-
brain yoga, baby, namaste
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkitoster/wannatyp narracjitrzecioosobowy narrator omniscjentnyczas narracjiprzeszły, czasem teraźniejszypostaćautor
Inari Nilsinger rozkoszowała się prywatnością wnętrza swojego Genesis G90 w długim sznurze aut mknących w kierunku Financial District. Z tylnej kanapy wyglądała przez szybę z zagadkowym uśmiechem. Younge Street przypominało rwący nurt oceanu pełnego srebrnych ryb najróżniejszych rozmiarów, jednych dymiących jak smoki, drugich — stawiających na rewolucję elektryczną aut. Ponad połyskującymi grzbietami samochodów wznosiły się sylwetki potężnych kolosów rysujących ostrymi kantami marcowe niebo. Ich połyskujące szyby oraz monumentalny beton odgradzały świat ludzi miałkich od prawdziwych tytanów a Inari znała imię każdego z nich — CASA Condimo Residenza, Two Bloor West, One Bloor oraz on. Najświeższy z gromadki, jeszcze śpiący kolos — One Bloor West liczący w założeniu osiemdziesiąt pięć pięter. Największy. Najpotężniejszy. Najznamienitszy.
Kocham Toronto, myślała, podziwiając blask słońca w oknach siedemdziesiątego piętra One Bloor. Ani jednej chmury. Kreacja to najwyższy stopień władzy… i przyciąga do siebie ludzi wielkich.
Kiedy ogłoszono przetarg na budowę nowego apartamentowca w 2016 roku, Inari jeszcze pracowała pod skrzydłami architekta miejskiego, Jacoba Greene. Już wtedy zakładano, że sam proces kreacji potrwa około dekady z pracami wykończeniowymi zaplanowanymi bliżej na rok 2026. Inari z kolei wiedziała, że kwestią czasu jest, nim zostanie zaproszona do projektu i tak się zresztą też stało niespełna cztery lata później. Znacząco przyczyniła się do rozkręcenia budowy, odkąd opuściła szeregi urzędu. Oferując korzystniejsze warunki usługi oraz imponującą wiedzę, prywatny deweloper podziękował miejskiemu architektowi a zwrócił się bezpośrednio do Nilsinger’s. Niektórzy uważali, że to cios w plecy Jacoba Greene, inni — samospełniającą się przepowiednią, bo architekt miasta za dużo pozwalał protegowanej. W końcu zwróciło się to przeciwko niemu.
Oczywiście, chełpiła się Inari, nakłoniłam ich do czegoś więcej niż tylko praca.
Po awansie zaprosiła inżynierów, zarząd dewelopera oraz zaprzyjaźnionych — mocne słowo — prawników na prywatną kolację. Z wypracowaną przez lata cierpliwością, roztoczyła przed nimi swoją magię, budując zaufanie, ostrożnie pozbawiając zahamowań, kusząc obietnicą władzy i wreszcie uwodząc liczbami. Zgodnie z przewidywaniami starannie wyselekcjonowana klika zacieśniła więzi i tak po dziś dzień One Bloor West to raczkujące dzieło ze stajni Grand Construction Canada ściśle współpracującymi z Nilsinger’s co. oraz Nilsinger-Choi Creative Space.
Genesis nagle zatrzymał się a młodszy asystent uprzejmie oznajmił, że dojechali.
Inari wyszła z samochodu prosto na schody prowadzące do stacji metra Bloor-Yonge. Gdy schodziła, czuła, jak rześkie marcowe powietrze rozjaśniające jej w głowie zmienia się w gęsty zaduch tysiąca i jednego zapachu. Słodkie perfumy, gorzkie perfumy, uryna i ludzki pot. Na nieszczęście jasność sprawiła, że miejska woń wydawała się jeszcze bardziej dziwaczna niż wcześniej, bo wśród nich rozpoznała jeden: bardzo charakterystyczny i bardzo niepożądany.
Umówiły się na miejscu, czy raczej — zostały zmuszone do spotkania na osiemdziesiątym piętrze przez jednego z prywatnych kupców w ramach porozumienia projektów. Inari nie spodziewała się, że jeszcze przed wejściem na plac budowy, do którego należało dostać się przez windę konstrukcyjną w zamkniętej odnodze metra, spotka Niamh Kilroy. Stała sama w drzwiach podziemnej kafejki przypominającej budkę kebabową i wyglądała na pochłoniętą myślami. Inari czuła, że przekracza próg innego świata. Z wnętrza płynęło chłodne, stęchłe powietrze, jakby metro oddychało. Zwietrzała kawa oraz perfumy Kilroy zmieszały się w coś dziwnego.
— Killjoy — zawołała lekko zachrypniętym głosem. — Zawsze wiedziałam, że wolisz mocną kawę, ale nawet jak na ciebie to miejsce jest poza zasięgiem resztek godności. Co ty tu robisz? Powinnaś już tam być. — Elegancką aktówką wskazała sufit i kwaśno dodała: — Obijasz się. I to za ile? Pięć dolarów podziemnej lury? Stać cię na więcej.
Niamh R. Kilroy
-
I lost my heart under the bridge, to that little girl so much like me. I walked down to the water, I lay down in the sand. I’m never going back there, I’m never going home. I’ve found a new place where the river flows cold and the silence is gold
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Doskonale pamiętała moment, w którym weszła do biura na ostatnie spotkanie przed podpisaniem umowy z lekkością kogoś, kto właśnie sięga chmur. Nie wiedziała jednak, że zamiast pióra do ręki dostanie... wyrok na własną kreatywność. Bez żadnego ostrzeżenia postawiono ją przed faktem dokonanym, a jej organiczna, dzika oaza ma zostać siłowo połączona z surową, matematyczną wizją urbanistki, której Niamh szczerze nie znosiła. Zamiast swobodnych ścieżek – brutalistyczny beton. Zamiast zielonego chaosu – stalowe moduły.
Musicie znaleźć wspólny język. Słowa klienta rozbrzmiewały w jej głowie niczym ponury żart. Nie wiedziała jak do tego doszło, ale domyślała się, że Nilsinger maczała w tym palce. Z jakiego innego powodu zleceniodawca zmieniłby zdanie na kilka dni przed planowanym rozpoczęciem projektu? Była wściekła, czego nie zamierzała pokazywać. Jedyne co mogła zrobić w tym momencie, to odsunąć na bok własną dumę i umówić się na spotkanie z kobietą, od której wolała trzymać się na dystans. Nie mogła pozwolić sobie na utratę tego projektu, zwłaszcza nie w momencie, w którym każdego dnia wyczekiwała oficjalnego powiadomienia z prokuratury o rzekomych przekrętach podatkowych. Wiedziała, że jest niewinna, ale ciężar oskarżeń, których się nie dopuściła, paraliżował jej codzienność. Zamiast dopieszczać detale roślinności, spędzała długie godziny na obsesyjnym doszukiwaniu się niezgodności w fakturach oraz finansach firmy, próbując zrozumieć, gdzie zawiodły liczby lub kto celowo zastawił na nią pułapkę. W tej walce o dobre imię nie była jednak sama, ponieważ za radą swojej wieloletniej przyjaciółki, zatrudniła zaufanego księgowego. To on miał teraz za zadanie prześwietlić każdy dokument i odnaleźć dowód na jej uczciwość, pozwalając skupić resztki energii na ratowaniu ogrodu, który powoli stawał się jej jedyną kotwicą w świecie pełnym podejrzeń i narzuconych schematów.
Na miejscu pojawiła się kilka minut przed czasem, świadoma tego, że spotkanie nie będzie ani łatwe, ani przyjemne. Niejednokrotnie miała do czynienia z Nilsinger, która zdaniem Niamh wzięła sobie za cel zrujnowanie każdego z jej pomysłów. Nie rozumiała tego, szczególnie że w świecie biznesu, w którym dominowało męskie ego, kobiety powinny stanowić dla siebie wsparcie, a nie budować mury wyższe niż wieżowce, nad którymi pracowały. Zamiast solidarności od lat otrzymywała od kobiety jedynie chłodną kalkulację i podważanie kompetencji, co w obecnej sytuacji, gdy nad jej własną firmą wisiały czarne chmury, wydawało się wyjątkowo dotkliwe.
Przed wejściem do budynku po raz ostatni przyjrzała się jego potężnej, szklanej bryle, która zdawała się nie mieć końca i bezlitośnie przecinała chmury. Ten stalowy gigant był dotąd symbolem jej zawodowego triumfu, ale dziś przytłaczał swoim monumentalizmem, przypominając o skali walki, jaka czekała ją na samym szczycie. Udała się wprost do podziemnej budki z kawą, bez której nie byłaby w stanie wytrzymać nawet kilku minut w towarzystwie swojej nemezis. Prawdopodobnie nawet mocny alkohol nie byłby w stanie sprawić, by ta przymusowa współpraca wydała jej się choć trochę znośna, ale i tak nie mogła sobie na niego pozwolić. Kawa musiała wystarczyć.
Wzdrygnęła się na dźwięk znajomego, tak bardzo znienawidzonego głosu.
- Moja godność ma się świetnie, po prostu potrzebuję czegoś mocnego, zanim zacznę udawać, że twoje zdanie mnie interesuje - odpowiedziała chłodno, niechętnie kierując się w stronę windy. Miała nadzieję, że podróż na osiemdziesiąte piętro wieżowca odbędzie w samotności. Niestety, nawet to zostało jej odebrane. -I radzę ci, byś już teraz oswoiła się z myślą, że ten ogród i tak powstanie na moich zasadach, a ty będziesz tylko tłem dla mojego projektu - jej głos był stanowczy, a twarz nie skrywała żadnej emocji.
Wygładziła materiał grafitowej marynarki, po czym wcisnęła odpowiedni guzik. Winda wydała z siebie nieprzyjemny dźwięk, na co Kilroy nie zwróciła nawet uwagi, skupiona na tym, by nie powiedzieć towarzyszącej jej kobiecie, co tak naprawdę o niej myślała. Bezpieczniej było milczeć.
Inari Nilsinger
-
brain yoga, baby, namaste
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkitoster/wannatyp narracjitrzecioosobowy narrator omniscjentnyczas narracjiprzeszły, czasem teraźniejszypostaćautor
To będzie dobre — pomyślała, gdy winda zwolniła przed wyłonieniem na powierzchnię. Bardzo dobre.
W słabym, mrugającym świetle Inari czuła się, jakby była tajemniczą wyrocznią wiodącą na pokuszenie głównego bohatera jakiegoś niszowego mitu greckiego. Lampa błyskała niczym spowolnione dyskotekowe stroboskopy. Tunel napierał ze wszystkich stron jak ściany coraz ciaśniejszego sarkofagu.
Przeżyje szok.
Popatrzyła z ukosa na milczącą Niamh. Światła rozbłysły na chwilę, jaskrawy blask oświetlił jej pełną skupienia twarz a wraz do środka wpadła pierwsza porcja słońca. W skośnych snopach unosiły się drobiny kurzu. Wydostały się na powierzchnię i dźwig przyśpieszył.
Wyciągnęła z kieszeni parę ciemnych awionetek i podniosła pod światło.
— Czemu tak ci zależy na trawie pampasowej przy wschodniej krawędzi? — spytała nieoczekiwanie wcinając się między piskami mechanizmu windy. — Masz tam tak mało słońca, że wątpię, aby ktokolwiek docenił prywatę, jaką tworzą. Potrzymaj. — Bezpardonowo wcisnęła Niamh aktówkę a z kieszonki bordowych chinosów wyciągnęła sygnowaną chusteczkę. — Chyba że Tolland jest paranoikiem i nie powiedział mi o swoim strachu przed dronami szpiegowskimi. — Prychnęła rozbawiona, bo teorii spiskowych względem Thomasa Tollanda można dokładać a facet i tak był czysty jak łza. Ostrożnie wytarła jedno szkiełko, podniosła awionetki do słońca. Skrzywiła się. Nie dość czyste. — Albo… powiedział ci, że stawiamy tam antresolę i uznałaś, że dzięki mnie nie zwieje twoich drogocennych kwiatuszków. Nie ma za co, swoją drogą. — Inari posłała jej jeden ze sztucznych uśmieszków mylnie branych za przyjacielskie. — To już klepnięte. Jeśli chcesz się o coś innego kłócić, musisz przejrzeć nowe schematy. Sporo się zmieniło.
Wcale nie chciała wiedzieć, co Killjoy zrobi z trawą pampasową, której nie będzie.
Niamh R. Kilroy