-
'Cause lately we've been living in different nations
Enemy lines are drawn, lines are drawn
We're speaking different tongues communicating
And as we fall, time is frozen
I know we break, but we're not brokennieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nawet dokumenty, nad którymi ślęczał od trzydziestu minut, zostały równiutko ułożone na jego biurku. Rezydent neurochirurgii uwielbiał, gdy wszystko było perfekcyjne i gdy wszystko szło po jego myśli. Niektórzy komentowali to, mówiąc że to tylko jego małe dziwactwo, ale w rzeczywistości te cechy charakteryzowały całe jego życie. Cy nie radził sobie z porażkami, z bardziej zażyłymi kontaktami międzyludzkimi, z chaosem i potencjalnymi wadami. Dostawał szału na samą myśl, że mógłby popełnić jakiś błąd, który nawet nie zaważyłby tak mocno na jego karierze czy życiu. Takie były skutki izolowania dziecka przez piętnaście lat jego życia i wmawiania mu, że byle blizna na jego skórze, sprawiała, że był gorszy. Wariował, gdy coś było nie tak.
Blondyn nie rozumiał ludzi, którzy desperacko próbowali znaleźć sobie przyjaciół. On zostawił ten temat za swoimi plecami pod koniec liceum, gdy doszedł do wniosku, że wcale tego nie potrzebował. I to nie tak, że nikt nie chciał się z nim trzymać; choć przecież nie był najsympatyczniejszym człowiekiem na świecie. On po prostu… Lubił święty spokój. Lubił, gdy nikt nie wpieprzał się w jego życie ze swoimi komentarzami i oczekiwaniami. Lubił swoją monotonię i brak jakichkolwiek ekstremalnych emocji.
No, cóż… Do niedawna. Ostatnie miesiące rezydentury nie należały do najłatwiejszych. Większość jego zmian miała dwudziesto cztero godzinny tryb pracy. Cy miał wrażenie, że nic innego nie robił, jak siedział w szpitalu — operował, uczył się, włóczył się za swoimi przełożonymi. Rano wstawał, żeby pobiegać i odpocząć, a potem znowu jechał do pracy. Właściwie to wszystko było idealne i nie powinien na nic narzekać, ale zaczynał czuć… nudę. Irytację. Przebodźcowanie. Jego analityczny umysł, próbował zrozumieć sytuację. Dlaczego się tak czuję? Czego potrzebuję? Jedyne o czym myślał to; regulacja systemu nerwowego. Na pewno był wytrącony z równowagi przez to nieustające zmęczenie.
Lockhart próbował wrócić do studiowania przypadku swojego pacjenta, kiedy w wejściu do pokoju rezydentów, usłyszał kroki. Blondyn uniósł spojrzenie na drzwi, po paru sekundach, dostrzegając w nich Aarona. Ich relacja była… Cóż, z pewnością niebywała, zważywszy na to, że Cyrus naprawdę nie lubił ludzi. Nie potrafił nazwać drugiego człowieka swoim przyjacielem. A mimo to, Blackwood swoją upartością i jednocześnie upierdliwością, zapracował sobie na miejsce w jego życiu. Cyrus nawet nie krzywił się już na jego widok, a to było nie lada sukcesem! No i przede wszystkim nie wkurzał go tak mocno, jak inni, gdy tylko się odzywali.
— Nie masz co robić? — mruknął na powitanie, przestając notować. Może nawet u c i e s z ył się z jego wizyty, bo mógł oderwać się od tych gównianych papierów. Cyrus zerknął na kubek kawy na wynos w jego palcach i uśmiechnął się krzywo. — Jeśli to dla mnie, to pozwalam ci wejść — rzucił.
niejesteśmyprzyjaciółmi
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Jak Cyrusa. Znajomość z nim był z całą pewnością skomplikowana, zaczynając się w dość zabawny (nie dla Aarona) sposób, kiedy wylądował w szpitalu po postrzale. Niegroźnym, ale wystarczającym, aby wymagał szycia, chociaż upierał się, że bandaż wystarczy. Przypadek zadecydował, że brał w tym udział Lockhart, z miejsca wzbudzając mieszane uczucia w Blackwoodzie. Z jednej strony profesjonalista, którego cechował spokój tak potrzebny w zawodzie, ale z drugiej chciało się krzesłem przywalić za to namacalne odpychanie i niewybredne komentarze. Zamiast jednak agresji, policjant wybrał bardziej masochistyczną drogę, zagłębiając się w tę relację będąc przekonanym, że uda mu się dotrzeć do zamkniętego sedrucha mężczyzny. I tak ostatecznie Cyrus, niezależnie od tego jak chciał nazywać ich znajomość, stał się kimś na wzór przyjaciela Aarona, którego aż chciało się wyrwać ze szponów samotniej ciemności.
Tego dnia postanowił nawiedzić go w szpitalu, zabierając ze sobą kawę jako kartę przetargową, gdyby czasem Lockhartowi humor nie dopisywał i postanowił pozbyć się policjanta. Nie z nim te numery; skoro już zdecydował, że pójdzie go trochę odchamić, dbając o jego social life, nie istniało nic (poza wezwaniem z roboty), co mogłoby go od tego odwieść.
-No dzień dobry, niewiasto. Też mi się serce raduje, że cię widzę - rzucił na powitanie, nie spodziewając się ze strony neurochirurga niczego przyjemniejszego, niż niewybredny komentarz. - Mam, ale z dobroci uznałem, że przyjdę ci potowarzyszyć, bo jak widać życie socjalne kuleje - podszedł do niego, uśmiechając się przy okazji. Nawykł już do postawy mężczyzny, który niemal zawsze reagował na innych tak samo, jakby z niechęcią i dystansem. Well, Aaron potrafił być uparty. - Wiedziałem, że zadziała. Mam jeszcze coś dobrego. Wybierasz croissanta z czekoladą i malinami, babeczkę cytrynową z makiem, czy pączka z nadzieniem sernikowym z różą. Nie pytaj, coraz dziwniejsze te wypieki - klapnął sobie na jakieś wolne krzesło, odstawiając torebki z cukierni. - Czy ty w ogóle wychodzisz z tego więzienia? - spytał, mając na myśli szpital.
Cyrus Lockhart
-
'Cause lately we've been living in different nations
Enemy lines are drawn, lines are drawn
We're speaking different tongues communicating
And as we fall, time is frozen
I know we break, but we're not brokennieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Moje życie społeczne ma się świetnie, o to nie musisz się martwić — prychnął pod nosem. Nie była to kwestia, która szczególnie go interesowała. Cy zdecydowanie preferował samotność niż widywanie się z ludźmi, którzy swoją głupotą, dennym poczuciem humoru i brakiem zorganizowania, doprowadzali go do szału. Zwykle jego ponury nastrój, chłód i pracoholizm, odpychały od niego obcych, ale Aaron był cholernie uparty. Nigdy wcześniej nie widział człowieka, któremu tak bardzo zależałoby zbliżenie się do niego; w ogóle mu to nie odpowiadało, dopóki zwyczajnie nie skapitulował. — Zaniedbasz swoje obowiązki i będziesz zaraz marudził, że nie możesz się z tego wszystkiego odkopać — mruknął, upijając łyk kawy, która powinna nieco pobudzić jego umysł. Oczywiście, że musiał wtrącić swoje trzy grosze.
— Nie lubię słodkiego — odparł automatycznie; niszczyciel dobrej zabawy. — Nie mam zamiaru robić jutro więcej kilometrów, żeby to spalić — dodał, nawet nie zerkając w stronę słodkości. — Poza tym cukier działa na mnie usypiająco — westchnął, próbując jeszcze jakoś go zbyć, choć podejrzewał, że może się to nie udać.
Lockhart przywykł do ciągłej pracy w szpitalu. Wiedział na co się pisze, gdy zdecydował się na bycie medykiem, a potem na neurochirurgię. Początkowo myślał jeszcze o kardiochirurgi, bo w jego głowie były to dwie specjalizacje, które pozwoliłyby mu na to słodkie poczucie kontroli. Kompleks boga — sami rozumiecie. Bawiło go więc stwierdzenie Aarona, jakoby szpital miał być jego więzieniem. Traktował to miejsce bardziej jako emocjonalny schron niż swego rodzaju obóz pracy.
— Staram się jak najmniej — zażartował, zerkając przelotnie na kumpla. — Co tu robisz? Przyszedłeś mi poprzeszkadzać czy masz jakąś sensowną propozycję, którą może mógłbym rozważyć? — zapytał, zamykając teczkę z dokumentami i wrzucając ją do szuflady biurka. Skrzyżował ręce na klatce piersiowej, zerkając na Blacka. — Mam ci zrobić tomografię? Pobrać ci krew? — rzucił żartobliwie, podejrzewając, że żadna z tych opcji nie będzie dla niego interesująca.
Aaron