Mogli tak stać naprzeciwko siebie i mierzyć się spojrzeniem do samego zamknięcia, co prawdopodobnie oznacza ostatniego klienta, który jest w stanie utrzymać się na nogach albo wczesne godziny poranne — cokolwiek przyjdzie / padnie wcześniej! I znając jego upór, gotowy był czekać do świtu, cholera wie na co… tylko po to, by móc powiedzieć „wygrałem”. Pod tym względem nie różnił się wiele od przeciętnego ośmiolatka, co najwyżej miał… inne mniej legalne metody działania. I poziom determinacji, o. Grać o samą wygraną… to jednak za mało, zwłaszcza, że oboje mieli prawdopodobnie zupełnie inne pojęcie tego, co ona oznacza.
Czy wystarczyłoby mu, żeby schyliła się po ten cholerny klucz? Owszem. Czy byłoby lepiej, gdyby wyszła stąd pierwsza, wkurzona jeszcze bardziej niż w chwili, gdy go tutaj wepchnęła? Zdecydowanie. Zdaje się, że to był jego jedyny cel — doprowadzać ja do szału! Mnie to bawi, a co dopiero jego!
Słysząc, że sam ma podnieść klucz, uśmiechnął się pod nosem i nieco teatralnie, niby od niechcenia, spojrzał na leżący na podłodze klucz — spojrzał, wydął usta z równie teatralnym „hmm”, po czym wyprostował się i…
—
Nie — odparł, wracając ku niej spojrzeniem, a jakby na potwierdzenie swoich słów, skrzyżował nogi w kostkach i zaczął postukiwać czubkiem buta o podłogę. Ani mu się śniło przesuwać choćby o centymetr! —
Pozostało tylko czekać na koniec świata… — mruknął, wzruszając lekko ramionami z miną człowieka, który absolutnie nigdzie się nie śpieszył! Jakby to właśnie był jego plan na wieczór i od samego początku zamierzał spędzić go zamknięty w ciasnym kantorku z dziewczyną, która nie może zdecydować, czy bardziej ma ochotę mu przyłożyć czy uciec… a może jedno i drugie.
W tym momencie w jego głowie pojawiła się pewna myśl, której nie mógł tak po prostu zignorować. Myśl, Reece, myśl…
—
Groźby? — powtórzył wyraźnie rozbawiony tym, co właśnie powiedziała, jakby nie do końca wierzył, że rzeczywiście powiedziała to na głos; pokręcił lekko głową, nie spuszczając z niej wzroku — jak zrobiłaby każda szanująca się osoba, która zamierza komuś
n i e grozić — po czym przewrócił oczami, wzdychając przy tym ciężko, niemal rozczarowany tym, do jakich doszła wniosków. —
O tak, jesteś bardzo dzielna — mruknął kpiąco, w odpowiedzi na jej „nie boję się ciebie”. Miał wrażenie, że już to mówiła, a przynajmniej chciała, a to sprawiało, że… cóż, nie była w jego oczach zbyt przekonująca!
Jego brwi mimowolne powędrowały ku górze, gdy zrobiła krok do przodu, a wraz z nim kącik jego ust, które wykrzywiły się w uśmiechu, gdy dotarło do niego, co powiedziała...
—
Nazwij mnie tak jeszcze raz —
I dare you. To była groźba, nawet jeśli nie wspomniał o konsekwencjach. Co prawda groźba wypowiedziana z wyjątkowo czarującym uśmiechem, ale… miał w tym pewną specjalność. Idąc jej śladem, odepchnął się od szafki i przestąpił krok w jej stronę. —
Nie ma takiej siły… — powtórzył, a sposób w jaki to zrobił sugerował jasno, że ma w tej kwestii zupełnie inne zdanie. —
Naprawdę powinnaś ostrożniej dobierać słowa… I nie –
to nie groźba, raczej… przyjacielska rada — dokończył, unosząc lekko brwi, jakby sam nie znalazł lepszych słów i musiał zadowolić się tym określeniem. Przez chwilę przyglądał jej się uważnie, gdy patrzyła na niego z wysoko zadartym podbródkiem, za wszelką cenę próbując dać mu do zrozumienia, że nie ma w niej ani krzty strachu czy niepewności. On z kolei opuścił spojrzenie na bluzę, którą miała na sobie, a co za tym idzie, na
nią, w sposób dość wymowny; w głowie jednak kalkulował nie to, jak zaciągnąć z niej ubranie, ale jak… schylić się po klucz i wciąż wygrać!
P r i o r y t e t y.
—
Okej, znudziło mi się — powiedział nagle, zupełnie innym, pozbawionym emocji tonem, po czym odwrócił się za siebie i podniósł z podłogi klucz, który następnie ostentacyjnie uniósł do góry, dając jej do zrozumienia, że ma się odsunąć. On ma klucz. Ona stoi mu na drodze. Proste. Przekręcił klucz w zamku i otworzył drzwi na oścież, ale jeszcze zanim to zrobił, zgrabnie wsunął klucz do kieszeni, bo przecież… skoro już wie, co jest w kantorku, może się przydać, prawda?
Wyjrzał na zewnątrz, po czym odwrócił się przez ramie na brunetkę, posyłając jej nieco krzywy uśmiech, mówiący… „wygrałem”, a ona zaraz miała dowiedzieć się dlaczego. Obok przechodził bowiem manager klubu, bez wątpienia szukał swojej pracownicy — i znalazł, a gdy jego wzrok wylądował na niej, a po chwili na wychodzącym z kantorka brunecie, ten uśmiechnął się pod nosem, udając, że poprawia koszulkę, a przechodząc obok mężczyzny, poklepał go po ramieniu i powiedział —
Świetna obsługa, naprawdę — Czy ona właśnie zasugerował…
oh yeah, he did!
Przecież nie zależało jej na tej pracy, nie?
KONIEC
Constance May