002.
Kolejny sierpniowy dzień pełen słońca upływał Johnowi leniwie. Czas niezmiernie mu się dłużył, zamiast nieubłaganie pędzić, jakby od samego przebudzenia na coś czekał. Trudno mu było przed samym sobą przyznać, że rzeczywiście oczekiwał nadejścia wieczoru, bo było w tym coś bardzo
poprawnego i
niewłaściwego zarazem. Dla niego to nie był zwykły dzień, nie mógł być, jeśli wiązał się z osobą, którą kochał. Miłość zmienia ludzi, pojawia się w różnych kształtach, o odmiennej intensywności. I nie zawsze trwa wiecznie, bo ludzie potrafią zmieniać sposób w jaki
kochają. Istotną rolę odgrywa dbałość o relację, niezależnie jakiej natury by ona nie była – równie mocno trzeba umacniać rodzinne więzy, przyjaźnie, związki i węzły małżeńskie.
Ponoć mężczyźni nie mają pamięci do dat, lecz John od zawsze stanowił wyjątek od tej niechlubnej reguły. Miał już tak od dziecka, że trzymał w głowie wszystkie te najważniejsze dla niego daty, tym samym dość instynktownie pielęgnując najpiękniejsze wspomnienia. Dla kilkuletniego chłopca najbardziej kluczowe były powtarzające się urodziny najbliższych, co roku przeżywany dzień matki, ojca, babci, dziadka i dziecka. Nie tylko o tych datach pamiętał, przede wszystkim działał, kiedy znów się zbliżały – nie zapominał nigdy o zrobieniu właściwej laurki czy uzbieraniu niewielkiej kwoty z kieszonkowego na drobny upominek. Sam dowód pamięci wywoływał szerokie uśmiechy na twarzach bliskich, dlatego nieustannie zapamiętywał kolejne ważne daty.
Kolekcjonował też daty bardziej indywidualne, istotne wyłącznie dla niego, jak dzień dołączenia do szkolnej drużyny hokejowej, dzień pierwszego strzelonego gola do przeciwnej bramki, dzień pierwszego zwycięstwa odniesionego na lodowej tafli. Wraz z wiekiem zbiór tych dat zaczął poddawać pieczołowitej selekcji, rzecz jasna nie zapominając o samych ekscytujących zdarzeniach, po prostu w jego życiu zaczynały pojawiać się kolejne sukcesy, stopniowo coraz większe, więc bardziej godne celebrowania.
Zawsze uważał, że jego największym osiągnięciem była rodzina, której dał początek wraz z Elowen. Wspólnie tworzyli coś pięknego, dlatego ochoczo zbierał wszystkie ważne w
i c h życiu daty. Tylko jedno zdarzenie z przeszłości chciałby wymazać z pamięci, aby móc pamiętać wyłącznie te dobre chwile. Choć minęły długie lata od wypadku, żałoby i rozwodu, to tragedia jaka ich spotkała wciąż była niezrozumiała, niesprawiedliwa, zbyt dotkliwa, aby mogli stawić jej czoła bez żadnego uszczerbku. Ból straty na długi czas przyćmił wszystko, nawet nie spostrzegli w którym momencie otaczały ich już same zgliszcza dawnego życia. Gdyby chociaż czymkolwiek zasłużyli sobie na ten straszny cios, w jakikolwiek sposób zawinili…
To ma być miły wieczór – powtórzył John w myślach, kurczowo chwytając się tego postanowienia, czyniąc je solidniejszym od najlepiej zahartowanej stali. Zamierzał cofnąć się w czasie, do tego czasu, kiedy stracił głowę dla najcudowniejszej dziewczyny na świecie. Lowie zawsze otaczała wręcz mistyczna aura dojrzałości, którą uznawał za niesamowicie pociągającą. Było coś takiego w jej bystrym spojrzeniu i w tym prawie zuchwałym uśmiechu, jakby od razu dawała mu sygnał, że bardzo łatwo może go prześwietlić na wylot. Rzecz jasna tak się stało, błyskawicznie stał się dla niej otwartą księgą, z której mogła czytać ile tylko chciała. Najwidoczniej lubił się katować wspomniani jakim to był zakochanym idiotą. Wciąż potrafiłby nawet zbudzony gwałtownie w samym środku nocy wyrecytować wszystkie daty z ich najcudowniejszych dni. Na nich się właśnie skupiał, po latach to przestało
aż tak boleć.
Musiał zobaczyć się z
byłą żoną. Spośród swojej skromnej garderoby wybrał najmniej sprane jeansy, biały podkoszulek i błękitną koszulę, próbując uzyskać chociaż gram elegancji, z którą niekoniecznie było mu po drodze. Jeszcze tylko tenisówki, portfel, klucze, telefon… Tak, był gotów. Przy drzwiach jeszcze sięgnął po niewielki bukiet złożony z jasnofioletowych frezji, kremowych i bladoróżowych goździków oraz z kilku białych eustom. Trochę półprzytomnie opuścił dom i wsiadł do samochodu, aby jak najszybciej dojechać do celu, musiał tylko po drodze zatrzymać się przy pizzerii, która wciąż funkcjonowała od czasu ich pierwszej randki.
Stanął przed drzwiami domu Elowen z pudełkiem pizzy w jednej dłoni i z bukietem w drugiej i bardzo żałował, że nie ma trzeciej, bo z chęcią poprawiłby jeszcze włosy. W duchu był wdzięczny za to, że otworzyła przed nim szeroko, jakby wcale nie wahała się czy go wpuścić. Taka wiele czasu zajęło im nauczenie się na nowo jak na siebie patrzeć bez żalu, jak rozmawiać bez złości na okrutny los. Nie potrafili wytrwać w małżeństwie, rozwód wydawał się w pewnym momencie jedynym sensownym rozwiązaniem, jednak Lowie wciąż była mu bliska. Miłość pomiędzy nimi wciąż była, po prostu już inna – przybrała inny kształt, straciła na intensywności, zaczęła karmić się sentymentami zamiast wizją budowania wspólnej przyszłości.
–
Cieszę się, że cię zastałem – oznajmił spokojnie, wysuwając do przodu dłoń, w której dzielnie dzierżył bukiet. –
Mam dla ciebie łapówkę. – Na jej widok uśmiechnął się ciepło, w kobiecych rysach twarzy szukając potwierdzenia, że zjawił się w odpowiedniej chwili. Chciał uczcić kolejną rocznicę ich pierwszej randki, ale nie zrobi tego bez niej. Może o była tylko wymówka, aby sprawdzić co u niej.
Elowen