ODPOWIEDZ
30 y/o
For good luck!
170 cm
wiceprezes oraz dyrektorka kreatywna w Mayfield Architects
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Każdy dzień mógłby być tak przyjemny i bezproblemowy jak ten dziś. Spokojny poranek, pyszne śniadanie i brak spotkania zarządu sprawiał, że już od rana miała naprawdę dobry humor. To był dzień, kiedy w jej kalendarzu były same przyjemne wpisy jak kontrola projektów i spotkania kreatywne. Zero dziadów, chcących narzucać innym swoje opinie; czy może być coś piękniejszego? Zwłaszcza jeśli wszystko szło zgodnie z planem, nie było opóźnień, a Blair, dojeżdżając do biura przed siedemnastą, doszła do wniosku, że nie zostało jej nic innego, jak wrócić do mieszkania ze spokojną głową i przeświadczeniem, że wszystko co mogłaby zrobić jeszcze dzisiaj nie sprawi, że świat się zawali — a może będzie jeszcze lepsze, bo na wszystkie poprawki projektów spojrzy jutro świeżym okiem. Przed wyjściem z budynku spojrzała we wspólny kalendarz, żeby zorientować się, do której Charlie miał ostatnie spotkanie i po drodze zastanawiała się, co mogła wymyślić na kolację; pierwszą opcją było zamówienie czegoś z którejś z ich ulubionych restauracji, co obydwoje z przyjemnością by zjedli, a z drugiej strony, miała w głowie szalony plan zrobienia czegoś samodzielnie, skoro miała sporo czasu w zapasie. Po coś jej matka nalegała, żeby umiała gotować — niby po to, żeby nauczyć jej nieco samodzielności, a z drugiej, żeby móc się pochwalić, że jej córka nie miała dwóch lewych rąk, jednak nikt nie spodziewał się, że dziewczyna realnie to polubi. Rzadko kiedy był czas na wydziwy; często gdzieś wychodzili, a w intensywniejszych okresach nawet zdarzało się, że bazowali na cateringach.
Dlatego zrobiła im romantyczną kolację, żeby miło mogli spędzić końcówkę tego dnia. Zdecydowała się na makaron linguine z krewetkami w białym winie i do tego uszykowała również samo wino, jego ulubione. Uszykowała stół, zapaliła świeczki i była też ona sama, w seksownej bieliźnie pod skąpą sukienką. Co prawda, późniejszy obrót spraw nieco ją zaskoczył — minęła jedna godzina, przez co zaczęła się denerwować, jednak nie wszczynała alarmu, bo w końcu sama wiedziała, jak to wszystko działało. Spotkania lubiły się przedłużać nawet i w piątkowe wieczory, a dyskusję czasami były mocno zawzięte. Nie chciała przeszkadzać, jednak gdy czas dobijał dwóch godzin, a odpowiedzi na jej wiadomości nie było, powzięła poważniejsze kroki. Poczta głosowa sprawiła, że zdenerwowanie zastąpił stres, a w jej głowie zaczęły pojawiać się najczarniejsze scenariusze; stąd wyciągnęła broń ostateczną. Zadzwoniła do jego asystenta, który grzecznie poinformował, że pan Marshall musiał pojawić się na nieoczekiwanym spotkaniu i ciężko mu określić, ile to potrwa. Kto by się nie zdenerwował, słysząc taką informację? Była zszokowana i kompletnie nie pasowało jej to do zachowania Charliego, ale jednocześnie wkurzyła się na tyle, że nie drążyła dalej tematu. Czemu jej narzeczony nie dał jej znać nawet krótkim smsem? Czemu asystent miałby ją kłamać? Nakrycie stołu wróciło na swoje miejsce, zgaszone świeczki również, wino zastąpił zaparzony rumianek, a sukienkę wygodny komplet sweterkowy. Nie mogła znaleźć sobie miejsca, a najlepszym rozwiązaniem w tym momencie było sięgnąć po własną robotę. Wróciła na kanapę do salonu z kocykiem i laptopem, przepraszając go za wcześniejszą zniewagę i zaczęła przeglądać projekty oraz nakładać poprawki po dzisiejszych wizytach. Rzadko pracowała w domu, a prawie nigdy wieczorami. Wiedziała, że i tak jutro będzie musiała zerknąć na to raz jeszcze, upewnić się, że w swoim zdenerwowaniu nie popełniła żadnego błędu, który mógłby nawet zaważyć na ludzkim życiu — w końcu byłoby średnio, gdyby komuś spadł na głowę sufit.
Słyszała brzdęk otwieranych drzwi, ale nawet nie spojrzała w tym kierunku. Nie zaszczyciła go spojrzeniem, nieco udając zainteresowanie ekranem laptopa. — Odgrzej sobie kolację — rzuciła krótko, bez przywitania, bez zbędnych emocji, ukrywając to, że była zła. W końcu przegrała z pracą i została wystawiona; póki co miała do tego prawo.

Charlie Marshall
30 y/o
For good luck!
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Podróż do domu była długa i męcząca. Gdy tylko Charles wszedł do apartamentu, w którym mieszkał razem z Blair, towarzyszył mu jedynie ciężki dźwięk rzucanych na komodę kluczy i stłumione przekleństwo, gdy nie trafił ręką w rękaw odwieszanego płaszcza. Był wykończony. W nozdrzach wciąż czuł sterylny zapach szpitalnego korytarza, a pod powiekami widział twarz ojca, która nigdy wcześniej nie wydawała się tak starcza i bezbronna. Panna Harrison, lekarze, telefony do innych lekarzy i prawników, oczekiwanie na wyniki - to wszystko skumulowało się w pulsujący ból w skroniach. Na dokładkę Cherry i Cora jak zwykle zrobiły dramę na środku szpitalnego korytarza, a matka dalej nie odbierała telefonu. Miał po prostu... dość. Miał dość bycia tym jedynym, który zawsze musiał zachować zimną krew. Miał dość pilnowania, żeby firma się nie zawaliła, żeby siostry się nie pozabijały na korytarzu i żeby matka w końcu raczyła odebrać telefon. Cały ten ciężar, który nosił na barkach jako ten odpowiedzialny Marshall, nagle stał się po prostu nie do zniesienia. W tej chwili potrzebował tylko i wyłącznie świętego spokoju. Chciał zmyć z siebie ten szpitalny zapach, usiąść w ciemności i przez chwilę nie musieć być nikim ważnym. Marzył o tym, żeby ktoś po prostu zapytał go, jak się trzyma, zamiast dawać mu do zrozumienia, że znowu coś zawalił. Powoli zdjął buty i stał przez chwilę w przedpokoju, oparty o futrynę drzwi. Wpatrywał się w półmrok panujący w korytarzu, próbując zmusić się do myślenia. W całym mieszkaniu panowała ta specyficzna, luksusowa cisza, która zwykle go koiła, ale dzisiaj wydawała się wyjątkowo... ciężka. Zerknął na zegarek - dochodziła już północ, Blair powinna już dawno spać. Ruszył w stronę salonu, stawiając kroki ostrożnie, jakby bał się, że głośniejszy dźwięk sprawi, że jego narzeczona się obudzi. Spodziewał się zastać pogrążone w mroku pomieszczenia, ale gdy tylko przekroczył próg korytarza, uderzyła go łuna światła. Blair nie spała. Siedziała na kanapie, niemal całkowicie owinięta w gruby, wełniany koc, z laptopem na kolanach. Widok był tak domowy i zwyczajny, że przez ułamek sekundy Charles poczuł niemal ulgę. Chciał wierzyć, że zaraz zdejmie marynarkę, usiądzie obok niej, a ona po prostu położy mu głowę na ramieniu, ale gdy podszedł bliżej, blask matrycy oświetlił twarz Mayfield - była skupiona, sztywna i dziwnie nieobecna. Odgrzej sobie kolację. Głos miała pozbawiony emocji, co u Blair było gorsze niż krzyk. To był ten rodzaj chłodu, który oznaczał, że wyrok już zapadł. A poza tym Charlie nie miał ochoty na żadną kolację. Bez słowa zdjął marynarkę, rzucił ją na fotel i zaczął rozwiązywać krawat - i dopiero gdy ten krawat wylądował na marynarce, zdał sobie sprawę, że w całym tym zamieszaniu zapomniał poinformować Blair o tym, co się dziś wydarzyło. Poczuł nagłe ukłucie irytacji na samego siebie, a zaraz potem na cały ten absurdalny dzień. To nie było tak, że celowo trzymał ją w niewiedzy. Po prostu rzeczywistość go przerosła. Kiedy telefon padł mu po raz pierwszy, był zbyt zajęty rozmową z panną Harrison, a kiedy w końcu udało mu się podpiąć urządzenie w dyżurce dla rezydentów, starczyło mu energii na zaledwie jedną, krótką rozmowę z lekarzem rodzinnym Marshallów. Potem ekran znów zrobił się czarny, a on musiał wracać na oddział. - Nie zapomniałem, Blair - zaczął. Znaczy - zapomniał, ale nie specjalnie. - Telefon mi padł - dodał po krótkiej chwili. Sam nie wiedział, dlaczego właściwie zaczął od tego durnego telefonu. Może podświadomie czuł, że jeśli powie to na głos "mój ojciec miał zawał" to ta cała szpitalna tragedia stanie się zbyt realna. Po prostu brakowało mu słów. Czuł się tak, jakby jego mózg był pusty, a ciało ważyło tonę. Patrzył na nią i czuł, że dzieli ich teraz mur nie do przebicia. - Blair, naprawdę... nie mam siły na kolejną kłótnię dzisiaj. Po prostu nie mam - dodał ciszej, prawie szeptem, siadając obok niej na kanapie i kładąc dłoń gdzieś pomiędzy jej udem a łydką - nie wiedział dokładnie, bo dalej była okryta kocykiem.

Blair Mayfield
isiek
wszystko jest okej
30 y/o
For good luck!
170 cm
wiceprezes oraz dyrektorka kreatywna w Mayfield Architects
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Nie była kobietą nieczułą czy pozbawioną empatii, wręcz przeciwnie, zwłaszcza jeśli wszystkie trudne emocje dotyczyły jej najbliższych. A trudnymi emocjami mogły być tak naprawdę wszystkie te negatywne odczucia, które przychodziły niespodziewanie, a ona nie chciała wypuszczać ich do świata zewnętrznego. Pokerowa maska była dobra w pracy, gdzie ludzie znali ją głównie od tej strony, jednak w życiu prywatnym aż krzyczała wtedy, że coś było nie tak. I wiedział to każdy, choć tylko jednak osoba potrafiła rozszyfrować to najcelniej. Nigdy nie przychodziło jej łatwo złościć się na Charliego, a jednak kilka razy do roku zdobywał ten zaszczyt. Wtedy Blair obierała najsłuszniejszą w jej mniemaniu taktykę — ciszę. Najbardziej wymowną, najgłośniejszą i dla niej najłatwiejszą. Z premedytacją unikała kontaktu wzrokowego, wiedząc, że jedno przepraszające spojrzenie sprawi, że nieco naruszy ten mur, który wzniosła. Kątem oka dostrzegała, jak zdejmował marynarkę, rozwiązywał krawat i gdzieś w podświadomości ją to strasznie drażniło. Jego obecność działała na nią jak strzał porannej kawy, bo mimo że jeszcze chwilę temu czuła, jak zaczyna łapać ją sen, to teraz na nowo była rozbudzona. Nie zapomniał — a jednak. Powstrzymała się, by nie parsknąć pod nosem na ten komentarz. Telefon mi padł. Nie dało się nie zauważyć. Rozpraszał ją samą swoją obecnością i niezmiernie kusiło ją, aby spojrzeć w kierunku Charlsa, choć byłoby to jednoznaczne z jej poddaniem się. Przymknęła na chwilę oczy, próbując zebrać w myślach pozostałości swojego skupienia, aby przypisać dobre wartości bez zmartwienia, że sufit nagle będzie znajdować się pół metra nad podłogą. Dla niej to wszystko było zbędnym tłumaczeniem się. Zapomniał — okej, ale musiał liczyć się z tym, że była z tego powodu zdenerwowana. Nieustannie gonili za swoją pracą i nawet jeśli nadawała ona sensu ich codzienności, to jednak jeszcze niedawno rozmawiali o buncie, wspólnym czasie i tych baby steps. Nie znając prawdziwego powodu jego dzisiejszej, wieczornej nieobecności, Mayfield czuła się, jakby na nowo zrobili krok do tyłu.
Czując ruch na kanapie, otworzyła oczy i nie obdarowując go jeszcze spojrzeniem, poprawiła to, nad czym teoretycznie myślała, jednak zaraz to cofnęła; i tak się na tym nie skupiła. Zapisała dotychczasowe zmiany, mając nadzieję, że choć cokolwiek jest tam poprawnie zrobione i nie dodała sobie na jutro niepotrzebnej roboty. Nie umiała teraz tak po prostu obok niego siedzieć, zwłaszcza jeśli kładł rękę na jej nodze, nawet mimo grubego koca. W ciszy wpatrywała się w zapisujący plik, obierając strategię; nie odsunęła się od niego, siedziała twardo na miejscu i w pewnym w momencie po prostu westchnęła. Kolejna kłótnia? Czyli spotkanie musiało nie pójść po jego myśli. — To nie musimy rozmawiać — rzuciła od niechcenia, gdy plik zapisał się w stu procentach, a ona zamknęła laptopa, odkładając go na bok. Dopiero wtedy odwróciła głowę w jego kierunku, od razu mając okazję przyjrzeć mu się z bliska. Tylko jej spojrzenie wręcz od razu nieco złagodniało, gdy zobaczyła jego zmęczoną twarz i smutne oczy, bo ten widok od razu ścisnął jej serce. Czy tak przeczołgali go na tym niezapowiedzianym spotkaniu? Tylko co mogło się na nim wydarzyć, że teraz patrzył na nią spojrzeniem, którego… prawdopodobnie nigdy u niego nie widziała? Mogłaby teraz wstać, w dalszym ciągu rozgoryczona dzisiejszym wieczorem, pójść pod prysznic, a potem iść spać, odwrócona do niego plecami. Mogłaby, choć wywołałoby to w niej największy konflikt wewnętrzny, a także z pewnością nie zasnęłaby przez pół nocy, analizując ostatnie godziny, jak i całą jego postawę. — Co… — zaczęła, choć słowa ugrzęzły jej w gardle. Jak mogła zapytać, co było tak ważne tego wieczora?, skoro patrząc mu w oczy czuła, że coś zdecydowanie było nie tak? — Co się stało? — zapytała finalnie, nadal utrzymując dystans, który chciała tak zachować od jego wejścia, choć ten mur, wzniesiony zbyt szybko i pochopnie, powoli zaczynał mieć pęknięcia w konstrukcji.

Charlie Marshall
30 y/o
For good luck!
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Charles siedział wbity w kanapę, czując się... po prostu źle. Wiedział, że zawalił na całej linii. Czuł się fatalnie, a do tego potwornego zmęczenia po całym dniu w szpitalu doszły jeszcze wyrzuty sumienia. Wiedział, że powinien ją przeprosić, ale każde słowo wydawało mu się teraz zbyt tanie i słabe w porównaniu do tego, co czuł w środku. Miał wrażenie, że zawiódł - że po prostu zawiódł jako partner. Odchylił głowę na oparcie i zaczął gapić się w sufit, próbując jakoś ogarnąć ten bałagan w głowie. Każdy oddech był ciężki, bo wciąż miał pod powiekami obraz ojca podpiętego do aparatury. To nie musimy rozmawiać. Usłyszał te cztery słowa i westchnął ciężko. Blair nie była spokojna, co to, to nie - to była ta jej lodowata cisza i ten nagły dystans, które znał aż za dobrze. Pierwszą myślą, jaka przemknęła mu przez głowę, było "Ma do tego prawo". Nie czuł złości ani potrzeby kłótni. Czuł tylko potworny ciężar tego, że ją zawiódł. Wiedział, że Blair miała wystarczający powód, żeby się obrazić, żeby go ignorować i żeby budować ten swój mur. Zasłużył na to. Przecież obiecał jej wspólny wieczór - obiecał te ich małe baby steps, a zamiast tego zafundował jej godziny milczenia i niepewności. Pomyślał o tym, jak bardzo było to niesprawiedliwe - ona tu siedziała, martwiła się, może nawet na niego czekała z kolacją, a on wrócił jako cień samego siebie, z rodzinnymi problemami na barkach. Czuł, że jej kara milczenia była najłagodniejszym wymiarem kary, jaki mógł go spotkać, a jednak... bolała go bardziej niż jakakolwiek awantura. Gdy odłożyła laptopa i w końcu na niego spojrzała, odpowiedział przeciągłym spojrzeniem. Mierzyli się tak przez chwilę wzrokiem, aż w końcu Blair wydukała z siebie pytanie. Co... Co się stało? Charles nie odpowiedział od razu. Przez dłuższą chwilę po prostu patrzył na nią mętnym wzrokiem, jakby próbował zrozumieć, jakie emocje towarzyszyły obecnie jego narzeczonej. Uniósł dłoń do szyi i niezdarnym ruchem rozpiął górny guzik koszuli, a potem zaraz kolejny, jakby desperacko potrzebował więcej powietrza. - Zawał - wydusił z siebie w końcu, a to słowo zabrzmiało dziwnie... dziwne realnie. Jakby dopiero do niego docierało, co się właściwie stało. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, patrzył na jej cudowną, bladą twarz, spoglądał w jej piękne, jasne oczy, a słowo zawał wisiało pomiędzy nimi, zupełnie niepasujące do tego idealnego obrazka. Dopiero gdy zobaczył, jak Blair powoli wstrzymuje oddech, a jej brwi unoszą się w niemym pytaniu, zdał sobie sprawę, jak niewiele informacji jej udzielił. Westchnął. Nie miał do tego wszystkiego głowy. - Christopher. Mój ojciec. Miał zawał - wyrzucił z siebie te wszystkie słowa, a każde kolejne przychodziło mu z jeszcze większym trudem niż poprzednie. Pochylił się do przodu, opierając łokcie o kolana. Przesunął dłońmi po twarzy, czując pod palcami szorstkość jednodniowego zarostu. Nie wyglądał w tej chwili jak uosobienie sukcesu, złoty syn Marshallów. - Zadzwonili do mnie. Byłem tam sam. Matka w delegacji, Cherry nie odbierała, a Cora... nie wiem, cholera, co robiła Cora - zaczął wyrzucać z siebie słowa coraz szybciej, jakby pękła w nim jakaś tama. Jak przez mgłę widział wspomnienia ze szpitalnego korytarza, gdy rozmawiał z jakąś blondwłosą rezydentką, a potem rozładował mu się telefon, gdy próbował zadzwonić do lekarza rodzinnego. Przetarł twarz dłońmi tak mocno, że aż zapiekła go skóra. - Telefon mi padł, ale udało mi się załatwić dokumentację medyczną - dodał jeszcze. Nagle zamilkł i uniósł głowę. Przyglądał się Blair - siedziała tuż obok niego, w ich wspólnym salonie, otulona kocykiem, który sprawiał, że wyglądała tak krucho i... domowo. Kontrast między nią a sterylnym, zimnym szpitalem był niemal nie do zniesienia. Jej ciemne włosy rozsypane na ramionach, ta jasna, niemal porcelanowa skóra i oczy, w których mimo złości wciąż tliła się ta cholerna troska. Poczuł nagły skurcz w gardle. To ona była jego domem. To do niej powinien był zadzwonić jako pierwszej, to u niej powinien szukać ratunku, gdy świat zaczął mu się sypać pod stopami. A on... on zostawił ją w tej ciszy, skazując na domysły, podczas gdy sam gubił się w korytarzach szpitala. - Przepraszam, Blair. Naprawdę. Jesteś ostatnią osobą, którą chciałbym tak potraktować. Po prostu... kiedy zobaczyłem go na tej sali, podpiętego pod to całe żelastwo, poczułem się, jakby ktoś wyłączył mi mózg. Zostałem z tym wszystkim sam i kompletnie zapomniałem, że przecież mam ciebie - rzekł i pokręcił głową, nie bardzo wiedząc, co jeszcze mógłby dodać. Był wykończony, brudny i przeżarty poczuciem winy.

Blair Mayfield
isiek
wszystko jest okej
30 y/o
For good luck!
170 cm
wiceprezes oraz dyrektorka kreatywna w Mayfield Architects
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Nie chciała nakładać na jego barki kolejnych zmartwień oraz niepotrzebnych wyrzutów sumienia. Nikt nie jest idealny i w jej zachowaniu również można było dopatrzeć się kilku błędów — przede wszystkim, mogła najpierw spytać, co się stało. Mogła od razu na niego spojrzeć, od progu dostrzec, że coś zdecydowanie było nie w porządku i nie decydować się na karę milczenia lub jakiekolwiek inne obrażanie się i zgrywanie zawiedzionej. Może to wszystko wyglądałoby inaczej, gdyby dostała od jego asystenta inną odpowiedź, a nie tę dyplomatyczną, bez jakichkolwiek szczegółów. Nie pomyślałaby, że rodzinę Marshall nagle spotka tak wielkie nieszczęście, że sam Charlie musiał pociągnąć całą akcję wydobywania kartotek ojca, bez wsparcia najbliższych, bo żyjąc w takich rodzinach jak oni, ciągle ktoś był zajęty, a dodzwonienie się nie było pewnikiem. Początkowo, patrząc w jego smutne oczy i analizując jego zmęczoną twarz, nawet nie pomyślałaby, że po kilku sekundach od jej pytania, zrzuci na nią wiadro zimnej wody, sprawiając że przez chwilę Blair zapomni, jak się oddycha. Zawał. Otworzyła nieco szerzej oczy w zaskoczeniu. To słowo brzmiało nienaturalnie i nie pasowało do całej otoczki ich życia w pośpiechu, w sukcesie i grze pozorów. To jedno słowo było kruche, brutalne i sprowadzające do rzeczywistości, że oni wszyscy — mimo prestiżu, pieniędzy i pozornym braku zmartwień — nadal byli tylko ludźmi, których w gruncie rzeczy, dość łatwo było złamać. Miała wiele pytań, które przychodziły do jej głowy. Kto? Gdzie? Kiedy? Dlaczego? Nie narzucała jednak na niego swojego słowotoku widząc, że zebranie myśli nie było łatwe dla Charlesa; i nawet mu się nie dziwiła, w końcu sama z pewnością byłaby o krok od rozpadu na małe kawałeczki, gdyby przyszłoby jej znaleźć się w tym miejscu. W końcu szczegóły zostały rozwinięte, a ona poczuła się jak otępiała. Nie wiedziała, kogo się spodziewać, zawał u rodziców wydawał się najbardziej prawdopodobny, jednak nieszczęście każdego członka rodziny jej narzeczonego było tragedią i dla niej samej. Zsunęła się lekko z kanapy, aby przykucnąć obok niego i wzięła jego dłonie w swoje, słuchając, co mówił. Serce rozdzierało jej się na pół i nagle poczuła ogromną falę wyrzutów sumienia za cały wieczór — może mogła dociekać bardziej, gdzie się znajdował i dzięki temu miałby wsparcie? Okropnie potraktowała go od samego wejścia, pozwalając mu na wyrzuty, że zawiódł, że nie przyjechał o ustalonej porze, w momencie kiedy sam walczył o życie własnego ojca. Poczuła się jak najgorsza osoba na całym świecie, ale czasu już nie cofnie, a jedynie dostała nauczkę na przyszłość, by nie być tak surowa. W końcu to całe zachowanie i brak odpowiedzi nie było w jego stylu. Lampka ostrzegawcza powinna zacząć wyć syreną alarmową, a nie tylko świecić się na czerwono. — Kochanie… strasznie mi przykro, że cię to spotkało — wyszeptała, chcąc jak najmniej burzyć ciszę, która wokół nich panowała. Ciszę, która zazwyczaj działała kojąco na ich dwójkę, choć teraz miała w sobie jeszcze gramy napięcia sprzed chwili. Nie była zła, jej emocje wyparowały naprawdę szybko. Czuła teraz współdzielony smutek bliskiej osoby i wyrzuty sumienia przez swoje okropne zachowanie. Gdy spojrzał na nią, uniosła się lekko, przysiadając ponownie na kanapie i od razu przytulając go w szczelnym uścisku. Westchnęła cicho, delikatnie gładząc go po włosach i gdyby tylko mogła to wzięłaby cały ciężar, który spoczywał na nim przez cały wieczór, byle mógł choć przez chwilę odetchnąć ze spokojem. — Cii, nie przepraszaj mnie. Nie przepraszaj mnie za coś takiego — powiedziała, dalej trzymając go w objęciach, ale odsuwając się od niego tylko na kilka centymetrów, żeby móc spojrzeć w jego głębokie, piękne ciemne oczy i pokiwać przecząco głową. — Zostałeś postawiony w tak okropnej sytuacji, zdany sam na siebie, że pewnie nawet nie umiem sobie wyobrazić, przez co przechodziłeś. To ja cię przepraszam, jak potraktowałam cię od wejścia do domu i że nie drążyłam bardziej, co się dzieje, że tak długo cię nie ma — dodała cicho, kładąc mu rękę na policzku, który lekko pogładziła kciukiem. To jemu należały się przeprosiny, a nie jej. Nie chciała zrzucać winy na osoby trzecie, bo największy błąd leżał po jej stronie. Zżerało ją to od środka, bo coraz bardziej dostrzegała szerszy kąt widzenia dzisiejszego wieczoru, a także wyczerpanie Charliego. — Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć, cokolwiek by to nie było. Nawet przytarganie Cherry i Cory za kłaki do szpitala. — Posłała mu słaby uśmiech. Ciężko było o poprawę humoru w tak ciężkim i z pewnością nadal niepewnym momencie, więc zdecydowała się na ponowne, pełne przytulenie, opierając policzek na jego ramieniu i chwilę będąc z nim tak w całkowitej ciszy. Palcami błądziła po jego plecach, delikatnie malując bliżej nieznane jej szlaczki, zupełnie jakby mogły być to jakieś runy zabierające wszystkie zmartwienia. — Jaki jest stan twojego ojca? Co możemy zrobić? — zapytała po dłuższej chwili, podczas której przeszukiwała w swojej głowie wszelkie lekarskie znajomości, które pomogłyby polepszyć stan jej przyszłego teścia.

Charlie Marshall
30 y/o
For good luck!
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Charles siedział nieruchomo, pozwalając, by dłonie Blair objęły jego własne. Ten gest, tak prosty i pełen ciepła, sprawił, że poczuł się jeszcze gorzej - w jego głowie pojawiła się myśl, że to nie tak miało wyglądać. Przecież obiecał jej ten wieczór, a zamiast tego zafundował jej godziny siedzenia w niepewności. Czuł się fatalnie z tym, że nie wyciągnął telefonu, że nie pożyczył ładowarki od pielęgniarki, że po prostu... o niej zapomniał w momencie, kiedy świat wokół niego zaczął się walić. Wstydził się tego, jak bardzo ją zaniedbał, zwłaszcza teraz, gdy ona go przytulała, zamiast zrobić mu awanturę, na którą w pełni zasłużył. Kochanie… strasznie mi przykro, że cię to spotkało. Po chwili poczuł, jak ramiona Blair zaciskają się wokół niego w szczelnym, kojącym uścisku. Na moment zastygł, nieprzygotowany na taką dozę czułości, ale ciepło jej ciała i delikatny zapach jej perfum przebiły się przez jego pancerz szybciej niż był w stanie to zarejestrować. Nie zastanawiał się długo - od razu przyciągnął ją do siebie, chowając twarz w zagłębieniu jej szyi i mocno oplatając ramionami jej talię. Potrzebował tego dotyku bardziej niż byłby w stanie przyznać przed samym sobą. Każdy ruch jej kciuka na jego policzku był jak plaster na świeżą ranę, ale jednocześnie pogłębiał poczucie winy, które gniotło go od środka. Gdy Blair ponownie go przytuliła, oparł czoło o jej ramię, zamykając oczy. Szlaczki, które malowała na jego plecach, powoli wypierały z jego głowy rytmiczny pisk szpitalnej aparatury. - Blair... Miałaś do tego pełne prawo, nie poinformowałem cię o tym wszystkim - wymruczał prosto w jej sweter. - To nie tak miało wyglądać - dodał ciszej. Jeszcze dziś rano rozmawiał z ojcem o sprawach spółki i omawiał z nim kolejny możliwy przetarg... Następnie udał się na spotkanie w sprawie tego przetargu... A potem otrzymał telefon ze szpitala. Ten przeskok był tak gwałtowny, że jego umysł powoli przestawał nadążać za tempem dzisiejszego dnia. Jeszcze kilka godzin temu Christopher Marshall był filarem ich imperium, a teraz stał się pacjentem numer jeden - kruchym starszym człowiekiem podpiętym pod plastikowe rurki. Zacisnął dłonie na plecach Blair, przyciągając ją do siebie z siłą, która mogłaby wydawać się desperacka, gdyby nie fakt, że Blair była w tej sekundzie jedyną stałą rzeczą w jego rozsypanym wszechświecie. Czuł się całkowicie wyprany z emocji. Nie wiedział, czy powinien czuć złość na ojca, że tak o siebie nie dbał, czy strach przed tym, co będzie rano, czy może ulgę, że Christopher w ogóle przeżył. W jego wnętrzu panowała jedynie głucha, tępa pustka, którą tylko jej bliskość była w stanie choć trochę wypełnić. - Wybacz mi, Blair. Naprawdę nie wiem, co mam teraz czuć. Czuję się, jakby ktoś podmienił mi życie na takie, którego zupełnie nie potrafię obsługiwać - wyznał. Wzmianki o swoich siostrach nie skomentował, ale uśmiechnął się ledwo zauważalnie prosto w jej sweter. Jaki jest stan twojego ojca? Co możemy zrobić? - Lekarze mówią, że jest stabilny. Najgorsze podobno minęło - odparł na jej pytanie i wziął głęboki wdech, pochłaniając jej zapach wprost do płuc. Działała na niego uspokajająco. Każdy jej oddech i każdy ruch palców na jego plecach przypominał mu, że świat na zewnątrz wciąż istniał. - Na razie możemy tylko czekać. Pobrali nam krew do badań, niedługo ma mieć operację. Podobno jest problem z wynikami Cory, ale jeszcze nie znamy szczegółów - powiedział na koniec i westchnął. Doceniał każde jej słowo, każdy najdrobniejszy gest, który wykonywała, byle tylko zdjąć z niego choć gram tego potwornego ciężaru. W tym momencie obecność Blair była dla niego wszystkim. Cieszył się, że to właśnie ona go teraz trzymała - że nie był w tym domu sam ze swoimi myślami, które niebezpiecznie krążyły wokół obrazu ojca i własnej bezradności. To, że nie szukała winnych, że potrafiła zażartować z jego sióstr i że po prostu... była obok, sprawiało, że czuł do niej niewyobrażalną wdzięczność. Odsunął się od niej odrobinę tylko po to, by pocałować ją w czoło, nos i policzek. Powoli i po kolei. - Nawet nie wiesz, jak bardzo potrzebowałem cię teraz zobaczyć - szepnął, opierając swoje czoło o jej, tak blisko, że czuł na ustach jej ciepły oddech. - Nie puszczaj mnie jeszcze - poprosił, ponownie splatając dłonie na jej plecach. - Rano pewnie rozpęta się piekło. Telefony, oświadczenia... - mruknął pod nosem i znowu westchnął, gdy dotarły do niego konsekwencje dzisiejszych wydarzeń. Nie chciał teraz o tym myśleć, naprawdę bardzo nie chciał, ale jego analityczny umysł już chciał zaczął planować cały jutrzejszy dzień. Jednocześnie jego dłoń powędrowała do jej włosów, delikatnie je gładząc. Skupił się na ich fakturze, przeczesując palcami miękkie pasma, jakby to była najważniejsza czynność na świecie. Chwilę później zjechał dłonią z jej włosów na kark, delikatnie go masując i przyciągając ją jeszcze o milimetr bliżej, o ile to było w ogóle możliwe. Czuł pod palcami znajome ciepło jej skóry, a bicie jej serca, tak blisko jego własnego, powoli wypierało z jego uszu echo szpitalnych komunikatów. Wciąż nie otwierał oczu, delektując się tym, że tutaj nie musiał niczego udawać. - Dziękuję, że jesteś, Blair - wymruczał w jej włosy. Był w domu. Był z nią. To było teraz najważniejsze.

Blair Mayfield
isiek
wszystko jest okej
30 y/o
For good luck!
170 cm
wiceprezes oraz dyrektorka kreatywna w Mayfield Architects
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Mogłaby iść w zaparte i urządzić mu awanturę życia, choć w tym momencie kompletnie nie działałaby z własnym sumieniem. Nie byłaby w stanie zarzucać mu najgorszego, skoro cały jego wieczór mógł być tym najgorszym w jego życiu. Rozpadał się, siedząc obok niej, a ona dostrzegła to i tak z opóźnieniem, bo początkowo obwiniała go błahym powodem o niestawienia się na wspólnej kolacji. Sytuacja zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni i choć sama czuła dziwną mieszankę uczuć, spowodowaną jeszcze wcześniejszym rozczarowaniem i teraz niemałym szokiem, to wyciszała swoje emocje jak najbardziej się dało, byle móc mu pomóc, okazać wsparcie i przejąć pałeczkę w tej racjonalności, aby Charlie mógł wypuścić z siebie wszystko, co dziś nawarstwiło się nie tylko w jego głowie, ale i w sercu. — Wiem, Charlie, ale niektórych rzeczy po prostu nie da się przewidzieć — powiedziała spokojnie, chcąc aby pozbył się niepotrzebnych zmartwień z głowy. Nawet sam Charles Marshall nie mógł przewidzieć choroby własnego ojca. Oprócz umiejętności zapobiegania kryzysom, powinien zrobić kurs wróżbiarstwa, żeby być przygotowanym na każdą okazję. Co prawda, mijałoby się to z celem i ich nieodłączną potrzebą przejęcia sterów życia we własne ręce, bo potrzeba zaplanowania i uniknięcia ewentualnych problemów mogłaby być jeszcze większa i bardziej przytłaczająca. I mimo tego burzliwego wieczoru i wielu niepewnych emocji, Blair doceniała tę chwilę, w której to po wszystkich ciężarach dzisiejszego dnia, mogła być jego opoką — mógł zniknąć w jej ramionach, a ona każdemu kto próbowałby zaburzyć jego ciszę, z przyjemnością pokazałaby środkowy palec. W wielkim świecie czasami i wielkie osoby mogły mieć przywilej, aby zniknąć choć na krótką chwilę, a ten moment był właśnie ich. Sama czuła, jak napięcie schodzi z jej barków, a ciepło jego ciała wręcz kojąco wymazuje wszelkie zmartwienia. Wszystko było dobrze… a przynajmniej on fizycznie nie ucierpiał, nie musiała się martwić, że nagle zniknie. Dobrze znany jej zapach jego perfum zmieszany był z tym specyficznym, szpitalnym zapachem, co tylko uświadomiło jej o nadmiarze wspomnień, które teraz musiały tkwić w jego głowie. To emocjonalne złamanie Charlesa zakuło ją w serce, przez co po raz kolejny pomyślała, że mogła dziś dać z siebie więcej niż przyjęcie stanu rzeczy takim, jakim przedstawił jej asystent Marshalla. Potrzebował jej, teraz kurczowo trzymając i przyciągając do siebie jeszcze bliżej, a być może uniknęłaby jego rozsypania się na kawałeczki, gdyby tylko dała mu wsparcie o wiele szybciej. — Nie ma czego wybaczać, naprawdę — westchnęła i choć najchętniej pacnęłaby go w ramię, tak nie zaprzestawała kojącego gładzenia go po plecach. Oparła podbródkiem o jego ramię, obserwując spokojnie padające płatki śniegu za oknem. — Znajdziemy nową instrukcję obsługi albo napiszemy ją od podstaw. Nie ma niczego, z czym byśmy nie dali sobie rady. — I taka też była prawda; nawet z najgorszego problemu potrafili znaleźć rozwiązanie. Krótka burza mózgów lub po prostu wyrzucenie na wierzch tego, co siedziało w ich odmętach głowy. Coś, co codziennie zakopywali na dalszy plan, a okazywało się być drogocennym diamentem. Wiedziała, że w ich przypadku szczerość była kluczowa, a odcięcie się od świata pełnego wymagań działało na nich jak najlepszy reset. Czasami zastanawiała się, czy w ogóle pasowali do codzienności, w której przyszło im żyć — chciałaby wierzyć, że wolność, swoboda i brak jakichkolwiek oczekiwań było ich środowiskiem naturalnym. — Dobrze, najważniejsze, że jest stabilny. — Kiwnęła lekko głową, skupiając się na pozytywach całej sytuacji, a ignorując realistyczne myśli, które zaczęły kotłować się w jej mózgu. Operacja, możliwe powikłania, problemy z wynikami… o co z tym w ogóle chodziło? Odrzuciła te myśli, bo i tak nie była w stanie zaspokoić teraz swojej ciekawości, a jedynie miała nadzieję, że koniec końców cała sytuacja obędzie się bez większych komplikacji. Spojrzała na niego z troską i zmartwieniem, gdy odsunął się od jej ramienia i po chwili na jej buzi zagościł lekki uśmiech, gdy powolne buziaki każdorazowo znajdowały się na poszczególnej części jej twarzy. Poczuła falę ciepła i szybsze bicie jej serca, spowodowane tą słodką czułością i słowami, przez które resztki jakiejkolwiek złości po prostu wyparowały. — Nie mam zamiaru cię w ogóle puszczać — oznajmiła, bo dziś słowo jeszcze nie funkcjonowało. Umiejscowiła się na jego kolanach i zarzuciła mu ręce na szyję, jasno sygnalizując, że bez niej nigdzie się nie ruszy. Zaraz spiorunowała go spojrzenie, gdy zaczął mówić o porannym piekle. — Charles Marshall, nie musisz się wszystkim zajmować. Oświadczenia napiszą odpowiedni ludzie, a ty je zaakceptujesz. Rano. A najlepiej by było, gdyby zajęła się tym twoja siostra — sprowadziła go lekko na ziemię. Nie był jedynym, co ratował firmę od kryzysu wizerunkowego. Trzymał na swoich barkach ciężar dzisiejszego dnia; to, co będzie działo się jutro, mógł przejąć ktoś inny. — Nie analizuj tego teraz, zwłaszcza kiedy sam do końca nie umiesz ubrać emocji z słowa. To jest twój czas, żeby je przepracować, wyrzucić je z siebie. Rozpadniesz mi się, jak będziesz to w sobie dusić — powiedziała cicho ostatnie zdanie, nie chcąc zdradzać swoich obaw, choć gdzieś to tliło się z tyłu jej głowy. Nie chciała, by przybierał tę chłodną maskę i tuszował to, co się dziś wydarzyło. Nie musiał chować uczuć, nie przy niej. Delikatny dotyk oddziaływał na jej własne rozbiegane emocje i odruchowo przechyliła głowę na bok, czując jego dłoń na swoim karku. Gdyby nie okoliczności, mogłaby zamknąć tę chwilę na zawsze, kiedy obydwoje po prostu doceniali swoją obecność, czując wzajemną bliskość i choć trochę starając się zapomnieć o tym, co działo się na zewnątrz. Ujęła jego twarz w swoje dłonie i uważnie spojrzała w ciemne tęczówki, teraz zmęczone i smutne, które rozdzierały jej serce na pół. Pocałowała go w policzek, zaraz przenosząc swoje usta w bok i lekko muskając kącik jego ust. Nie poszła dalej, a oparła ponownie czoło o to jego. — Zawsze będę, Charlie — odpowiedziała, posyłając mu lekki uśmiech.

Charlie Marshall
ODPOWIEDZ

Wróć do „#15”