-
Where'd you wanna go?
How much you wanna risk?
I'm not looking for somebody
With some superhuman gifts
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiCzas przeszłypostaćautor
Spotkanie z Davidem, sytuacja rodzinna i problemy z najmłodszym Bennettem, kłopoty jej pracownicy i wyjątkowo długa zmiana, a po niej niemal całkowity brak snu - była zmęczona, tak po prostu i cholernie mocno. Nie mogła sobie pozwolić jednak na luksus zaśnięcia, gdy jej matka trafiła do szpitala wprost na salę operacyjną. Nawet nie próbowała informować młodszego rodzeństwa, nie dałaby rady robić za oparcie także dla nich. Nie tego dnia. Zapewne następnego obudziłaby się w o wiele lepszym nastroju i ponownie założyłaby na twarz wyćwiczoną maskę radosnej i opiekuńczej córki, która ma wszystko pod kontrolą. Tyle, że... Nie miała. Już dawno przestała mieć.
Czekała więc na tyle cierpliwie na ile mogła. Aby zająć czymś ręce trzymała w nich kubek z kawą. Już dawno przestał być ciepły, ale nie przeszkadzało jej to. W zasadzie zwracała akurat na niego najmniejszą uwagę, bardziej chodziło o cokolwiek co pozwoliłoby jej się skupić na czymkolwiek tu i teraz.
Nie potrafiła powiedzieć ile siedziała oparta o ścianę wpatrując się przed siebie. Mogły to być minuty, a mogły godziny. Nawet nie próbowała ukrywać emocji. To był w końcu szpital - zapewne takie dramaty jego ściany widziały na co dzień. W końcu została wywołana przez pielęgniarkę. Nie spodziewała się zobaczyć nawet swojej matki z więc była lekko zaskoczona, gdy kobieta zaprowadziła ją do szyby z widokiem na ludzi będących w różnym stadium wybudzania z narkozy.
Jej matka też tam była, wyglądała blado, ale spokojnie. Jakby spała, podłączona pod sprzęt medyczny. Dla Catherine najbardziej liczyło się, że żyła. Nawet jeśli miało to być przedłużenie jedynie na kilka miesięcy w najlepszym przypadku. Oparła się o ścianę, która dała jej kojący chłód i wpatrywała się uporczywie przed siebie, nie zwracając większej uwagi na otoczenie. Ludzie mogli przechodzić obok niej lub za nią, nauczyła się już to ignorować.
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Ile mogła przeżyć trudnych dyżurów w trakcie ostatniego miesiąca? Miała wrażenie, że w ogóle się nie kończyły. Raz na razem miała ich coraz bardziej dosyć, wszystko wydawało się komplikować. Z dnia na dzień coraz więcej łóżek było zajętych, a przerwy wydawały się być luksusem, na których nie mogła sobie pozwolić. Ludzie potrzebowali medyków, a także jej jako rezydentki. Jako medyk najniższego szczebla miała pełne ręce roboty. Badania, proszenie o ich przyśpieszenie, proste procedury medyczne i dokumentacja, która wraz z każdą minutą wydawała się coraz bardziej piętrzyć.
Może to wina zmęczenia, albo zwykła znieczulica, która nawiedziła jej drobne ciało, ale totalnie nie zwróciła uwagi na nazwisko pacjentki. Wyglądała dla niej podobnie, kogoś jej przypominała. Tylko Ivy postanowiła całkowicie zignorować ten sygnał. Zdecydowanie łatwiej było skupić się na rzeczach najważniejszych. Stanie pacjentki, wynikach jej badań, niż doszukiwać się powiązania, które mogłoby przyjść do jej głowy. Dlatego to zignorowała, a idąc w stronę jej rodziny, przybrała typową dla siebie maskę. Powtarzała wszystkie informacje w głowie, starając je sobie uporządkować. Wiele razy omawiała już wyniki pacjenta, nie był to przecież jej pierwszy, czy trzeci raz. Tylko teraz jej głowę nawiedzały myśli związane zarówno z Dante, jak i Charlim. Nie mogła wyrzucić ich ze swojej głowy. Stanęła przed kobietą, wpierw w ogóle nie unosząc głowy. Bardziej skupiona była na dokumentacji medycznej.
— Dzień dobry, nazywam się Ivy Harrison. Jestem rezydentką i doktor Smith poprosił, żebym opowiedziała o szczegółach operacji — zaczęła blondynka, a na jej twarzy automatycznie wymalował się uśmiech. Operacja nie była prosta, ale przebiegła po myśli doktora. Delikatnie się przedłużyła przez drobne komplikacje, ale powoli będą w stanie obserwować poprawę. Wtedy właśnie blondynka uniosła głowę i zszokował ją widok. Znała ją, przecież to była dziewczyna Davida. Aż pokręciła delikatnie głową, takie przypadki nie powinny się zdarzać.
— Catherine... to ty? — spytała, nie wierząc w to, co miała właśnie przed oczyma. Najchętniej by się teraz uszczypnęła. Spojrzała nerwowo do danych związanych z osobą kontaktową. Catherine Benett. Powinna wcześniej zdać sobie z tego sprawę.
-
Where'd you wanna go?
How much you wanna risk?
I'm not looking for somebody
With some superhuman gifts
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiCzas przeszłypostaćautor
- Niech zgadnę: kolejny zator i lekkie komplikacje, ale wszystko będzie w porządku? - zapytała, nawet nie próbując ukrywać rozgoryczenia w głosie. To nie był jej pierwszy telefon w środku nocy i podejrzewała, że nie ostatni. Przechodziła już przez to kilka razy, niemal zawsze słysząc to samo i powoli traciła zarówno nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Zwłaszcza gdy widziała swoją matkę w takim stanie.
- Cześć Ivy. Miło cię znowu widzieć - uśmiechnęła się lekko, tylko na moment pozwalając sobie odwrócić wzrok od dziewczyny, by zerknąć na swoją matkę. - Mogę ci powiedzieć, że razem z Davidem się siebie nie wyrzekniecie: on zadał praktycznie to samo pytanie - dodała lekko rozbawiona. Bo czy zostało jej coś innego? Mogła albo udawać, że sytuacja spływa po niej jak woda po kaczce albo załamać się psychicznie na środku korytarza. Z czego to drugie było niebezpiecznie prawdopodobne, bo coś w niej zaczynało pękać i się poddawać. Czyżby to był ten słynny limit, który można znieść jako człowiek?
- Myślisz, że wybudzi się jeszcze w nocy czy nie ma na to szans? Wszystko się udało czy coś jest nie tak? I proszę cię: nie mów mi tego co chcę usłyszeć tylko prawdę - powiedziała spokojnie, chociaż w jej głosie dało się słyszeć błagalną nutę. Nie chciała złudnych słów pocieszenia, potrzebowała jasnej odpowiedzi. Już pogodziła się z myślą, że jej matce nie zostało wiele czasu. Jedyne na czym jej obecnie zależało to to, aby jak najmniej cierpiała.
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Tak, zgadza się.. — kiwnęła krótko głowa. Zatory, utrata krwi, chwilowe zatrzymanie krążenia. Takie chwile wydarzały się przy każdej możliwej operacji. Zdawała sobie doskonale z tego sprawę. Najważniejsza wydawała się być kwestia braku konkretnych skutków ubocznych na organizm jej matki. Także tak, będzie w porządku, o ile chorobę jej matki dało się w ten sposób nazwać — rozumiem, że to twoja codzienność, Cath? — dopytała już ciszej Harrison, unosząc delikatnie kąciki obu ust. Nie wyobrażała sobie być na jej miejscu. Niby medycyna cały czas szła do przodu, lekarze byle w stanie zrobić wiele, ale nie każde istnienie dało się uratować. Czasami organizm po prostu nie był w stanie odpowiednio przyjąć leczenia.
— Ciebie też miło widzieć, choć niekoniecznie w takich warunkach — uniosła delikatnie kąciki ust. Ucieszyłaby się z nawiązania znajomości z Benett. Były praktycznie swoimi rówieśniczkami, a Ivy nie znała wielu ludzi w Toronto. Była to całkiem miła odmiana, chociaż wolałaby zobaczyć się z byłą brata w zdecydowanie innych warunkach — cóż... niedaleko pada jabłko od jabłoni, nie? — zaśmiała się nerwowo, bo na szczęście David już zdawał sobie z jej pobytu w mieście — widziałaś się z moim bratem? — Ivy idiotka. Oczywiście, że się widziała, skoro wypowiadała się w ten sposób. Aż zaśmiała się nerwowo. Co miała teraz powiedzieć? Przymknęła mocno oczy, licząc, że Cath jej teraz nie wyśmieje. Choć wewnętrznie ciekawiło ją spytać, w jakich okolicznościach się spotkali.
— Wątpię, by były. Lepiej, żeby jej organizm odpoczywał — stwierdziła, odwracając wzrok na matkę Catherine — straciła trochę krwi, ale będzie nabierała powoli sił, o ile można nazwać to w ten sposób — czuła, że jej słowa brzmią gorzko. Nie miała lukrować tego w żaden sposób. Miała być szczera i też to chciała przekazać. Jeszcze przez moment się wahała, przegryzła dolną wargę, nerwowo stukając palcem we własne ramię.
— Chociaż to nie zatrzyma postępu choroby Catherine. Pewnie już o tym wiesz, ale jedynie przedłużamy jej życie — w środku czuła się jak kat. Uniosła wzrok na Bennett, by móc zajrzeć jej prosto w oczy. Przez dłuższą chwilę nic nie mówiła, czekając na jakąkolwiek reakcję z jej strony.
-
Where'd you wanna go?
How much you wanna risk?
I'm not looking for somebody
With some superhuman gifts
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiCzas przeszłypostaćautor
- Tak. Po kilku latach myślałam, że już się do tego przyzwyczaiłam - odpowiedziała cicho. Ku jej zaskoczeniu i zgrozie wciąż czasem nie była gotowa. Wiedziała, że jej matka umiera. Nie była jednak gotowa na moment w którym miało to nadejść. I właściwie nie wiedziała czy kiedykolwiek będzie.
- Bywało gorzej - uśmiechnęła się delikatnie. Bo bywało gorzej - kiedy jej matka przestała gotować, bo był to zbyt duży wysiłek dla organizmu. Kiedy kasłała krwią, kiedy pierwszy raz została podłączona pod tlen w domu. I te wszystkie razy gdy maszyna w nocy wariowała i wszczynała alarm.- Właściwie tak. I widziałam, chociaż nie mogę powiedzieć by było to najbardziej szczęśliwe i oczekiwane przeze mnie spotkanie w tym miesiącu albo roku - odpowiedziała. Nie było sensu tego ukrywać - przecież, blondynka i tak by się tego dowiedziała. Cath nie miała problemu z opowiadaniem tego, większy problem miała z tym, że mężczyzna zostawił w jej głowie mętlik. Zupełnie niepotrzebny na ten moment tak naprawdę.
- To nie krew jest problemem, tylko płuca i serce - westchnęła i przymknęła oczy. Nie słyszała nic nowego - nieważne ile zatorów by nie było operowanych, jak bardzo lekarze by się nie starali - to był etap z którego nie było powrotu. Chociaż w zasadzie nigdy nie było, nawet wtedy gdy słyszeli diagnozę i gdy znalazł się dawca na przeszczep.
- Wiem. Od samego początku wiem. Ona także to wie, tylko udaje silną i pewną siebie. Tak jest łatwiej - przynajmniej żadne z nas się nie rozsypuje i się trzymamy - otworzyła oczy i napotkała te wpatrujące się w nią. Uśmiechnęła się blado. - Póki ona chce żyć to jej kwestia. Niech walczy, zawsze to kilka tygodni więcej z nami - nie brzmiało to optymistycznie, ale nigdy takie nie było. Z początku jeszcze się łudzili, że się uda. Że będą szanse. Czas jednak biegł nieubłaganie i nie był łaskawy.
- Kiedy wchodziło MAiD zastanawiała się nad tym czy nie poddać się temu. To były same początki, a my jeszcze mieliśmy nadzieję, że się uda i że wróci do formy. Odmówiła - powiedziała, patrząc na matkę pustym wzrokiem i mówiąc głosem wypranym z emocji. - A potem choroba postąpiła, a ona stała się bardzo religijna. Nie chciała ze względu na wiarę - westchnęła Cath i potarła czoło dłonią. Doskonale pamiętała te rozmowy i wylane wtedy łzy oraz krzyki. Chyba największa kłótnia podczas jej choroby. Po tym sama Catherine się powoli poddawała, a ojciec oddalił. W zasadzie główny ciężar spadł na głowę dziewczyny. Jej pechem było, że wtedy zaczynała pracę u dziadków i urwał się kontakt z Davidem. Miała dość. Po prostu. Ale musiała się zebrać w sobie, nawet nie dla siebie - najmłodszy Bennett wciąż był tylko nastolatkiem.
- Czasami zastanawiam się czy nie byłoby prościej, gdyby wtedy wszystko zakończyła. Zamiast czekać na nieuniknione i modlić się o cud - powiedziała smutno. I myślała tak od kiedy zrozumiała, że nawet zwykły spacer to wyzwanie. Poczuła coś mokrego na twarzy. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę z tego, że to łzy. Przetarła twarz wierzchem dłoni. Nie chciała się teraz rozkleić, na pewno nie przed Ivy.
- Zresztą nieważne, to moje problemy. Opowiadaj lepiej co działo się u ciebie przez ostatnich kilka lat i jak doszło do tego, że jesteś na rezydenturze w Toronto - zapytała, bardziej próbując odwrócić uwagę od smutnego tematu niż z faktycznej ciekawości. - I czemu akurat chirurgia?
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Z początku nie skomentowała słów Bennett. Delikatnie uniosła ku górze kąciki ust. Nie chciała pokazywać jej troski. Zasługiwała na to, ale z pewnością zbyt wiele osób patrzyła na nią w ten sposób. Zdecydowała się na położenie na jej ramieniu dłoni, by czuła jej wsparcie.
— Nie mów w ten sposób — zaczyna Ivy, a jej wzrok utkwił w Bennett na kilka długich sekund — coś się stało z moim bratem? — spytała niemalże od razu, unosząc do góry jedną brew. Była ciekawska. Tego w żaden sposób nie dało się jej odmówić. Choćby chciała się powstrzymać, to nie mogła. Dawno temu była ich największą fanką, a przez ich spotkanie czuła delikatnie podekscytowanie. Nawet jeśli kolejne słowa odstawały od tego, co blondynka tak właściwie chciała usłyszeć. Może powinna ją wstrząsnąć? David był dobrym facetem, jako siostra mogłaby mu wystawić dyplom na materiał na męża.
Doskonale wiedziała, co jest problemem. Miała wykształcenie medyczne, ale już nie chciała się czepiać Bennett. Znała szczegóły badań jej matki, to co się działo podczas operacji. Za każdym razem była wypytywana o kwestię związane z kartą pacjentów. Zdążyła się ich nauczyć wręcz na pamięć.
— To jest iluzja a nie trzymanie się — stwierdziła Ivy dość chłodnym tonem na nią. Szczerze uważała, że czasem potrzebny był moment słabości. Oszukiwanie samego siebie nie dawało nic. W końcu to nie wyglądało w ten sposób, że kłamstwo wypowiedziane sto razy stanie się prawdą. Nic nie będzie w stanie zmienić jej stanu. Uniosła kąciki ust na jej kolejne słowa. Walka? Pytanie co to za walka. Mogłaby spędzić szczęśliwe chwile z rodziną, a nie będąc przykutą do szpitalnego łóżka.
Kiwała delikatnie głową, próbując zrozumieć podejście matki catherine. Tylko nie była w stanie. Jako medyk doskonale wiedziała, że najważniejszą kwestią była szybka reakcja oraz wczesne badania. Wolała tego nie komentować, bo jej słowa okazałyby się zbyt oschłe.
— Nie mów tak — powiedziała, słysząc finalnie jej słowa. Tego nikt nigdy nie powinien mówić głośno. To dalej była jej matka, a choć choroba ją wykańczała, nie zasługiwała na takie słowa. Nabrała powietrza do płuc, bo czuła się na rozdrożu. Rozumiała obie strony.
— Teraz wydajesz się ważniejsza Catherine — stwierdza niemalże od razu Ivy — wiesz... mogę Cię wysłuchać, niezależnie od tego, co siedzi Ci w głowie. Nie powiem o tym spotkaniu bratu — bo przed tym pewnie najbardziej wstrzymywała się Bennett. Dalej była siostrą Davida i choćby bardzo chciała, nie powstrzyma się od napisania mu SMS'a po tym spotkaniu — a dlaczego chirurgia? Lubię wyzwania Cath, a ta specjalizacja jest mi w stanie to dać — to była najprostsza odpowiedź, choć prawda była dużo bardziej złożona. Bała się wypowiadać ją głośno, bo mimo wszystko czuła się niewystarczająca na tej specjalizacji. Mogła mieć najlepsze oceny, ale inni byli od niej lepsi. Nie chciała się do tego przyznać, nawet przed samą, a szczególnie nie przed byłą dziewczyną Davida.
-
Where'd you wanna go?
How much you wanna risk?
I'm not looking for somebody
With some superhuman gifts
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiCzas przeszłypostaćautor
Drgnęła czując dotyk. Zazwyczaj ona go inicjowała w kontaktach z innymi i nie była przyzwyczajona do czegoś takiego. Odruchowo położyła dłoń na dłoni spoczywającej na jej ramieniu. Doceniała takie drobne gesty, nawet jeśli czuła się trochę nie na miejscu.
- Myślę, że powinnaś zapytać o to swojego brata, ale spokojnie: nie zrobiłam mu większej krzywdy. Chociaż korciło - odparła pół żartem, pół serio. Nie znała blondynki na tyle dobrze (już nie znała), aby zwierzać się jej z problemów związku z jej bratem sprzed kilku lat. Tym bardziej, że sama po ich spotkaniu czuła się bardziej skołowana niż chciałaby przyznać przed samą sobą. O bieżących problemach... Nawet nie wiedziałaby w którym momencie zacząć.
Zabrała dłoń z dłoni na dźwięk chłodnego głosu kobiety. Nie miała czasu ani przestrzeni na rozsypanie się. Dawała radę kilka lat, mogła wytrzymać jeszcze kilka kolejnych tygodni lub miesięcy. Nie oszukiwała siebie - wiedziała, że nie zostało im wiele czasu. Obciążanie psychiczne matki i reszty rodziny w chwili, gdy cały świat walił im się na głowy brzmiało jak najgorszy pomysł świata. Wiedziała, że Ivy była medykiem, tylko uważała, że wiedza a faktyczne przeżycie z osobą w stanie agonalnym były dwiema różnymi rzeczami. Wiedza z książek wciąż była suchą teorią.
Jej matka zawsze dbała o zdrowie, to był ten jeden przypadek gdy wyrok był zapisany w genach. Catherine dziękowała za to, że dowiedzieli się tak szybko i równie szybko zostało wdrożone leczenie. Zapewne gdyby nie to już dawno jej matka byłaby martwa.
Spojrzała na Ivy uważniej. Rozumiała jej punkt widzenia: lekarze powinni pomagać ocalić życia. Tyle, że Cath po ciągnących się cierpieniach miała inne zdanie na ten temat. Naprawdę uważała, że czasami śmierć na własnych warunkach zamiast przewlekłego bólu i cierpienia była lepsza. Nie życzyła swojej matce źle, chciała jak najlepiej. Trudno było jednak uważać, że jej rodzicielka wybrała dobrze: chwile z rodziną były ważne, ale Cath szczerze wątpiła by były warte tego wszystkiego. Zacisnęła szczękę i spojrzała na Ivy pusto. Żałowała, że się odsłoniła, ale z drugiej strony - czy mogła spodziewać się czegoś innego? Szczerze wątpiła. I czuła, że drugi raz nie popełnił tego błędu.
- Podejrzewam, że masz wystarczająco dużo własnych problemów. Nie przejmuj się mną, jestem dużą dziewczynką. Dam radę - powiedziała z naciskiem. W końcu to nie tak, zawsze tego od niej oczekiwano.
Kto miał zająć się chorą matką? Catherine.
Kto miał pilnować młodszego rodzeństwa i otoczyć ich opieką? Catherine.
Kto musiał zastąpić dziadków w restauracji, gdy dziadek coraz częściej zapominał? Catherine.
Całe jej życie jako dorosłej to w zasadzie była kwestia przerzucania na nią kolejnych zadań, a ona dawała radę. Bo musiała, aż z czasem weszło jej to w krew.
- Dziękuję, ale nie będę cię powstrzymywać przed rozmowami z Davidem. Nie ukrywaj przed nim czegoś tylko po to, aby zadowolić innych. Na tyle na ile go kiedyś znałam mogę powiedzieć, że to by go zabolało albo byłby wściekły. Troszczył się o was, wątpię aby to się zmieniło. Chyba że coś naprawdę mocno przeskrobałaś - przymknęła oczy. Mówiła z perspektywy kilku lat, ale wtedy w zasadzie byli dzieciakami. Ciężko jej było powiedzieć czy to nadal było aktualne. - Zawsze myślałam, że każda specjalizacja jest trudna i pełną wyzwań, ale gratuluję. Jesteś zadowolona z wyboru? - zapytała szczerze zaciekawiona.
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Ivy w standardowych warunkach szybko przekraczała jakiekolwiek bariery fizyczne. Bliższe osoby przytulała, dźgała palcem w policzek i często się śmiała. Jeszcze tak niedawno sama była duszą imprezowicza. Studia, zabawa, narkotyki i wszystko, co mogła brać. Żadnego zastanowienia, aż nie trafiła do szpitala, przez to miejsce zaczęła się mierzyć z rzeczywistością. Z całą pewnością dorosła, ale empatia i chęć bronienia bliskich osób dalej w niej została.
— A co to ma znaczyć Cath? — dopytała spokojnym tonem, marszcząc przy tym delikatnie swoje brwi — wiesz... tylko ja jako siostra mogę mu robić krzywdę — wycedziła z całą stanowczością. Catherine straciła to prawo wraz z rozpadem ich związku. Tyle że blondynka nigdy nie była osobą, która długo trzymałaby jakąkolwiek urazę.
— Cath, daj spokój — mówi już miękkim tonem Harrison, wbijając swoje niebieskie tęczówki w... koleżankę? kumpelę? Nie do końca wiedziała, w jaki sposób powinna ją ochrzcić, ale westchnęła cicho pod nosem. W dziwnej sytuacji znalazły się teraz obie, cokolwiek by nie powiedziała Ivy, czuła, jakby brała drugą pod włos. Nie widziały się zbyt długo i zbyt wiele zdążyło się w tym czasie zmienić — Dalej jestem tą samą Ivy co wcześniej, tylko mam fartuch — stwierdza finalnie, rozkładając przy tym delikatnie ręce — Przecież to normalne, że ludzie w takich sytuacjach sobie nie radzą — stwierdza spokojnym tonem, marszcząc delikatnie brwi. Kiedy chodziło o bliskich, zapach szpitala zaczynał wybrzmiewać zdecydowanie zbyt mocno. Detergenty, leki, pot chorych ludzi mieszał się ze sobą w jednym miejscu. Choć Ivy zdążyła do niego przywyknąć, wystarczyło zderzenie z wypadkiem Dantego i odbierałaby to inaczej.
— Nie Catherine, źle mnie zrozumiałaś — zaczyna Ivy, kręcąc delikatnie głową — wiem, że jestem dla Ciebie obca... Ale w razie czego możesz na mnie liczyć i uwierz mi wszystko, co mi powiesz zostanie ze mną — próbowała wytłumaczyć własne myśli. Nie chciała brzmieć naciskać, a tak po prostu i zwyczajnie chciała przy niej być. Cokolwiek miałoby się zdarzyć oraz co miałaby usłyszeć teraz była tu dla niej. Nie jako lekarska rezydentka, a jako Ivy. Po prostu Ivy.
— Zdecydowanie — stwierdza, unosząc delikatnie kąciki obu ust — chociaż wiesz na dermatologii, czy patologii jest zdecydowanie mniej emocji — i przez to chirurgia była najtrudniejsza. Wiecznie trzeba było być czujnym oraz nie wiadomo, kiedy mogło dojść do tragedii. To życie w ciągłym, nieustającym stresie — byłabym spokojniejsza — dodaje finalnie lekko smutnym tonem. Podobnie miała z Dante, gdyby nie on jej życie byłoby spokojniejsze. Może wręcz nudne?
— Wiesz, serio mówiłam Catherine. Możesz na mnie liczyć, a możemy też po prostu wyjść się razem napić i... pogadać o głupotach? — zaproponowała, choć na niezbyt wiele liczyła. Widziała reakcję Catherine, niezbyt wiele mogła na nią poradzić. Chyba.