-
Let's see which one of us is harder to outlast.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie podejrzewał, że jego ojciec miał tak wielu znajomych, ale przecież prawie nic o sobie nie wiedzieli..
Bardzo chciał płakać, ale to, co czuł, przypominało raczej pustkę niż smutek. Dlaczego nie potrafił uronić nawet jednej, symbolicznej łzy? Przerażało go, że śmierć ojca nie zrobiła na nim wrażenia. A może nadal był w szoku? W końcu ich ostatnia rozmowa przez telefon nie należała do przyjemnych.
Ale która właściwie taka była? Nigdy nie nauczyli się ze sobą rozmawiać.
Wstydził się swojej obojętności pośród ludzi, do których kompletnie nie pasował w swoim modnym, czarnym garniturze i błyszczących pantoflach. Kątem oka spojrzał na stojącego obok, starszego mężczyznę. Dostrzegł jak ten dyskretnym gestem otarł łzę z ogorzałego policzka i utonął pod kolejną falą wstydu. Zniecierpliwiony podwinął rękaw marynarki, spoglądając na srebrny zegarek i zastanawiając się, jak długo to jeszcze potrwa.
Musiał zapalić.
Spojrzenie miał wbite w ziemię, a ksiądz kontynuował swoją niekończącą się, monotonną przemowę.
Był wspaniałym mężem, dobrym ojcem i lojalnym przyjacielem, a teraz będzie miał okazję ponownie zjednoczyć się z ukochaną żoną.
Co za bzdura. Nie zniesie tego dłużej. Nie ma mowy.
Obrócił się na pięcie i przecisnął przez zgromadzonych, uciekając przed poczuciem winy i brutalną rzeczywistością. Zatrzymał się pod bramą cmentarza, wyjmując paczkę papierosów, wsunął jednego do ust i drżącymi dłońmi odpalił go dopiero za trzecim razem. Wydmuchiwał przed siebie dym i oparty o murek czekał, aż pierwsi żałobnicy zaczną schodzić się do samochodów. Wsiadł sam do swojego sportowego auta i zmusił się, żeby pojechać za nimi na stypę.
Okazało się, że uroczystość została zorganizowana w stodole. Ojciec zapewne byłby zachwycony, widząc wszystkich swoich przyjaciół zgromadzonych przy jednej, długiej ławie, która uginała się od beczułek z bimbrem i domowych potraw. Panowała serdeczna atmosfera, która zdawała się być czymś jednocześnie znajomym i odległym. Laurent natomiast poczuł, jak gula podchodzi mu do gardła. Mdłości stały się silniejsza, gdy jedna ze starszych kobiet w końcu go rozpoznała.
— Larry! Jak ty wyrosłeś! — podeszła i uściskała go serdecznie, a on sztywno odwzajemnił gest, rozpoznając w niej właścicielką małego, wiejskiego sklepiku, która zawsze obdarowywała go darmowym cukierkiem. — Nie poznałam cię. Musi ci być naprawdę ciężko — poklepała go po ramieniu, a on tylko skinął głową, będąc pewnym, że jeśli otworzy w tym momencie usta, to bez wątpienia się porzyga.
— Dopiero będzie ciężko. W końcu sezon dopiero startuje. Koniec z zabawą w studia i czas na prawdziwe życie, chłopcze. Na szczęście Logan ci we wszystkim pomoże-
Laurent w tym momencie przestał słuchać. Uniósł spojrzenie w kierunku siedzącego w przeciwnym końcu stołu Callahana. Fascynacja starych facetów Loganem była jakimś niezdrowym fetyszem. Nie potrzebował jego pomocy. Kierowanie cholernym ranczem nie wymagało przecież specjalnych umiejętności. Z ich dwójki to on miał dodatkowy dyplom z zarządzania. Poza tym i tak nie zamierzał zatrzymać farmy.
Sprzeda je jak najszybciej i nigdy tu nie wróci.
Jakimś cudem udało mu się przesunąć rozpoczęcie wymarzonej pracy o kolejny miesiąc, ale ckliwa historia o niespodziewanej śmierci ojca poruszyła serca nawet korporacyjnej matrony. Wątpił jednak, by poczekali na niego dłużej. Mieli wielu innych kandydatów na to jego miejsce.
Wymknął się ze stypy po pierwszym daniu, którego nawet nie tknął, bo doskonale pamiętał, jak matka co niedzielę przygotowywała go dla ojca dokładnie taki gulasz. Musiał dojechać do swojej kawalerki w Toronto, zabrać Beau i najpotrzebniejsze rzeczy na najbliższe dwa tygodnie. Jeśli będzie na miejscu, to na pewno szybciej uda mu się sfinalizować sprzedaż ziemi i rancza.
A potem będzie sobie mógł wymyślić jakąś nową przeszłość.
Pod dom podjechał po zmroku, ponieważ sportowe auto kiepsko radziło sobie na podmiejskich drogach. Wysiadając z samochodu wdepnął prosto w kałużę, ale jedynie zacisnął wargi. Niczego innego nie spodziewał się po tym miejscu. Trzymając pod pachą psa, a w drugiej ręce swoją walizkę w panterkę, stanął pod drzwiami. Nocną ciszę przerwało głośne ujadanie psów. Beau zastrzygł uszami i zerknął z wyrzutem na swojego właściciela.
— Nie patrz tak na mnie. Ja też wcale nie mam na to ochoty — odstawił zwierzę na ziemię, a następnie wyjął z kieszeni klucze.Otworzył drzwi i bez pukania wszedł do środka. Ten dom należał do niego, więc nie musiał się zapowiadać. Wciągnął za sobą walizkę na złotych kółkach, robiąc przy tym sporo hałasu. Beau plątał mu się pod nogami, kiedy dziarskim krokiem wszedł dalej.
Przecież był u siebie.
Logan Callahan