Słysząc odpowiedź Camelli o tym, że była zadowolona z wybranych przez siebie studiów, Connor przez chwilę zastanawiał się, czy odpowiedziała szczerze
Niby wszystko co mogło, to na to wskazywało...
- To dobrze. - odparł.
- Przynajmniej nie czujesz, że zmarnowałaś czas. - dodał, bo miał kilku znajomych, którzy bardzo żałowali, że nie poszli na inne kierunki, które otworzyłyby im furtki do innych miejsc pracy.
- W sensie, szkoda by było tego całego wkładu oraz czasu, jaki poświęciłaś gdybyś żałowała. - wytłumaczył, bo miał przeczucie, że mógł zostać źle zrozumiany. A on naprawdę nie miał nic złego na myśli.
- Czasami szkoda, że nie można przeprowadzić czegoś w rodzaju symulacji by wiedzieć, który wybór będzie lepszy. - dodał od siebie myśląc, że coś takiego byłoby całkiem przydatne, tylko raczej niewykonalne - bo z czego stworzyć coś takiego? To było tak samo niewykonalne, co machina do podróży w czasie.
Nagle z zamyślenia obudziły go słowa wypowiedziane przez Camellię, a która również zapytała go o studia.
- Ja? Tak, jestem zadowolony. Dzięki nim, zatrudniono mnie w szpitalu i choć może czasami ścigam się z czasem, to przynajmniej nie jest nudno. A, no i mam pierwszeństwo gdy włączam koguty. - wiedział, że ta druga część wypowiedzi odnosiła się do pracy, ale taka prawda - nie byłby ratownikiem, gdyby nie uczelnia, którą ukończył. Jasne, wielu nocy nie przespał ale nie żałował. Jasne, miewał wątpliwości ale przeszły, gdy zdał egzaminy. Czy się bał? Oczywiście. Tylko starał się nie dać tego po sobie poznać.
- Następnym razem wezmę kask. - A przynajmniej się postaram go wziąć. bo istniało całkiem spore prawdopodobieństwo, iż zwyczajnie o tym zapomni. Oczywiście, Stones miała rację - po którymś uderzeniu istniało ryzyko, że coś mu się stanie i uważał tę troskę za całkiem uroczą, lecz zaraz potem coś mu przypomniało, że
halo, pamiętasz kto Cię zablokował na dłuuugi czas?
- Serio? Już aż tak widać? Choleraaa... - westchnął głośno.
- Dobrze, że mam w samochodzie czapkę z daszkiem, to może trochę zasłoni... - nadzieja matką głupich. Jeszcze mógł założyć czapkę beanie, tylko problemem był fakt, iż na zewnątrz było dość ciepło a we wspomnianej czapce beanie, dość szybko za równo włosy jak i czubek głowy wraz z czołem, by się pociły.
Walker całkowicie się nie spodziewał takiej reakcji po dziewczynie tj. że ona także wstanie - aż zamrugał kilka razy by mieć pewność, iż to co widział, było prawdziwe a nie zwykłym snem na jawie lub wytworem wyobraźni. Dodatkowe potwierdzenie stanowiło pytanie, które otrzymał.
- Co? A... nie, nie. Znaczy niedługo pewnie tak bo wiesz... muszę zdążyć kupić tę uszczelkę. Dobrze by było, aby Twoja mama jeszcze dziś mogła korzystać ze zlewu. - wyjaśnił, czując ulgę, że mógł na coś zwalić swoje nagłe wstanie z krzesła.
- Jak chcesz, możesz pojechać ze mną. - powiedział, a dopiero po chwili zrozumiał, że powiedział to głośno i aż nerwowo przeczesał dłonią włosy. Gdyby nie wstała, zapewne faktycznie by poszedł a tak? Miał ochotę ją przytulić i powiedzieć, żeby naprawili to, co zostało zniszczone przez zbyt długą ciszę oraz brak rozmów, ale trzeźwy umysł (a przynajmniej jego resztki) go powstrzymały.
- Uff, co za ulga. - powiedział siadając i teatralnie przejeżdżając dłonią po czole tak, jakby właśnie wytarł pot z czoła. Słysząc o fakturach, parsknął śmiechem.
- Tylko paragony... ustnie. Szkoda papieru. - odpowiedział dość pewnie, pół żartem, pół serio, ponieważ prawdą było, iż mówił ludziom ile mają zapłacić, co było prawie jak "niewidzialny" paragon. Jasne, mógł być bardziej profesjonalnym i drukować fakturę albo paragon, tylko już nie chciało mu się tak bawić.
- Ale dziękuję. To miłe, że uważasz, że profesjonalnie dokonuję napraw. - dodał, posyłając Camelli ciepły, a zarazem szczery uśmiech. Nie był gotowy na komplementy.
- Czas pokaże. W sumie... gdyby nie to, to byśmy się nie spotkali po tych kilku... latach. - powiedział, zawieszając i ściszając głos.
- No i nie wiedziałbym jak Cię opatrzeć. - dodał, wskazując dłoń dziewczyny. Przełknął ślinę, zastanawiając się, czy wyjawić prawdziwy powód rezygnacji z wcześniejszych pomysłów, dotyczących różnych ścieżek zawodowych.
- Wypadek. On był kartą decydującą o moim losie. - wyjaśnił.
- Mój najlepszy przyjaciel on... zginął w nim, dlatego postanowiłem ratować ludzi. - miał też ogromną ochotę wspomnieć o swoich wyrzutach sumienia ale jedynie zacisnął pięści.
- Wiesz co jest najgorsze? Że proponowałem, abyśmy pojechali rano albo, żebym ja prowadził ale nie zgodził się. Przysnąłem i obudziłem się w szpitalu. - dzięki temu, że już jakiś czas minął, mógł o tym powiedzieć, bo po świeżych ranach, zapewne wstałby i po prostu wyszedł rzucając coś wymijająco albo rzuciłby jakąś ściemą. Jasne, mógł zarzucić kłamstwem, tylko prędzej czy później Camellia i tak poznałaby prawdę - o ile już jej nie znała, bo o wypadku zapewne słyszała wcześniej.
Pytanie, czy połączyłaby kropki.
- Mógłbym ehm... dostać coś do picia? Najlepiej wodę z lodem. - choć rzecz jasna, miał ogromną ochotę wypić alkohol, tylko wtedy cóż, nie wsiadłby do auta. A przecież musiał pojechać do budowlanego.
Musiał.
- Jest w porządku. Choć chyba faktycznie, powoli się rozpuszcza... - odparł, nie będąc pewnym, czy to kropla wody, czy jego własnego potu.
- Rozumiem. Ale mam nadzieję, że się nie przepracowujesz znaczy... dbasz o swój work-life balance? - zapytał, bo doskonale znał realia i wiele osób o ten work-life balance totalnie nie dbało. Najczęściej dla wielu liczyła się główni work, by mieć hajs - on też często brał nadgodziny, byle tylko nie wracać myślami do rzeczywistości.
- O, fajnie. Może coś upieczesz następnym razem? Albo możemy coś razem spróbować upichcić. - oczywiście była to całkowicie luźna propozycja, którą Camellia mogła odrzucić. To nie tak, że się obrazi, gdy usłyszy "nie".
Camellia Stones