ODPOWIEDZ
36 y/o
For good luck!
176 cm
stolarz na zlecenie
Awatar użytkownika
Don't let the mold break you
Let the feeling come take you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Co drugi weekend Jamie zostawał ze swoją mamą, dzisiaj był co-drugi-weekend, tylko Bryce zapomniał. Czuł, że w wiadomości tekstowej, którą dostał od Melissy, swojej byłej partnerki, było coś na rodzaj przekonania, że tak będzie.
‘’Będę za pół godziny, mały już gotowy?’’
Oczywiście, że mały nie był gotowy. Wczoraj zaczęli układać puzzle z Torozaurusem, Jamie był w swojej fazie dinozaurów a jego pasja zaostrzyła się tylko po wizycie w muzeum w którym zresztą właśnie kupili ten ciekawy okaz puzzli. Nie mogli przecież układanki zostawić na później, zaczęli od razu wieczorem, a gdy chłopiec tylko otworzył swoje paczałki następnego dnia już mówił o kontynuacji. Bryce przekonał go, żeby zjadł płatki śniadaniowego nawet nie musząc przerywać swojej misji. Razem więc wcinali kukurydziane, jeszcze chrupkie płatki gdy telefon podświetlił się, a wiadomość wyskoczyła na ekranie.
Szlag, myślał, że już opanował ten grafik, sprawdził przecież swój kalendarz kilka dni temu i miał nawet w swojej głowie to małe przypomnienie Nie zapomnij, że młody jest w ten weekendy u Melissy.
‘’Jasne, jesteśmy już gotowi’’, odpisał i szybko dokończył swoją porcję płatków.
Musieli się spieszyć, a pośpiech z pięciolatkiem, który niekoniecznie chciał się gdziekolwiek wybierać nie był najłatwiejszy. Jeszcze kilka kawałków do dopasowania, a to skarpetki nagle są interesujące, i wzroki na jego piżamie, a kiedy mieli kolejny plan pójść do muzeum? Rozmowy kontynuowały się aż do windy do której dotarli mniej więcej pół godziny po wysłanym smsie. To był dobry czas, nie najlepszy, ale dobry.
Melissa oczekiwała, że będą w lobby kiedy ona przyjedzie, takie miała oczekiwania, ale jednocześnie przez osiem lat związku z Brycem nauczyła się, żeby oczekiwać spóźnień. To ona czekała na nich w lobby. Opierała się o ścianę spoglądając na swój telefon. Włosy miała upięte w luźny kok, a grzywka wpadała jej trochę w oczy czym zdawała się nieprzejęta. Wiedział, że z czasem po prostu nauczyła się to ignorować. Wyglądała tak ładnie w porannym świetle uderzającym w jej profil, przypominając mu o wielu wspólnych porankach, że przez bardzo krótki moment zapomniał, że złamała mu serce.
Jamie puścił jego dłoń i pobiegł w stronę mamy, co ocuciło Bryce’a.
Mama! – Pokonał długość korytarza z zaskakuącą prędkością i wtulił się w nogi Melissy. Kobieta zaraz przykucnęła, żeby objąć go ciasno w swoich ramionach. -Jamie, kochanie, jak było w muzeum? – Zapytała z ciekawością w głosie.
Bryce dołączył do nich z lekkim opóźnieniem, dając im chwilę na wymianę kilku zdań.
-Jesteście prawie na czas. – Zerknęła na swój zegarek.
-Staraliśmy się. – Bryce uśmiechnął się krzywo. Chciał wyglądać bardziej nonszalancko, ale mu to w żadnym wypadku nie wychodziło. Nie wiedział jak ma się przy kobiecie zachowywać, miał w sobie nadal tyle emocji, a musiał udawać, jakby nic się nie zdarzyło. Byli przecież odpowiedzialnymi rodzicami, byli cywilizowani.
Słyszałaś… – Zerknął na swoją komórkę. - Słyszałaś może coś od Claire? – Zagadnął, bo przechodzenie do rzeczy to jedyne co mógł teraz zrobić.
Kobieta zastanowiła się przez chwilę.
-Zapukałem do niej we... – Dzisiaj była sobota, pukał na początku tygodnia, czyli...-We wtorek. Chciałem zostawić u niej Jamie na chwilę. Później w środę puściłem jej smsa, ale do tej pory nie odpowiedziała. – Nie wydawało mu się, że w jakiś sposób podpadł. Starał się nie być natrętny i nie pozwolić by kobieta przypadkiem poczuła się jak niepłatna opiekunka, więc miał nadzieję, że nie ignorowała go umyślnie. -Nie zmieniła numeru…?
-Nie… – Odblokowała swoją komórkę. -Nie. – Powiedziała pewniej. -Dałaby mi znać gdyby zmieniała numer. Ale…szczerze mówiąc, nie rozmawiałam z nią ostatnio, wiesz… z nowym mieszkaniem… mam pełne ręce roboty. – Dla pewności przejrzała swoje wiadomości.
Bryce pokiwał głową. To było dziwne, trochę dziwne. Miał wrażenie, że nie mijał się z Claire nawet w korytarzu przez ostatnie kilka dni… może dłużej? Nie zastanowił się nad tym dłużej przenosząc uwagę na wzmiankę o nowym mieszkaniu. Wypadało o nie spytać?
-A właśnie, jak z mieszkaniem?
-No wiesz… – Melissa wzruszyła ramionami, nie wydawała się nosić tej samej niezręczności co Livingston. -Jak to z mieszkaniem, niby wszystko było ładnie, ale planuję kolory ścian, zbieram pomysły na meble. Będziemy wybierać tapetę do pokoju Jamiego, prawda? – Uśmiechnęła się spoglądając na swojego syna, który wyszczerzył się w odpowiedzi.
-Tak, będzie super kolorowo!
Bryce też się uśmiechnął. Przypomniało mu się, jak sam dobrze wspominał dekorowanie pokoju dla syna, robili to rodzinnie, to był dobry czas…
-No dobra, to my będziemy jechać. – Melissa uśmiechnęła się i wyciągnęła dłoń do synka.
Jamie pomachał do taty na odchodne.
Bryce pomachał w odpowiedzi i przyglądał się im przez chwilę gdy odchodzili. Jedyne co w tym wszystkim dodawało mu otuchy to, że Jamie nadal był wesołym chłopcem, że mimo iż jego rodzice nie byli razem wydawał się być szczęśliwy tu gdzie był. To było ważne dla nich obojga, wiedzieli, że będzie to dla niego duża zmiana, ale nie chcieli, żeby myślał, że to była czyjakolwiek wina, czy że rodzice się nagle nie znosili. Nadal miał swoją rodzinę, po prostu teraz miał dwa domy, a rodzice nie dawali już sobie całusów. To przecież tylko tyle…

Ginny Wheeler
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
zeszyt
35 y/o
For good luck!
164 cm
wykłada entomologię na University of Toronto
Awatar użytkownika
it's probably nothing. it's just a little neighbourhood murder.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

003.
Bryce Livingston


Samotność nie przyszła do niej nagle. Nie była jednym z tych zdarzeń, po których człowiek budzi się następnego dnia i odkrywa, że został sam. Ginny miała wrażenie, że przez lata budowała ją cierpliwie, warstwa po warstwie, jak owad buduje wokół siebie kokon. Najpierw zrobił to ojciec, znikając z jej życia w sposób, którego długo nie potrafiła nazwać. Potem mężczyzna, którego kochała i któremu zaufała, uznał pewnego dnia, że łatwiej będzie po prostu odejść. Bez wielkiej tragedii, bez odpowiednich słów, bez obietnic, że jeszcze kiedyś wróci. Została sama z mieszkaniem, pracą i tym nieprzyjemnym poczuciem, że może samotność wcale nie była przypadkiem, tylko czymś, co człowiek z czasem potrafił sobie całkiem wygodnie urządzić.
Wieczorową porą siedziała przy biurku, z laptopem przesuniętym bliżej okna. Praca piętrzyła się w kilku otwartych dokumentach, a obok leżały notatki dotyczące badań, które od kilku dni próbowała uporządkować. Za szybą rozciągał się widok na sąsiedni segment budynku, ustawiony równolegle do jej części. Cztery lata mieszkania w tym miejscu sprawiły, że znała ten widok niemal na pamięć. Nie ludzi. Tylko światła.
To było właściwie wszystko, co dostrzegała z cudzej codzienności. Które okno zapalało się pierwsze, które gasło najpóźniej, gdzie światło pojawiało się zawsze przy kolacji, a gdzie ktoś najwyraźniej pracował do późna. Nigdy nie zastanawiała się nad tym szczególnie długo. Widywała to kątem oka, tak samo jak widywała własny kubek stojący zawsze po lewej stronie laptopa czy roślinę, którą odruchowo obracała co kilka dni w stronę światła.
Dlatego początkowo nie zwróciła uwagi, że okno Claire jest ciemne.
Zerknęła na nie mimowolnie, kiedy na chwilę odsunęła się od monitora. Zwykle o tej porze w mieszkaniu po drugiej stronie paliła się już lampa. Ciepłe, żółtawe światło przeciskało się zza firanki i zostawiało niewielką, prostokątną plamę na szybie. Tym razem nie było nic. Tylko ciemność i odbicie jej własnego mieszkania.
Ginny wróciła wzrokiem do ekranu.
Może wyjechała. Tak po prostu. Każdy miał prawo wyjechać, nie tłumacząc się sąsiadom z naprzeciwka, których imienia nawet się nie znało. Może pojechała do rodziny. Może miała coś do załatwienia. Może nawet powinna przestać zerkać w tamto okno i wrócić do pracy.
Następnego dnia było tak samo.
I kolejnego.
Po kilku dniach Ginny zaczęła zauważać coś, czego wcześniej świadomie nie dopuszczała do siebie. Przyzwyczaiła się do rytmu tego budynku bardziej, niż sądziła. Cztery lata wystarczyły, żeby codzienność innych ludzi wrosła gdzieś na obrzeża jej własnej rutyny. Nie znała ich historii, nie wiedziała, jak mieli na imię, czym się zajmowali ani z kim żyli. A jednak wiedziała, że starszy mężczyzna z drugiego piętra zwykle zapalał światło w kuchni chwilę po siedemnastej. Wiedziała, że mieszkanie po lewej stronie długo pozostawało ciemne rano, za to wieczorem światło w salonie nie gasło aż do późna. Wiedziała też, że Claire, choć przecież nigdy nie rozmawiały długo i na osobiste tematy, miała swoje godziny.
A Claire od kilku dni nie miała żadnych.
Siódmego wieczoru nie było już łatwo wmówić sobie, że to przypadek.
Wracała właśnie z uczelni. Spędziła pół dnia w laboratorium, przygotowując wraz ze studentem materiał do badań, które miały później stać się częścią pracy naukowej. Miała jeszcze w głowie zapach alkoholu, rękawiczki, oznaczenia próbek i jego pytanie zadane pod koniec zajęć. Wszystko było zwyczajne. Uporządkowane. Przewidywalne.
Weszła do budynku i jak zwykle skierowała się w stronę swojego segmentu. W lobby minęła kilkoro mieszkańców, których kojarzyła z widzenia. Twarze, sylwetki, sposób chodzenia. Nic więcej. Nigdy nie miała potrzeby poznawać ich bliżej.
Prawie zderzyła się z małym chłopcem, który wybiegł zza czyichś pleców. Cofnęła się odruchowo, a gdzieś obok niej padło kilka słów. Krótkich, wyrwanych z rozmowy. Jedno z nich zatrzymało ją bardziej niż powinno.
Claire.
Stanęła na moment.
Nie była pewna, czy dobrze usłyszała. Może dlatego, że przez ostatnie dni to imię nie pojawiło się w jej głowie ani razu bez skojarzenia z ciemnym oknem. Spojrzała w stronę mężczyzny, który chwilę wcześniej rozmawiał z kobietą i małym chłopcem. Kojarzyła ich. Oczywiście, że tak. Byli jednymi z tych ludzi, których widywało się przez lata w tym samym budynku, a mimo to pozostawali praktycznie obcymi ludźmi. Kątem oka dostrzegła ruch sylwetek. Kobieta z dzieckiem wyszła, a w lobby został on sam.
Powinna była po prostu pójść dalej.
Zamiast tego zrobiła kilka kroków w stronę swojego korytarza, po czym zatrzymała się i odwróciła.
– Przepraszam – odezwała się, podchodząc z powrotem. Jej głos był spokojny, trochę niepewny, jakby sama nie była jeszcze przekonana, że rzeczywiście zamierza to powiedzieć. – Jesteśmy sąsiadami i… słyszałam przed chwilą imię Claire.
Zawahała się przez krótką chwilę, spoglądając na mężczyznę.
– Mieszka tu jedna kobieta o takim imieniu. I... Może zabrzmi to głupio... ale nie widziałam jej od kilku dni. Nie masz z nią może kontaktu?
36 y/o
For good luck!
176 cm
stolarz na zlecenie
Awatar użytkownika
Don't let the mold break you
Let the feeling come take you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ostatnio częściej zdarzało mu się zawieszać w swoich myślach, gubić w odczuciach ciała. Chłodne dłonie, ucisk w żołądku. Wziął głębszy wdech, chcąc zmusić się do odrzucenia napływających wspomnień splamionych gorzkimi odczuciami. Raz po raz wałkowanie tych samych scenariuszy w niczym przecież nie pomagało, a jednak logika nie miała tu wiele siły przebicia. Komórka zastygła w jego dłoni, wzrok zaczął tracić swoją wyrazistość, a dzisiejsze plany były jak za mgłą.
Zamrugał, jak po przebudzeniu gdy do mózgu dotarło, że kobieta zawraca się do do niego. Oświadczenie, że są sąsiadami przywołało na myśl wielokrotność z jaką się tutaj mijali. Od lat. Nie byłby w stanie powiedzieć od ilu, ale był pewien, że kobieta wprowadziła się już po tym jak on tu od jakiegoś czasu mieszkał. Był to pewien rodzaju dysonans, bo zdążył nauczyć się o których godzinach się widywali, czy jak często kobieta dostawała paczki, kiedy zdawała się mieć więcej pracy, a jednak wcale jej nie znał. Przez te kilka lat nie wymienili wiele słów. Nie znał jej przekonań, czy charakteru, chociaż wiedział, że wydawała mu się miła.
Claire
Kiwnął głową, na potwierdzenie, że mówią o tej samej osobie, która mieszka z nimi w budynku. -Nie brzmi…wcale nie brzmi głupio. – Wiedział, że Claire w przeszłości dawała mu znać, kiedy gdzieś wyjeżdżała, przynajmniej jeśli był to planowany wyjazd. Dawało to pewien spokój ducha wiedząc, że ktoś zauważy nieznajomych ludzi wynoszących ci telewizor z domu i się tym zainteresuje. On też jej wspominał kiedy rodzinnie wybywali na więcej niż 3 dni.
Odblokował swoją komórkę przyciskiem palca. -Mam jej numer… – Przyznał i spojrzał znów na ekran zapominając co miał zrobić. Numer. – Z tym kontaktem trochę gorzej. – Znalazł odpowiedni wpis w kontaktach. -Nie odpowiedziała mi już od środy. – Zmarszczył czoło, znowu otwierając tamtą wiadomość. Zastanawiał się, czy powinien napisać jeszcze raz, ale naprawdę nie chciał być nachalny. -Co nie jest w jej stylu. – Dodał.
-Znacie się? – Podniósł na kobietę wzrok, dopiero teraz naprawdę się jej przyglądając. Krócej przycięte włosy okalały jej twarz podkreślając kości policzkowe, oczy miała wyraźne, obecne, a brwi nie w pełni neutralnie ułożone. -Mieszka się tyle czasu obok ludzi, człowiek by pomyślał, że zna ich lepiej. – Kontynuował, myśląc na głos i werbalnie przetwarzając fakt, że wiedział o Claire mniej niż było aktualnie potrzebne.-Przydałby się jakiś numer do rodziny, czy coś w tym stylu. Moja… – Wskazał kciukiem w stronę wyjścia wahając się jak miał Melissę określić. - Moja była mówiła, że to raczej nie kwestia zmiany numeru. To, że Claire nie odpowiada. – Dodał, mając nadzieję, że to co mówił miało sens. -Ale wiesz, też jej nie widziałem od kilku dni, co jest trochę… dziwne…bo nie wydaję mi się, że jest na urlopie. – Zmarszczył czoło znowu wracając do tego jak to zazwyczaj wyglądało, gdy miała coś w planach.
-Chyba nie mieszkamy w tym samym… – Zrobił kółko swoim placem. -Nie dzielmy ze sobą korytarza?

Ginny Wheeler
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
zeszyt
35 y/o
For good luck!
164 cm
wykłada entomologię na University of Toronto
Awatar użytkownika
it's probably nothing. it's just a little neighbourhood murder.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Bryce Livingston


Pokręciła lekko głową, kiedy zorientowała się, o co mu chodzi. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że chociaż oboje od lat mieszkali w tym samym budynku, wcale nie byli sobie tak bliscy, jak mogłoby się wydawać. Ten rodzaj sąsiedztwa opierał się raczej na mijaniu niż poznawaniu. Człowiek widywał te same twarze przy wejściu, w windzie, czasem na parkingu, z czasem zaczynał kojarzyć samochody, sposób chodzenia czy charakterystyczną kurtkę, ale nadal nie wiedział o tych ludziach właściwie niczego. Ginny chyba nawet lubiła ten układ. Byli obok, lecz nie wymagali od siebie niczego więcej.
Może dlatego przez lata zapamiętywała drobiazgi. Nie z ciekawości, tylko trochę z przyzwyczajenia. To, że starszy mężczyzna z parteru zawsze nosił te same płócienne torby. Że kobieta z dzieckiem mieszkająca gdzieś wyżej niemal zawsze wracała z zakupami późnym popołudniem. Że ktoś na końcu drugiego korytarza miał psa, który potrafił szczekać przez pół nocy, a inny sąsiad regularnie zostawiał rower przy wejściu, choć nigdy nie widziała, żeby na nim jeździł. Takie rzeczy osiadały w pamięci mimochodem, jak fragmenty codzienności, których człowiek nie próbuje nawet zapamiętać, a jednak później dokładnie wie, gdzie je umieścić.
Z mężczyzną było podobnie. Wiedziała, że mieszka tutaj od dawna. Kojarzyła jego twarz, sposób, w jaki pojawiał się przy wejściu, czasem widywała go z torbą albo telefonem przy uchu. Zdarzało jej się też widzieć z nim kobietę, z którą nie potrafiła go początkowo skojarzyć. Potem przestała ją widywać, a jakiś czas później przestał pojawiać się z nią również on. Nigdy nie pytała. Dopiero teraz, kiedy padło określenie „moja była”, Ginny niemal automatycznie połączyła tę informację z twarzą, którą kojarzyła z kilku przelotnych spotkań. Mały szczegół, nic więcej. Kolejny element cudzej codzienności, który przez lata pozostawał gdzieś na obrzeżu jej świadomości.
– Nie. Właściwie nawet nie wiem, na którym mieszkasz.
Uśmiechnęła się lekko, trochę zawstydzona własną niewiedzą. Dopiero wypowiadając te słowa, pomyślała, jak zabawne było to, że można przez kilka lat dzielić z kimś ten sam budynek, znać jego twarz, kojarzyć obecność, a jednocześnie nie wiedzieć o nim niczego, co naprawdę miałoby znaczenie.
Jej wzrok na moment uciekł w stronę telefonu, który nadal trzymał w dłoni. Informacja, że Claire nie odpowiedziała mu od kilku dni, sprawiła, że cała sytuacja nagle nabrała ciężaru, którego wcześniej nie miała. Do tej pory jej nieobecność była tylko czymś, co Ginny zauważyła. Mogła przecież wyjechać. Mogła zatrzymać się u rodziny, mieć więcej pracy, zrobić sobie kilka dni przerwy od codzienności. Nie znała jej przecież na tyle, żeby wiedzieć, co było dla niej normalne.
Teraz jednak okazało się, że Bryce również czekał na jakąś reakcję z jej strony i również jej nie otrzymał. To wystarczyło, żeby Ginny przestała traktować własne spostrzeżenie jak przypadkową myśl.
– Właśnie dlatego zapytałam.
Przez moment zawahała się, zastanawiając się, jak to wszystko powiedzieć, żeby nie zabrzmieć dziwnie. Nie chciała, żeby pomyślał, że interesuje się życiem Claire bardziej, niż powinna. Prawda była znacznie prostsza i mniej interesująca. Po prostu przyzwyczaiła się, że niektóre osoby są częścią znajomego tła. Claire należała do tych kilku twarzy, które z czasem przestają być anonimowe, choć nigdy nie stają się naprawdę bliskie.
– Nie znam jej tak właściwie... Tylko z widzenia. Ale przez kilka dni jej nie spotkałam i zaczęło mnie to zastanawiać.
Zawahała się jeszcze przez chwilę, po czym wzruszyła lekko ramionami. W tej chwili sama uznała swoje zainteresowanie za trochę przesadne. Może rzeczywiście doszukiwała się znaczenia tam, gdzie go nie było. W końcu mieszkanie w jednym budynku nie oznaczało obowiązku pilnowania, gdzie kto znika.
Tyle że właśnie ta myśl nie dawała jej spokoju. Gdyby chodziło o przypadkową osobę, pewnie już by o tym nie pamiętała. Claire była jednak jedną z tych kobiet, których obecność zdążyła stać się dla niej czymś zupełnie naturalnym. Nie znała jej życia, nie wiedziała, kim była poza kilkoma krótkimi spotkaniami, a mimo to jej brak był na tyle wyraźny, że Ginny w końcu go zauważyła.
– Skoro ty też jej nie widziałeś...
Urwała i spojrzała na niego. Nie potrzebowała kończyć. Oboje mieli właśnie ten sam brakujący element i żadne z nich nie potrafiło jeszcze powiedzieć, co z nim zrobić.
Ginny odruchowo poprawiła pasek torby na ramieniu. Jeszcze przed chwilą chciała tylko wrócić do mieszkania, zrobić sobie herbatę i zająć się pracą, która czekała na biurku. Teraz jednak poczuła tę niewielką, nieprzyjemną zmianę – moment, w którym zwykła obserwacja przestawała być zwykła.
– Może powinniśmy po prostu sprawdzić, czy wszystko u niej w porządku.
Powiedziała to bez pewności, bardziej jak propozycję niż decyzję. Ale pierwszy raz od kilku dni miała wrażenie, że nie jest już jedyną osobą, której ta nieobecność wydała się dziwna.
36 y/o
For good luck!
176 cm
stolarz na zlecenie
Awatar użytkownika
Don't let the mold break you
Let the feeling come take you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W odpowiedzi na jej stwierdzenie uśmiechnął się z rozbawieniem. Założył, że poprzez znajomość Claire kobieta wiedziała, i najwyraźniej się z tym założeniem pospieszył. Pokręcił głową jakby dając znać, żeby się tym nie przejmowała. -Na osiemnastym, tak samo jak Claire. – Przyznał. -Mijam się z nią często w korytarzu, wydawało mi się dziwne, że bym ciebie nie zauważył na tym samym piętrze. – Dzielnie korytarza było swoim własnym, małym światem. Tych ludzi znało się jednak lepiej, choćby przez sam fakt dzielenia z niektórymi ścian, częstszego ich widywania, krótkich rozmów przy zamykaniu i otwieraniu drzwi. I wiedział jak często był w swoim własnym świecie gdy wchodził już do windy, nie mógłby mieć nikomu innemu za złe, że go szczególnie nie zauważył.
A jednak oboje zauważyli brak obecności Claire. Trzeba było przyznać, że była wyrazistą osobą, nie wtapiała się w tłum, acz wcale nie była intencjonalnie ekstrawagancka. To ona zainicjowała kontakt między Livingstonem i jego partnerką. Myśląc wstecz do ich pierwszego spotkania i przez wszystkie momenty kiedy im pomogła, był bardzo wdzięczy, że postanowiła się wtedy w windzie przedstawić. Dobrze było mieć kogoś takiego jak ona w tym samym budynku, kogoś zaufanego. Właśnie dlatego odczuł ukłucie winy, gdy zdał sobie sprawę, że ktoś kto ją zaledwie kojarzył zauważył jej nieobecność szybciej niż ktoś kto ją znał osobiście.
-Człowiek, się przyzwyczaja, prawda? – Skomentował, nie chciał, żeby kobieta czuła się głupio z tym, że była spostrzegawcza. Albo chociażby z tym, że mózg miał tendencję wyłapywać takie zmiany w tle, czasami podświadomie, nie musiało to przecież zaraz oznaczać, że ktoś miał dziwne obsesje na punkcie swoich sąsiadów. Coś co zostało mu zarzucone kilka razy, tylko dlatego, że zapamiętał jakiś szczegół, którego druga osoba nie oczekiwała. Ot, głowa sama mu o czymś przypomniała. Nauczył się już w szkolnych latach, że czasami lepiej siedzieć cicho.
Przełknął ślinę, łapiąc kobiece spojrzenie. Poczuł jakby powietrze nieco zgęstniało. Może nie było to mądrym od razu zakładać najgorsze, a jednak jego myśli właśnie tam powędrowały. Wyrysował kilka scenariuszy tego co mogło się stać, każdy nowy gorszy od tego poprzedniego. Naoglądałeś się za dużo filmów. Spróbował te myśli odsunąć, być racjonalny. Wypadało się upewnić nim przejdą do jakichkolwiek wniosków.
-Tak, sprawdźmy to. – Powiedział decyzyjnie. -Zadzwonię do niej szybko, a nuż odbierze. – Poinformował kobietę nim wybrał kontakt Claire. Nie zdążył nawet przyłożyć komórki do ucha, kiedy połączenie przeszło na pocztę głosową. Skrzywił się. -Nic z tego. Chodźmy do niej zapukać. – Od razu przeszedł do działania nim jego myśli znowu uciekły do budowania potencjalnych scenariuszy. Przecież takie rzeczy się zdarzają. Może ma wyłączony telefon, może się wyładował, może go gdzieś zgubiła.
- Tak w ogóle to jestem Bryce. – Wysunął w jej stronę dłoń, gdy już wcisnął guzik na panelu windy. – Jestem pod numerem 1908 mieszkam vis-a-vi Claire. – Nie było powodu tego ukrywać, skoro właśnie wybierali się na to samo piętro.
-To pewnie nic wielkiego… – Zaczął spoglądając na malejący numerek nad drzwiami. -Czasami coś komuś wypada nieprzewidzianego… – Mówił bez przekonania, wsuwając dłonie do kieszeni kurtki. Co mogłoby być wystarczająco nieprzewidzianego, aby kobieta zniknęła i nie dała znać ani jemu ani Melissie, a jednocześnie aby nie było to nic tragicznego? Przecież rzadko się teraz zdarzało, żeby ktoś nie nosił przy sobie telefonu, albo żeby nie naładował go w ciągu kilku dni.

Ginny Wheeler
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
zeszyt
35 y/o
For good luck!
164 cm
wykłada entomologię na University of Toronto
Awatar użytkownika
it's probably nothing. it's just a little neighbourhood murder.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Bryce Livingston


Skinęła głową. Gdy powiedział, że mieszka vis-à-vis Claire, Ginny odruchowo próbowała przypomnieć sobie, czy rzeczywiście kiedykolwiek widziała go wychodzącego z tych drzwi. Nie potrafiła. Możliwe, że mijała go setki razy. Możliwe też, że zwyczajnie go nie zauważała, bo jej uwaga była zazwyczaj skierowana gdzie indziej – na własne myśli, wiadomości w telefonie, książkę trzymaną pod pachą albo na coś, co właśnie próbowała sobie przypomnieć. Jej mieszkanie znajdowało się piętro wyżej, po tej stronie budynku, z której okna wychodziły na segment obejmujący również mieszkanie Claire.
Od lat mogła patrzeć w stronę tych samych szyb, widywać czasem światło zapalające się o podobnej porze, może nawet przesuwającą się za nimi sylwetkę, i nadal nie wiedzieć, kto mieszkał po drugiej stronie. Domyślała się, że sąsiad miał mieszkanie po przeciwnej stronie korytarza względem Claire. Nigdy jednak nie miała powodu, by układać tę niewielką mapę w głowie.
– Teraz już wiem, gdzie – odpowiedziała z łagodnym cieniem uśmiechu na ustach.
Dopiero wtedy, kiedy wyciągnął dłoń i się przedstawił, uświadomiła sobie, że właściwie cały ten czas rozmawiali, nie mając wobec siebie nawet tak podstawowej informacji. Spojrzała na jego rękę, a potem na jego twarz, jakby potrzebowała krótkiej chwili, żeby przełączyć się z trybu zwyczajnego obserwowania w ten bardziej społeczny, którego odruchy przez lata trochę jej się stępiły. Uścisnęła dłoń krótko i ostrożnie.
– Jennifer.
Po sekundzie, jakby dopiero teraz uznała, że jedno słowo może być niewystarczające:
– Jennifer Wheeler.
Sam fakt, że nagle jego twarz dostała imię, a jej twarz – dodatkowo nazwisko, wydawał jej się trochę osobliwy. Przez kilka lat mogli być dla siebie wyłącznie elementem wspólnej przestrzeni, a teraz, w ciągu kilku minut, granica pomiędzy obcym sąsiadem a konkretnym człowiekiem została przekroczona niemal bez ceremonii.
Przez lata nauczyła się funkcjonować w ten sposób, że inni ludzie mogli istnieć blisko, a jednocześnie pozostawać od niej oddaleni o całą przestrzeń własnego życia. Nigdy nie miała potrzeby sprawdzania, kto dokąd wraca, z kim mieszka, o której wychodzi czy dlaczego pewnego dnia zamienił samochód na taksówkę. Jeżeli coś zapamiętywała, działo się to niemal bez jej udziału. Jej umysł miał zwyczaj zbierać drobne dane jak ktoś, kto nieświadomie odkłada monety do kieszeni – dopiero po czasie orientował się, ile ich tam właściwie jest.
Dlatego słowa Bryce'a o tym, że człowiek po prostu się przyzwyczaja, sprawiły, że spojrzała na niego trochę uważniej. Właściwie miał rację. Przyzwyczajało się do kroków słyszanych za ścianą, do czyichś drzwi otwierających się mniej więcej o tej samej porze, do światła zapalającego się wieczorem w konkretnym oknie. Człowiek nawet nie zdawał sobie sprawy, jak wiele rzeczy jego mózg uznawał za element stały, dopóki jeden z nich nagle nie znikał. I może właśnie dlatego nieobecność Claire tak mocno zwróciła jej uwagę. Nie dlatego, że ją obserwowała. Dlatego, że wcześniej zawsze była.
– Chyba tak – powiedziała po chwili. – Obecność niektórych ludzi po prostu zaczyna się zauważać, nawet jeśli się ich nie zna.
Jej codzienność nie potrzebowała zbyt wielu ludzi. Wystarczały książki, praca, notatki, artykuły, badania i długie godziny spędzane sam na sam z czymś, co dla większości osób było zbyt drobne, zbyt odległe albo zwyczajnie nudne, żeby poświęcać temu tyle uwagi. Ginny lubiła ten świat właśnie dlatego, że nie wymagał od niej niczego, czego nie chciała dawać. Książka nie oczekiwała odpowiedzi. Nauka nie obrażała się na milczenie. Materiał badawczy nie wymagał podtrzymywania rozmowy. Nawet ludzie w pracy byli częścią pewnego porządku, który można było zrozumieć, opisać i na swój sposób kontrolować. Z czasem samotność przestała być pustką. Stała się strukturą. Czymś, co miało granice, rytm i własną logikę. Dla niektórych mogło to wyglądać jak wycofanie, dla innych jak chłód, a pewnie byli i tacy, którzy uznaliby ją po prostu za kobietę odrobinę zdziczałą od lat spędzonych głównie we własnym towarzystwie. Nie bardzo przejmowała się żadnym z tych określeń. Były tylko cudzymi nazwami dla sposobu życia, który dawno przestał jej przeszkadzać.
Kiedy przyznał, że również nie kontaktował się z Claire, poczuła to samo krótkie, nieprzyjemne napięcie, które towarzyszyło jej wcześniej. Nie był to jeszcze strach. Na razie było to coś znacznie bardziej nieokreślonego – przeczucie, że drobna różnica w codzienności może mieć przyczynę, której jeszcze nie potrafili nazwać. Zawiesiła wzrok na zmieniającym się numerze piętra, a potem spojrzała na telefon w jego dłoni. Gdy zapowiedział, że zadzwoni, przytaknęła tylko.
– Jasne.
Nie miała nic więcej do dodania. Połączenie od razu przeszło na pocztę głosową, zanim zdążyło na dobre wybrzmieć w windzie. Ginny poczuła, jak coś zaciska jej się nieprzyjemnie pod mostkiem. Tym razem nie chodziło już wyłącznie o Claire. Chodziło o potwierdzenie, że rzeczywiście nikt z nich nie miał z nią kontaktu.
Przez moment pomyślała o wszystkich niewinnych wyjaśnieniach, które wcześniej sama sobie podsuwała. Wyjazd. Praca. Rodzina. Potrzeba odcięcia się od codzienności. Rozładowany telefon. Wszystko nadal było możliwe. Wszystko nadal mogło być zupełnie zwyczajne. Tylko że zwyczajność zaczynała wymagać coraz większej liczby założeń, a Ginny nigdy nie przepadała za teoriami budowanymi na zbyt wielu przypadkach. W nauce zbyt wiele „może” w końcu przestawało być uczciwym opisem rzeczywistości.
– Może po prostu nie ma przy sobie telefonu – zauważyła cicho, bardziej po to, żeby wypowiedzieć na głos jedną z rozsądnych możliwości, niż dlatego, że rzeczywiście w nią wierzyła.
Sama słyszała, jak mało przekonująco to brzmiało. Kiedy Bryce natychmiast zdecydował, że powinni zapukać, poczuła ulgę, której nie zamierzała ujawniać. Była wdzięczna, że to on wypowiedział tę propozycję pierwszy. Sama od kilku chwil rozważała dokładnie to samo, ale im dłużej o tym myślała, tym wyraźniej widziała kolejne granice, które mogła właśnie przekroczyć.
Winda sunęła ku górze, a cyfry nad drzwiami zmieniały się powoli. Ginny przez chwilę patrzyła na nie bez większego skupienia, słuchając jednostajnego szumu mechanizmu. Dopiero teraz dotarło do niej, jak szybko zwykłe spotkanie z sąsiadem przerodziło się w coś, czego jeszcze godzinę wcześniej nawet nie brała pod uwagę. Znała jego nazwisko, wiedziała, gdzie mieszkał i dlaczego jechali razem na osiemnaste piętro. W świecie Ginny była to już całkiem spora ilość informacji.
– Długo tu mieszkasz? – zapytała po chwili.
Spojrzała na niego i przez sekundę zastanawiała się, czemu zadała nagle to pytanie. Było zupełnie zwyczajne, a mimo to nie przywykła do rozmów, w których informacje osobiste pojawiały się tak szybko.
36 y/o
For good luck!
176 cm
stolarz na zlecenie
Awatar użytkownika
Don't let the mold break you
Let the feeling come take you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Znowu Bryce dopiero zdał sobie sprawę, że skoro już się przedstawił, to wypadało to zrobić w pełnej formie kiedy Jennifer podała swoje nazwisko. -Bryce Livingston. – Poprawił się. Z jakiegoś powodu przedstawianie się w tej formie uruchamiało jego biznesowy tryb i mało co nie sięgnął do przedniej kieszeni swojej kraciastej koszuli, żeby podać jej swoją wizytówkę. To naprawdę nie był odpowiedni czas na jakąkolwiek samo-promocję. -Jennifer. – Powtórzył, przeczytał kiedyś, że to pomagało informacjom utrwalać się w mózgu. -To ładne imię. – Uśmiechnął się lekko, prawie, że w zamyśleniu. Dopiero po chwili biorąc wybudzający wdech, spoglądając gdzieś w bok.
Pokiwał głową w potwierdzeniu na jej słowa o zauważaniu obecności innych. W momencie słabości pomyślał o tym jak bardzo zauważał nieobecność Melissy, i może jak bardzo popadł w swoje przyzwyczajenie, że ona po prostu zawsze tam była i będzie. Z tym, że jej brak nie był ubrany w żadną tajemnicę. Wiedział dokładnie dlaczego jej nie było i wiedział, że była gdzieś indziej. Nadal mógł do niej napisać, zadzwonić nawet chociaż tego omijał. A jednak nie była już tą samą osobą w jego życiu.
W odróżnieniu do Claire, która w jego głowie była niezmienna, acz bardzo nieosiągalna. Bardzo nieosiągalna. Z tym, że miał właściwie ten jeden, czy dwa sposoby kontaktu – przez telefon, lub osobiście. Jeden z nich już wyczerpali, co nie zapowiadało pozytywnych rezultatów na później.
-Właśnie. – Zgodził się z jej potencjalnym powodem. Brzmiał mniej więcej tak przekonująco, jak Jennifer, acz starał się o pewniejszy ton.
Oparł się o ścianę metalowej, acz eleganckiej puszki w której się razem znaleźli, a jego wzrok mimowolnie spoczął na numerach pięter. Dopiero na pytanie kobiety swoją uwagę przeniósł na nią. Wypuścił z wolna powietrze z płuc, w geście zamyślenia. -Chyba będzie z 9… 10 lat… – Przymrużył jedno oko starając się wyczuć, która liczba brzmiała bardziej poprawnie. -Tak, będzie z 10 lat. – Nawet nie zdawał sobie sprawy kiedy ten czas przeleciał tak szybko. Pamiętał, kiedy wprowadzał się tu jako kawaler, pamiętał, że mieszkanie było ładne, ale bezduszne, pamiętał te powolne weekendowe remonty, i malowanie po tym jak wracał z pracy. Było w budynku wiele znajomych twarzy jeszcze z tamtych lat, i przewinęło się też sporo nowych twarzy, za którymi nie nadążał. -Szmat czasu. – Powiedział, jakby dopiero teraz zdał sobie z tego sprawę. -To moje pierwsze mieszkanie na własność, na zaliczkę odkładałem jeszcze z pracy w korporacji. – Nie była to najlepsza praca dla ducha, ale nie mógł zaprzeczyć, że pomogła mu dobrze wystartować. -A ty? Jak długo tu mieszkasz? – Zagadnął, jakby właśnie nie podzielił się z nią większą ilością informacji niż to o co pytała. Nim zadał jej pytanie wiedział, że widywał ją w tym budynku więcej niż rok, był to jednak jeden z tych momentów kiedy nie chciał przyznawać się do pamiętania, czy nawet kojarzenia takich rzeczy. Nie robił tego przecież umyślnie, a jego poczucie czasu działało nielinearnie.
-Czym się zajmujesz? – Spytał z zaciekawieniem, jakby na chwilę zapominając co tu w ogóle robili. -… jeśli mogę spytać. – Dodał, zdając sobie sprawę, że pytanie mogło być nieco zbyt osobiste na to ich przypadkowe sąsiedzkie spotkanie. Z drugiej strony, wiedział, że Al o piętro niżej był adwokatem i fatalnie radził sobie z montowaniem półek, a jego żona miała studio fotograficzne zaledwie 20 minut spaceru stąd. Rozmowy czasami po prostu tak płynęły w mniej i bardziej oczekiwanym kierunku, że nagle znało się czyjeś ulubione wino, czy to, że specyficznie nie przepadają za Debrą w pracy. Bryce’a do tej pory zaskakiwało jak łatwo ludzie się otwierali, kiedy on dzielił się detalami swojego życia nawet gdy nikt go o nie nie pytał.

Ginny Wheeler
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
zeszyt
35 y/o
For good luck!
164 cm
wykłada entomologię na University of Toronto
Awatar użytkownika
it's probably nothing. it's just a little neighbourhood murder.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Bryce Livingston


To ładne imię.
Zmieszała się w momencie, gdy komplement padł z ust sąsiada. Nie spodziewała się go i przez krótką chwilę nie wiedziała nawet, co zrobić z rękami. Zagarnęła krótkie pasmo ciemnych włosów za ucho, choć te niemal od razu wysunęły się z powrotem i opadły na policzek. Poprawiła je więc jeszcze raz, bardziej odruchowo niż z rzeczywistej potrzeby. Zagryzła dolną wargę, a kąciki ust drgnęły w czymś, co przy odrobinie dobrej woli można było uznać za uśmiech. Spojrzała jednak w bok, unikając jego wzroku.
– Pospolite – mruknęła, wzruszając lekko ramionami. – Ale dzięki.
Samo podziękowanie wydało jej się dziwnie niezgrabne. Z reguły jej rozmowy kończyły się przecież na przedstawieniu się i krótkiej wymianie uprzejmości, po której można było spokojnie przejść do konkretów. Praca była pod tym względem wygodna. Miała swoje tematy, granice i pytania, na które można było odpowiedzieć bez zastanawiania się, ile o sobie właściwie należy powiedzieć. Small talk wymagał natomiast pewnej swobody, a tej przez ostatnie lata trochę jej brakowało. Zwłaszcza z kimś obcym.
– To faktycznie sporo. Ja na stałe od czterech lat, choć w Toronto jestem dłużej. Wcześniej trochę mi się życie pokomplikowało.
Powiedziała to lekko, niemal jakby chodziło o coś niewartego większej uwagi. Nie zamierzała przecież opowiadać mu o ojcu, który wychowywał ją od maleńkości, o tym, że przez większość życia byli właściwie tylko oni dwoje, podręczniki biologii i wszystko, co można było obejrzeć pod mikroskopem. Nie wspomniałaby o narzeczonym, który odszedł niedługo po śmierci ojca, ani o długich miesiącach spędzonych później w Kingston, w jego starym domu, kiedy nie bardzo wiedziała, co właściwie zrobić ze sobą dalej. Nie było to coś, czym chciała dzielić się przy pierwszej rozmowie z sąsiadem. Łatwiej było zamknąć to w jednym, niewiele znaczącym zdaniu.
Metalowa winda sunęła dalej z charakterystycznym, jednostajnym pomrukiem. Chłodne światło mlecznych opraw odbijało się od stalowych ścian i sprawiało, że niewielkie wnętrze wydawało się jeszcze bardziej surowe. Na jednej ze ścian widniał panel z rzędami przycisków, część z nich już podświetlona. Co jakiś czas spod podłogi dochodziło ciche drżenie mechanizmu, a gdzieś nad nimi coś metalicznie brzęczało przy zmianie położenia kabiny. Nie było tu właściwie niczego poza kilkoma metrami chłodnej stali, przytłumionym buczeniem windy i świadomością, że dzieli się tę małą przestrzeń z kimś, kogo znało się ledwie od kilku minut.
W końcu oparła plecy o ścianę prostopadłą do tej, przy której stał Bryce, i skrzyżowała ramiona na piersi. Ta pozycja była wygodniejsza. Mogła przynajmniej przestać zastanawiać się, gdzie podziać ręce. Zerknęła na wyświetlacz nad drzwiami, a potem z powrotem przed siebie.
– Wykładam entomologię na uniwersytecie. – Widząc jego pytające spojrzenie, uśmiechnęła się słabo. – Uczę o owadach – dodała po chwili. – Tak w skrócie.
Przez moment sama zastanawiała się, czy nie zabrzmiało to dziwnie. Czasami zapominała, że dla większości ludzi entomologia nie była czymś szczególnie oczywistym. Dla niej była pracą, pasją i dziedziną, którą znała od lat. Dla innych mogła być po prostu nauką o rzeczach z sześcioma nogami.
– Wybitnie ciekawa praca, wiem.
Wzruszyła lekko ramionami, tym razem z cieniem rozbawienia. Kącik jej ust drgnął, a spojrzenie na moment uciekło ku podłodze.
– A ty?
Sama nie była pewna, czy próbuje go przekonać, czy raczej siebie, że prowadzenie tej rozmowy wychodzi jej całkiem dobrze. W gruncie rzeczy było jej przyjemniej, niż się spodziewała. Nadal trochę się pilnowała, ale nie czuła już tej początkowej niezręczności. Może właśnie dlatego, że rozmowa nie dotykała jeszcze niczego naprawdę osobistego. Wystarczały im imiona, Toronto, praca i kilka zdań, za którymi można było bezpiecznie się schować.
Winda nagle szarpnęła. Ginny odruchowo wyprostowała plecy. Metaliczny pomruk mechanizmu urwał się w jednej chwili, a sekundę później zgasło światło. Ciemność pojawiła się tak nagle, że przez moment zupełnie się nie poruszyła. Jej ramiona zacisnęły się mocniej na piersi, a palce mimowolnie wbiły się w materiał własnego rękawa. Jedynym źródłem światła pozostał niewielki, czerwony punkt na panelu przy drzwiach.
– Co do cholery… – jej głos zabrzmiał ciszej niż wcześniej. Spojrzała w stronę drzwi, choć w ciemności niewiele mogła zobaczyć. Winda nie ruszyła. Przez kilka sekund panowała zupełna cisza, jeśli nie liczyć cichego buczenia awaryjnego zasilania i szmeru oddechu. Ginny wyprostowała się jeszcze bardziej i przełknęła ślinę. Wyciągnęła rękę w stronę panelu, ale zatrzymała ją w połowie drogi. Nie było sensu bezmyślnie wciskać przycisków, skoro najwyraźniej zatrzymali się gdzieś pomiędzy piętrami.
– No pięknie.
Westchnęła cicho i oparła głowę o metalową ścianę. Jeszcze kilka minut wcześniej zastanawiała się, czy nie prowadzi zbyt niezręcznej rozmowy z nowym sąsiadem. Teraz jej największym problemem było to, że właśnie została z nim zamknięta w małej, ciemnej windzie i niewiadomo, jak długo to potrwa.
36 y/o
For good luck!
176 cm
stolarz na zlecenie
Awatar użytkownika
Don't let the mold break you
Let the feeling come take you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mężczyznę można by wręcz oskarżyć o ślepotę, bo mimo iż zauważył drobny uśmiech na twarzy sąsiadki, czy jej bezskuteczne poskramianie pasem włosów, a wszystko zwieńczone odwróceniem wzroku nie połączył żadnej z kropek. Skinął jedynie głową na jej podziękowanie, a myśli niedługo były już w innym miejscu.
-Życie ma to do siebie, co? Zawsze w najgorszym momencie. – Skomentował, myśląc o własnych komplikacjach, i o tym, że wcale nie musiał znać szczegółów by móc zrozumieć, że życie czasami schodziło na inne tory, te których mogli sobie ludzie nie planować, a jednak musieli adaptować się do nowych sytuacji.
-Cztery lata to też dobry czas. Podoba ci się tutaj? – Zagadnął, mimowolnie odsuwając się od tematu nad którym i tak nie spędziliby dłużej czasu jako świeżo poznani sąsiedzi. Livingston oczywiście mógłby mówić dalej, chociaż ostatnio może bardziej chciał słuchać niż samemu się rozgadywać. Miał wrażenie, że jeśli nie będzie wystarczająco uważny to znowu przegapi coś oczywistego, kluczowy detal z czyjegoś życia o który ci się później upomną.
Docenił, że kobieta dodała to krótkie wyjaśnienie, bo był przekonany, że usłyszał ‘etymologia’, co było zgoła inną dziedziną. Posłał jej głębokie kiwnięcia głową, przetwarzając przez chwilę tą informację. -Hej, to jest ciekawe. – Odezwał się w końcu z przekonaniem. -Ile osób może powiedzieć, że się tym zajmują? Nauka o owadach już jest interesująca sama w sobie, a wykładanie o tym… Jesteś ekspertem. – Wskazał do niej gestem dłoni. Nie było w jego słowach cienia drwiny. Owady może nie były jego konikiem, ale bardzo możliwe, że raz natknął się na dwugodzinny filmik o chrząszczach i dał się wciągnąć w jego narrację bez mrugnięcia okiem. Gdzieś w tyle głowy zakręciła mu się myśl, że bardzo chętnie wysłuchałby wykładu prowadzonego przez pannę Wheeler…
Dźwięk windy był czymś podobnym do mijanych sąsiadów, których imienia się nie znało, ale ich nawyki już tak. Wiedział, że mechanizmy tam były, słyszał je, chociaż te znikały na tle myśli czy rozmów. Czasami mogły martwić swoją ociężałością, czy też dodawać otuchy zależenie od tego kto jaki miał dzień, ale koniec końców zawsze dostarczały pasażerów do celu. Kiedy więc wszystko stanęło w miejscu cisza była ogłuszająca.
Bryce ustabilizował się gwałtownie na ścianie, kompletnie tracąc wątek odpowiedzi do której był gotowy jeszcze sekundę temu. W odpowiedzi na ciemność jego oczy na przekór zaczęły mierzyć niewielkie pomieszczenie dostrzegając prawie nic. Było w tym tyle zapału jakby patrząc mógł odkryć co sprawiło, że stanęli w miejscu i stracili światła.
-Co jest… – Wymruczał pod nosem i przesunął się w stronę panelu z czerwonym światełkiem. -Przynajmniej zasilanie awaryjne działa. – Skomentował sięgając po swoją komórkę. -Ale winda nie należy do głównego systemu… najwyraźniej. – Odpalił w komórce latarkę, żeby podświetlić panel. Powinni mieć tutaj guzik awaryjny. Był to jeden z tych guzików na które on nie zwracał uwagi, a Jamie za to musiał być powstrzymywany od wciskania jak był młodszy, bo widniał na nim obrazek żółtego dzwonka.
-To pewnie tylko jakaś przerwa w dostawie prądu. Sześć lat temu też tu utknąłem, a po pięciu minutach wszystko wróciło do normy. – Miał nadzieję dodać jej tym otuchy, a na wypadek jeśli po krótkim czasie nadal będą stać w miejscu będą wiedzieli co zrobić.
Wyłączył latarkę w telefonie nawet nie zerkając na ekran. -Ostatnim razem połączyło mnie z konsjerżem. Teoretycznie przestarzały system, bo powinno połączyć z jakąś zewnętrzną specjalistyczną ekipą. – Przez te kilka dobrych lat mieli czas, aby zaktualizować swoje systemy. Budynek był dobrze utrzymany, a jednak odnosił wrażenie, że to mogła się okazać jedna z tych rzeczy, którą przeoczyli. Jednocześnie jednak nawet kontakt z recepcją budynku by im pomogła.
Westchnął głębiej, to było uniedogodnieniem, ale niczym więcej… póki co.
Coś w tyle głowy nadal nie dawało mu spokoju, wyciągnął komórkę z kieszeni jeszcze raz. Odblokował ją i zablokował. Nie chciał marnować baterii na wypadek gdyby jednak mieli zostać tu dłużej, ale… Odblokował ekran… -Ty też nie masz sygnału? – Wiedział, że będąc metalowymi puszkami windy nie należały do najlepszych miejsc, aby wykonywać połączenia, ale zazwyczaj mógł liczyć na co najmniej jedną kreskę. A teraz miał nic. Nie miał danych komórkowych, nie miał sygnału.

Ginny Wheeler
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
zeszyt
ODPOWIEDZ

Wróć do „#18”