Nie potrzebowała jego aprobat, żeby dowartościować siebie lub swoją pracę, jednak jego słowa sprawiły, że parsknęła gorzko.
— Coś jeszcze chcesz powiedzieć? Jakaś jeszcze obraza? Komentarz? Feedback? — uniosła brwi. Nie ruszały jej takie słowa. Wychowała się w cholernym domu dziecka, gdzie niektóre dzieciaki miały jeszcze gorsze zachowanie od Caleba. Jej pierwsi rodzice z pewnością również mieli o niej takie samo zdanie jak on, skoro
zawiodła ich, demoralizując inne dzieci w szkole. W cholernym liceum katolickim, gdzie nie trzeba było zrobić wiele, aby być posądzonym o takie zachowanie. Może gdyby życie jej tak nie skrzywdziło, to byłaby inna. Może byłaby bardziej beztroska i w ogóle zajmowała się czymś, gdzie żaden nadęty prokurator nie zawracałby jej tyłka, ale wylądowała tutaj — siedząc na przeciwko niego i mierząc się z jego niebieskimi tęczówkami.
— Może najwidoczniej nadal za mało — mruknęła, wywracając oczami.
— Może warto zmienić nastawienie? Pomyśleć, czy sam sobie czasami wszystkiego nie utrudniasz? — Już nie wiedziała, jak powinna do niego dotrzeć. Jak odwrócić od siebie jego uwagę, żeby zajął się swoim czubkiem nosa, kiedy była potrzeba, a nie kiedy było mu to na rękę; bo dziwnym trafem, zawsze kiedy robiło się niekomfortowo albo coś szło nie po jego myśli, to akurat ona musiała być w to zamieszana. Cholerne fatum spotkało ją w dorosłym życiu, jakby już za dzieciaka nie miała wystarczająco ekscesów.
Puściła mimo uszu jego komentarz o doktor habilitowanej, a cała jego postawa, kiedy mówiła o swojej pracy, przypominała znudzonego nastolatka, kiedy ktoś mówił do niego o… w zasadzie czymkolwiek, co go w ogóle nie interesowało.
— A szkoda, mógłbyś się tym choć trochę zainteresować, może kiedyś by ci się to przydało przy prowadzeniu sprawy — westchnęła, kiwając głową na boki.
— Ignorancja jest bardziej szkodliwa od braku wiedzy — zacmokała, wzruszając ramionami. Kiedyś będzie potrzebował informacji — będzie musiał wiedzieć, jakie mechanizmy zachodzą, aby czasami wykreślić jakiś dowód z listy, może nawet i na swoją własną korzyść, ale nie będzie umiał tego zrobić, bo był cholernym chamem i ignorantem.
— Czy ty musisz wszystko przeinaczać? Jakim cudem jesteś prokuratorem, skoro nie umiesz słuchać co ktoś do ciebie mówi? — zapytała, wywracając oczami. Przecież kompletnie nie to do niego mówiła — bardziej podkreślała mu fakt, że gdy on był skupiony na jednej sprawie, ona nie interesowała się jej szczegółami, tylko przechodziła do następnej. Robiła badania kolejnych dowodów, które dotyczyły czegoś zupełnie innego i po zakończonej próbie spisywała je i przechodziła dalej — prosty łańcuch, który mógł się wydawać żmudny, ale taka właśnie była jej praca.
— I postanowiłeś, że ty jeden zbawisz świat? Wybacz, supermanie, ale nie wyglądasz jak cudotwórca. — W jej oczach, tylko dołączył do tego cyrku, który tak bardzo go denerwował. Musiałby dokonać rewolucji, aby zmienić to, co go tak bardzo denerwowało, a rewolucji nie przeprowadzi w pojedynkę. Obserwowała go, gdy mówił dalej i rozglądał się po pomieszczeniu. Może gdy da mu się wygadać to po prostu wyjdzie?
— Nie tylko mój dowód sprawił, że została uniewinniona, Caleb. Nie opierają wyroku tylko na jednym czynniku, ta sprawa toczyła się już od jakiegoś czasu i każdy tylko przepychał między sobą prawdę — powiedziała spokojniej niż wcześniej.
— Co jeśli rzeczywiście jest niewinna? Co jeśli otruł go ktoś inny, a ty chciałeś zamknąć w więzieniu niewinną kobietę, tylko dlatego, że jedno, niemiarodajne badanie pokazało tak a nie inaczej? Co jeśli prawdziwy sprawca dalej krąży na wolności? — zadała mu pytania, na które realnie chciała poznać od niego odpowiedź. Usłyszeć jego wątpliwości, dowiedzieć się, że był też zwykłym człowiekiem, który miał świadomość, że nie był nieomylny.
— Oh, i całe szczęście. — Wywróciła oczami. Oszalałaby, mając takiego przyjaciela — pana marudę, który oskarża cały świat o własne błędy. Chociaż może wtedy nie miałaby skrupułów, aby sprzedać mu lepe, aby się ogarnął i zaczął myśleć
rozsądnie. Jej domaganie się, aby dokończył zdanie, było zwykłym podpuszczeniem. Nie potrzebowała usłyszeć, że miała duże ego, a małe cycki, jakby przynajmniej bardzo dobrze je znał.
— Gratulację, panie prokuratorze, za szczyt elokwencji i kultury osobistej w rozmowie — rzuciła zgryźliwie z krzywym uśmieszkiem.
— Droga wolna, tylko zrobisz mi przysługę. — Nie będzie za nim płakać, nie będzie prosić, żeby wrócić. Albo będzie mieć mniej pracy, albo zajmie się dodatkowymi sprawami, a przynajmniej nie trafi już na drugiego takiego wyszczekanego.
Sama Hazel wstała, żeby zobaczyć, co się działo, wychyliła się zza jego ramienia i otworzyła szeroko oczy, widząc kobietę z nożem przy gardle. Cóż… na komisariacie zdarzały się różne popaprane akcje, czasami ludzie nie zgadzali się z wyrokami sądów, grozili policjantom za wydane mandaty lub działy się inne dramaty; a to na pewno była jedna z większych akcji, które przyszło jej tu zobaczyć. Kim ona mogła być? Zauważyła, jak Caleb wyrwał się w jej kierunku, zaraz zatrzymany przez policjanta i zmarszczyła brwi.
Sąd już wydał wyrok… Oh, czy to była…? Przyjrzała jej się uważnie i zastanawiała się, czy była tak zrozpaczona tym wszystkim, czy po prostu była wariatką. Dojrzała, jak trzęsą się jej ręce, nóż niepewnie ślizga się w wilgotnych od potu dłoniach, a oczy, które przeskakiwały między Calebem a innymi policjantami, zdecydowanie miały rozszerzone źrenice. Skupiła się na szczegółach i nie wiedziała, czy ktoś jeszcze je zauważył, czy tylko skupił się na ostrym narzędziu w jej dłoni.
Pociągnęła lekko materiał marynarki Fairchilda, żeby zwrócił na nią uwagę, ale zaczęła mówić do policjanta, który stał obok; chciała jednak, żeby prokurator ją usłyszał i wziął pod uwagę jej obserwację.
— Ma wyraźnie rozszerzone źrenice i jest mocno pobudzona, więc może być pod wpływem, ale też może być to skrajna reakcja na stres lub zmieszanie alkoholu z lekami na uspokojenie — powiedziała cicho, kiedy jakiś inny policjant zaczął z nią dyskutować. Zamiast tego zaczęła krzyczeć, że nikt z nich nie zrozumie, co czuje kobieta po stracie ukochanego męża i to jeszcze z takimi zarzutami. Rozejrzała się po towarzystwie. Na popołudniowej zmianie w większości zostali sami faceci. Wychyliła się nieco zza pleców Caleba, a gdy kobieta dostrzegła ruch, przytknęła bliżej narzędzie do gardła.
— Proszę, nie ruszaj nożem — rzuciła, wyciągając dłonie przed siebie.
— Słyszymy, że mówisz, że nie jesteś morderczynią i wysłuchamy cię, ale najpierw odłóż nóż na blat recepcji i podejdź do kanap — wskazała ręką na siedzenia w poczekalni.
— Nikt nie chce cię tu skrzywdzić. — Była w szoku, że jej głos był tak opanowany, chociaż w środku cała drżała z przerażenia. Może to adrenalina danej sytuacji sprawiła, że w ogóle się odezwała, a może fakt, że… że kobiecie brakowało zrozumienia? Nie mogła powiedzieć, że się z nią utożsamiała, ale z pewnością rozumiała to, że nagle cały świat zwrócił się przeciwko niej.
chleb