-
French Canadian pani detektyw. Kociara która zawsze ma przy sobie kindle do czytania <3
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracji3 osczas narracji-postaćautor
Jej dom był jasny, minimalistyczny, z kilkoma akcentami zdradzającymi jej charakter – na parapecie stały doniczki z sukulentami, a na ścianie wisiała mapa świata z zaznaczonymi miejscami, w których była. W kuchni pachniało świeżo zmieloną kawą, a na blacie leżał otwarty notes z wczorajszymi zapiskami. Anais przeszła boso po chłodnej podłodze, czując, jak jej ciało powoli budzi się do życia. „Jeszcze godzina… muszę się ogarnąć” – pomyślała, nalewając sobie szklankę wody.
Przy biurku rozłożyła dokumenty, markerem zaznaczając najważniejsze punkty. Na ekranie laptopa otworzyła raporty dotyczące lotu – nazwiska, daty, numery rejsów. „Nie mogę go spłoszyć. Musi poczuć, że to tylko rutyna.” Wiedziała jednak, że w jej pytaniach kryje się ostrze – jedno nieostrożne słowo i mężczyzna zamknie się w sobie. W głowie układała scenariusze: zacznie od neutralnych pytań, potem przejdzie do szczegółów.
Spojrzała na zegarek. Czas płynął szybciej niż chciała. Wstała, otworzyła szafę i przez chwilę zastanawiała się, co założyć. Musiała wyglądać profesjonalnie, ale nie onieśmielająco. Wybrała granatową koszulę, czarne spodnie i klasyczne botki. Włosy związała w luźny kucyk, zostawiając kilka pasm miękko opadających na twarz. W lustrze zobaczyła odbicie kobiety gotowej na grę, w której stawką jest prawda. „Czas to pieniądz” – pomyślała, poprawiając mankiet koszuli. Jeszcze szybki rzut oka na notatki, telefon do kieszeni, klucze w dłoń. Gdy zamykała drzwi, poczuła, że wchodzi w dzień, który może przynieść odpowiedzi… albo jeszcze więcej pytań.
Dotarła do głównego budynku policji, witając się po drodze z innymi i zamieniając kilka słów tu i ówdzie, jednak nie zamierzała się teraz rozpraszać. Usiadła przy swoim biurku, uruchomiła komputer i dopisała kilka szczegółów do notatek. Gdy dostała wiadomość, że Ryan Lee przybył na posterunek, chwyciła dokumenty i ruszyła w kierunku sali wykorzystywanej do mniej oficjalnych przesłuchań. Nie zamierzała stawiać pilotowi żadnych zarzutów – przynajmniej na razie, bo pozostawał niewinny, dopóki śledztwo nie wykaże inaczej.
Otworzyła drzwi do pomieszczenia, w którym mężczyzna już czekał przy stoliku.
– Witam, panie Lee. Nazywam się Anais Beaumont i jestem jednym z detektywów pracujących nad sprawą dotyczącą lotu, którego był pan pilotem – powiedziała na przywitanie. Z kieszeni wyjęła dyktafon, włączyła go i położyła na stoliku w równej odległości pomiędzy nimi.
– Mam nadzieję, że nie ma pan nic przeciwko, jeśli ta rozmowa zostanie nagrana? Nic nie jest panu w tym momencie zarzucane, oczekujemy jedynie odpowiedzi na kilka pytań… – dodała, starając się brzmieć możliwie przyjaźnie. Ostatnie, czego chciała Anais, to by osoba, która dobrowolnie przyszła, zamknęła się w sobie.
Ryan Lee
-
Last Christmas
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Komenda policji. Chyba jeszcze nigdy nie znalazł się w tym miejscu. Taksował je spokojnym spojrzeniem, próbując znaleźć w nim coś fascynującego. Szczerze nie miał zielonego pojęcia, o czym chcieliby móc z nim porozmawiać. Był pilotem, bardzo dobrym. Latał w każdych warunkach, a uczucie turbulencji były jego ukochanym uczuciem. Czuł przedziwne uczucie ekscytacji, gdy zaczynało rzucać samolotem na prawo i lewo. Jakby ta lekkość faktycznie miała znaczenie. Dla niego miała. Przymknął przez moment oczy, zastanawiając się, co go tu czeka.
Do pokoju przesłuchań wszedł z kawą z automatu. Pachniała taniością. Trochę jak cała komenda. Zlustrował pomieszczenie spokojnym wzrokiem. Nigdy nie sądził, że jego praca mogłaby go doprowadzić w takie miejsce. Pachniało wilgocią oraz dziwnym uczuciem prawdy. Może skłoni go to do szczerości? Zawsze ją oferował. Wystarczyło tylko spojrzeć na niego, a on już zawieszał wzrok na atrakcyjnej pani detektyw. Na jego twarzy wymalował się tradycyjny uśmiech numer siedem, taki prawdziwego bajeranta. Coś z niego miał.
— Słysząc, że ma mnie przesłuchiwać detektyw Beaumont — zaczął spokojnym tonem, zawieszając wzrok na oczach Anais. Miała w sobie coś interesującego, za czym chciałby podążyć. Poznać ją trochę bliżej, a na pewno bez tego stołu dzielącego ich — nie spodziewałem się pięknej kobiety o tak cudownych oczach — roześmiał się delikatnie, drapiąc się po karku. Dla niego nie liczyły się żadne konsekwencje. Pozwalał sobie na dwuznaczności. Mógł być przesłuchiwany, ale widział w kobiecie coś interesującego.
— Więc dzień DOBRY — przywitał się w końcu, uśmiechając się jeszcze szerzej niż zwykle — chociaż teraz już będzie cudem spadającym z nieba — kącik ust poszybował mu ku górze, a ręka spoczęła na plastikowym kubeczku. Upił z niej łyka, nie uciekając spojrzeniem.
— A niech mi Pani detektyw powie... — zaczął lekko roześmianym tonem — nie powinienem mieć prawnika? — brzmiał jak pajac, ale nagrywanie zaczęło mu odrobinę śmierdzieć. On przecież nic nie wiedział. Wsiadał i leciał w przestworza — za taką twarz można by pójść siedzieć, nawet będąc niewinnym — parsknął krótko, ale on nigdy nie przyjmował żadnych spraw poważnie. Nieważne, co działo się dookoła, musiał trzymać się humoru.