To nie był błąd. Nie dla mnie
Zawiesił się na tych słowach, nie odpowiadając.
Akurat w jego systemie pojęć błąd był kategorią skrajnie obiektywną. Zdarzeniem prowadzącym do straty, decyzją zwiększającą ryzyko, którą należało wyeliminować lub po prostu unikać. Tymczasem ona wyjęła swoje działanie spod tej definicji jednym zdaniem i nie próbowała go przekonać. Po prostu nazwała własny punkt odniesienia, zupełnie inny od jego. I właśnie to było niepokojące. Bo oznaczało, że miała własny protokół decyzji, niezależny od jego logiki i jego kontroli.
Najgorsze było to, że część jego umysłu potrafiła ten wybór zrozumieć, nawet jeśli całkowicie go odrzucała. To nie była ani panika ani przypadek, tylko świadome postawienie jego życia wyżej niż własnego bezpieczeństwa. Nielogiczna. Właśnie dlatego próbował nazwać to błędem. Ale im dłużej wracał do jej słów, tym wyraźniej widział, że problemem nie jest ona ani jej wybór, tylko to, że on na ten wybór reaguje.
Dlatego nie powiedział nic. Nie dlatego, że oddał jej rację – po prosut aby nie zakopywać się w tym dłużej i nie myśleć. Bo znów dochodził do ciężkiej konkluzji i świadomości lokalizacji
problemu.
Nie powiedział również nic na jej komentarz o wyjątkowym talencie do znajdowania się w kiepskim momencie, na kiepskiej osi czasu. Zasadniczo mógłby powiedzieć, że wcale nie ostatnio, a przez całe życie, bo jeśli spojrzeć na to, gdzie się urodziła, przez co przeszła i skąd ją zabrał, oraz w co wciągnął – to uniwers od początku życzył jej jak najgorzej.
—
Moją odpowiedzialnością jest dbać o to, żeby takich sytuacji nie było. A nie przyjmować na siebie konsekwencje niedopatrzeń. — Bo nie chodziło o sam fakt stanięcia przed odbezpieczoną, naładowaną bronią. O to, aby unikać błędów, które do tego miały doprowadzać. Takich jak to, że Navi wplątała się w romans z kimś, kto dopatrywał się w niej źródła informacji. A wcześniej takich jak fakt, że nie potrafił sobie poradzić z własnym umysłem w jej obecności.
Zmarszczył delikatnie czoło, słysząc jej kolejne słowa, które z umęczeniem wypowiedziała. Nierozsądnym było, że jeszcze w ogóle próbowała dyskutować – nie w kontekście jej argumentów, a braku sił.
To, co powiedziała, było logiczne z jej perspektywy. Faktycznie, życie bywało chaotyczne. Ludzie faktycznie popełniali błędy i nawet on nie mógł przewidzieć wszystkiego. Problem w tym, że ona myliła dwie rzeczy. Nie mówił o przyszłości w kategoriach prawdopodobieństwa. Nie mówił o staraniu się, ani o nadziei, że coś się nie wydarzy. On tak nie działał. Nie obiecał – on postanawiał.
—
Niczego ci nie obiecałem — odpowiedział szorstko. Byłoby to sprzeczne z tym, jaki był i sprzeczne z jego własnymi zasadami – a kolejnych sprzeczności już by nie zniósł. Niemniej Giovanni nigdy nie obiecywał czegoś, czego nie mógł. Zresztą, tu nie było mowy o tym. —
Obietnice są wtedy, kiedy zostawia się miejsce na porażkę. — Przeniósł na nią swoje spojrzenie, zaraz dodając: —
A ja nie zostawiam. — W tym jednym zdaniu nie było ani emocji, ani patosu. Była metoda. Był wybór. Była odpowiedzialność, którą brał na siebie bez pytania, czy to rozsądne, czy wykonalne, czy bezpieczne. On nie kalkulował w ten sposób. Uniósł delikatnie podbródek, wciąż nie spuszczając z niej pewnego, przenikliwego spojrzenia. —
Nie będzie następnego razu — zakończył, cierpko i stanowczo. Na sam koniec powtarzając ten sam imperatyw, co wcześniej.
Nie miało brzmieć to jak czcza próba uspokojenia jej. Ani nie miało brzmieć jak pocieszające zapewnienie. Miało wybrzmieć tak, jak chciał – jak zamknięcie tematu. I nie dlatego, że świat nagle przestanie być nieprzewidywalny, tylko dlatego, że on nie zamierzał zostawić mu na to przestrzeni.
Był szorstki, skrajnie racjonalny, ale tak właśnie funkcjonował jego umysł. Próżno doszukiwać się w nim bardzo miękkich przełomów, w których nagle stanie się romantycznym antybohaterem jakiejś powieści i bez problemu będzie radził sobie z tym, co się działo. Że zrozumie i nada sens tej relacji. Emocje były przytępione, wszystko u niego musiało iść jak spod skalpela; ale miał swoje glitche, ostatnio coraz częściej. Mogły umykać jej uwadze, w końcu nie znała go doskonale, a zrozumieć psychopatę – o czym o nim nie wiedziała wprost – było naprawdę trudno komuś, kto jednak urodził się w zakorzenioną empatią i świadomością emocjonalną.
—
Odpocznij, Navi — powiedział, machinalnym gestem zaciągając cienki materiał kołdry, który zdołał się zsunąć, wyżej, pod jej szyję. Świadomość tego gestu przyszła ułamek sekundy później, a on opuścił dłoń wzdłuż ciała, dodając sucho: —
Jesteś bezpieczna.
Kiedy był przy niej, mógł to gwarantować – choć przecież nie tak dawno temu, to jego palce zaciskały się na jej szyi, świadomie odbierając jej oddech, dłużej niż mogła trwać jakakolwiek podniecająca zabawa.
Navi Yun