebezpiecznym mężczyzną była niezwykle satysfakcjonująca.
- Ukrywanie treści: włączone
- Hidebb Message Hidden Description
-
Revenge is a dish; the truth is a pit; words are weapons… Do you follow?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie przerywał jej, nawet kiedy zaczęła wymieniać wszystko, co chciała, aby z nią zrobił, obserwując przy tym jej twarz i szukając na niej czegokolwiek, co mogłoby nie zgadzać się z jej słowami.
Mio diavolo.
Drugie słowo nie zrobiło na nim większego wrażenia, bo akurat nie potrzebował od niej zapewnienia, że zdawała sobie sprawę z tego, kim był ani do czego pozostawał zdolny, szczególnie po tym, co wydarzyło się na weselu i czego była świadkiem. Znacznie większe znaczenie miało pierwsze, wypowiedziane z tą samą pewnością, z jaką wcześniej nazwała go swoim mężem. Nic się nie zmieniło.
Diabłem był od zawsze.
Jej był na zawsze
— Będziesz błagała — powiedział w końcu, przesuwając dłoń z jej uda na zaczerwieniony nadgarstek, który ujął jednak ostrożnie, w kontraście do tego, co syknął jej do ucha, nie zaciskając jednak palców w miejscu zaczerwienienia. — Ale jeśli będziesz chciała, żebym naprawdę przestał, to wiesz co powiedzieć.
Ustalili to już dawno temu; w dniu, w którym pierwszy raz postanowiła mu się w pełni oddać. W tych głupich Chinach, w których wszystko na dobre się rozwinęło.
Przycisnął swoje usta do płatka jej ucha, pozwalając zębom przesunąć się po skórze, po czym zsunął się niżej, w kierunku szyi, pozostawiając na niej mokry ślad. Wyjątkowy stempel, którymi zamierzał przejąć na własność całe jej ciało.
Dopiero później wrócił do nadgarstka, obracając jej rękę i przesuwając ustami po jego wewnętrznej stronie, zaciskając palce mocniej na jej talii, przysuwając ją do krawędzi wanny, tym samym przelewając część wody poza jej granicę.
Wtedy telefon odłożony przez niego wcześniej zachowawczo na ziemię przy wannie zawibrował, ale zignorował go za pierwszym razem, podobnie jak za drugim, i dopiero przy trzecim spojrzał w stronę wyświetlacza, na którym pojawiło się nazwisko Damona. Nie sięgnął po urządzenie, zamiast tego przesuwając palce po wewnętrznej stronie uda Navi, kompletnie ignorując świadomość, że akurat ten człowiek nie dzwoniłby do niego, aby zapytać co słychać.
Chwilę później ktoś zapukał do drzwi.
— Signor Salvatore, carabinieri są już na terenie posiadłości.
Concetta.
Przez chwilę milczał, wciąż patrząc na Navi.
— Niech czekają — odpowiedział w końcu, nie odrywając od niej wzroku, podczas gdy jego palce ponownie zacisnęły się na jej udzie. — Moja żona jeszcze ze mną nie skończyła. — Chodź trafniejszym było: on z nią nie skończył.
Concetta nie odpowiedziała, co oznaczało, że przyjęła polecenie, nawet jeżeli zapewne miała na jego temat własne zdanie, zwłaszcza że na dole znajdowali się już wspomniani przez funkcjonariusze.
— Dziesięć minut — mruknął znów przy jej uchu — Tyle powinni być w stanie poradzić sobie beze mnie.
Przesunął dłonie na jej biodra i podniósł ją wyżej, zmuszając tym samym, aby znalazła oparła pośladki o krawędź wanny, podczas gdy woda ponownie przelała się na posadzkę, jednak tym razem w znacznie większej ilości. Opatrunek na jego ramieniu pociągnął nieprzyjemnie przy tym ruchu, jednak nie poświęcił własnemu bólowi uwagi.
Ustabilizował ją dociskając się do jej grzbietu własnym ciałem.
Jedną z dłoni zacisnął na jej talii, przytrzymując w miejscu, podczas gdy jego usta wróciły do policzka, na którym zostawił pocałunek, ale nie ograniczył się tylko do niego. Pozostawił na nim wyraźniejsze zaczerwienienie, później kolejne wzdłuż szczęki oraz szyi, oznaczając ją widocznie i dokładnie.
Druga dłoń zwinnie wślizgnęła się między jej uda, bezbłędnie odnajdując punkt, którego szukał. Nacisnął z wyczuciem palcami na jaj kobiecość, później zastępując to niespiesznym ruchem opuszków.
— A kiedy w końcu zaczniesz błagać — dodał ciszej, przesuwając wargami po aksamitnej skórze na jej karku — przypomnę ci, że sama mi rozkazałaś.
Navi Salvatore