Najpierw do pomieszczenia wchodziła jego pewność siebie, a potem Donnie, bo razem by się nie zmieścili w drzwiach.
Było w tym trochę prawdy, bo on nawet w tym różowym szlafroczku, który niedbale zawiązał w pasie, nie tracił tego swojego wrodzonego rezonu. A może nawet ten opięty materiał, który uwydatniał trochę mięśnie, spod którego wystawały fragmenty nagiej, śniadej skóry dodawały mu jeszcze jakiegoś takiego
pazura. Różowy szlafrok dodawał mu pazura?
No może nie, ale to nie był moment, żeby się nad tym zastanawiać, zwłaszcza, że Pani Harper... Cece, załapała chyba ten jego żarcik, co sprawiło, że w intensywnie zielonych oczach chłopaka zapłonęły wesołe ogniki.
-
Cece - powtórzył po niej, kiedy odsuwał sobie bez skrępowania stołek. Mógł tak mówić do matki swojej dziewczyny? Powinien?
Wielka szkoda, że on się nigdy tym nie przejmował. Tak jak teraz za bardzo nie skupiał się na tym, że siedział sobie w kuchni z Cece, która tak naprawdę mogłaby być jego matką, ubrany tylko w ten szlafroczek i bokserki. Mogłoby to kogoś zgorszyć? Jego na pewno nie.
Ten blant, a raczej bibułka ukryta pod jej dłonią też go wcale nie gorszyły, wręcz przeciwnie, dodawały jej jeszcze jakiejś
pikanterii. Jej? A może temu spotkaniu?
Kiedy Sophia mówiła o swojej mamie, Donnie wyobrażał ją sobie trochę inaczej, później zobaczył gdzieś na komodzie jej zdjęcie. Była podobna do swojej córki, ładna. I na pewno fotogeniczna. Donnie aż podrapał się po karku, bo jeszcze chwila, a on znowu by się na tym zafiksował,
na zdjęciach, czy na ciemnych oczach, w których odbijało się światło kuchennej lampy? Nie powinien się chyba tak na nią gapić.
Może nie powinien się też uśmiechać, kiedy tak bez ogródek powiedziała, że
wieki tego nie robiła, a jednak to zrobił, jeden kącik jego ust uniósł się zaczepnie ku górze.
-
To chyba jak jazda na rowerze, tego się nie zapomina - wzruszył delikatnie ramionami, mógł jeszcze to porównać do kilku innych rzeczy, ale chyba nie wypadało. A czy wypadało się tak patrzeć na jej ręce, kiedy składała tego jointa? Pewnie też nie, ale i tak intensywnie zielone tęczówki utkwione były w jej palcach, a potem na moment w jej ciemnych, dużych oczach. Ten moment, który wystarczył, żeby jej się to nie udało. Nawet chciał jej powiedzieć, że już nie będzie patrzył, odwróci się na moment, otworzył usta, ale brunetka go ubiegła, a nawet już podsunęła mu pod nos tę podstawkę. Pierwsze spojrzenie padło na zioło, drugie już na nią, przechylił na bok głowę, jakby chwilę nad tym myślał, ale przecież nie musiała go do tego przekonywać. Bo tutaj w tym wszystkim nawet najbardziej nie pociągał go sam blant, a
fakt wypalenia go właśnie z nią. Panią Harper. Wróć. Cece.
-
Stoi - rzucił krótko i przesunął jeszcze bliżej siebie podstawkę -
na pewno będzie świetny, bo jestem mistrzem jointów - powiedział wciąż z tą swoją pewnością siebie w głosie -
kilku innych rzeczy też - dodał, żeby jeszcze ją troszeczkę
zaintrygować. Bo ona już zaciekawiła go bardzo, do tego stopnia, że zielone tęczówki przesunęły się po blacie za nią, kiedy sięgała do lodówki. W tym czasie zaczął już sobie kruszyć w palcach zioło, a kiedy stanęła przed nim szklanka, to od razu do niej sięgnął. Musnął opuszkami jej palce oparte na zimnym szkle. Nie wypadało? Tutaj chyba sporo rzeczy nie przystoi, a jednak się działo. Nie cofnął ręki, tylko spojrzał w jej ciemne, błyszczące oczy.
-
Pewnie, to zostanie między nami - zapewnił ją, przecież nie powie Sophie, że jarał blanty z jej mamą w kuchni, już sobie wyobraził, jakby wtedy wyprowadziła mu cios prosto w śledzionę, a była w nich dobra, w takich szturchnięciach, po których Donnie miał później siniaki.
Upił łyk ze szklanki, trochę nazbyt łapczywie, bo kropla wody spłynęła mu po brodzie, wytarł ją wierzchem dłoni, a kiedy jej pośladki wylądowały koło niego na blacie, to przecież nie chciał na nie zerknąć.
No nie powinien. Ale to zrobił, jedno krótkie spojrzenie, bo już zaraz jego intensywnie zielone tęczówki wylądowały na podstawce z ziołem. Skruszył je, przejechał palcem po bibułce prostując ją, skręcił ustnik, nasypał susz, powoli, ze skupieniem, bo to przecież miał być
świetny blant. Podniósł wypełnioną zielonym bibułkę do ust i przejechał po niej wolno językiem, chociaż w tym czasie zerknął w twarz brunetki, zawinął papierek w palcach i już po chwili rzeczywiście miał gotowego ładnego, całkiem zgrabnego
ale nie tak jak Cece jointa. Aż wstał z miejsca i podniósł go do góry w dwóch palcach.
-
Chyba wyszedł zajebisty... to znaczy całkiem spoko - powiedział z niewinnym uśmiechem majaczącym na twarzy. Ale przecież każdy kto go znał, to wiedział, że Bowen to nie był niewinny wcale. Ale Cece jednak go nie znała. Pochylił się nad blatem w jej kierunku i dał jej skręta, a później pomacał się po kieszeniach w poszukiwaniu zapalniczki. Ciekawe jakich kieszeniach skoro miał na sobie bokserki i ten szlafrok, chociaż... Zaraz z kieszeni różowego szlafroczka wyciągnął jakąś brokatową zapalniczkę. Na pewno należała do Sophii.
-
Sophia pali? - zdziwił się troszeczkę, bo tego też się nie spodziewał, nie uświadczył jeszcze, ona nawet na niego patrzyła krzywo, kiedy sięgał po papierosa i kazała mu marznąć na balkonie, albo w oknie -
chyba kadzidełka - stwierdził i przesunął palcem go ogniu, żeby sprawdzić czy działa. Działał.
Donnie już zaraz pochylał się w kierunku Cece ściskając w dłoniach zapalniczkę, żeby jej tego
świetnego jointa odpalić. Blisko. Tak blisko też wcale nie powinien.
cecilia harper