-
aktor, którego gwiazda świeciła bardzo krótko, gdyż sam doprowadził do swojego szybkiego upadku i trafił na czarne listy, przez co teraz musi jeździć taksówką
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
I to na tyle, że nie miał ochoty wypuszczać jej ze swoich ramion. Pragnął jej i to bardzo, czego w życiu by się po sobie nie spodziewał. Nie pomyślałby, że mógłby chcieć całować Pillbury. Mało tego, że chciałby od niej czegoś więcej, a właśnie uświadamiał sobie, że właśnie tego pragnął.
Dotarło to do niego w momencie, gdy jego dłoń spotkała się z nagą skórą jej pleców, co wywołało u niego dreszcz ekscytacji i skierowało jego myśli w kierunku, w którym nigdy wcześniej na pewno by nie zmierzały. Teraz jednak to wydało się jak najbardziej na miejscu. I w dodatku całkiem w porządku, ponieważ na razie nie napotkał na żaden opór po stronie Carrie.
Co więcej, sama zasygnalizowała mu, że ich pragnienia mogły się ze sobą pokrywać. Tak odczytał kolejny ruch, który wykonała, jakim było poprowadzenie go ku ścianie, o którą się oparła i przy której sam zamknął ją własnym ciałem. A choć zrobił to niechętnie, musiał oderwać swoje dłonie od jej ciała, aby móc wykorzystać je w innym celu, jakim było zerwanie z ramion szatynki jej kurtki, z którą na pewno musiało być jej teraz niewygodnie. I Lando wspaniałomyślnie pomógł jej pozbyć się tej zbędnej warstwy. A jeśli pozwoliła mu na to, poszedł o krok dalej i tym razem to dwie jego dłonie wkradły się pod materiał jej bluzki, delikatnie muskając jej nagą skórę.
Sprawdzał w ten sposób, na ile mu pozwoli i czy dobrze odczytywał jej sygnały, bo jeśli tak, to możliwe, że sam pozbawi siebie wszelkich hamulców.
Tak skutecznie udało się Carrie zawrócić mu w głowie tym jednym pocałunkiem. Jeszcze niedawno miał jej dość i miał nadzieję na to, że zniknie z jego życia, a teraz nie chciał, aby oddaliła się od niego nawet na centymetr. Chciał trzymać ją w swoich ramionach, całować i robić z jej ciałem rzeczy, które jeszcze kilka minut temu wydawały się w ich przypadku nie do pomyślenia.
To zaskakujące, jak w jedną chwilę wszystko może się tak bardzo zmienić. To wydawało się niemożliwe, a jednak wystarczy na nich teraz spojrzeć…
Carrie Pillbury
-
miała być poważną prawniczką, ale rzuciła wszystko, by występować na scenie, co okazało się kiepską decyzją, ponieważ teraz została z niczym
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie było przecież mowy o tym, aby Lando podobał jej się tak po prostu. Nie mogłaby go p r a g n ą ć, kiedy jednocześnie tak bardzo go nie lubiła.
A jednak teraz nie umiała wyrzucić go ze swojego umysłu. Nie potrafiła odkleić się od jego ust i, cholera, nie chciała, żeby jego ręce odrywały się od jej ciała. Pragnęła, aby nadal po nim błądziły i w kolejnych ruchach odkrywały jeszcze dalsze, skrzętnie skrywane przez nią rejony.
To, że on również tego chciał zrozumiała w momencie, w którym leniwym ruchem pozbawił ją pierwszego fragmentu ubrania. Wcześniej zdołała zapomnieć, że w ogóle miała go na sobie, a jednak teraz miała wrażenie, jakby każda z pozostałych części jej garderoby tylko przeszkadzała jej bardziej.
Podobnie było zresztą z jego ciuchami, dlatego Pillbury nie zamierzała pozostać mu dłużna. Żeby odwdzięczyć mu się, musiała jednak przerwać to, co do tej pory najskuteczniej pomagało im zapomnieć o rozsądku. Oderwała się od jego ust i spojrzała mu w oczy, aby później leniwym ruchem zsunąć własne dłonie na skraj jego swetra, aby chwilę później z pomocą Lando po prostu go z niego ściągnąć.
Kiedy wylądował na podłodze, Carrie znów spojrzała mu w oczy. I to okazało się b ł ę d e m.
Nagle uderzyło w nią to, że to przecież był L a n d o. Ten sam, który raz za razem dawał jej do zrozumienia, że we wszystkim była n i e w y s t a r c z a j ą c a. Ten, który peszył się za sprawą jej dotyku i zawsze patrzył na nią tak, jakby jedynym uczuciem, jakie była w stanie w nim rozbudzić, była niechęć.
To przypomniało jej, że nie powinna tego robić.
Oprzytomniała i rozchyliła usta, chcąc coś powiedzieć, ale ostatecznie wydobył się z nich wyłącznie bełkot. — Ja… My… — zająknęła się, nie będąc nawet w stanie poskładać własnych myśli w całość, a co dopiero mówić o porządnym zdaniu. Zaklęła pod nosem i uciekła spojrzeniem gdzieś w bok, czym prędzej schylając się, aby podnieść z podłogi swoją kurtkę. — Powinnam iść — przebąknęła, oddalając się w kierunku własnej torebki, którą złapała w pośpiechu, aby później równie szybko zbiec po schodkach prowadzących w dół sceny.
I zniknęła. Zatrzasnęła za sobą drzwi sali teatralnej i zwolniła dopiero wtedy, kiedy z własnymi rzeczami w dłoniach wybiegła na mroźne powietrze.
Powinna się ubrać, ale nie zrobiła tego. Przesunęła jedynie dłonią po własnych ustach, bo choć znajdował się już daleko, one nadal smakowały jak o n.