Jego myśli bezskutecznie próbowały wrócić na właściwe tory, na śledztwo, które prowadził na własną rękę, lecz gdy tylko znajoma droga przestała wymagać jego skupienia, powracał do ciemnego spojrzenia pełnego furii, którym odprowadzała go do wyjścia. Starał się nie wyobrażać sobie wieczoru, którego miała być częścią - po drugiej stronie miasta, z innym mężczyzną, który pojawiał się w ich kłótniach zdecydowanie zbyt często.
Szczególnie, że to Madden był osobą przekraczającą granicę, którą sam ustali.
Z dłońmi zaciśniętymi na kierownicy w wyrazie frustracji, która wylała się z niego gdy tylko zszedł z jej oczu, zaparkował na ulicy pod jednym z pubów, w których czasem pojawiał się w poszukiwaniu informacji. Przywykł do robienia takich rzeczy samemu - ba! Zwykle nie dzielił się tożsamością swoich informatorów z nikim innym niezależnie od tego, jak długo pracowali razem. Margo zmieniła jego podejście, łamiąc stare i uparte przyzwyczajenia, wpuszczając ją do środka - do miejsca, w którym nie pozwalał stanąć nikomu innemu. Przyzwyczajony do posiadania kogoś, kto miałby swoje spostrzeżenia i obserwacje, oraz który ubezpieczałby jego tyły, wkraczając do zadymionego wnętrza czuł pustkę.
Pustkę, którą tylko jedna osoba mogła wypełnić.
Boleśnie świadomy tego, co stało się ostatnim razem gdy zbliżył się tej śmierdzącej sterty podejrzanych spraw, spotykając się ze swoim źródłem pozostawał czujny, lecz do samego końca wierzył, że w tym spotkaniu będzie coś rutynowego, co robił już wielokrotnie wcześniej. I było.
Do czasu.
Do jednego, rzuconego głośno przekleństwa przez jednego z przyjaciół jego informatora, węszącego psa w pubie i prowokującego do kłótni. Do krótkiego lontu detektywa, temperamentu, który zwykle chował w takich sytuacjach, a który zamiast deeskalować sytuację, jedynie ją nakręcił wzgardliwym komentarzem. Jakaś samolubna, egoistyczna cząstka jego wiedziała, że dowiedział się już wszystkiego, czego mógł i dalsza próba pertraktacji nie miała znaczenia, ale skłamałby mówiąc, że to, co wyszło z jego ust nie było wypowiedziane pod wpływem wściekłego impulsu.
Piętnaście minut później wnętrze baru przypominało miejsce uderzenia huraganu, rozrzucone butelki dźwięczały pod wpływem szamoczących się ciał gdy pijane, agresywne towarzystwo pomniejszych gangsterów skorzystało z jednej prowokacji by wyjaśnić wszystkie niesnaski pomiędzy sobą. Jego knykcie były czerwone i obrzmiałe gdy skuwał kajdankami pierwszego agresora, który rozpoznał w nim policjanta. Na klatce piersiowej czuł ślad po zbitej butelce, której ostra i poszarpana krawędź przemknęła pod uchylonymi połami kurtki i przedarła przez czarną koszulkę pod spodem.
Godzinę później wtaczał się do swojego mieszkania z barkami ugiętymi pod ciężarem tego dnia. Zrzucając z siebie kurtkę, przez ułamek sekundy rozważał zignorowanie uczucia pieczenia, które rozlewało się gdzieś po jego klatce piersiowej. Nasączona krwią czerń materiału jego koszulki wyglądała tak, jak zawsze, gdyby zignorować jej połysk. Po tej krótkiej chwili słabości, westchnął ciężko i zdjął ją przez głowę, a grymas bólu rozszedł się po jego mimice.
Półtorej godziny później tkwił nad umywalką, nad otwartym zestawem pierwszej pomocy i otwartą butelką złej whisky, z której w desperacji pociągnął łyka na wypadek, gdyby miało to wyzbyć go irracjonalnych emocji. Rana na jego skórze nie była duża, nie była też szczególnie głęboka - ale na tyle, by nie miała zejść się sama. Potrafił zszywać skórę, robił to wielokrotnie.
Ale nie na sobie.
Irracjonalne szpony zacisnęły się na jego trzewiach gdy w jego dłoni pojawiała się igła i miał już wbić ją we własną skórę, gdy jego mieszkanie rozeszło się dźwiękiem walenia do drzwi, a wzrok przeniósł się na zegarek.
Każda osoba zaniepokoiłaby się na dźwięk agresywnego pukania do drzwi późną porą. Ale on wiedział, jakiego rodzaju ludzie mogli to robić - ci, których poznawał pod osłoną nocy, na zapleczach barów. Ci żądający od niego przysług - bądź niezadowoleni z tego, że grzebał w sprawach, w których nie powinien.
Gdy stanął przed drzwiami w jego dłoni znajdowała się broń - broń, którą skrzętnie odłożył na bok gdy dostrzegł przez dziurkę kogoś znacznie g o r s z e g o niż gangsterzy z baru, w którym był wcześniej.
- Jest środek nocy - skłamał uchylając drzwi, bo nie było jeszcze aż tak późno. Wychylił się z nich zaledwie odrobinę - głowa, fragment nagiego ramienia i klatki piersiowej, ale niewystarczająco by dostrzegła krew na jego ciele. - Czego chcesz, Margo?
margo mercer