35 y/o
Mark your calendar for Canada Day
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

am i to believe, am i to admit?
that you're the sea i'm raging with
Słowa Margo odbijały się w jego czaszce gdy wychodził z komisariatu, kierując się do zaparkowanego na tyłach samochodu. Towarzyszyły mu gdy wsiadał za kierownicę w pustym pojeździe - przywykł do słyszenia ich w jego wnętrzu, w akompaniamencie głośnego trzaskania drzwiami i niejednego przekleństwa. Choć tym razem nie było jej obok, gdy auto wytoczyło się na ulicę i ruszyło na jego spotkanie z informatorem czuł się tak, jakby nie opuściła go ani na krok.
Jego myśli bezskutecznie próbowały wrócić na właściwe tory, na śledztwo, które prowadził na własną rękę, lecz gdy tylko znajoma droga przestała wymagać jego skupienia, powracał do ciemnego spojrzenia pełnego furii, którym odprowadzała go do wyjścia. Starał się nie wyobrażać sobie wieczoru, którego miała być częścią - po drugiej stronie miasta, z innym mężczyzną, który pojawiał się w ich kłótniach zdecydowanie zbyt często.
Szczególnie, że to Madden był osobą przekraczającą granicę, którą sam ustali.
Z dłońmi zaciśniętymi na kierownicy w wyrazie frustracji, która wylała się z niego gdy tylko zszedł z jej oczu, zaparkował na ulicy pod jednym z pubów, w których czasem pojawiał się w poszukiwaniu informacji. Przywykł do robienia takich rzeczy samemu - ba! Zwykle nie dzielił się tożsamością swoich informatorów z nikim innym niezależnie od tego, jak długo pracowali razem. Margo zmieniła jego podejście, łamiąc stare i uparte przyzwyczajenia, wpuszczając ją do środka - do miejsca, w którym nie pozwalał stanąć nikomu innemu. Przyzwyczajony do posiadania kogoś, kto miałby swoje spostrzeżenia i obserwacje, oraz który ubezpieczałby jego tyły, wkraczając do zadymionego wnętrza czuł pustkę.
Pustkę, którą tylko jedna osoba mogła wypełnić.
Boleśnie świadomy tego, co stało się ostatnim razem gdy zbliżył się tej śmierdzącej sterty podejrzanych spraw, spotykając się ze swoim źródłem pozostawał czujny, lecz do samego końca wierzył, że w tym spotkaniu będzie coś rutynowego, co robił już wielokrotnie wcześniej. I było.
Do czasu.
Do jednego, rzuconego głośno przekleństwa przez jednego z przyjaciół jego informatora, węszącego psa w pubie i prowokującego do kłótni. Do krótkiego lontu detektywa, temperamentu, który zwykle chował w takich sytuacjach, a który zamiast deeskalować sytuację, jedynie ją nakręcił wzgardliwym komentarzem. Jakaś samolubna, egoistyczna cząstka jego wiedziała, że dowiedział się już wszystkiego, czego mógł i dalsza próba pertraktacji nie miała znaczenia, ale skłamałby mówiąc, że to, co wyszło z jego ust nie było wypowiedziane pod wpływem wściekłego impulsu.
Piętnaście minut później wnętrze baru przypominało miejsce uderzenia huraganu, rozrzucone butelki dźwięczały pod wpływem szamoczących się ciał gdy pijane, agresywne towarzystwo pomniejszych gangsterów skorzystało z jednej prowokacji by wyjaśnić wszystkie niesnaski pomiędzy sobą. Jego knykcie były czerwone i obrzmiałe gdy skuwał kajdankami pierwszego agresora, który rozpoznał w nim policjanta. Na klatce piersiowej czuł ślad po zbitej butelce, której ostra i poszarpana krawędź przemknęła pod uchylonymi połami kurtki i przedarła przez czarną koszulkę pod spodem.
Godzinę później wtaczał się do swojego mieszkania z barkami ugiętymi pod ciężarem tego dnia. Zrzucając z siebie kurtkę, przez ułamek sekundy rozważał zignorowanie uczucia pieczenia, które rozlewało się gdzieś po jego klatce piersiowej. Nasączona krwią czerń materiału jego koszulki wyglądała tak, jak zawsze, gdyby zignorować jej połysk. Po tej krótkiej chwili słabości, westchnął ciężko i zdjął ją przez głowę, a grymas bólu rozszedł się po jego mimice.
Półtorej godziny później tkwił nad umywalką, nad otwartym zestawem pierwszej pomocy i otwartą butelką złej whisky, z której w desperacji pociągnął łyka na wypadek, gdyby miało to wyzbyć go irracjonalnych emocji. Rana na jego skórze nie była duża, nie była też szczególnie głęboka - ale na tyle, by nie miała zejść się sama. Potrafił zszywać skórę, robił to wielokrotnie.
Ale nie na sobie.
Irracjonalne szpony zacisnęły się na jego trzewiach gdy w jego dłoni pojawiała się igła i miał już wbić ją we własną skórę, gdy jego mieszkanie rozeszło się dźwiękiem walenia do drzwi, a wzrok przeniósł się na zegarek.
Każda osoba zaniepokoiłaby się na dźwięk agresywnego pukania do drzwi późną porą. Ale on wiedział, jakiego rodzaju ludzie mogli to robić - ci, których poznawał pod osłoną nocy, na zapleczach barów. Ci żądający od niego przysług - bądź niezadowoleni z tego, że grzebał w sprawach, w których nie powinien.
Gdy stanął przed drzwiami w jego dłoni znajdowała się broń - broń, którą skrzętnie odłożył na bok gdy dostrzegł przez dziurkę kogoś znacznie g o r s z e g o niż gangsterzy z baru, w którym był wcześniej.
- Jest środek nocy - skłamał uchylając drzwi, bo nie było jeszcze aż tak późno. Wychylił się z nich zaledwie odrobinę - głowa, fragment nagiego ramienia i klatki piersiowej, ale niewystarczająco by dostrzegła krew na jego ciele. - Czego chcesz, Margo?

margo mercer
30 y/o
Welkom in Canada
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kiedy wróciła do mieszkania wciąż była wściekła. Ta złość nie wyparowała po wyjściu z komisariatu, nie rozpuściła się w drodze do domu ani nie osiadła gdzieś na dnie świadomości, jak zwykle robiły to emocje po długim dniu pracy. Tym razem została z nią. Krążyła pod skórą, w napięciu karku, w sposobie w jaki rzuciła klucze na blat w kuchni trochę mocniej niż powinna. Przez kilka minut stała w miejscu, patrząc bezmyślnie na telefon leżący na stole. Trzy razy wzięła go do ręki; trzy razy otwierała wiadomości, chcąc napisać Danielowi, że jednak nie przyjdzie. Że nie ma nastroju, że coś w pracy się przeciągnęło, że cokolwiek - byle tylko odwołać to spotkanie. Za każdym razem jednak odkładała urządzenie z powrotem, zaciskając szczękę mocniej. Bo nie chciała, żeby wyglądało to tak, jakby ich kłótnia z Maddenem miała nad nią aż taką władzę.
Pojechała więc; restauracja była dokładnie taka, jakiej można było się spodziewać po nim - spokojna, schludna, trochę zbyt elegancka jak na zwykły wieczór w środku tygodnia. Siedziała naprzeciwko niego, słuchała jego głosu, odpowiadała na pytania, nawet się uśmiechnęła w kilku momentach, ale gdzieś z tyłu głowy w c i ą ż wracał obraz korytarza w komisariacie i spojrzenia Rhysa, gdy wychodził. Cały ten wieczór miał być czymś normalnym i łatwym, a jednak każda myśl uparcie wracała dokładnie tam, skąd próbowała ją odciągnąć.
Wtedy Daniel powiedział jej o rozmowie z kapitanem.
Przez moment nie zrozumiała - patrzyła na niego, próbując dopasować sens jego słów do rzeczywistości, która nagle zaczęła się rozjeżdżać w każdą stronę. Poszedł i oficjalnie poprosił o zgodę na ich z w i ą z e k. Wydziałową, służbową zgodę, która oznaczała, że od tej chwili nie będą musieli się z niczym kryć.
Złość wróciła natychmiast, tym razem znacznie silniejsza. Bo jak mógł? Dlaczego tego z nią nie skonsultował? Dlaczego zrobił coś takiego za jej plecami, jakby decyzja należała tylko do niego? Nigdy nie obiecywała mu nic wielkiego. Nigdy nie rzucała deklaracjami, nie mówiła o przyszłości, nie robiła z ich relacji czegoś większego niż było w rzeczywistości. Więc skąd w ogóle wziął się pomysł, żeby zamieniać to w oficjalną sprawę?
I dopiero wtedy słowa Maddena z korytarza zaczęły układać się w sensowną całość - te w których mówił jej, że od jutra przestaną o nich plotkować. To uderzyło ją mocniej niż cokolwiek innego, bo on wiedział. Wiedział wcześniej i nie powiedział jej ani słowa.
Kłótnia z Danielem była krótka i gwałtowna. Wyszła z restauracji zanim skończyli kolację, zostawiając niedojedzone jedzenie i kilka zdziwionych spojrzeń z sąsiednich stolików. Przez jakiś czas jeździła bez celu po mieście, próbując uspokoić myśli, które kotłowały się w jej głowie jak rozszalały sztorm. W końcu wróciła do mieszkania, przebrała się w luźne dresy i za dużą, męską koszulkę, która wisiała na niej jak po kimś innym. Próbowała włączyć telewizor, potem muzykę, potem nawet otworzyła laptopa, ale żadna z tych rzeczy nie była w stanie odciągnąć jej myśli od jednego człowieka. Najbardziej irracjonalne było to, że największą złość czuła właśnie na niego.
Było już po dwudziestej trzeciej, kiedy w końcu podjęła decyzję. Zdrowy rozsądek krzyczał gdzieś z tyłu głowy, że to fatalny pomysł; że powinna zostać w domu, przespać się z tym wszystkim i wrócić do tematu rano. A jednak dokładnie wiedziała, że tego nie zrobi.
23:37.
Dokładnie tę godzinę wskazywał zegarek, gdy stanęła przed jego drzwiami i zaczęła walić w nie pięścią, głośno i niecierpliwie. Lepiej żeby otworzył szybko, bo tak samo mocno jak chciała go zobaczyć i powiedzieć mu kilka bardzo konkretnych rzeczy, tak samo mocno chciała się odwrócić i stąd uciec.
Kiedy drzwi w końcu się uchyliły, nie czekała nawet aż skończy mówić. - Czemu mi nie powiedziałeś? - zignorowała jego pytanie. Zignorowała też wyraźną niechęć w sposobie, w jaki stał w przejściu. Pchnęła drzwi mocniej, wchodząc do środka tak, jakby mieszkanie należało również do niej. - Dlaczego… - zaczęła ostro, chcąc dokończyć zdanie, ale słowa nagle ugrzęzły jej w gardle.
Jej wzrok przesunął się po nim i zatrzymał. Najpierw na zaschniętej krwi na jego klatce piersiowej. Potem na paskudnej, świeżej szramie przecinającej skórę. Na końcu na knykciach - opuchniętych, czerwonych, zdartych tak, że nawet w słabym świetle wyglądały źle. Przez kilka sekund patrzyła na niego w całkowitym milczeniu, jakby próbowała przetworzyć obraz, który właśnie zobaczyła. Złość, która przywiozła ją tutaj przez pół miasta, nagle ustąpiła miejsca czemuś zupełnie innemu. - Kurwa - wyszeptała w końcu.
Zrobiła krok do przodu, potem jeszcze jeden. Zatrzymała się znacznie bliżej niż powinna, ale w tej chwili najwyraźniej przestało ją to obchodzić. Jej wzrok wciąż wędrował po jego ciele, jakby próbowała ocenić skalę szkód, a jednocześnie nie mogła przestać patrzeć. - Co się stało? - zapytała ciszej. - To nadaje się do szycia - jej dłoń drgnęła, ale zatrzymała się tuż przed nagą skórą, czując bijący od niej żar.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
Mark your calendar for Canada Day
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ze wszystkich osób, których mógł spodziewać się u swojego progu o godzinie 23:37, Margo była na szarym końcu jego listy.
Nie wiedział nawet skąd mogła znać jego adres - jakby nie było to prostą rzeczą do sprawdzenia, w dodatku łatwo dostępną dla każdego innego policjanta. Nie wiedział dlaczego miałaby c h c i e ć go widzieć po ich ostrej wymianie zdań, po której, jak zwykle, skierował się do wyjścia. Pamiętał w detalu plany na dzisiejszy wieczór, które snuł w kuchni Evans i podejrzewał, że mogłyby się jej spodobać. Szczególnie, jeśli preferowała puszczenie go w teren wolno byle tylko w nich uczestniczyć.
Dlatego z początku tkwił w miejscu, patrząc na nią wzrokiem osoby, która zbyt wolno dociera do właściwych wniosków. Nie zdążył oswoić się z jej obecnością gdy jej ręka pchnęła drzwi gwałtownie, łapiąc go z zaskoczenia i zmuszając do usunięcia się na bok.
Jego pierwszą myślą była kolejna kłótnia - kontynuacja tej, którą zaczęli, może podsycona przez zazdrość, z którą spotkała się na swojej randce. Jego umysł pędził w poszukiwaniu odpowiedzi, rzeczy, którą mógł zrobić, a która sprowokowałaby ją do przyjazdu, ale z początku nie wiedział o co może jej chodzić. Czego mógł jej nie powiedzieć?
Nawet nie przeszło mu przez myśl, że Evans mógł coś takiego przed nią zataić. Nie trzeba było znać Margo dobrze by wiedzieć, że jakakolwiek próba odebrania jej możliwości wyboru czy inicjatywy kończyła się uszkodzeniami walniętych drzwi najbliższego pojazdu.
- O czym ty mówisz? - warknął, odruchowo, w reakcji na jej złość - bowiem choć w niej ten sam temat gotował się przez cały wieczór, szamotanina w pubie i zmierzające w jego stronę pięści, których zdołał uniknąć, skutecznie odsunęły go na później.
Usunął się, pozwalając jej wejść do środka, jakby wchodziła do s i e b i e.
Ale Margo nie była u siebie. Jego wzrok prześlizgnął się po jej sylwetce, napotykając sprzeczne komunikaty - wieczorowy makijaż, wciąż niezmyty na jej twarzy. Wcześniej ułożone włosy teraz rozrzucone w nieładzie, kontrastujące z dresowymi spodniami i męską koszulką, która wzbudziła w nim irracjonalną złość. Może dlatego, że nie należała do niego.
Nie powinno jej tutaj być, ani o tej porze, ani w tym momencie, ani w o g ó l e. Wbrew instynktowi, wbrew logice tego wszystkiego, pchnął drzwi, zamykając je za jej plecami - zupełnie tak, jakby jego ramię miało własny umysł, a ciało własne intencje, zupełnie sprzeczne z tym, czego chciał jego umysł.
A ten pragnął schować się pod jej widokiem.
- To nic takiego - uciął natychmiast, czując tym większą irytację jej obecnością. Nie chciał widzieć troski w jej spojrzeniu, nie chciał wyciągniętej w jego stronę ręki - nie teraz, gdy wyglądał w ten sposób. Madden był ostatnią osobą skłonną do poproszenia o pomoc - wolał wszystkimi problemami zająć się samemu, daleko od wzroku innych osób, które mógł co najwyżej powiadomić o tym po fakcie.
Zresztą, nie kłamał. Obite knykcie miały przybrać zdrową barwę po kilku dniach, cięcie było płytkie, nie tworząc realnego zagrożenia. Jego ciało posiadało wiele śladów znacznie gorszych sytuacji - chwil, w których był zbyt naiwny, zbyt rozproszony lub zbyt wolny. Podejrzewał, że ten przekształci się w cienką, jasną linię, która zblednie z czasem aż wreszcie o niej zapomni.
- Poradzę sobie - rzucił z frustracją, odsuwając się - nie po to zdjął z siebie koszulę by teraz uwalić krwią spodnie lub cokolwiek we własnym mieszkaniu. - Czego ode mnie chcesz, Margo?

margo mercer
30 y/o
Welkom in Canada
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dopiero po chwili dotarło do niej, że właściwie nie pomyślała o tym w jakim stanie wyszła z domu. Nie zastanowiła się ani przez moment, co może zobaczyć, gdy otworzy jej drzwi. Nie przyszło jej do głowy, że stojąc przed nim w szarych dresach i zdecydowanie zbyt dużej koszulce - takiej, którą wyciąga się z męskiej szafy bez większego zastanowienia, może wysyłać komunikaty zupełnie inne niż te, które miała w głowie, gdy wyjeżdżała z mieszkania. Tak samo jak nie pomyślała o makijażu, który wciąż miała na twarzy; o tym, że w jego oczach mógł wyglądać jak dowód zupełnie innego wieczoru, niż ten, który naprawdę przeżyła. W tamtej chwili nie miało to jednak żadnego znaczenia. Bo kiedy zobaczyła go stojącego w drzwiach, wszystko inne nagle przestało istnieć.
Temat Evansa, kapitana, całej tej absurdalnej sytuacji, która jeszcze godzinę temu doprowadzała ją do furii, nagle odsunął się gdzieś na dalszy plan. Był wciąż gdzieś z tyłu głowy, nierozwiązany, drażniący, ale przy nim - przy widoku zaschniętej krwi i rozciętej skóry, wydawał się śmiesznie błahy. Wiedziała, że jeszcze do tego wrócą, że prędzej czy później będzie musiała z nim o tym porozmawiać. Ale nie teraz. T e r a z patrzyła tylko na niego.
- To zdecydowanie nie jest nic takiego - powiedziała to spokojniej niż można było się spodziewać po jej wcześniejszym wtargnięciu do mieszkania, ale w jej głosie nie było miejsca na dyskusję. - W co ty się wpakowałeś? - dodała, zaraz potem marszcząc brwi. - I dlaczego, do cholery, nie pojechałeś do szpitala? - jej wzrok jeszcze raz przesunął się po jego klatce piersiowej. Rana nie była ogromna, ale wystarczająco paskudna, by każdy rozsądny człowiek pomyślał o kilku szwach zamiast o whisky i zestawie pierwszej pomocy. - Tego nie zakleisz plastrem i nie poczekasz aż samo się zagoi - mruknęła pod nosem.
Zignorowała sposób w jaki próbował się odsunąć. Zignorowała też wyraźną sugestię, że powinien zostać sam i poradzić sobie tak jak zawsze. Wiedziała już wystarczająco dużo o Rhysie Maddenie, żeby zdawać sobie sprawę z tego, że jego definicja radzenia sobie samemu polegała głównie na ignorowaniu problemu tak długo, aż stanie się większy. - Nie - powiedziała krótko, kiedy spróbował ją wyminąć. - Tym razem nie - jej ton zmienił się niemal niezauważalnie. Wcześniejsza złość zniknęła gdzieś całkowicie, zastąpiona czymś znacznie bardziej uporczywym. Troską.
Nie odpowiadała na jego pytania. Nawet nie próbowała, kompletnie zapominając po co właściwie tu przyjechała. Zamiast tego minęła go bez słowa i skierowała się w głąb mieszkania, zachowując się, jakby była tu już dziesiątki razy i dokładnie wiedziała, gdzie co się znajduje. Kilka sekund później wróciła z apteczką, którą położyła na stole w salonie, otwierając ją szybkim, zdecydowanym ruchem. Przez chwilę patrzyła na jej zawartość, jakby próbowała ocenić, czy to w ogóle ma sens. N i e miało.
Westchnęła cicho i zamknęła pudełko z powrotem. - Zawiozę cię do szpitala - nie brzmiało to jak propozycja. - Pozszywają cię i wrócimy do domu - my - oni we dwoje, wrócą do domu.
Zanim jednak zdążył zaprotestować, jej dłoń sięgnęła po jego rękę - tę obitą, czerwoną, z knykciami wyglądającymi jak po rundzie z betonową ścianą. Ujęła ją ostrożnie, znacznie delikatniej niż można było się spodziewać po kimś, kto jeszcze kilka godzin temu kłócił się z nim na środku komisariatu. Przesunęła palcami po jego dłoni, oglądając obrażenia z bliska, marszcząc lekko brwi. - Rhys - piąty raz.
W tej chwili wszystko inne przestało mieć znaczenie. Kiedy przekroczyła próg jego mieszkania, Daniel Evans p r z e s t a ł istnieć.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
Mark your calendar for Canada Day
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ich definicje niczego takiego zdecydowanie różniły się od siebie - może dlatego, że Mercer była jeszcze nieobciążona doświadczeniem wylądowania w szpitalu po jednej, nieudanej akcji. Blizny nigdy nie były czymś, czym się szczególnie chwalił - oznaczały w końcu momenty, w których coś poszło nie tak - ale miał ich na sobie wystarczająco by wiedzieć, jak rozróżnić prawdziwy problem od takiego, który mógł chwilę poczekać.
Na przykład aż zbierze się w sobie i weźmie tę cholerną igłę.
Nabrał powietrza do ust i wypuścił je powoli, jakby każda sekunda terapeutycznego oddychania mogła przybliżyć go do odzyskania cierpliwości, której w tej chwili nie miał. Obecność Margo wszystko komplikowała. Nie chciał mówić jej o tym, w co dokładnie się wpakował, nie chciał wzbudzać w niej poczucia winy - ponieważ ten jeden raz, jeden na sto, gdy poszedł gdzieś sam, wrócił z przysłowiowym siniakiem.
Ale jej obecność wzbudzała w nim komfort, którego osiągnięcie jeszcze chwilę temu wydawało się niemożliwe. Samo zobaczenie jej tutaj, we własnym mieszkaniu, ubranej w dresy i c z y j ą ś koszulę, wydawało się tak abstrakcyjne, tak zajmujące, że jego myśli ulatywały w innym kierunku - z dala od ich kłótni, z dala od mężczyzny, z którym powinna spędzać noc.
- Nie potrzebuję twoich wykładów - prychnął w odpowiedzi, jakby w formie ostrzeżenia niż przyznał wreszcie: - Jeden z kolegów naszego źródła miał problemy z agresją - dodał, bezosobowo, bez emocji, mając nadzieję, że oszczędne słowa pozwolą jej zignorować ten temat, jakby kompletnie ich nie usłyszała. - Już siedzi w pace, razem z kilkoma innymi - zakończył, na wypadek, gdyby miała posądzić go obijanie obcym ludziom mord w barze w ramach męskiego hobby, a nie części pracy policjanta.
Westchnął ciężko, obserwując, jak krzątała się po jego mieszkaniu ze swobodą osoby, która już je znała. Wydawało się znacznie przytulniejsze, teraz, gdy wypełniał je mały huragan w postaci zdeterminowanej brunetki.
- Nie, nie zawieziesz - uciął jej słowa, tym samym tonem, którym ona je wypowiadała - nieznoszącym sprzeciwu, jakby decyzja została już podjęta. Ponieważ wolał wykrwawiać się w nużący i powolny sposób aż do następnego dnia niż wsiąść w samochód i pojechać do szpitala.
Do korytarzy wypełnionych zapachem antyseptyków i pustymi spojrzeniami ludzi usiłujących znaleźć w sobie motywację dla dalszego funkcjonowania. - Nigdzie nie jadę.
Jej dotyk był delikatny, subtelny. Mógłby go nie poczuć z początku, gdyby nie był tak wyczulony na każdy skrawek jej osoby gdy znajdowała się tak blisko niego. Tak blisko, że czuł ciepło bijące z jej ciała, w chłodnym wnętrzu mieszkania.
- Margo - odpowiedział, nie licząc, ponieważ nie był w stanie - granica, którą sam wyznaczył i której kobieta pieczołowicie się trzymała została przez niego przekroczona zbyt wiele razy, by był w stanie to zapamiętać.
Dotyk jej palców szczypał jego zaczerwienione, zdarte knykcie, jednak nie odsunął dłoni. Nawet nie drgnął, gdy jego ciało zamarło w antycypacji, wzrok znów powędrował do tych ciemnych tęczówek, w których lubił się gubić.
- Byłem w trakcie radzenia sobie z tym gdy mi przeszkodziłaś - wytknął i choć próbował włożyć w swój głos irytację lub złośliwość, nie przybyły na jego wezwanie, zostawiając cichy głos neutralnym. - Zszywałem gorsze.
Jego prawda była zabarwiona odrobiną fałszu - zszywał, ale nigdy na sobie.

margo mercer
30 y/o
Welkom in Canada
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Madden znał ją w wielu wersjach - tę kłótliwą, która potrafiła wbić szpilę w każdym zdaniu i z równą zawziętością broniła swojego zdania. Tę ironicznie spokojną, która mówiła b, gdy on uparcie powtarzał a. Tę, która w komisariacie potrafiła wygłaszać swoje przemowy z taką pewnością, jakby była przekonana, że prędzej czy później i tak postawi na swoim. Ale była jeszcze jedna wersja Margo Mercer - ta pojawiała się zawsze wtedy, gdy ktoś był ranny. W takich chwilach znikała cała ta ich słowna szermierka, znikali przeciwnicy i racje. Zostawało tylko działanie i upór tak czysty i bezdyskusyjny, że nie dało się go przebić żadnym argumentem. I dokładnie taka była teraz.
Nie wyglądała na osobę, która zamierza słuchać jego protestów. Ani jego nie potrzebuję twoich wykładów, ani nigdzie nie jadę. Gdy mówił jej dłonie wciąż spoczywały na jego obitej dłoni, jakby sama obecność tych słów była czymś całkowicie nieistotnym wobec faktu, że jego knykcie wyglądały jak po przegranej walce z twardą ścianą.
Dopiero po chwili zmarszczyła lekko brwi. - Jakich kolegów? - zapytała, podnosząc wzrok. Przez moment naprawdę nie rozumiała o czym mówi. Słowa, które wypowiedział, brzmiały jak urwane fragmenty zdania, które nie chciało ułożyć się w całość. Ale potem coś w jej głowie kliknęło. Źródło; spotkanie. Wieczór, który miał spędzić w terenie.
Powietrze w jej płucach zatrzymało się na sekundę. Na jej twarzy pojawiła się zmiana, ledwie zauważalna, ale wyraźna dla kogoś, kto potrafił czytać te drobne sygnały. Złość, która jeszcze chwilę temu pchała ją do działania, ustąpiła miejsca czemuś znacznie cięższemu. Wyrzutowi sumienia. Bo to oznaczało tylko jedno - ten jeden raz nie wymyślił tego wszystkiego; nie szukał pretekstu, nie zatrzymywał jej w pracy tylko po to, żeby pokrzyżować jej plany. N a p r a w d ę miał informacje. N a p r a w d ę szedł na spotkanie. N a p r a w d ę był tam sam.
Jej spojrzenie na moment opadło gdzieś niżej na jego rękę, którą wciąż trzymała. Myśl przemknęła przez jej głowę z nieprzyjemną wyrazistością. Gdyby coś poszło gorzej, gdyby ta rana była głębsza, gdyby ostrze trafiło nieco niżej - nie pozbyłaby się tego poczucia winy nigdy. - Mogłam...- zaczęła cicho, ale urwała w połowie zdania, jakby nie chciała kończyć tej myśli na głos.
Zamiast tego zacisnęła lekko palce na jego dłoni i uniosła wzrok, pokręciwszy głową. - Właśnie dlatego jedziemy - powiedziała spokojniej, choć w jej tonie wciąż była ta sama nieustępliwość. Nie puściła go, tylko delikatnie pociągnęła jego rękę w dół, zmuszając go, żeby przysiadł na brzegu stołu. Sięgnęła po watę z apteczki, nasączyła ją płynem do odkażania i bez słowa przejechała nią po jego knykciach. Ostrożnie, powoli, jakby dokładnie wiedziała, gdzie może zaboleć najmocniej.
- Zajmie nam to piętnaście minut - mruknęła pod nosem, nie przerywając pracy. - Jedna igła i kilka szwów - podniosła na moment wzrok, zatrzymując go na jego twarzy.
- Nie patrz na mnie tak - dodała po chwili ciszej. - Widzę przecież, że sobie z tym nie radzisz - wata znów przesunęła się po jego skórze. - Naprawdę nie wiem, czemu zawsze musisz być aż tak uparty - nie powiedziała tego wszystkiego, co przemknęło jej przez głowę. Nie powiedziała, że gdyby coś mu się dzisiaj stało, nie byłaby w stanie zapomnieć gdzie i z kim wtedy była.
Jednak sposób w jaki n a d a l trzymała jego rękę i w jaki uporczywie ignorowała jego sprzeciw, mówił wystarczająco dużo.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
Mark your calendar for Canada Day
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Obserwował zachodzącą na jej twarzy zmianę - głęboko zakorzenioną złość wymieszaną z troską o jego stan przekształcającą się w coś innego, coś ż y w e g o. Wiedział, że jego odpowiedź wywoła w niej tę reakcję - i dlatego nie chciał jej udzielać. Mógłby to wykorzystać, wypiąć dumnie zranioną pierś i pokazać, do czego doprowadził ten jeden raz, w którym wybrała i n n e g o, ale tego rodzaju próżność nawet nie przemknęła przez jego myśli. Dzisiejsze spotkanie z informatorem było zarówno pracą, jak i pretekstem - prawda leżała gdzieś po środku między tym, co jej mówił, a tym o co posądzała go ona.
Ponieważ gdyby jego partnerem był ktokolwiek inny, udałby się na to spotkanie samemu, tak, jak robił to zawsze. Złożona przez niego oferta w drzwiach komisariatu nie była skierowana do jego partnera, była skierowana do n i e j i nie miała żadnego podłoża w jego potrzebie posiadania wsparcia czy drugiego oka do rozglądania się wokół.
Była egoistyczną potrzebą posiadania jej blisko nawet, gdy zegar wybijał szesnastą i kierowała się do wyjścia.
- Przestań - mruknął, widząc zachodzącą na jej twarzy zmianę, strach zmieszany z wyrzutami sumienia i obarczaniem winą siebie w sytuacji, w której nie było żadnego winnego. Nie chciał tego widzieć, nie chciał by wpadała w spiralę myśli na temat tego, co mogła zrobić i jak wyglądałaby obecna sytuacja gdyby się zgodziła - lub gdy miał mniej szczęścia wtedy, w barze. - Nie rób tego.
Zmarszczył brwi, umysłem notując wypowiedziane przez nią j e d z i e m y, które wywołało w nim sprzeciw - ale jego ciało podążyło za nią, opadło na kanapę, na którą go poprowadziła. Zbyt zmęczone, by opierać się jej delikatnym ruchom, zbyt obolałe by pamiętać odległość, w której powinno się trzymać. Dystans pomiędzy nimi zawsze był czymś wykalkulowanym, ale teraz jego analityczna część skupiała się na tym, co do niego mówiła, podczas gdy ciało reagowało na zupełnie innym polu.
Jego szczęka zacisnęła się w napięciu, usta przekształciły w wąską linię gdy przytknęła gazę do wąskiej rany, dolewając ognia do żarzącego się w jej głębi bólu. Jednocześnie, w tym niemożliwym do zniesienia kontraście, powietrze między nimi wypełniło się zapachem jej perfum. Długie, splątane kosmyki ciemnych włosów opadły na jego klatkę piersiową gdy pochyliła się by zmyć z jego skóry krew. Jego ciało ogarnął zupełnie inny rodzaj napięcia gdy znalazła się tak blisko, zupełnie innego rodzaju p o t r z e b a, w której obserwował ją w skupieniu, świadom każdego, nawet najmniejszego ruchu.
Ale jej słowa przedzierały się przez tę mgłę, którą zasnuwała jego zmysły swoją obecnością. Dotarły do jego nieruchomego ciała, sprawiając, że pokręcił głową - kolejny raz, a później następny, jeśli tego od niego wymagała. Odzierały jego twarz z maski, którą wznosił każdego dnia, ujawniając schowane pod spodem zmęczenie - ale poza nim, coś jeszcze.
- Nie chcę - powtórzył, nie wiedział po raz który już wypowiadając swoje zdanie na temat jazdy do szpitala. Jedna igła, kilka szwów sprawiły, że jego barki spięły się gwałtownie, ujawniając najbardziej prymitywną z reakcji - zalążek paniki, chowający się w głębi jego spojrzenia, gotowy ujrzeć światło dzienne jeśli nadal będzie naciskać. - Nie możesz ty tego zrobić? - zapytał, wbrew sobie, swojej potrzebie niezależności i załatwiania problemów po swojemu, w desperackiej próbie odwiedzenia jej od jej planu, ujawniając tym samym, że w jego zaprzeczeniach nie tkwił wyłącznie bezzasadny upór.
Drgnął, chwytając kobiecą dłoń zaciśniętą na zakrwawionej gazie gdy znów sięgała do jego skóry, w jałowej próbie oczyszczenia miejsca, które nadal krwawiło.
- Proszę - dodał, cicho, w ręku mając jej nadgarstek, trzymając go pewnie, lecz nie mocno - w chwili, w której postanowiłaby cofnąć dłoń, wypuściłby go natychmiast.

margo mercer
30 y/o
Welkom in Canada
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie potrafiła przestać, nawet kiedy ją o to poprosił. Nawet kiedy jego głos, cichy i napięty, wybrzmiał między nimi z wyraźną prośbą, która w innych okolicznościach zatrzymałaby ją natychmiast. Teraz jednak coś w niej nie pozwalało odsunąć dłoni ani cofnąć się o krok. Jakby zatrzymanie się oznaczało przyznanie, że wszystko było w porządku, a nie było. W głowie wciąż powracała ta sama myśl, uparta i trudna do uciszenia - powinna tam być. Niezależnie od tego, że zegar wybijał szesnastą zero pięć, kiedy rzucił jej tę informację w drzwiach komisariatu. Niezależnie od tego, że wtedy uznała, że ma prawo wyjść.
Racjonalna część jej umysłu powtarzała, że to nie miało znaczenia; że mogło wydarzyć się dokładnie tak samo nawet wtedy, gdyby siedziała obok niego w tym barze, że nie miała na to żadnego wpływu. Ale ta druga część - ta, która rozżarzała poczucie winy, mówiła coś zupełnie innego. Zawaliłaś. I choć nie powiedziała tego na głos, myśl była tak wyraźna, że niemal czuła jej ciężar na języku. To nie była tylko kwestia pracy, odpowiedzialności czy zawodowego obowiązku. Gdyby chodziło o kogokolwiek innego, pewnie potrafiłaby spojrzeć na sytuację znacznie chłodniej, ale chodziło o n i e g o. A wszystko, co dotyczyło Rhysa Maddena, zawsze rezonowało w niej mocniej, głębiej i boleśniej, niż chciałaby przyznać.
Dopiero po chwili uświadomiła sobie coś jeszcze - jak dziwna była ta scena.
Była noc, byli w jego mieszkaniu - on siedział przed nią bez koszulki, półnagi, z rozciętą skórą i obitymi knykciami, a ona siedziała tak blisko, że czuła ciepło bijące z jego ciała. Jej kolano niemal dotykało jego uda, włosy opadały do przodu, kiedy pochylała się nad jego klatką piersiową, a jej dłonie, spokojne i ostrożne, przesuwały się po jego skórze z koncentracją, która jeszcze kilka godzin temu wydawałaby się niemożliwa.
N i g d y wcześniej nie byli tak blisko. I świadomość tego pulsowała gdzieś pod powierzchnią jej skupienia, nie pozwalając o sobie zapomnieć nawet na moment.
Kiedy znów na niego spojrzała, dostrzegła coś, co wcześniej jej umknęło. Ten opór nie był zwykłą przekorą, nie był nawet uporem, do którego zdążyła się już przyzwyczaić. Było w nim coś bardziej nerwowego, coś nieracjonalnego.
Westchnęła ciężko, marszcząc brwi, jakby próbowała rozgryźć zagadkę, która nagle przestała być oczywista. - Rhys - szósty; zaczęła ciszej. Jej spojrzenie zatrzymało się na jego twarzy, uważne i badawcze. - Mogę zrobić dla ciebie wiele rzeczy - powiedziała powoli. - Ale nie sądzę, żebym akurat zrobiła dobrze - na moment odłożyła gazę i przesunęła dłonią po jego nadgarstku, jakby sprawdzając, czy pozwoli jej nadal tam być. Było niewiele rzeczy, których naprawdę się bała. Praca nauczyła ją szybko reagować, podejmować decyzje bez wahania i działać nawet wtedy, gdy sytuacja wymykała się spod kontroli, ale myśl o igle przebijającej jego skórę - bez znieczulenia, na żywo, sprawiała, że coś w niej zaciskało się nieprzyjemnie. - Boję się, że będzie cię to boleć - jej dłoń powróciła do jego dłoni niemal odruchowo. Tym razem nie tylko przemywała knykcie; palce przesunęły się po jego skórze wolniej, jakby sprawdzała, czy nie ma tam kolejnych uszkodzeń, drobnych przecięć, których jeszcze nie zauważyła.
Zastygła na moment w bezruchu, czując pod palcami ciepło i nacisk jego dłoni na swoim nadgarstku. Ich spojrzenia spotkały się ponownie, tym razem jeszcze bliżej, w odległości, która sprawiała, że trudno było udawać, że to wciąż tylko kwestia opatrzenia rany. Nie cofnęła się od razu. Przez sekundę, może dwie, pozwoliła mu ją trzymać, jakby próbowała zrozumieć, czy prośba dotyczyła bólu, igły, czy czegoś znacznie trudniejszego do nazwania. - Naprawdę nie możemy pojechać?
Dopiero potem jej palce drgnęły lekko w jego uścisku. Nie wyrywała się, ale też nie przestała patrzeć mu w oczy.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
Mark your calendar for Canada Day
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zdarzały im się takie chwile w przeszłości - drobne wykroczenia poza umowną linią wytyczoną w piasku, której zobowiązali się przestrzegać. Kobiece palce na jego skroni, pocałunek złożony we wnętrzu jej dłoni. Drobne zahaczenie jednego palca o drugi, zetknięcie się rąk, których przeznaczeniem było przebywać z dala od siebie. Za każdym razem te niewinne gesty usiłowały wynieść ich gdzieś indziej, na nowe terytorium, z a k a z a n e ziemie, na które nie powinni mieć wstępu. I zawsze powracał pragmatyzm, doganiał ich, jakby to przed nim usiłowali uciec, pchani do przodu tą siłą, która splotła ich los i przyciągała ku sobie.
W tym wykroczeniu nie było nic d r o b n e g o.
Było całkowitym zignorowaniem zasad, których się trzymali, zdeptaniem linii wypisanej na ziemi, która miała trzymać ich w ryzach. Miał tego świadomość, jeszcze chwilę temu - gdy zjawiła się w jego mieszkaniu w środku nocy, waląc do drzwi, wchodząc do środka tak, jak wchodziła do jego samochodu - z głęboko zaszytym przeświadczeniem, że mogła tak zrobić.
Które nie leżało zbyt daleko od prawdy.
Namiastka logiki i chłodnego dystansu uchyliła jej drzwi, zza których wychylił się w sposób, który mógłby ją odstręczyć - półnagi, niechcący wpuszczać jej do środka czy nie sugerował, że w jego mieszkaniu mógł być ktoś inny? Że nie była to ani pora, ani miejsce na kolejne spotkanie, szczególnie po kłótni odbywającej się na komisariacie?
Ale wraz z wtargnięciem Margo do środka, wraz z jej zobaczeniem tego wszystkiego, czego nie powinna widzieć, coś w jego wnętrzu przełączyło się w inny tryb. Próg jego mieszkania pokonała z taką samą werwą, jak jedyną, wątłą barierę, którą utrzymywał wokół siebie zmęczony dzisiejszym dniem, zmęczony u d a w a n i e m w każdej godzinie przebywania w jej towarzystwie.
Udawaniem, na które teraz nie miał najmniejszej ochoty.
Jego imię brzmiało tak miękko w jej ustach, podejrzewał, że nigdy nie posłużyła się nim w krzyku. Od budowania dystansu między nimi były nazwiska, oficjalne określenia partnerze, detektywie. Imiona były zarezerwowane dla chwil takich jak ta.
Jego spojrzenie pociemniało na wspomnienie wielu rzeczy, gdzieś pod warstwą paniki rozlewającą się po jego klatce piersiowej. Dłoń zacisnęła się na jej nadgarstku, delikatnie, z zapewnieniem - nie potrzebował, żeby to szycie było ładne, nigdy przecież nie dbał o takie rzeczy. Wystarczyło takie, dzięki któremu nie będzie musiał zjawiać się w przepełnionym chorymi i rannymi ludźmi miejscu. Wystarczyło jakiekolwiek.
Świadomy jej oddechu, który niemal czuł na swojej skórze, pociągnął lekko jej nadgarstek. Złożył kobiecą dłoń na swoim ciele, pozwalając, by musnęła palcami zgrubienie w okolicy żeber - paskudną bliznę, jedną z najbrzydszych, jakie miał.
- Moje pierwsze zgłoszenie napadu rabunkowego na sklep. Byliśmy w okolicy, na patrolu - słowa same popłynęły z jego ust, ciche, oszczędne, podczas gdy skupiony wzrok pozostał uważny, nie wracając do wspomnień, które nie były dla niego istotne ani trudne. - Sprawca wyciągnął broń, a ja zamarłem. Nie ruszyłem się z miejsca.
Kącik jego ust uniósł się w górę, jakby historia ta nie kończyła się hukiem wystrzału i podróżą do obowiązkowego szpitala. To było kiedyś, ponad dziesięć lat temu i miał wrażenie, że przydarzyło się zupełnie innej osobie.
Nie puszczając jej nadgarstka, poprowadził jej palec wyżej, czując każdy element wytyczonej przez niego ścieżki. Przesunął jej dłoń na swoje ramię, na głęboką szramę, która na zawsze zaburzyła czarny tatuaż na jego bicepsie, zniekształcając go bladym cieniem.
- Wezwanie jakiejś bogatej babki, która chciała usunięcia pijanego bezdomnego z jej posesji. Nie zauważyłem noża, a podejrzewam, że on nawet nie zauważył odznaki.
Zatrzymał się, zerkając na grubą, brzydką bliznę, która nie przywoływała w nim już żadnych emocji. Uniósł swoje spojrzenie na kobiecą twarz, zawieszoną tak blisko jego własnej.
- Poradzisz sobie, Margo - powiedział miękko, będąc gotowym prosić, byle tylko nie wyciągnęła go siłą z mieszkania - a wierzył, że była skłonna to zrobić. - Zniosę twoje szwy nawet, jeśli będą koślawe - dodał zaczepnie, choć bez przekonania.
Ironia nie tkwiła tego wieczora pod ręką.

margo mercer
30 y/o
Welkom in Canada
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Granice między nimi nigdy nie były czymś stałym. Raczej linią narysowaną patykiem, widoczną tylko do momentu, w którym ktoś postanowił zrobić krok naprzód. Z początku traktowała ją poważnie, pilnowała dystansu, słów, pilnowała nawet spojrzeń, jakby każdy z tych elementów mógł przypadkiem pchnąć ich w stronę czegoś, czego oboje, przynajmniej oficjalnie, nie chcieli. Z czasem jednak odkryła, że przesuwanie tej granicy było przyjemne.
Nie robiła tego gwałtownie. Nigdy nie w sposób, który można by nazwać otwartą prowokacją. Raczej powoli z tą charakterystyczną dla niej ciekawością, która pchała ją do sprawdzania, jak daleko może się posunąć zanim coś pęknie. Krok bliżej, dłoń zatrzymana o sekundę dłużej niż powinna, spojrzenie, którego nie odwracała od razu. I zawsze obserwowała jego reakcję, bo widziała to, czego tak uparcie nie chciał nazwać. Widziała, że stoi na tej samej krawędzi co ona, że balansuje tam z tą samą ostrożnością, z tą samą niechęcią do przyznania się, jak bardzo ciągnęło ich w dół. To nie była praca, nie było partnerstwo. Nie było nic, co dałoby się zamknąć w jednym bezpiecznym słowie.
A jednak było czymś, w czym oboje powoli się zatracali.
Teraz ta granica właściwie przestała istnieć. Czuła to w sposobie w jaki wziął jej dłoń; sposobie w jaki poprowadził ją przez swoje ciało, jakby to było najnaturalniejsze na świecie. Jakby jej palce od zawsze należały właśnie tam - na jego skórze, na tych bliznach, które opowiadały historię jego życia lepiej niż jakiekolwiek słowa.
Jej oddech zwolnił, kiedy przesuwała po zgrubieniu przy żebrach. Czuła ciepło jego skóry, napięcie mięśni, czuła jak coś pod skórą zaczyna się w niej powoli rozpalać. Nie powinna była tego czuć. Powinna była myśleć tylko o jednym - o tym, że był ranny. A jednak żar, który pojawił się gdzieś głęboko pod skórą, nie dawał się tak łatwo zignorować.
Mimo to była mu wdzięczna za coś zupełnie innego - za to, że mówił. Nie naciskała nigdy, nie pytała, nie domagała się odpowiedzi ani historii z przeszłości. A jednak dzień po dniu, między jedną kłótnią a drugą, między niedopowiedzeniami i złośliwymi uwagami, Rhys Madden odsłaniał przed nią kolejne fragmenty siebie. Czasem przypadkiem, a czasem w takich chwilach jak ta. Dawał jej siebie kawałek po kawałku, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
Dopiero po chwili zrozumiała, co naprawdę kryło się za jego prośbą. Smak strachu, który pojawił się w jego spojrzeniu był subtelny, ale wyraźny dla kogoś, kto potrafił czytać ludzi tak dobrze jak ona. Nie zamierzała tego nazywać, ani mówić tego głośno. Po prostu mu u l e g ł a. Choć nie miała najmniejszego pojęcia, jak właściwie powinna się za to zabrać.
- Jeśli będzie bolało, to powiedz - mruknęła cicho, sięgając po igłę, uprzednio odkażając swoje ręce. Jej palce na moment zadrżały, zanim zmusiła je do posłuszeństwa. Zacisnęła zęby, pochylając się bliżej nad jego klatką piersiową, skupiona na tej jednej, wąskiej linii skóry. Pierwsze ukłucie przyszło szybciej niż się spodziewała. - Przepraszam - powiedziała natychmiast, niemal odruchowo. Jej głos był cichszy niż wcześniej, napięty, jakby każde kolejne przesunięcie wymagało od niej większego skupienia niż jakiekolwiek działanie w pracy. - Wszystko w porządku? - zapytała po chwili, nie podnosząc wzroku.
Kilka sekund ciszy wypełniło mieszkanie, przerywane tylko jej spokojnym, choć wyraźnie kontrolowanym oddechem. - Właściwie… - zaczęła nagle, jakby przypomniała sobie coś dopiero teraz. Igła znów przecięła skórę, a ona skupiła się na następnym ruchu, zanim podjęła dalej: - Dlaczego mi nie powiedziałeś o tym, co zrobił Evans? - tym razem uniosła na moment spojrzenie. - Nie miałam pojęcia, że poszedł do kapitana - jej głos nie był już zły. Był spokojny, niemal zmęczony. - Zrobił to bez mojej wiedzy, a ja w c a l e tego nie chciałam - nie wiedziała właściwie, dlaczego mu to mówiła. Nie musiała się tłumaczyć. Nie był częścią tej decyzji, nie miał żadnego prawa do wyjaśnień. A jednak chciała, żeby wiedział.
Chciała mieć tę pewność, że rozumie jedną rzecz. Daniel Evans nigdy nie był - i nigdy nie będzie - jej wyborem.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „#15”