-
I’m not the good guy, remember? I’m the selfish one. I take what I want, I do what I want. I lie, I fall in love with a good girl. I don’t do the right thing. But I have to do the right thing by you.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie wiedział do końca czy nie będzie egoistyczny, jeśli miałby teraz zdecydować. Pies był młody, silny, zdrowy. Spodziewałby się, że będzie kiedyś żegnać psiego seniora, a nie kilkulatka. Problem w tym, że życie bywało różne i nigdy nie mógł się spodziewać, że jakaś choroba nie pierdolnie psa ot tak. W końcu on nie powie, że coś go boli. Mógł go jedynie regularnie badać i mieć nadzieję, że w wynikach krwi czy obrazie USG nic nie wyjdzie.
Albo, że nie zeżre jakiegoś gówna, które go zabije.
— Dzięki — mruknął, kiedy otrzymał wodę. Upił z niej kilka łyków, bo w gardle mu zaschło nie tylko od biegania, ale też od tego jebanego stresu. — Ja to tam chuj, ważne aby on się dobrze czuł — przyznał, zerkając instynktownie w kierunku psa. Nie obchodziło go jak zmęczony był, bo teraz liczyło się tylko to czy Hati z tego wyjdzie. W jego żyłach wciąż płynęło tyle adrenaliny, że pewnie jej poziom nie spadnie, dopóki nie będzie mieć pewności, że kryzys został zażegnany.
Czyli dopiero jutro. Albo jakieś trzy dni.
Odetchnął ciężej i przytakiwał, kiedy dziewczyna mówiła mu ogólne zalecenia na najbliższy czas. Starał się zapamiętać wszystko, zwłaszcza, że nie było tego dużo.
— Okay — mruknął, wciąż nie odchodząc od zwierzaka na krok. Podniósł wzrok na lekarz weterynarii w momencie, jak zadała mu pytanie. — Żre BARFa — odpowiedział. — Staram się, aby jadł dobrze. Nie daję mu tego gówna ze zbożem. — Może nie był geniuszem jak chodziło o… no w zasadzie o wiele rzeczy, ale o swojego psa dbał najlepiej jak mógł. Szkolił się nawet w temacie jego diety, opieki czy treningu, bo jak już mu zależało, to umiał się postarać.
Prychnął pod nosem, chociaż wcale do śmiechu mu nie było.
— I tak dzisiaj nie zmrużę oka — powiedział. Po tym co się dzisiaj wydarzyło, to będzie czuwał przy psie przez całą noc, więc jeśli chodziło o podawanie jakichś leków, nawet do wenflonu, to wespnie się na wyżyny swoich umiejętności i cierpliwości, aby zrobić to, co nakaże mu dziewczyna. W końcu rozchodziło się o zdrowie psa, a nie wybaczyłby sobie, gdyby w jakikolwiek sposób go zaniedbał i nie zrobił wszystkiego, co mógł.
Zerknął krótko w stronę dziewczyny, gdy się przedstawiła.
— Hunter. — Jakby nie patrzeć, warto było mieć w kontaktach człowieka, który mógł ci uratować psa, gdy nadejdzie kryzys. — Długo już pracujesz jako wet? I… no, tu? — spytał, aby jakkolwiek pociągnąć temat. Skoro i tak musiał tu siedzieć dopóki kroplówka nie zleci cała, to chociaż mógł zająć myśli zwykłą rozmową. Dopóki stan psa był opanowany, to on też musiał być. — Czemu w ogóle tu? — Bo w schroniskach też potrzebni byli weterynarze, Hunter.
Erza B. Fernandes
-
Kochajmy się, a zwłaszcza bezdomne pieski
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nieszczęścia chodziły po ludziach. Niestety, najczęściej po tych najbardziej świadomych opiekunach. Większość ludzi nie wykonywała dorocznych badań krwi, moczu, czy kupy. Zostawiali los psa w rękach pana, a do weterynarza udawali się przy prawdziwych kłopotach. Tragiczne sytuacje się zdarzały na co dzień. Nie potrzebne do tego były wielkie zaniedbania. Czasem większą rolę miał przypadek.
— Będzie, widać poprawę — powiedziała spokojnym tonem, spoglądając na psa. Z każdą chwilą zyskiwał w oczach. Proces mógł odrobinę potrwać, ale Fernandes widziała światełko w tunelu — i zareagowałeś bardzo szybko. To ma znaczenie — dodała, próbując utwierdzić mężczyznę w braku winy. Z reguły nie była empatyczną osobą. Przy spotkaniu dobrego człowieka potrafiła pokazać odrobinę wrażliwości. Może gdyby zamiast Hatiego na stole leżało dziecko, nie zdobyłaby się na to. Całe życie Erzy krążyło wokół zwierząt.
— Świadomy właściciel — skomentowała ciepłym głosem. Sama nie znała się na diecie zwierząt. Dawno temu pochłaniała artykuły związane z ich żywieniem, ale odkąd jej ostatni kundelek odszedł za tęczowy most, wycofała się. Za to świadomość badaczy poszła mocno do przodu. W schronisku nie przejmowała się żywieniem zwierząt — bardzo dobrze, ale sugerowałabym konsultację u dietetyka po takim zatruciu — dodała po krótkiej chwili. Posiłki lekkostrawne. Sama poleciłaby gotowane mięso, by organizm jak najmniej zużył energii. Tylko nie miała stuprocentowej pewności. Świadomy opiekun zdawał sobie sprawę, że nie wszystko, co mówi weterynarz, trzeba przyjmować w stu procentach.
— Powinieneś — stwierdziła już bardziej surowym tonem, próbując wyłapać spojrzenie Janga — samopoczucie właściciela odbija się na czworonogu — były wyjątkowe przypadki. Właściciel zaczynał kuleć, a wraz z nim pies. Przy czym kiedy przebywał u pozostałych członków rodziny wszystko było w porządku. Momentami ludzie nie doceniali empatii, którą dawały im zwierzęta.
— Miło poznać, choć okoliczności mogłyby być lepsze — odparła, wysilając się na uśmiech — kilka lat. Skończyłam studia i od razu tu trafiłam — nigdy nie myślała o innym miejscu. Bogate kliniki weterynaryjne zostawiła kolegom ze studiów. Ona czuła się w nich obco, jakby nigdy nie powinna znaleźć się w tym miejscu — bo nikt nie ma serca, by pracować w takich warunkach. Kto chciałby codziennie oglądać cierpienie? — wystarczyło tylko wyjść z gabinetu, by zobaczyć prawdziwe cierpienie łapiące na serce — A ja tu chodzę od dzieciaka i pomagam... Zdążyłam się związać z tym miejscem — żadnego miejsca w Toronto nie znała tak dobrze. Niektóre z psów znała od szczeniaka. Zdążyła się z nimi związać, ale bała się któregokolwiek brać ze sobą. Większość wolnego czasu i tak spędzała w pracy — a ty? Jesteś stąd? — zagadnęła dla wspólnego zabicia czasu.
-
I’m not the good guy, remember? I’m the selfish one. I take what I want, I do what I want. I lie, I fall in love with a good girl. I don’t do the right thing. But I have to do the right thing by you.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wolał jednak wierzyć, że był stabilny i teraz będzie tylko lepiej.
Przez cały czas głaskał psa, jakby to miało dać zwierzakowi do zrozumienia, że nie jest sam w tym obcym dla niego miejscu. A może chciał tym gestem też uspokoić samego siebie. Hunterowi można było wiele zarzucić, ale na pewno nie można było powiedzieć, że nie dbał o swojego czworonożnego przyjaciela. Może nie miał pieniędzy jak lodu, ale sprzedałby nerkę jakby musiał wybulić hajs na operację.
Przytaknął więc głową na słowa dziewczyny.
— A masz kogoś? Bo ja nikogo nie znam — rzucił, podnosząc na nią spojrzenie. Nie znał nazwisk specjalistów. Nie znał ludzi z polecenia, bo też nie potrzebował do nich chodzić. Nie interesował się kardiologami, nefrologami czy innymi radiologami, chyba, że zaszła taka potrzeba.
A tu już była potrzeba. Nie miał pojęcia jak karmić zwierzę po zatruciu.
Prychnął pod nosem rozbawiony, chociaż do śmiechu w ogóle mu nie było.
— Jak będzie stabilny to się oboje wyśpimy — stwierdził. Co prawda Hati miał w tym momencie spanko swojego życia, ale wątpił, aby był to prawidłowy odpoczynek. Zapewne jak się obudzi, to nie będzie miał tyle siły, co po normalnej drzemce.
Brew mu drgnęła wyżej na jej odpowiedź.
— To ile ty masz lat skoro kilka lat tu pracujesz? — To już była dla niego wyższa matematyka, a ona nigdy nie był dobry w szkole. Nie mówiąc też o tym, że nie powinien był się jej pytać o wiek, bo to nie było miłe. Tylko, że Hunter raczej nie był gentlemanem i miał w dupie zasady savoir vivre.
Wysłuchał jednak jej krótkiej opowieści i przytaknął nieświadomie, gdy stwierdziła, że raczej mały jest popyt na pracę w schronisku. Było dużo zwierząt, często chorych z przejebanymi historiami porzuceń. Gdyby on miał tu pracować, to by zajebał ludzi, których łapałyby kamery przy podrzucaniu kartonów ze szczeniakami czy innymi zwierzakami, które niegdyś spały z nimi na kanapie.
— A, no spoko. Ale chyba płacą chujowo — rzucił luźno. Nie jego to był interes, ale wydawało mu się, że praca w schronisku opłacała się o wiele mniej niż praca w jakiejś super klinice, gdzie robiło się za specjalistę. Chuja co prawda o tym wiedział, ale działał na chłopski rozum.
A ty? Jesteś stąd?
— Nie. Wtedy bym wiedział gdzie jest klinika — stwierdził, przenosząc wzrok na śpiące zwierzę. — Jestem tu od kilku miesięcy — doprecyzował, wznosząc się na wyżyny bycia miłym, bo skoro uratowała mu psa, to miał wobec niej jakiś dług wdzięczności. Nawet jeśli miała to być jej praca.
Zawsze mogła go też zaraz za to srogo skasować. No właśnie.
— Ile mam ci zapłacić? — spytał. Skoro zużyła jakieś tam leki, kroplówki i inne sprzęty, to mogła chcieć zapłaty, nie? To, że to było schronisko, a nie klinika niczego nie zmieniało.
Erza B. Fernandes
-
Kochajmy się, a zwłaszcza bezdomne pieski
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dla Erzy praca w schronisku była spełnieniem marzeń. Tylko bywała trudna, czasami wręcz wymagająca. Musiała być specjalistą od każdego układu zwierzęcia, gdzie niektórzy weterynarze specjalizowali się w jednym, konkretnym. Ona przyjmowała to ze spokojem. Każdy przypadek musiała analizować samodzielnie. Były momenty, w których odzywała się do znajomych. Tylko wtedy czuła największą bezsilność. Miała większą ilość przypadków, musiała się hamować.
— Mogę polecić Ci kogoś, kto współpracuje ze schroniskiem — stwierdziła finalnie Erza. Nie znała zbyt wielu wybitnych i dobrych dietetyków. Nie był to obiekt jej zainteresowań. Kojarzyła kilku współpracujących ze schroniskiem. Chociaż nie wydawało się to nic istotnego — wydaje się całkiem konkretny— dodała finalnie. Polecanie komukolwiek specjalisty uważała za zbrodnię. Wystarczył jeden błąd, by człowiek poczuł się zraniony. Może nie było to zbyt wysokich lotów, ale podała mu wizytówkę. Do schroniska przyjeżdżał jeden mężczyzna, który musiał ogarnąć całą zgraję.
— Jest stabilny — powiedziała spokojnym tonem, zawieszając wzrok na Hunterze — powinieneś się wyspać. Ja tu i tak będę całą noc — stwierdziła Fernandes. Dla niej dobro właściciela było tak samo cenne jak zwierzęcia. Spokojny, wypoczęty człowiek był najlepszym rodzajem, z którym zwierzę mogło mieć kontakt.
— Dwadzieścia pięć, ale spędzam tu czas od piętnastego roku życia — stwierdziła całkiem spokojnym tonem. Dziesięć lat pojawiała się w schronisku. Nic nie wydawało się zmienić w jej życiu. Może odrobinę wydoroślała, ale poza zwierzętami nie widziała świata — jestem młodym weterynarzem. Za to prawie całe życie byłam tu — niedoświadczonym, nieopierzonym, ale z doświadczeniem, które zdobywała już jako nastolatka. Praktyki, staże spędzała za każdym razem tutaj. Kilka razy poszła do droższych klinik byle zdobyć większe doświadczenie.
— Zdecydowanie lepiej płacą w prywatnych klinikach — przyznała szczerze. Tutaj płaciło jej miasto. Oszczędzali na każdym możliwym elemencie budżetu schroniska. Czasami zastanawiała się, dlaczego tu pracuje. Niewiele osób by się na to zdecydowało.
— Oh, teraz bardziej rozumiem — stwierdziła, potakując chwilę głową — następnym razem polecam klinikę. Mają tam lepszy sprzęt niż ja — dodała coś uprzejmym tonem i podała kolejną wizytówkę. Znała ludzi, którzy pracowali w klinikach. Niektórzy byli jej znajomymi ze studiów, a coś usłyszała też na studiach.
— Daj spokój — mruknęła finalnie Fernandes — po prostu się nim dobrze zajmij. Dalsze leczenie i dietetyk pochłoną pełno pieniędzy — nie wiedziała, ile pieniędzy ma Hunter. Pierwszy raz widziała go na oczy, a nie chciała tworzyć dodatkowego obciążenia — obiecaj, że zrobisz wszystko, by stanął na nogi — dla nie była to wystarczająca zapłata. Nie potrzebowała niczego więcej. Kierownik schroniska też pewnie nie. Chociaż jemu to Erza będzie, robiła maślane oczy, by zrozumiał.
-
I’m not the good guy, remember? I’m the selfish one. I take what I want, I do what I want. I lie, I fall in love with a good girl. I don’t do the right thing. But I have to do the right thing by you.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wystarczyło spojrzeć na pełne klatki psów, które mijał.
Niemniej przyjął nazwisko napisane na wizytówce, skoro i tak miało mu być potrzebne.
Będzie padnięty, gdy w końcu dojdzie do domu, ale aktualnie miał tak wysoki poziom adrenaliny, że nawet nie chciało mu się spać. Wolał być świadomy, kiedy pies się obudzi, bo też nie chciał tu siedzieć dłużej niż było trzeba.
— Czemu? — spytał, zerkając na nią kątem oka. Myślał, że weterynarze mają jakoś płacone od godziny i nie spędzają całych dni w pracy. Może gdyby to była klinika całodobowa to by zrozumiał, ale schronisko? Mieli na to hajs? — Rodziny nie masz? Domu nie lubisz? — A może była pracoholiczką, Hunter i po prostu kochała to miejsce, zostając tu po godzinach za darmo.
…ale spędzam tu czas od piętnastego roku życia.
No, czyli jednak pracoholiczka.
— Aha, okay — mruknął, nie drążąc dalej. Przynajmniej jego matematyka zaczynała się zgadzać, nawet jeśli nie był zbyt mądry.
Domyślał się, że w klinikach zarabiało się więcej. Wystarczyło spojrzeć na te wszystkie zbiórki zorganizowane przez różne fundacje, na podarunki z karmą i w ogóle. Raczej nie płacili niewiadomo jakich pieniędzy weterynarzom, którzy opiekowali się tutejszymi zwierzakami. Chuja się co prawda znał, ale tak mu się wydawało. Zawsze mógł się mylić, co nie byłoby niczym nowym.
— Ta, tak myślałem. — I tak pewnie płacili więcej niż tobie, Hunter, chociaż i tak nie mogłeś aktualnie narzekać. Dobrze, że w ogóle miałeś jakąś legalną pracę.
Prychnął pod nosem rozbawiony jej stwierdzeniem, które nawet żartem nie było.
— Ta, domyślam się, ale jak mówiłem, byłaś po drodze — powiedział, ale kolejną wizytówkę także przyjął. Na wszelki wypadek, który miał nadzieję nigdy nie nadejdzie. Może nie zabrzmiało to zbyt wdzięcznie, ale był szczery. Wybrałby klinikę, jakby miał wybór.
Brew mu jednak lekko drgnęła na jej odpowiedź na jego pytanie.
— Dalsze leczenie? — spytał, bo nie bardzo wiedział co miało się za tym kryć. Leki? Więcej kroplówek? A może jakieś badania czy coś jeszcze? No, Hunter. Czeka się spłukanie się ze wszystkich oszczędności, albo kradzież kilku zegarków. — No raczej, że zrobię wszystko. To mój kumpel — powiedział, gładząc nieprzytomnego zwierzaka po grzbiecie. — To kiedy mogę go stąd zabrać? — Spojrzał na kroplówkę, która powoli zlatywała. — I kiedy w ogóle się wybudzi? I czemu jeszcze tego nie zrobił? — spytał nerwowo, bo wolałby, aby pies po prostu grzecznie leżał, ale świadomy tego co się dzieje, a nie… wciąż śpiąc. Jak na jego to było już za długo, ale on to Hatiego znał z najbardziej zdrowej i aktywnej strony, więc było to dla niego nienaturalne. Tak jak cała ta abstrakcyjna sytuacja.
Erza B. Fernandes
-
Kochajmy się, a zwłaszcza bezdomne pieski
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Współpracujemy z jednym — zaczęła, marszcząc przy tym brwi. Dietetyk brzmiał naprawdę luksusowo, tylko mało ludzi dowiadywało się, co się za tym kryło. Funkcjonowanie schroniska przeważało na chęci dobrych ludzi, takich którzy oddaliby mu całe serce. Podobno było tu. Znała innych specjalistów. Fryzjerów, fizjoterapeutów, bardziej doświadczonych weterynarzy, ale gdy tu się znajdowali wykonywali własną pracę wolontariacko — robi to dla nas darmowo, dla niektórych przypadków... Sam ma od nas podopiecznego — wyjaśniła krótko, nie wdając się w większe dygresje. Większość wolontariuszy odnajdywała tu swego rodzaju spokój. Wystarczyło spojrzeć na krótki moment szczęścia na psich, czy kocich mordkach. Tyle wystarczało, by się zakochać. Nie zawsze jedynym widokiem były smutne mordki.
— Mam i lubię — mruknęła lekko speszona pytaniami Huntera. Normalny człowiek nie chciałby tu przebywać. Zgadzała się z tym. Tylko Erza była zdrowo pierdolnięta, ucięłaby sobie rękę, by móc być w tym miejscu. Wystarczyło rozejrzeć się po schronisku, by w jej oczach zobaczyć delikatną iskrę szczęścia — ale wolę być tutaj... — powiedziała ciszej pod nosem. Szczyciła się tym miejscem, odnajdywała źródło szczęścia. Tylko widok zażenowania i dezorientacji zawsze powodował u niej delikatne kłucie w żołądku. Mogła mieć lepsze życie, ale sama z niego zrezygnowała.
Uśmiechnęła się grzecznościowo w sprawie wypłaty. Ta kwestia była dla niej wrażliwa. Nie chciała się do niej przyznawać. Zagryzła mocniej dolną wargę. Gdyby chciała, mogła złożyć CV w drogiej, luksusowej klinice, a ona tkwiła tu... z marną wypłatą.
— Jak zmieniasz miejsce zamieszkanie, to pamiętaj, by zawsze sprawdzać najbliższego weterynarza — zasugerowała mimo to jak mantrę — i klinikę całodobową — to był game changer. Kiedy weterynarz lokalny jest zamknięty, a wydarzyła się losowa sytuacja, tylko tam można było szukać pomocy. Jang miał szczęście, że trafił na weterynarza pracoholika.
— Dla bezpieczeństwa dobrze, by przyjął jeszcze kilka kroplówek — metabolizm zdążył przetworzyć truciznę. Warto było ją systematycznie wypłukiwać, chociaż koniec końców dalej czekała na wyniki krwi, by móc choć odrobinę zidentyfikować, jaka substancja zagrażała życiu psa — i oby było więcej tak odpowiedzialnych właścicieli — odparła z łagodnym uśmiechem na twarzy. Dopiero przy kolejnych pytaniach westchnęła cicho. Trudno wyrokować, co dokładnie zadzieje się później, ile czasu potrzebuje organizm na regenerację — za godzinę, lub dwie — stwierdziła, patrząc po spadających kroplach — jest osłabiony, jego organizm potrzebuje odpoczynku — totalnego resetu. Człowiek, który został potrącony też potrzebuje sporo czasu na regenerację, nawet grypa jest w stanie nas zmieść, a co dopiero trucizna działająca na poziomie komórkowym — potrzebuje kilku godzin. Wszystko zależy od siły jego organizmu, czasem może to trwać dobę, lub dwie — nieznane są wyroki boskie. Stąd szczerze Erza wolała, by oboje zostali na noc tutaj. Ona i tak nie miała zamiaru wracać do domu.