ODPOWIEDZ
27 y/o
Welkom in Canada
166 cm
właścicielka kwiaciarnio-kawiarni "Seasons"
Awatar użytkownika
been there, done that, messed around.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Grudzień 2022

Zima na dobre zagościła w Toronto, a ulice, chodniki, budynki i samochody przykryła gruba warstwa śnieżnego puchu. Biel spowiła całe torontońskie przedmieścia, gdy August leżała w mieszkaniu na kanapie i kompletnie nie miała na siebie żadnego pomysłu. A ponieważ leżenie i gapienie się w sufit zaczynało jej już działać na nerwy, postanowiła podnieść się z łóżka, ruszyć do kuchni i upiec muffinki oraz ciastka dla pracowników szpitala, do którego ostatnimi czasy coraz częściej uczęszczała po ostatniej operacji. Tej, po której dorobiła się dodatkowych metalowych części wspomagających jej biodro i cały ten skomplikowany proces zwany poruszaniem się bez wyglądania jak źle złożony mebelek z Ikei. Walczyła z Ewing sarcomą, odkąd ledwie skończyła szesnaście lat, a po wielu latach walki, z małymi przerwami na złapanie oddechu i udawanie, że wszystko jest absolutnie w porządku, w końcu kilka miesięcy wcześniej miała okazję uderzyć w ten cholerny dzwon, ogłaszając całemu światu - no dobra, rodzinie, swojemu przyjacielowi i szpitalnemu personelowi... że pozbyła się tego cholerstwa. Chciała chwytać dni i noce tak, jak robiła to przez ostatnie lata - jakby każda mogła być jej ostatnią. Bo nigdy nie było nic wiadomo. Życie stało pod jednym wielkim znakiem zapytania, a Winters? Ona chciała obok niego stawiać wykrzyknik. MNÓSTWO wykrzykników.

Więc kilka godzin po tym, jak zaczęła pichcić, miała już ze sobą dobre trzy blachy wypieków. Owinęła je starannie, wskoczyła pod prysznic, przebrała się, a potem zamówiła Ubera. Po jakichś trzydziestu minutach była już w szpitalu, gdzie przywitała się z personelem, ułożyła ciacha, tłumacząc każdemu, co jest czym i dlaczego absolutnie powinno się tego spróbować, po czym zapytała, gdzie znajduje się jej fizjoterapeuta, Kenneth Black. Zajebiście przemiły facet. Taki, który nie raz wybijał jej z głowy ociąganie się i patrzył na nią tym swoim spojrzeniem mówiącym - Winters, nawet nie kombinuj... Bardzo chciała mu powiedzieć, żeby przypadkiem nie przeoczył tych rarytasów, które im zaserwowała. Pielęgniarka Smith wskazała, gdzie się znajdował, a August, pomimo wszelkich rozsądnych zasad mówiących, że może jednak nie powinna hopsiać po szpitalnym korytarzu, zahopsała sobie w stronę sali. Tylko zanim zdążyła tam dojść, Kenneth wyszedł na korytarz.

I cóż...

Nie widziała go dawno w takim stanie. Wyglądał na zirytowanego i zmartwionego jednocześnie, co w jego wykonaniu oznaczało mniej więcej tyle, że ktoś doprowadził go do granic cierpliwości, ale jeszcze nie było świadków, więc nie mógł legalnie udusić tej osoby smyczą od identyfikatora. - Kenneth? Wszystko dobrze? - zapytała, marszcząc brwi, a on rzucił na nią spojrzeniem i odpowiedzial, - August, co ty tu robisz?
- Och, przywiozłam ciastka. Dla was. Chciałam się upewnić, że się na nie załapiesz - odparła z szerokim uśmiechem. Kenneth położył dłoń na jej ramieniu. - August, dzięki. Naprawdę przyda mi się przerwa, ale słuchaj… zrób mi przysługę. - Podrapał się po tyle głowy i rozejrzał, jakby sprawdzał, czy nikt ich nie podsłuchuje. - W środku jest chłopak. W twoim wieku. Nazywa się Oleander Everhart. Stracił nogę na służbie. Weź, daj mu tego… - machnął ręką w stronę całej jej osoby, unosząc brew - tego czegoś. I nakłoń go, żeby ze mną współpracował. Dzięki! - Rzucił to tak szybko, że August nawet nie zdążyła zamrugać, a on już ruszył w stronę pielęgniarek. - Ale…! - zaczęła, ale Kenneth zniknął w nicości szpitalnego korytarza. No pięknie... - Eh… no dobra - westchnęła do siebie.

Wyjrzała przez małe okienko w drzwiach i zobaczyła chłopaka siedzącego w pomieszczeniu. Przez chwilę tylko mu się przyglądała, a potem wzruszyła ramionami i otworzyła drzwi, jak gdyby nigdy nic.
- And for youuuu I keep my legs apart, and forget about my tainted heart- zaśpiewała pod nosem, udając, że kompletnie go nie widzi. Wyciągnęła lizaka z kieszeni, rozwinęła go z papierka i wsadziła sobie do ust, po czym bez żadnego ostrzeżenia usiadła obok niego z impetem. Dopiero wtedy przesunęła głowę w dramatycznie teatralny sposób i spojrzała na niego. Najpierw zerknęła na jego nogę. Potem na tę drugą, amputowaną od kolana w dół. Następnie uniosła spojrzenie i przyjrzała mu się dokładniej, zatrzymując wzrok na jego brązowych tęczówkach. Przesunęła lizaka w bok, żeby móc mówić z patykiem w buzi. Welp, trochę niewyraźnie, ale co tam. - August jestem… Widziałeś może typka, który niezbyt chętnie współpracuje z panem Blackiem? - Zmrużyła oczy, wyjęła lizaka z ust i wysunęła go w jego kierunku, zatrzymując dosłownie przed jego ustami. - Śmietankowo-jagodowy. Zajebisty. Spróbuj. Polecam. - Uśmiechnęła się szeroko, w dalszym ciągu trzymając tego cholernego lizaka przed jego twarzą. Everhart miał właśnie możliwość poznać się bliżej z zamiecią śnieżną, jaką była August Winters.

just lick it
28 y/o
For good luck!
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Oleander Everhart nigdy wcześniej nie miał większego problemu ze szpitalami, od dziecka traktując je jak taką część własnej rzeczywistości, której zwyczajnie nie dało się uniknąć - nie było co też się przeciwko niej buntować, czy też próbować jakoś dyskutować z jej istnieniem. Oddziały ratunkowe, izby przyjęć i całe szpitalne skrzydła poświęcone rehabilitacji przewijały się w konwersacjach prowadzonych przez Everhartów nagminnie - przy rodzinnych kolacjach, weekendowych śniadaniach, a nawet nad bardziej odświętnymi nakryciami, które z pokaźnej komody matka Ollie'go wyciągała na specjalne okazje. Czego innego (nie, nie specjalnych nakryć - rozmów o wypadkach, urazach i konieczności dochodzenia do siebie przez wiele miesięcy po ich wystąpieniu) można było się spodziewać po strażackiej rodzinie, w której przed mundurem od pięciu pokoleń nie uchronił się prawie żaden przedstawiciel męskiej linii? To, że prędzej czy później wyląduje się wśród sterylnych przestrzeni, z jakimś oparzeniem, nogą w gipsie albo ręką na temblaku, było takim samym pewnikiem, jak zamiecie śnieżne w Toronto w grudniu.
Przed lipcem sam Ollie też zresztą nie był na oddziale ratunkowym Mount Sinai kompletnym nieznajomym. Przy jednej akcji, dosłownie w pierwszych miesiącach pełnoprawnej służby w strażackim zastępie, dorobił się dość paskudnego urazu nadgarstka. Przy innej - podtruł się dymem, i potrzebował przeczekać noc na obserwacji na wypadek, gdyby konsekwencje zatrucia okazały się poważniejsze, niż ktokolwiek mógł przypuszczać.
Teraz jego pobyt w szpitalu miał zupełnie inną wagę, zupełnie inne znaczenie, i zupełnie inną długość - rozpocząwszy się latem, i ciągnąc się aż do zimy, choć od paru miesięcy Oleandra przynajmniej wypuszczano do domu na noc.
W grudniowym wystroju kliniki było coś szczególnie okrutnego — jakaś parszywa ironia skryta w tych wszystkich lampkach rozwieszonych przy recepcjach, w papierowych gwiazdkach przyklejonych do szyb oddziałów, w ściszonych taktownie wersjach popularnych świątecznych piosenek sączących się z radiowęzła gdzieś nad głowami pacjentów. Jakby personel szpitala uparcie próbował wmówić temu miejscu, że nadal należało do świata żywych i zdrowych, choć przecież pachniało głównie środkami dezynfekującymi, zmęczeniem i strachem.

A sam Ollie? Cóż. On pachniał teraz głównie potem i irytacją.

Ubrany w wyciągnięty wygodny, biały tiszert i szare, dresowe spodnie podwiązane niewprawnie tam, gdzie kiedyś było jego ciało siedział na kozetce wskazanej mu - jak zawsze - przez rehabilitanta. Ramiona miał skrzyżowane na piersi; zdrową nogę - wyciągniętą przed siebie; protezę porzucił zaś gdzieś w zasięgu ręki, pod takim kątem, jakby przedmiot był niechcianą lalką odrzuconą przez rozpieszczone dziecko. Kenneth Black mówił do niego od dobrych trzydziestu minut, a Ollie z równą konsekwencją ignorował połowę jego zaleceń. Nie potrzebował kolejnych ćwiczeń. Nie potrzebował nauki „adaptacji”. Nie potrzebował słuchać, że bla bla bla proces wymaga czasu.

Bo to właśnie czas był chyba największym problemem, płynąc dalej, podczas gdy prawdziwy Oleander utknął pod zgliszczami tamtej lipcowej nocy, zastąpiony przez jakąś swoją nieudaczną, wybrakowaną wersję.

— Ollie, jeśli dalej będziesz przeciążał biodro, za trzy miesiące wrócisz tu z jeszcze większym problemem — rzucił wcześniej Kenneth tonem człowieka, który znajdował się o jeden oddech od użycia przemocy fizycznej, na co brunet zapewnił go, że to sobie zapamięta. A następnie, ostentacyjnie, kompletnie zapomniał o przestrodze rehabilitanta jeszcze zanim ten zdążył skończyć zdanie, i wyjść z sali, chyba po to, żeby poćwiczyć medytację, ćwiczenia oddechowe, i trochę ochłonąć.
Kiedy drzwi otworzyły się ponownie, Ollie był zatem święcie przekonany, że to znowu Kenneth, który wraca kontynuować ich małą wojnę pozycyjną. Już nawet nabrał powietrza, gotów uraczyć mężczyznę kolejną złośliwością — ale zamiast fizjoterapeuty, do pomieszczenia wpadł jakiś nieznany mu dotąd, zimowy piorun kulisty. Żywy, kolorowy i rozśpiewany.
Brwi Oleandra uniosły się minimalnie, gdy dziewczyna przemknęła przez salę z energią huraganu ze śniegiem nadal topniejącym na jej butach, niosąc z sobą powiew chłodnego powietrza, ale i zapach cukru i wanilii. I z jakiegoś absurdalnego powodu ten właśnie zapach uderzył Everharta mocniej niż szpitalna sterylność.
Przez przedłużony moment, Ollie patrzył na dziewczynę bez słowa — na sposób, w jaki po prostu zajęła miejsce obok niego, jakby znali się od lat; na jej jasną dłoń; na lizaka trzymanego przez blondynkę w palcach, którego podetknęła Oleandrowi niemal pod sam nos, w oczekiwaniu, że co? Że brunet tak po prostu go poliże?
Zebrawszy w myślach wszystkie te fakty, Oleander zaskoczył nawet samego siebie, momentalnie parskając krótkim, niedowierzającym śmiechem (pierwszym od wielu dni).
— Jezu Chryste — mruknął pod nosem, kręcąc powoli głową — Kenneth naprawdę jest już aż tak zdesperowany?
W jego głosie nadal tkwiła jakaś szorstkość, ale wypadła mniej groźnie, niż początkowo planował, zabarwiona głębokim zmęczeniem. Przez chwilę jeszcze mierzył August ostrożnym spojrzeniem, przyzwyczajony, że każda nowa relacja zawarta w ostatnich miesiącach i tak zawsze kończyła się dla niego współczuciem albo litością. Ale dziewczyna nie wyglądała, jakby przyszła go naprawiać. Gorzej. Sprawiała wrażenie, jakby - z jakiegoś niezrozumiałego dla Oleandra powodu - naprawdę chciała się zaprzyjaźnić.
- Jestem pewien, że zajebisty - Westchnął cicho, szykując się do kłamstwa: - Ale mam uczulenie na jagody.

august winters
joachim
z przecinkami przejdzie wszystko
27 y/o
Welkom in Canada
166 cm
właścicielka kwiaciarnio-kawiarni "Seasons"
Awatar użytkownika
been there, done that, messed around.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Winters nie oczekiwała, że będzie łatwo. W żadnym wypadku! Zdawała sobie sprawę, że jej przeciwnik nie będzie kimś, komu mogłaby sprostać tak o, bez żadnych zbędnych przeszkód. Jej urok osobisty nie zawsze wygrywał ludzkie serca, ponieważ natura jej osobowości zostawiała wiele do życzenia. To nie tak, że August miała problemy z poznawaniem ludzi… ba! Nie miała żadnego problemu. Rzadko kiedy się rumieniła, zastanawiała nad następnym krokiem, analizowała jakiekolwiek gesty albo to, co powinna powiedzieć, żeby zabrzmiało taktownie lub odpowiednio względem sytuacji, w której akurat się znajdowała. Uważała, że to była jedyna w swoim rodzaju strata czasu i kompletne jego marnotrawstwo.
Dlatego też, gdy już wparowała do tego pomieszczenia, które samo w sobie sprawiło, że ciarki i gęsia skórka postawiły jej skórę na dęba, rozejrzała się tylko pobieżnie, zanim jej oczom ukazał się ten smutno wyglądający mężczyzna. Nie miała ochoty na żadne zabawy. Chciała przejść do rzeczy, wybadać, o co dokładnie mu chodziło, jaka była jego historia. Widziała, że stracił część nogi… w jakim wypadku albo dlaczego, tego już nie wiedziała, jednak miała świadomość, że Kenneth miał z nim nie lada problemy, a ona nie zamierzała przechodzić obojętnie obok irytowania jej ulubionego fizjoterapeuty.

Zajmując ‘swoje’ miejsce obok niego, wysunęła lizaka z buzi, wystawiając go w jego kierunku i oczekując, no, żeby go polizał. W końcu zajebisty smak, kto mógłby mu się oprzeć? Już nie wspominając o fakcie, że przed chwilą miała go w ustach, a tego rodzaju aktywność można było prawie sklasyfikować jako buziaka. Przynajmniej w świecie August. Oh, look at you, girl. You don’t even know this sad puppy-eyed guy and you are already thinking about sharing a kiss with him. Przewróciła oczami na samą siebie, jednak w dalszym ciągu trzymała tego nieszczęsnego lizaka, gdy się odezwał. Uniosła brew, mrugając kilkakrotnie, zanim wydobyła z siebie oburzone westchnienie. - Wypraszam sobie! - rzuciła, zanim od razu dodała, - Powinieneś się cieszyć moim towarzystwem, bo jestem w tym szpitalu rozchwytywana. - Za moje wypieki i niewyparzoną buzię, która dostarcza personelowi rozrywki, już nie dokończyła, ale miała to na myśli, więc również się liczyło. Zmarszczyła nos, wpatrując się w jego ciemne tęczówki z nadzieją, że ten koleś, który z początku wyglądał dosłownie jak jakiś grumpy cat, w końcu się uśmiechnie… nie wiem, poczęstuje lizakiem, którego w dalszym ciągu trzymała przed jego nosem, zadziwiając się, że jeszcze ręka jej nie ścierpła.

Uśmiechnęła się delikatnie na jego kolejne słowa, ale zaraz zmarszczyła brwi. To były już dwie odpowiedzi z rzędu, które w żadnym wypadku nie dały jej jakiejkolwiek satysfakcji. Przysunęła lizaka z powrotem do swoich ust i wsunęła go do środka, przesuwając w stronę jednego policzka tak, że patyk wystawał na zewnątrz. - Nudziarz z ciebie, wiesz? - Oparła się ramionami do tyłu i spojrzała na sufit, zanim zerknęła z powrotem na niego. - Na uśmiechanie się też masz alergię? - Zeskoczyła z kozetki i zrobiła kilka kroków wokół, zastanawiając się, jak powinna go podejść. Nie wyglądał na zbytnio zainteresowanego nowymi znajomościami, ale też nie do końca kazał jej spływać… Podskoczyła z jednej nogi na drugą, zanim odwróciła się na pięcie i podeszła do niego bardzo blisko. Aż za blisko. Oparła dłonie po obu stronach jego bioder i przysunęła się do jego twarzy. - Everhart, tak? - Uniosła brew. - Kiedy ostatnio dobrze się bawiłeś?- Zapytała autentycznie zaciekawiona. Nie obchodziły jej boundaries, nie obchodziła jej strefa osobista… mógł zaraz równie dobrze zejść przez tę swoją alergię na jagody, w którą i tak nie chciało jej się w tamtym momencie wierzyć, ale upewniała się, żeby nie dotknąć go wystającym z ust patyczkiem. Tak dla zasady, o. Jedyne, czego chciała się dowiedzieć, to czy zdecyduje się dać porwać jej pomysłowi, w zależności od swojej odpowiedzi. Czy zostanie tutaj, użalając się nad sobą i swoim życiem? Czy da się porwać wyobraźni i przygodzie, która pojawiła się w formie roztopionego lodu na podeszwach i uśmiechu planującego coś szalonego.

everhart
28 y/o
For good luck!
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

W ostatnich miesiącach, ludzie obchodzili się z nim (aż nader) ostrożnie.
Jak z ranną zwierzyną. Jak z otwartą raną. Jak z jakimś wyjątkowo kruchym obiektem, który mógł rozsypać się w dłoniach za sprawą jednego nieważnego dotknięcia.
Nawet, a może zwłaszcza ci, którzy kochali go najmocniej.
Matka ściszała głos gdy przekraczał próg salonu, jeszcze do niedawna na wózku, a w ostatnich dniach, żałośnie i bez większej wprawy, o kulach. Ojciec milczał w sposób sugerujący, że zwyczajnie nie wie co miałby mu powiedzieć; ten mężczyzna, o którym zawsze mówiło się, że zwyczajnie musi mieć ostatnie słowo. Starszy brat zaczął zadawać pytania, na które wcześniej nigdy nie potrzebował odpowiedzi, a młodszy przestał zadawać je w ogóle. Koledzy z jednostki pojawiali się tłumnie przez pierwszych tygodniach oleandrowej rekonwalescencji, potem coraz rzadziej, aż w końcu ich obecność skurczyła się do wiadomości wysyłanych późno wieczorem i okazjonalnych telefonów, podczas których nikt nie wiedział do końca, o czym rozmawiać, jakby wszystkie tematy między nimi zgasły z tym samym pożarem, który nieomal kosztował Olliego życie.
Oleander nie miał im tego za złe.
Rozumiał, że próbowali być przy nim uważni, poprawni, wyczuleni na każdą rzecz, jaka mogłaby wyrządzić mu fizyczną lub emocjonalną krzywdę.
A August? August najwyraźniej nie otrzymała żadnej z podobnych instrukcji.

Patrzył, jak dziewczyna przemieszcza się po sali z energią zimowej zawiei — gwałtowną, nieprzewidywalną i całkowicie obojętną na fakt, że ktoś mógłby chcieć od niej chwili spokoju. Nawet siedząc, sprawiała wrażenie osoby będącej w ciągłym ruchu. Irytujące. Nieznośnie irytujące!
A mimo to Ollie nie potrafił zmusić się do tego, by kazać jej spadać opuścić salę rehabilitacyjną.
— Mam alergię na wiele rzeczy — odparł w końcu, obserwując, jak lizak znika z powrotem między jej wargami. Pamiętał, że w podstawówce stosowało się mniej więcej takie zasady: picie z tej samej butelki było równowartością pocałunku, a lizanie tego samego lizaka miało taką samą wagę, co przelizanie się z kimś na ławkach pod wielkim krzakiem bzu, który rósł bujnie w najdalszym kącie szkolnego podwórka. Nie przyszłoby mu jednak do głowy, że stojąca przed nim dziewczyna - młoda, na pewno, ale jednocześnie zdecydowanie pełnoletnia - mogłaby wyznawać podobne zasady. — Na jagody. Koty. Na ludzi z niepokojącą ilością neurotycznej energii...
Kącik jego ust drgnął minimalnie. I mimowolnie. Może w ramach uśmiechu. A może tylko za sprawą skurczu zmęczonego mięśnia. Everhart sam nie był pewien.

Gdy dziewczyna zeskoczyła z kozetki i zaczęła krążyć po pomieszczeniu, śledził ją wzrokiem z rezygnacją osoby szykującej się na koniec świata. I z taką samą miną przywitał jej zdecydowanie zbyt bliską obecność, gdy wpakowała się prosto w jego sferę osobistą bez zapowiedzi i prośby o pozwolenie. Mięśnie jego ramion napięły się odruchowo.
Jeszcze kilka miesięcy temu, pracując w środowisku, w którym ludzie nie tylko notorycznie zmuszeni byli do praktycznej bliskości na akcjach i ćwiczeniach, ale i z codziennym, zawodowym stresem radzili sobie za sprawą żartów i przekomarzań, które za nic miały sobie prywatność, nie zwróciłby na podobny gest większej uwagi. Teraz jednak każdy człowiek naruszający jego przestrzeń wywoływał ten sam nieprzyjemny odruch czujności. Jakby ciało Oleandra nieustannie spodziewało się kolejnej inwazji, kolejnego badania, kolejnego współczującego spojrzenia, kolejnej rozmowy o tym, jak bardzo wszystko się zmieniło. Tylko, że August Winters nie patrzyła na niego jak lekarze i zmartwieni bliscy, a wyłącznie tak, jakby usilnie starała się rozwiązać jakąś wyjątkowo irytującą zagadkę.

Kiedy ostatnio dobrze się bawiłeś?


Pytanie uderzyło go z siłą zupełnie nieproporcjonalną do swojej prostoty. I przez chwilę był przekonany, że odpowie od razu: W zeszłym tygodniu. Miesiąc temu. Przed operacją. Przed wypadkiem.
Ale zamiast konkretnych odpowiedzi, pojawiło się tylko niemożliwe do ubrania w słowa wspomnienie.
Lutowy mróz szczypiący w policzki na placu przed remizą. Czyjś śmiech odbijający się echem od ścian strażackiego hangaru. Kubek kawy pozostawiony na stole podczas nocnego dyżuru. Zmęczenie, które nie wiązało się z fizycznym bólem. Dwie nogi. Dwie sprawne nogi, za które nigdy nie musiał być wdzięczny. Dopiero teraz zrozumiał, że nie pamięta, kiedy po raz ostatni myślał o czymkolwiek innym.
Powoli wypuścił powietrze z płuc.
— Nie pamiętam — Odparł ze szczerością, którą zaskoczył nawet, a może przede wszystkim, samego siebie. Zawiesił na dziewczynie wzrok, w którym malowało się oczekiwanie zmieszane z rezygnacją. Proszę, skapitulował. W obliczu jej niezachwianej determinacji, by jakoś przebić się przez ten twardy mur, którym odgradzał się od świata. Zabawne, Winters ewidentnie nie musiała nawet aż tak bardzo się starać.
W końcu przełknął ślinę, wraz z jakimś kąśliwym i niepotrzebnym komentarzem.
— Ale zakładam... — dodał ciszej. — Że nie pytałabyś, gdybyś nie miała jakiegoś pomysłu na to, jak to zmienić.
Nie wyglądała mu w końcu na osobę, która pytałaby ot tak, z nudów albo tylko dla zasady.

august winters
joachim
z przecinkami przejdzie wszystko
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”