24 y/o
Welkom in Canada
188 cm
Pianista | Student w York University
Awatar użytkownika
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Jako że Lian był raczej dość stały w swoich przyzwyczajeniach, o ile harmonogram pozostawał niezmącony czymś nieoczekiwanym, popołudniami smakował rooibosem i miodowymi ciasteczkami, do których miał ewidentną słabość. Gdyby Daniel pocałował go rano, prawdopodobnie odnalazłby cierpkość zielonej herbaty i winogronową landrynkę, koło południa gorycz drugiej kawy, a późnym wieczorem imbir przełamany konfiturą z osmantusa lub yuzu. Podobnie jak nawyki, rzadko zmieniał upodobania smakowe.
Tę samą niezmienność lubił odnajdywać u Daniela. Laboratoryjny zapach którymi przesiąkały swetry i bluzy, ten sam szampon i pasta do zębów, której ślad w postaci małej plamki lub smugi znajdywał pod jego szczęką już któryś z kolei raz dawały mu osobliwe poczucie bezpieczeństwa wynikające przynajmniej z tak prowizorycznych stałości pewnych rzeczy w życiu.
Uda Daniela obejmowały gościnnie jego biodra, węższe i teraz pchające się w przód jak i cała reszta, sprawiając, że pierwszy raz od dawna czuł się naprawdę chciany dokładnie tam gdzie się znajdował. Tak, jakby ciało Moore'a prosiło by został, a on przecież nie potrafił mu odmawiać.
Na drugi... raz... 一 wykładał mu cierpliwie pomiędzy pocałunkami, prosto w chętne i wilgotne wargi. 一 ...po prostu powiedz zamiast... 一 kolejny pocałunek, mocny, zadany z determinacją i wyraźnym pragnieniem ułaskawienia wiercącego się pod nim ciała. 一 ...udawać, że nie wiesz. Wiedziałeś.
Lian tylko raz wyhamował ostro gdy przed oczami błysnęła mu jasna, bezbronnie wychylająca się spod bluzy szyja i impulsywnie poczuł konieczność by przenieść ciężar zainteresowania w te okolice, jednak koniec końców powstrzymał się i finalnie jego tracące cierpliwość usta skupiły się ponownie na już poszukujących go wargach.
Nie wiedział dokąd z tym zmierzali, nie planował niczego dalej jak na kilka oddechów do przodu, a może i jeszcze mniej po tym jak Moore wbił mu się kolanem z brutalną precyzją w nerkę i Lian poczuł jak powietrze umyka mu z płuc. Okazało się, że nie tylko jemu, ale do tego doszedł ze znacznym opóźnieniem.

Coś... Daniel? 一 zaryzykował pytaniem, podczas gdy jego nieskoncentrowane spojrzenie ślizgało się bezradnie po twarzy ściągniętej nowym, obcym grymasem. Mei mrugnął krótko, jego wzrok odzyskał część klarowności, po czym podniósł się na sztywno wyprostowanych dłoniach zaalarmowany brakiem odpowiedzi i... czymś, co działo się na jego oczach, a czego zupełnie nie rozumiał. Przez moment fala paniki uderzyła w niego tak gwałtownie, że znów utracił zdolność logicznego myślenia i stracił kolejne cenne sekundy na bezproduktywne patrzenie i kurczowe zaciskanie palców na flanelowym kocu. Coś było nie tak, ale nie wiedział co.
Hej... 一 zaczął z zawahaniem i wyprostował się nad nim, niezbyt pomocnie próbując przetoczyć Moore'a na bok jakby to miało cokolwiek zmienić. Poszatkowane informacje z pięciominutowego, skróconego kursu pierwszej pomocy jaki oglądał kiedyś jednym okiem w środku nocy nie okazały się w żadnym stopniu praktyczne, a ich wybiórczość wywołała w nim tylko większą frustrację. 一 Hej! 一 W jego głos zaczynała wkradać się histeria, ale wówczas przypadkiem zwrócił uwagę na dłonie, które wcześniej zdawały mu się sięgać bez celu w przestrzeń. Dopiero teraz zauważył, że wskazywały mu na coś w przedpokoju i jakimś nadludzkim szóstym zmysłem Lian wypercypował, że chodzi o porzucony i zapomniany plecak.
Nie pamiętał kiedy ostatnio pokonał taki dystans w tak krótkim czasie, ani czy to fizycznie możliwe, by dopaść z kanapy pod drzwi za pomocą trzech skoków. Wiedział tylko, że plecak który przyciskał do siebie kurczowo był z jakiegoś powodu ważny.

O to chodzi? Tak? Tutaj? Nie? W tej kieszeni? Nie w tej? Kurwa no to w któ... czekaj, nie tak! 一 Oklepywanie na oślep każdego zamka, jakich Daniel musiał mieć tak absurdalnie niewiarygodną liczbę okazało się bezowocne i finalnie nie miało to większego sensu, więc zanim trafił go szlag - oderwał klapę zamiast pieprzyć się z marynarskimi supełkami, prawie wypatroszył kilka zamków i całą zatrważająco liczną zawartość wywlókł na koc licząc na to, że coś zwróci jego uwagę.
Albo nie. Żadna bajecznie kolorowa pierdoła nie miała logicznego zastosowania w tej sytuacji.

No i kurwa twoja mać, KTÓRE?! CO JA CI MAM... kurwa, to chyba... TO TO?!
Podczas grzebania wśród tych wszystkich radosnych, a chwilowo bezużytecznych klamotów przypadkiem w ręce wpadło mu coś, co wyglądało jak inhalator i nawet Lian nie był na tyle głupi by w takim momencie nie pokojarzyć faktów. Jego blada, stężała w paroksyzmie bezgranicznego przerażenia i desperacji twarz wyglądała jakby sam przechodził właśnie przez stan przedzawałowy, a oczy studiujące gorączkowo ten sakramencko nieczytelny font na etykiecie błyszczały niezdrowo ilekroć mrużył je bardziej. Niewiele potrafił odczytać - za mało światła, zbyt wiele emocji - ale wyłowił słowo klucz: astma.

Okay, no dalej, chodź tu ty mała głupia klucho, głowa. Trzymaj, pokaż mi j-jak... trzymasz? 一 Musiał oprzeć go sobie o pierś i pieczołowicie włożyć inhalator w dłonie, nakierowując ich roztrzęsione ręce w stronę twarzy Moore'a, która obrosła w tak intensywne odcienie czerwieni jakich Lian dotąd nie widział. Mei natomiast wreszcie przypominał aspirującego upiora za jakiego i tak uchodził na co dzień, pokutującego nad każdą decyzją jakiej w życiu dokonał. 一 I teraz co, w-wdech? MÓWIĘ - WDECH? Naciśnij, świetnie. Oddychasz? Kurwa, ja pierdolę. Jezu, Daniel, pojebało cię? Czemu nie powiedziałeś, że jesteś astmatykiem?!
Po kilku płytkich, ale w miarę regularnych oddechach po stronie Moore'a Lian odkrył, że sam przez ten czas wstrzymywał oddech i zaczynało brakować mu powietrza, na dodatek upocił się nie wiedzieć kiedy i sweter zaczynał gryźć go w wilgotną skórę. Dopiero gdy Daniel nie przypominał już dojrzałej wiśni i samodzielnie nabierał powietrza, Mei wymamrotał coś o nieodpowiedzialnych gówniarzach, rozluźnił się jak bezkostna ryba i odchylił do tyłu czując, że z nerwów zebrało mu się na łagodne mdłości. Na krótko schował twarz w dłoniach i ucisnął sobie powieki palcami, aż pejzaż kolorowych plamek zatańczył mu przed oczami.

Żyjesz?


Daniel Moore
default (dc: default_1010)
my standards are low but my delusions are high
18 y/o
Welkom in Canada
168 cm
licealista w Riverdale Collegiate Institute
Awatar użytkownika
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Komunikacja na migi drżącymi dłońmi aktywnie odmawiającymi współpracy nie należała do najprostszych zadań, a poczucie beznadziei wywołane brakiem inhalatora w zasięgu ręki w towarzystwie osoby kompletnie niewtajemniczonej w jego stan zdrowia nie poprawiało sytuacji. Rozpędzone serce waliło mu w uszach, wygłuszając słowa Liana jakby mówił do niego zza szklanej szyby, a wyraźna bariera blokująca przekazywanie informacji popchnęła Daniela do rozważania na ile byłby w stanie dotoczyć się do swojej torby samopas. Mógł mu powiedzieć. Nie miał pojęcia dlaczego zdecydował się przemilczeć tak istotny element swojego życia, jedyne czego chciał uniknąć to wyglądanie w jego oczach jak słaby i chorowity dzieciak, za jakiego i tak miała go rodzina i większość rówieśników. Starczyło mu, że podczas pierwszego spotkania złożył go zarówno alkohol jak i bezlitosna migrena, z którą nie umiał poradzić sobie bez leków.
Gwałtownie zrywający się we wskazanym kierunku mężczyzna wywołał w spiętym ciele łagodne tknięcie ulgi i nadziei, że przekaz został zrozumiany. Pierwszy raz od utraty zdolności wzięcia dostatecznie głębokiego oddechu Daniel był w stanie przymknąć oczy i zmusić się do przypomnienia sobie metod na opanowanie ataku w sytuacji awaryjnej.
Miał pustkę w głowie.
Bardziej czując niż słysząc dudnienie zbliżających się kroków, spojrzał na Liana jak przez mgłę i spróbował sięgnąć po plecak by znaleźć swoją zgubę, jednak samemu nie dał rady się podnieść, a Mei zdawał się mieć inne plany. Zrywnie kręcąc przecząco głową na każdą próbę odnalezienia odpowiedniej kieszeni poruszył uchylonymi wargami w ramach zagłuszonych świszczącym oddechem instrukcji. W końcu po kocu potoczyły się jego klucze ciągnące za sobą sprezentowany breloczek z Japonii, pudełeczko z lekami, kilka różnych figurek pokemonów wielkości naparstka, o których obecności w plecaku całkowicie zapomniał, błękitny portfel w białe chmurki, garść pastelowych długopisów, zakreślacze i sok jabłkowy w kartoniku. Lwią część plecaka zajmowały jednak dwie pluszowe kocobluzy w kształcie fauny z głębi oceanu i to właśnie w parzydełkowym kapturze zaplątał się wyczekiwany inhalator. Daniel mógłby rozpłakać się z ulgi, gdyby wilgoć nie sączyła się z kącików jego oczu już od jakiegoś czasu.
Roztrzęsione palce desperacko pochwyciły znajomą puszeczkę, wpasowując się między brokatowe gwiazdki i miniaturową Tardis przyklejone do opakowania. Korzystając ze stabilizacji ze strony Liana wziął ustnik między wargi i po drugiej próbie wciągnął słodkawy proszek, a już sam smak kojarzony z ulgą dał radę rozluźnić ściśnięte w panice gardło jeszcze zanim leki zaczęły w pełni działać. Odzyskując kontrolę nad dłońmi wstrząsnął inhalatorem i dla pewności zaaplikował drugą dawkę, a po pierwszych, głębokich oddechach przepływających gładko przez rozkurczone drogi oddechowe Moore opuścił ręce i rozpłynął się bezsilnie oparty o klatkę piersiową Liana. Przez chwilę po prostu oddychał, powoli i głęboko, odzyskując po kolei wszystkie przytłumione brakiem tlenu zmysły, a gdy poczuł się dostatecznie stabilnie by się poruszyć, przekręcił się tylko na bok zwinięty w kulkę, opierając policzek o miękki, czarny sweter, spod którego słyszał szaleńcze bicie serca. Pokiwał głową w ramach potwierdzenia swojej jeszcze nie dobiegającej końca egzystencji i wciągnął powietrze nosem by zebrać się w sobie. Właściwie nie miałby nic przeciwko by ziemia w tej chwili postanowiła jednak go pochłonąć.
- Przepraszam - wychrypiał, nie potrafiąc znaleźć lepszego rozpoczęcia po wszystkim co właśnie miało miejsce. Pociągnął nosem i wytarł wilgotny policzek o materiał, na którym się opierał. - Bolało? Nie chciałem - przyznał, ściskany przez poczucie winy z przynajmniej dwóch różnych powodów. Skoro już poruszył kwestię jednego z nich, po dłuższym milczeniu zebrał się do odpowiedzi na pytanie wrzucone między wiązankę przekleństw.
- Nie było o-... Nie sądziłem, że to ta-tak istotne - mruknął, uparcie nie podnosząc głowy by móc dalej chować się przed wzrokiem mężczyzny robiącego mu za podpórkę. - Jesteś... Bardzo jesteś zły?

Lian Mei
24 y/o
Welkom in Canada
188 cm
Pianista | Student w York University
Awatar użytkownika
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Lian jeszcze chyba nigdy w życiu nie był tak wdzięczny, że coś go bolało. Nerka ćmiła przygasającym bólem, owszem, ale był to zarazem znak, że bardziej dramatyczny problem został rozwiązany i jego ciało mogło wobec tego znów pozwolić sobie na luksus odczuwania czegoś poza paniką.
Przez dłuższy moment nie odzywał się, wsłuchany w jeszcze nieco świszczący oddech spoczywającego mu na piersi Daniela, który w tym momencie wyglądał nawet żałośniej niż wtedy, gdy kac rozbroił go w jego mieszkaniu kilka miesięcy temu. Nadal co prawda nie podobał mu się gruźliczy charkot wibrujący w drobnym ciele Moore'a, ale świadczył przynajmniej o tym, że łapał powietrze i odzyskiwał jakieś zdolności kognitywne, bo zaczął zagajać go pytaniami.
Pierwsze zignorował. Nad drugim musiał się zastanowić.
Jestem zły 一 obwieścił nareszcie, leżąc wciąż płasko i bez ruchu, ze spojrzeniem wbitym twardo w nudnawą biel sufitu. 一 Ale nie dlatego, że miałeś atak, tylko dlatego, że mi nie powiedziałeś. Rozumiesz różnicę, tak?
Jego ramię odnalazło kłębowisko koca i człowieka, zagarnął go od strony pleców i chyba sam do końca nieprzekonany czy powinien unosić się teraz dumą czy nie, palcami powiódł po uciekającym spod flaneli biodrze. Jeżeli Daniel miał ochotę obrazić się za ten brak delikatności w uprzedniej komunikacji Lian nie miałby nic przeciwko. Dąsać mogli się tylko żywi.

To jest w chuj istotne. Nie wiem czy jest coś, co mogłoby być ważniejsze niż... jak ty to sobie wyobrażałeś? 一 Mei praktycznie syczał na niego przyciszonym głosem, a chociaż chwilowo chrzanił decorum i nie próbował dla odmiany silić się na stoicki spokój, czuł potrzebę zachowania przynajmniej jakichś pozorów. 一 To było oczywiste, że to się kiedyś stanie. Nie przyszło ci do tej genialnej głowy, że warto by było uprzedzić? Żebym w razie czego, nie wiem, nie stał bezczynnie jak palant i nie zgadywał dlaczego zmieniasz kolory?
Jego klatka piersiowa podskakiwała z każdym bardziej uczuciowym wyrzutem produkowanym naprędce, a wraz z nią głowa Daniela, bo Lian wciąż nie pozwalał im na zmianę pozycji.

Masz pojęcie z czym ja bym tu został gdyby coś ci się stało? Gdybyś... no kurwa mać. Jesteś niemożliwy, nie wiem co ci powiedzieć! 一 I to był finisz jego pretensji, zaraz później rozległo się długie, pełne emfazy westchnienie i druga ręka pomknęła w stronę twarzy przyjmującego kolejne uwagi Moore'a. Był zły. Był cholernie zły, ale jednocześnie trzymał go przy sobie jak coś niezwykle cennego i wartego tej złości, nerwów i adrenaliny. Objął go ciaśniej - nie za mocno, wciąż chyba nie do końca wierząc, że najgorsze mieli za sobą i że nie wywoła w ten sposób kolejnego ataku - jeszcze raz odetchnął sobie od serca i pocałował go krótko w czubek głowy. Gniewnie. Tylko raz, ale cóż innego miał zrobić?
Musisz wytłumaczyć mi jak to działa. Ta cała astma, bo ja nigdy nie miałem styczności. I jak masz więcej tych inhalatorów... tak to się nazywa? Możesz zostawić jakiś na wszelki wypadek u mnie, byłbym wdzięczny.
Jego ręce poruszały się czasami bez celu, tak jakby Lian nieustannie musiał sprawdzać czy Daniel na pewno oddycha i ma się dobrze, choć wyglądało na to, że zagrożenie minęło. Pozostało tylko niejasne przeczucie, że w tym wszystkim obaj mieli więcej szczęścia niż rozumu.

No dobrze, wystarczy. Bao bei, spójrz na mnie. 一 Lian przełknął ostatnią gorycz niezadowolenia i pomniejszych niezaadresowanych żali, wchodząc ponownie w komunikację angażującą więcej niż jedną stronę. Dłoń, która dotąd urzędowała w okolicach potylicznego zagłębienia i przeczesywała niespokojnie potargane loczki chwyciła Daniela pod brodą i dopiero wtedy, gdy odciągnął ją sobie żądając przynajmniej kontaktu wzrokowego, nadszarpnięty nerw ułożył się w nim wreszcie i złagodniał. 一 Musisz mi powiedzieć co jest wyzwalaczem. Przygniotłem cię? Za mało... 一 przerwał, przewrócił oczami i prychnął, wciąż trochę rozeźlony, ale przynajmniej tym razem w jego głos wkradło się jakieś rozbawienie. 一 Za mało powietrza?


Daniel Moore
default (dc: default_1010)
my standards are low but my delusions are high
ODPOWIEDZ

Wróć do „#16”