Zastanawiał się czasami jakim sposobem tak wiele osób, które przewinęły się przez jego życie bez echa mogły być tak bardzo niekompatybilnymi, a Gauthier jako jeden jedyny wyjątek wypełnił lukę, której dokładnego kształtu nie znał nawet sam Milo. Czuł, każdego dnia coraz bardziej, jak Dylan niczym zagubione ogniwo zaczynał łączyć go ze światem, na który dotąd nie zwracał większej uwagi, a którego brak nagle dotknął go ze zdwojoną siłą.
Wciąż jednak nie potrafił otworzyć się w pełni, nadal upatrywał jakichkolwiek przesłanek do nieufności, czekając w nieustannym czuwaniu niby szpilką, aż znajdzie się miejsce w jakie trzeba ją będzie wkuć. Wciąż nerwowo reagował na ciszę, bo w jego wypadku zwykle nie była niczym dobrym; oznaczała powolne wypalenie zainteresowania, dystans i stawała się ostatnim etapem tuż przed odejściem, których miał za sobą zbyt wiele. Nie znał za dobrze innych jej rodzajów i nie wiedział, że mogła również oznaczać bezpieczeństwo i niewymagającą słów obecność.
Peszył się przy niezapowiedzianej bliskości, ale jednocześnie przynajmniej w tej dziedzinie powoli zaliczał progres, bo przestał wymagać anonsowania chęci nawiązania zwyczajnego dotyku. Wzdrygał się tylko czasem, za to nie uciekał już tak panicznie i nie rejterował do własnej sypialni.
Rzadko wychodził z inicjatywą, choć był jej coraz bardziej ciekaw widząc jak Dylan entuzjastycznie przyjmuje wszystko z czym do niego przychodził, każdy ledwie wyczuwalny dotyk palców na wierzchu dłoni, głowę opadającą mu na ramię, ilekroć zasypiał podczas wieczornego seansu, ale opierał się przed przyznaniem, że odpływał. Zachęcał go po prostu nie wymagając i chyba właśnie dzięki temu Rivera zaczynał czerpać z tego satysfakcję.
Oczy, choć zmęczone i w umęczonym konturze ciemniejszej obwódki (jakimś cudem widocznej nawet przez farbę, jakby niedospanie potrafiło przełamać biel) pojaśniały w zadowoleniu na akceptację Subwaya jako kolejnego celu, Milo nawet przemruknął coś niewyraźnie pod nosem; było kilka miejsc, które lubił niezależnie od miasta i jednym z nich był popularny bar z kanapkami. Omijał natomiast Taco Bell szerokim łukiem twierdząc otwarcie, że to podróba i kpina z meksykańskiej kuchni.
Lubił też przydrożne knajpy, w jakich za parę dolarów można było porządnie zjeść i zasięgnąć języka, bo o tyle o ile był beznadziejny gdy chodziło o small talk, tak jeżeli naprawdę potrzebował coś załatwić był w stanie przełamać barierę i zagadnąć miejscowego pytaniem o drogę.
Najbardziej jednak lubił, kiedy Dylan przejmował kuchnię i obligował go do trzymania się swojego stołka, podczas gdy sam kroił, siekał, podduszał i smażył, dyrygując żołądkiem Rivery jak dyrygent orkiestrą.
Gauthier przechylił mu się na kolanach i kiedy myślał już, że po prostu zlituje się i zwróci mu krążenie w nogach, niespodziewanie mężczyzna wychylił się i wręcz dosłownie skradł mu płytki pocałunek, na który Milo sapnął mu ze zniecierpliwieniem między wargi. Ale odpowiedział - skubnięciem. Ledwo-ledwo, ale zawsze.
Patrzył spod rzęs (na tych na prawym oku miał trochę farby) na to jak Dylan układał się na kanapie, jak gimnastykował, żeby wciąż móc na niego spoglądać i dopiero gdy przestał się wiercić, a jego stopa bezczelnie wcisnęła mu się pod udo, westchnął, pozwolił głowie opaść w tył na oparcie kanapy i na moment zamknął oczy; miał ochotę rozmasować sobie obiema dłońmi policzki, ale przez radosną twórczość Gauthiera musiał się powstrzymać.
Stopie pozwolił zostać na miejscu, bez komentarza.
一 Hmm? 一 wymruczał jakby nie dosłyszał, przekrzywiając głowę i uchylając jedno oko. W sam raz, aby dać się złapać na spojrzenie golden retrievera, na jakie niestety nie miał jeszcze żadnej skutecznej metody samoobrony. Coś zassało go w żołądku, coś ucisnęło w piersi, gdy mierzył go twardo wzrokiem, walcząc z samym sobą heroicznie acz zupełnie bezcelowo.
Kurwa, wiedział. Na pewno wiedział, cholera by go.
一 Chyba jestem za miękki 一 przeszło mu przez myśl, zanim wyraził się na głos:
一 Zasnę gdziekolwiek.
Co w jego języku oznaczało u ciebie też choć jeszcze chwilę temu miał na ten temat zgoła odmienne zdanie.
❁❁❁
Pomimo że ich staż jako pary liczył sobie kilka tygodni, w sypialni Dylana spędził najwyżej dwie lub trzy noce. Czasami lakonicznie odpowiadał, że może zajrzy trochę później (co po przełożeniu na język powszechny sugerowało, że tego nie zrobi), niekiedy wprost oznajmiał, że nie dziś. Powodem nie była niechęć wobec bliskości czy Dylana samego w sobie; Rivera albo całym sobą angażował się w projekty, które zjadały większość jego nocy i zwyczajnie nie kładł się spać w ogóle, albo nie czuł się tak, jakby jego wizyta była jakkolwiek praktyczna, skoro i tak mieli jedynie przespać do rana. Mógł go przecież zaczepić rano, zrobić mu kawy, skubnąć za koszulkę założoną tył na przód.
Dzisiaj, zwłaszcza po prysznicu wyjątkowo miał ochotę na odrobinę fizyczności, na obecność drugiego, ciepłego ciała przy swoim i terapeutycznie uspokajający oddech Dylana, do którego dopasowywał swój własny i dzięki temu łatwiej mu było zasnąć.
Drugi prysznic tego wieczora zmienił go w rozmiękłą imitację człowieka, parującą jeszcze gorącem, pachnącą ulubionym, cynamonowym żelem pod prysznic i zostawiającą mokre ślady, bo oczywiście nie kłopotał się wytarciem stóp. Dwie łezki wody spłynęły mu po gołych łydkach, widocznych dzięki cudacznie krótkim, sięgającym kolan szortom w biało-granatowe paski, twarz miał natomiast zaczerwienioną od mycia, a chmurkę włosów wilgotną od pary. Półprzytomne spojrzenie zapowiedziało katastrofę; Milo obił się o framugę i biurko jak ślepa foka, zaklął cicho, przetarł oko nadgarstkiem i wzdrygnął się czując, że jedna licha koszulka wygrzebana z dna szafy nie wystarczała, by utrzymać go w cieple.
一 Od ściany 一 wymruczał w przestrzeń, cicho i sennie. 一 Nie, bardziej... tak 一 zmieniał zdanie bez przekonania, gdy już na kolanach i rękach wędrował poprzez połać materaca w wymarzonym kierunku, cudem omijając nogi Gauthiera. 一 I ten... cicho być, hmm? 一 ciągnął dalej, chyba nawet nie mając świadomości, że mówił na głos. Zawinął się ciasno w kokon, obrócił plecami do Dylana i znieruchomiał dość szybko, z cichym, ale długim westchnieniem świadczącym wreszcie o wygodzie i zadowoleniu. Pościel była zagrzana, materac odpowiednio miękki, a poduszka pachniała szamponem, którego używał tylko Gauthier, a za jakim Milo skrycie przepadał. Zauważył jednak po pierwszej próbie, że na nim samym efekt był zupełnie inny.
Dylan Gauthier