ODPOWIEDZ
24 y/o
For good luck!
175 cm
pielęgniarka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
Jestem kobietą. Burzą, ogniem, wodą, perłą, ale nie na dnie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona | jej
typ narracjiklasyczny
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sam fakt, że w ogóle p r z y s z ł a na tą imprezę rozpatrywała już w ramach wychodzenia z własnej strefy komfortu. Na dodatek p r z y s z ł a ze szczegółowo (jak jej się przynajmniej wydawało) opracowanym planem. Uwaga, famfary, zostanie na godzinę. No dobrze, m o ż e dwie, maksymalnie trzy, jeśli jej sprytny plan okaże się nigdy nie istnieć rozmowy okażą się akceptowalne, a muzyka nie zacznie zbyt szybko przypominać wypadkowej alarmu przeciwpożarowego z kakofonią dźwięków prosto z jej oddziału. Sylwester, jak zresztą żadne inne imprezy i przyjęcia, nigdy nie był jej żywiołem — za dużo ludzi, za dużo błysku, za dużo wrażenia, że wszyscy inni wiedzą dokładnie, co robią i co ważniejsze po co robią. Ona po prostu założyła połyskującą mini, wyrysowała na oku najlepszą kreskę jaką umiała i postanowiła się nie przejmować tym, że co chwilę poprawia dół sukienki, wyglądając w najlepszym wypadku jak czyjaś przyzwoitka. Po prawdzie jednak — było miło. N a p r a w d ę. Ktoś ją znał, ktoś ją komuś przedstawił, ktoś był znajomym kogoś kto ją zna, a ktoś jeszcze inny zapytał, gdzie pracuje, ktoś inny powiedział, że pielęgniarki to bohaterki. Uśmiechała się, śmiała, kiwała głową, słuchała. Robiła to, co zawsze — była sobą. T ą dziewczyną, którą łatwo wciągnąć w rozmowę i jeszcze łatwiej zaprosić na kolejne spotkanie, nawet jeśli dopiero co się ją poznało. Owszem, nie pamiętała imion większości ze swoich rozmówców, ale w tych wyjątkowych okolicznościach przyrody mogła to zwalić na karb bąbelków w prosecco.

I właśnie wtedy go zobaczyła. Nie od razu. Najpierw mignął jej znajomy profil gdzieś po drugiej stronie salonu. Potem ten charakterystyczny moment zawieszenia wzroku, kiedy mózg potrzebował sekundy, żeby dogonić serce. Donnie, o c z y w i ś c i e. Tutaj. Jakby zupełnie niepasujący do tego obrazka, a jednocześnie pasujący aż za bardzo. Z pewnością bardziej niż ona. Przez chwilę zastanawiała się, czy to jakaś sylwestrowa halucynacja, ale nie — raz: nie wypiła (przynajmniej jeszcze) wcale tak dużo, dwa: to po prostu on miał tę zdolność pojawiania się dokładnie tam, gdzie się go nie spodziewała. Uśmiechnęła się sama do siebie. Oczywiście, że to on. Elsie nie miała w zwyczaju analizować takich rzeczy. Jeśli kogoś widziała i chciała z nim porozmawiać, po prostu to robiła. Nagle życie okazywało się po prostu proste a życie towarzyskie banalne do rozgrywania, specjalistka z Bożej łaski. Przecisnęła się między ludźmi, rzucając kilka automatycznych przepraszam, dzięki czy świetnie wyglądasz aż w końcu stanęła przed nim, jakby widzieli się wczoraj, a nie… kiedy to właściwie było? W epoce kamienia łupanego.
Kogo to moje piękne oczy widzą — powiedziała siląc się na naturalność porównywalną z tą, którą Marlon Brando fundował swoim widzom jako don Corleone. Oparła się lekko o stół obok, trochę tak jakby tylko w ten jeden sposób nie mógł jej zaraz zniknąć. W tym momencie sukienka przestała mieć znaczenie, a cały ten sylwestrowy blichtr stał się tylko tłem. — Serio — dodała po chwili, kręcąc głową z uśmiechem. — Dobić się do ciebie bywa trudniej niż do prezydenta. Już myślałam, że potrzebuję oficjalnego zaproszenia albo przynajmniej numeru do rzecznika prasowego — klasyk w wykonaniu tej pięknej damy. Lekki uśmiech, trochę zadziorny co by nie wychodziła przed Donniem na zbyt łatwą, ale z drugiej strony — zero wyrzutu, zero pretensji, zero martwiłam się o ciebie, cholerny niewdzięczniku. Brzmiała dokładnie jak ona: ciepło, żartobliwie, z tym rodzajem luzu, który sprawiał, że ludzie czuli się przy niej swobodnie.

W tle ktoś śmiał się zbyt głośno, ktoś inny próbował ustawić muzykę, ktoś odliczał minuty do północy (ewidentnie nie zdając sobie sprawy jak długo do niej jeszcze zostało). A Elsie stała tam, dokładnie taka, jaka była zawsze — dobra, trochę nie na miejscu, trochę błyszcząca jak noworoczna kula w Nowym Jorku. Może ten wieczór nie będzie wcale taki zły?

Donnie A. Bowen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
aj
nie polubimy się jak odpisujesz raz na miesiąc, wiesz o mojej postaci więcej niż moja postać, rażąco peron odjeżdża od wspólnych ustaleń albo jeśli pojawia się bezsensowna, niepotrzebna erotyka czy przemoc
25 y/o
For good luck!
184 cm
fotograf, który po nocach pisze nekrologi | Toronto Sun
Awatar użytkownika
na chwilę?
na trochę dłużej jednak.
w toronto miał zabawić chwilę, może miesiąc, żeby zbadać to miasto i ruszyć dalej, ale okazało się, że jest tu więcej do okrycia niż się spodziewał.
więcej ludzi, więcej zdjęć, więcej emocji, od których ciężko jest mu uciec.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

jeden
I came for the champagne.
Stayed for the glitter… and you.
Donnie nie miał planów na sylwestra, on właściwie nigdy nie miał na niego planów, a zawsze bawił się wybornie, w tym roku też wychodził z takiego założenia. Przyjmie to na spontana, zobaczy co się wydarzy.
Od razu działo się dużo, bo najpierw kupując sobie papierosy wpadł na jakąś wesołą grupę studentów, którzy już zapraszali go na drinka. Miał z nimi iść, nawet już kupił szampana, flaszkę czegoś mocniejszego i te papierosy. Papierosy, które zaraz mu upadły i wylądowały pod nogami jakiejś długonogiej blondynki w szpilkach. I ta jej cienka szpilka trafiła prosto w te czerwone Marlboro, jak strzała Amora w serce Donniego Bowena.
No nie do końca, bo jednak Donnie nie był wcale tak bardzo kochliwy, aczkolwiek blondynka wpadła mu w oko, on jej chyba też.

Tym sposobem Bowen znalazł się na tej samej imprezie co Elsie, chociaż wcale o tym nie wiedział. Wypił kilka drinków, porozmawiał z różnymi osobami, spędził trochę czasu sam na sam z tą prześliczną blondynką. Może nawet to by była jakaś sylwestrowo-noworoczna, piękna historia miłosna? Ze szpilkami i papierosami w tle, ale kiedy Donnie stał sobie przy popielniczce, palił swojego czerwonego marlborasa, a właściwie dyskutował o czymś tak, że pet spalał się sam, a w pewnym momencie szary popiół wylądował na jego czarnej koszuli. Kiedy go strzepnął i podniósł wzrok, a stał przed nim nikt inny, jak panna Swanson, to kąciki jego ust uniosły się mimowolnie do góry. Od razu, kiedy tylko rozpoznał ten głos, kiedy tylko uderzył go zapach jej perfum wymieszany z tytoniową wonią. Kiedy tylko jego zielone oczy spoczęły na jej twarzy.
Tak, to była właśnie ta brunetka, przy której jego serce biło zawsze jakoś mocniej. I teraz też ono wyrwało się z piersi, ale Donnie nawet nie ruszył się z miejsca, zgasił peta w popielniczce.
- Kiedy myślisz, że to będzie nudny wieczór, a nagle jakieś piękne oczy wypatrzą cię w towarzystwie... - mruknął w odpowiedzi na jej słowa, dopiero teraz jego zielone tęczówki prześlizgnęły się po jej błyszczącej sylwetce. Sylwetce, którą on też by wypatrzył w tłumie. Nawet zaczął się zastanawiać dlaczego to się nie stało? Dlaczego nie rzuciła mu się w oczy?
Zaraz to do niego dotarło, bo kiedy on zrobił krok w jej kierunku, kiedy już opierał się ręką o stolik, gdzieś obok niej.
- Zawsze możesz się kontaktować z Toronto Sun, czasem siedzę u nich w redakcji. Rzadko. Prawie nigdy, ale próbuj - zdążył jeszcze powiedzieć, mrugnąć do niej zaczepnie jednym okiem...
- Donnie... - usłyszał za swoimi plecami i już wiedział dlaczego on jej nie zauważył, bo był zajęty pewną blondynką. Tylko, kiedy na horyzoncie pojawiła się Elsie, ta Elsie, ta brunetka, to on był gotowy zrezygnować ze wszystkich blondynek, nawet najpiękniejszych. Tylko jak się teraz wykręcić?
Wywrócił tymi zielonymi ślepiami, zanim obejrzał się przez ramię, nawet nie zdążył, bo blondi już go obejmowała za szyję i wisiała mu na ramieniu.
- Kto to? - zapytała, jakby nigdy nic, a Donnie teraz już patrzył tylko na Elsie, na jej ciemne oczy, z których chciał coś wyczytać. A najlepiej jakby jeszcze mógł jej spojrzeniem przekazać, że z tą blondynką go nic nie łączy, chociaż jej czerwone paznokcie, które wsunęła pod materiał jego czarnej koszuli mogły wskazywać coś zgoła innego.
Zrobił krok do przodu, żeby się jej wyswobodzić, a potem objął ją ramieniem przesuwając na przód.
- To jest Elsie, moja... - zawiesił się, a jego zielone oczy intensywnie wpatrywały się w brunetkę - droga przyjaciółka - dokończył, ale aż przechylił na bok głowę. Droga przyjaciółka? Jak to w ogóle brzmi. Uniósł brew, bo brzmiało dziwnie.
- A to jest... Zaraz, przypomnij mi, jak miałaś na imię? - to miała być sugestia dla Elsie, że to jednak nic ważnego, nawet te jego zielone tęczówki znowu spoczęły na jej pięknych oczach. Blondynka fuknęła, że Carol, nadęła karminowe usta.
- No tak, to Carol, poznaliśmy się dzisiaj - uśmiechnął się ładnie, całkiem niewinnie. Wsunął ręce do kieszeni czarnych, porwanych jeansów. Tylko Carol chyba nie chciała tak łatwo odpuścić, bo już go trzymała pod ramię i coś mu szeptała na ucho, że musi poznać jakieś jej koleżanki. Donnie nie chciał, w ogóle, bo on już teraz nawet na moment nie oderwał wzroku od cekinowej Elsie.
- Pięknie wyglądasz... - wypalił, oczywiście, że do Elsie, ale Carol spojrzała na niego jak na wariata i go szarpnęła, że mają niby już stąd iść.

elsie swanson
zgrozo
jak jest nudno i za miło, albo jak generujesz mi posty
24 y/o
For good luck!
175 cm
pielęgniarka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
Jestem kobietą. Burzą, ogniem, wodą, perłą, ale nie na dnie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona | jej
typ narracjiklasyczny
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Parsknęła śmiechem szybciej niż zdążyła sobie przypomnieć i skarcić się w myślach, że miała p l a n być dziś opanowana i dorosła. Krótki, szczery, trochę za głośny — zdecydowanie typ śmiechu, który zdradza człowieka bez pytania o pozwolenie. P i ę k n e o c z y. Proszę bardzo. Hasło-wytrych. Działało, mimo lat doświadczeń (powiedzmy) czy świadomości, że to tania zagrywka, mimo wewnętrznego regulaminu zachowania godności w miejscach publicznych.
Poproszę to na piśmie — rzuciła, unosząc palec, jakby właśnie finalizowała kontrakt. — Najlepiej z pieczątką. I podpisem. Bez tego nie uznaję komplementów, przykro mi, takie mam zasady — rumieniec wpełzł jej na policzki bez zapowiedzi, a co gorsza bez konsultacji i bez opcji anulowania. Zignorowała go z godnością kogoś, kto wie, że walka z rumieńcem to strata energii porównywalna z próbą negocjowania z pogodą. S y l w e s t e r. Alkohol. Światło, które wybacza więcej, niż powinno (wcale wszak nie chodziło o to, że większość towarzystwa była już zdrowo wcięta) i które sprawia, że wszyscy wyglądają o jedną decyzję życiową lepiej. Czemu u niektórych funkcja błyskotliwej zmiany tematu nie działała z automatu? A raczej: czemu takiej funkcji premium plus pro nie nabyła w żaden sposób Elsie? — Następnym razem rozwieszę plakaty o zaginięciu — dodała zaraz, kręcąc głową z rozbawieniem. Przynajmniej próbowała. — Albo lepiej… m l e k o. Kartony. Nie zdziw się, jak pewnego pięknego dnia zobaczysz swoją piękną buźkę obok Have you seen this man? — zero pretensji. Sto procent luzu. Żart rzucony tak, żeby nie przygniatał rozmowy, nie domagał się deklaracji, nie zmieniał tonu. Elsie zawsze tak robiła — rozbrajała sytuacje, zanim te zdążyły ją rozbroić (czy to nie brzmiało jak jakaś skomplikowana metoda samoobrony?). Flirtowała tak, że nikt nie musiał się zastanawiać czy to już coś (spojler: pewnie nie), a jednocześnie każdy miał wrażenie, że jest tu mile widziany. I wtedy coś się przesunęło. Najpierw ledwo zauważalnie, trochę jak zmiana temperatury w pokoju. Potem poczuła to w pewien sposób instynktownie. Ten mikrosekundowy moment, w którym rozmowa traci rytm, a uwaga niepostrzeżenie przeskakuje w bok.

B l o n d y n k a.

Oczywiście że ładna. Taka ładna, która wie, że jest ładna i świadomie używa tego jak narzędzia. Długie nogi, czerwone paznokcie, pewność siebie wypisana na twarzy w każdym możliwym języku świata. C a r o l. Imię wpadło jej do głowy od razu choć wolałaby, żeby mózg zajął się czymś innym — na przykład przypomnieniem sobie gdzie i czy w ogóle odstawiła swoje prosecco (zapewne nadal trzymała je w dłoni). Uśmiechnęła się do niej automatycznie, włączając tryb uprzejma dorosła kobieta. I dokładnie w tym samym momencie poczuła to ukłucie. Małe, szybkie, irytujące. Jak ukłucie igłą. Zazdrość? Może. A może raczej coś pomiędzy hej, ja tu stoję a czy ja właśnie zostałam wpisana w rolę zbędnego elementu scenografii? Jej mózg natychmiast odpalił analizę sytuacji na pełnych obrotach. Okej, spokojnie. Ona jest ładna. To nie jest zbrodnia. Ty też jesteś ładna. Też nie zbrodnia. Nikt tu nikogo nie posiada. Nic i nikt nie jest j e j. Nic i nikt nie jest t w o j e. To jest jakieś mieszkanie, sylwester i za głośna muzyka. A jednak było w tym coś niepokojąco znajomego. Ten sposób, w jaki Carol stanęła. Ten minimalny ruch ramienia. To subtelne jestem tu po coś. Jakby przyszła z gotowym scenariuszem, w którym Elsie miała zrobić krok w tył, najlepiej bez zbędnych pytań. Przez jedną, krótką sekundę naprawdę to rozważyła. Wycofać się. Zniknąć. Zostawić pole. Pójść do chipsów. Chipsy były bezpieczne. Chipsy nie oceniały. Po czym w głowie zapaliła się lampka ostrzegawcza.

A b s o l u t n i e, kurwa, n i e.

Nie zamierzała dać blondi tej satysfakcji. Nie zamierzała się zwijać tylko dlatego, że ktoś wszedł pewnym krokiem i wyglądał, jakby uważał teren za zajęty. Stała więc dalej, dokładnie tam, gdzie była, z tym samym spokojnym uśmiechem, ramionami luźno opuszczonymi, postawą mówiącą: nie gryzę. Ja t y l k o oceniam. Kiedy obok pojawiły się dwie koleżanki Carol, zrobiło się głośniej. Śmiech, telefony w dłoniach, energia sylwestrowego szykowanka na kilka dni wstecz.
Carol, chodź! Zdjęcia!
No i my tu stoimy, a czas ucieka — dorzuciła druga, zerkając w ich stronę z tym charakterystycznym pospieszającym kogoś błyskiem. — Masz ochotę?

Kiedy zdała sobie sprawę z tego, że pytanie o o c h o t ę odnosi się w y ł ą c z n i e do Donniego, uniosła brwi bardziej rozbawiona niż dotknięta. Poprawiła sukienkę i przeniosła ciężar z jednej nogi na drugą. Nadal czuła się trochę nie na miejscu — ale już nie niepewnie. Raczej jak ktoś, kto wie, że znalazł się w cudzej grze, ale postanowił jeszcze chwilę pograć.
No dobrze — powiedziała w końcu lekko. — Widzę, że grafik napięty. Sylwester w końcu. Trzeba się wyrobić — uśmiechnęła się jeszcze raz. Nie był to uśmiech ucieczki ani deklaracji. Raczej sygnał: jestem okej z tym, co się dzieje. Może to nie było jej naturalne środowisko. Może błysk ją męczył. Ale stała tu... i dopiero po chwili dotarło do niej, że k o m p l e m e n t skierowany był do niej. Pięknie wyglądasz. Bez fanfar, bez przygotowania gruntu, bez gry wstępnej. Jeb, prosto w twarz. Jakby to była oczywistość. Jakby ktoś stwierdził, że pada deszcz (choć nie). Mogła to przyjąć normalnie. Dorosło. E l e g a n c k o. Ale jej mózg natychmiast przeszedł w tryb awaryjny: rozbroić żartem, zanim dotrze do nas, że to bez sensu zrobi się poważnie.
Okej, stop — dorzuciła więc, unosząc obie dłonie. — Muszę to odnotować. Publiczny Komplement. W sylwestra. U-la-la. To się kwalifikuje do jakiegoś rejestru, prawda? — uśmiechnęła się szeroko, trochę krzywo. Ten uśmiech znała aż za dobrze — oznaczał: jestem speszona, ale absolutnie nie zamierzam się schować. — Nie powiem, ty też wyglądasz niczego sobie.

Nie miała problemu z tym, że ktoś uważał ją za ładną. Problem zaczynał się mniej więcej trzydzieści sekund później, kiedy należało zdecydować, co właściwie zrobić z tą informacją.

Donnie A. Bowen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
aj
nie polubimy się jak odpisujesz raz na miesiąc, wiesz o mojej postaci więcej niż moja postać, rażąco peron odjeżdża od wspólnych ustaleń albo jeśli pojawia się bezsensowna, niepotrzebna erotyka czy przemoc
25 y/o
For good luck!
184 cm
fotograf, który po nocach pisze nekrologi | Toronto Sun
Awatar użytkownika
na chwilę?
na trochę dłużej jednak.
w toronto miał zabawić chwilę, może miesiąc, żeby zbadać to miasto i ruszyć dalej, ale okazało się, że jest tu więcej do okrycia niż się spodziewał.
więcej ludzi, więcej zdjęć, więcej emocji, od których ciężko jest mu uciec.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kącik jego ust skoczył do góry, gdy do jego uszu dotarł ten jej śmiech. Lubił go, zwłaszcza, kiedy był tak niespodziewany, tak szczery. Jego zielone tęczówki zawiesiły się na tym jej palcu, który wystawiła w górę.
- Gdzie mam to zapisać? Czy wzięła Pani długopis? Bo ja swój zostawiłem z pieczątką w wyimaginowanym biurze Panno Swanson - nie patrzył wcale na ten rumieniec, bo patrzył w jej ciemne oczy. Jej oczy też lubił. I jej poczucie humoru, zdecydowanie. Sam też gotowy był ciągnąć ten temat, przekomarzać się z nią może nawet pół imprezy, żeby tylko stała obok, żeby tylko te jej ciemne, piękne oczy wodziły gdzieś w okolicy jego twarzy. Twarzy, po której zaraz przesunął długimi palcami.
- Tylko najpierw zrób dobre zdjęcie, lepszy mam prawy profil - i nawet się do niej ustawił tym prawym profilem. Może rzeczywiście lepszym, zaczesał do tyłu palcami ciemne, niesforne kosmyki, tak jakby miał jej rzeczywiście pozować do zdjęcia. Ale z ich dwójki, to Donnie miał hopla na punkcie fotografii. - Teraz za każdym razem jak będę jadł płatki, to będę sprawdzał, czy nie wrzuciłaś tam mojej foty, dobrze, że nie lubię płatków - lubił je, właściwie często jadł płatki z mlekiem, bo to było szybkie danie, a Donnie ciągle gdzieś pędził, nie zatrzymywał się. Nawet przy śniadaniu wyglądał przez okno, żeby sprawdzać, jakie dzisiaj słońce da mu światło, czy to będzie coś szaro-burego, czy raczej dużo światła, jasnego, bijącego po oczach, jak to całe Toronto.
Donnie uważał Toronto za in-ten-sy-wne, dlatego to miasto go tak tutaj trzymało. Chociaż może trzymała go jednak pewna brunetka?
Nigdy by się do tego nie przyznał.
A może powinien?
Może powinien powiedzieć, Carol nie jestem zainteresowany, wybacz, bo właśnie prowadzę poważną rozmowę na temat kartonów po mleku z Elsie?
Zrozumiała by to?
Chyba nie, bo tego jak Donnie się od niej odsunął nie zrozumiała wcale. A wręcz przeciwnie, ona znowu się do niego kleiła, a Bowen znowu zrobił krok w bok, kolejny już, który sprawił, że stanął bliżej Elsie.
Ale wtedy przyszły te-le-fo-ny, to znaczy koleżanki Carol, z uśmiechami w stylu Instagrama i swoimi błyszczącymi smartfonami. Bowen strzelił tymi zielonymi oczami w sufit.
Zdjęcia?
Jak on sobie z nimi mógł zrobić jakieś zdjęcia, kiedy on się na tym naprawdę znał. Już nawet stąd widział, że jedna z tych koleżanek ma na czole widocznego pryszcza, a druga marszczy nos przy zdjęciu i wyjedzie słabo. Te całe ich zdjęcia wyjdą źle.
Pokręcił głową.
- Nie znam się na zdjęciach, zróbcie sobie same - pomachała nawet ręką, nawet jego palce musnęły talię Carol, żeby delikatnie ją zachęcić. Wystarczyło. Bo zaraz zaczęła sobie stroić dzióbki z koleżankami, w okularkach z 2026, które wyglądały dla Donniego jakoś tak nieproporcjonalnie przez to, że jedno oko ukryte było w 0, a drugie w 6.
Aż się skrzywił na ten widok, jakiś bożek fotografii w tej chwili pluje sobie w brodę, albo rwie włosy z głowy. To nie były zdjęcia, to był jakiś żart.
Dopiero ten żart Elsie na jego komplement. Sz-cze-ry. Tak szczery, że on jeszcze wciąż patrzył na nią spojrzeniem zakochanego kundla? Czy jakiegoś szczeniaka. Sprowadził go na ziemię, do niej znowu. Bo on umiał się tak zafiksować na zdjęciach, że odpływał w jednej chwili.
Ale to nie były zdjęcia, to był żart.
- Do rejestru publicznych komplementów? - zapytał przechylając na bok głowę, znowu z tym połowicznym uśmiechem - czy do rejestru komplementów na temat Elsie Swanson? Prowadzisz taki? - znowu się do niej przysunął. Już znowu stał obok, zawieszony nad tym stolikiem, o który się opierała.
- Niczego sobie, brzmi jak, trochę nijak ale jest okej - wywrócił zielonymi ślepiami, ale finalnie zawiesił je na jej oczach - ale dobra, też uznam to za komplement - dodał zaraz i może nawet dodałby coś jeszcze. Więcej komplementów? A może teraz pytań jak tutaj trafiła?
Ale na horyzoncie, kątem oka, już widział Carol, która chyba kończyła tą farsę i zamierzała znowu ruszyć w ich kierunku.
Trzeba było reagować szybko. Donnie sięgnął do Elsie, żeby zacisnąć palce na jej nadgarstku i pociągnął ją za sobą.
Tylko gdzie?
Tam, gdzie było więcej ludzi. Ludzi, którzy sobie tańczyli jakieś wolne w objęciach, albo rozmawiali w grupkach.
- Spadamy - zdążył jej rzucić, zanim oni gdzieś w takiej grupce się odnaleźli. Grupce, która dyskutowała właśnie o tym, że wolne związki są super.
Donnie stanął z boku jeszcze przez chwilę trzymając w palcach dłoń Elsie, a dopiero kiedy to do niego dotarło, to przejechał kciukiem po jej wierzchu i ją puścił. I jeszcze chwilę te zielone ślepia wpatrzone były w jej twarz, ale kiedy jakiś chłopak zwrócił się do nich z pytaniem, co oni uważają, to Donnie wzruszył ramionami.
- Wolność... przede wszystkim? - powiedział trochę niepewnie, ale chłopak zaraz pokiwał głową, że się zgadza, jeszcze ktoś też się z nim zgodził. Ale prawda jest taka, że Bowen sam nie wiedział czy się z tym zgadza też, uniósł jedną brew pytająco zerkając na Elsie, a potem przysunął się znowu do niej, żeby móc jej szepnąć prosto do ucha.
- Piwo, czy drink? - zapytał i pozwolił, żeby jego ciepły oddech omiótł jej szyję. Zdążył się rozejrzeć i doskonale zdawał sobie sprawę, gdzie muszą się udać, żeby skosztować jedno, czy drugie.
A na pewno gdzieś musieli się stąd ruszyć, bo te rozmowy o otwartych związkach schodziły na dziwne tory, a poza tym Carol jeszcze była w zasięgu wzroku. Chociaż ona ich chyba straciła z pola widzenia, bo wyglądała na zdezorientowaną, kiedy Donnie zerknął na nią ponad ramieniem Elsie.
Za ładna, żeby być tak olaną, no cóż.

elsie swanson
zgrozo
jak jest nudno i za miło, albo jak generujesz mi posty
24 y/o
For good luck!
175 cm
pielęgniarka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
Jestem kobietą. Burzą, ogniem, wodą, perłą, ale nie na dnie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona | jej
typ narracjiklasyczny
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ich relacja była jak instrukcja obsługi napisana a. drobnym druczkiem, b. w języku, którego nikt oficjalnie nie znał. Po włosku, dajmy na to. Ładnie brzmi, jest elegancko, ale spróbuj zrozumieć cokolwiek bez googlowania (i trzech kaw). Oficjalnie: przyjaźń. Bezpieczne słowo. Nieoficjalnie: coś, co nigdy nawet nie próbowało się nazwać, bo każda etykietka brzmiałaby albo zbyt serio, albo niepokojąco śmiesznie, a dosyć jasno można było stwierdzić, że oboje już jakiś czas temu wyrośli z piaskownicy. Elsie wiedziała swoje. Widziała te spojrzenia zielonych oczu — o sekundę za długie, o pół tonu za uważne. Takie, w których łatwo było się zaplątać, jeśli akurat miało się gorszy dzień i/lub zbyt miękkie kolana. I wiedziała też, że czasem mogła wyglądać jak ktoś, kto s i ę s t a r a. Za bardzo. Tylko że w jej świecie to wcale nie było staranie się. To było po prostu bycie sobą. A skoro znali się z Donniem wystarczająco długo — wystarczająco głęboko, choć ta głębokość była raczej platoniczna, podszyta żartami i codziennością — to on musiał wiedzieć, że ona taka właśnie jest. Parsknęła cicho, gdy temat długopisu wrócił jak bumerang. Nawet nie musiała sięgać do torebki, żeby wiedzieć, że go tam nie ma. Wiedziała to na poziomie egzystencjalnym, głębokim i niepodważalnym.
Obawiam się, że dzielimy wyimaginowane biuro — stwierdziła lekko. — Długopis również w nim został. Biurokrację przerzucimy więc na p r z y s z ł o ś ć — ironia była niegroźna, bardziej rozbrajająca niż obronna. Jej specjalność. A potem padło to zdanie. O śniadaniu. O myśleniu o niej przy płatkach. Elsie uniosła brew, rozbawiona bardziej, niż zamierzała i pozwoliła sobie na ten mikrosekundowy luksus: nie ukrywać, że ją to bawi.
Czuję się zaszczycona — rzuciła. — Awans do porannego rytuału. To chyba elitarna kategoria, prawda?

W tle impreza zaczęła się przestawiać, jakby ktoś bez pytania zmieniał układ mebli. Carol i jej dziewczyny odpłynęły na bok — dosłownie i symbolicznie — robić zdjęcia. Elsie obserwowała to z dystansem, trochę jak film przyrodniczy. Ustawianie się pod światło. Poprawianie włosów. Synchronizacja uśmiechów. Instagram at it's best, bez domieszek rzeczywistości. Przez moment poczuła to znajome ukłucie — zazdrość zmieszaną z ulgą. Że to jednak nie jej świat. I że naprawdę nie musi do niego pasować, żeby czuć się okej.

Kiedy temat rejestru komplementów wrócił, prychnęła śmiechem, już gotowa pociągnąć żart dalej, zanim zrobi się zbyt serio.
Oczywiście, że prowadzę rejestr komplementów dotyczących Elsie Swanson — oznajmiła z pełną powagą. — Ale muszę cię uprzedzić, konkurencja jest spora. Moi pacjenci w wieku senioralnym są absolutnie bezlitośni — kiwnęła głową. — Taka ładna dziewczyna, taka miła. Albo pewno wielu kawalerów się wokół ciebie kręci. Klasyk. Nie do pobicia.

Zrobiło się ciaśniej. Przestrzeń wokół nich zaczęła się kurczyć, przesuwać, zmieniać zasady. Ludzie napierali falami, rozmowy się mieszały, a muzyka była o pół tonu za głośna. Pozwoliła więc, by uchwyt na jej nadgarstku poprowadził ją dalej. Bez oporu. Naturalnie. Dopiero po chwili, zupełnie odruchowo, ujęła dłoń, która była blisko, w swoją — grzecznie, spokojnie. Bez splatania palców. Jakby to było najrozsądniejsze rozwiązanie logistyczne na zatłoczonej imprezie, nic więcej. Nowe miejsce było wyraźnie głośniejsze, jakby ktoś podkręcił nie tylko muzykę, ale i ambicje rozmówców. W powietrzu unosiły się wielkie słowa rzucane lekką ręką: wolne związki, wolność, brak definicji jako najwyższa forma definicji. Zdania urywały się w połowie, mieszały z cudzym śmiechem, z brzękiem plastiku, z przekonaniem, że oto właśnie tutaj rodzi się jakaś prawda objawiona — najlepiej między jednym a drugim łykiem. Elsie zamrugała, wytrącona z rytmu, jakby weszła na chwilę do pokoju, w którym wszyscy oglądali inny program.
Czy wolny związek i sama idea związku przypadkiem się nie wykluczają? — bąknęła, bardziej w przestrzeń niż do kogokolwiek konkretnego. Słowa zawisły i natychmiast straciły znaczenie, przykryte kolejnym śmiechem, kolejną opinią, kolejną definicją bez definicji. I dobrze. Nie miała dziś ochoty rozplątywać cudzych światopoglądów ani dokładać własnych wniosków do zbiorowej burzy mózgów. Opuściła więc temat z tą samą łatwością, z jaką się pojawił. Zmieniła kanał. Świadomie. Odruchowo.
— Wiesz co — odezwała się po chwili, jakby mówiła o czymś znacznie ważniejszym ale zapewne bez większego problemu można było za to uznać jego egzystencjalne pytanie o wyższość piwa nad drinkami, bądź odwrotnie. — Wszystko byle nie to podłe prosecco. Naprawdę. Jestem bardzo elastyczna w kwestii alkoholu — zawahała się ułamek sekundy, bardziej dla formy niż z niepewności, po czym dorzuciła, półżartem, półserio: — Masz może pomysł na jakąś… b e z p i e c z n ą miejscówkę?

I pozwoliła, żeby chwila zrobiła swoje. Żeby hałas, ruch i obce rozmowy przestały być tłem do analiz, a stały się po prostu tłem. Czasem naprawdę wszystko jedno — byle nie zatrzymać się za długo na myśleniu.

Donnie A. Bowen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
aj
nie polubimy się jak odpisujesz raz na miesiąc, wiesz o mojej postaci więcej niż moja postać, rażąco peron odjeżdża od wspólnych ustaleń albo jeśli pojawia się bezsensowna, niepotrzebna erotyka czy przemoc
25 y/o
For good luck!
184 cm
fotograf, który po nocach pisze nekrologi | Toronto Sun
Awatar użytkownika
na chwilę?
na trochę dłużej jednak.
w toronto miał zabawić chwilę, może miesiąc, żeby zbadać to miasto i ruszyć dalej, ale okazało się, że jest tu więcej do okrycia niż się spodziewał.
więcej ludzi, więcej zdjęć, więcej emocji, od których ciężko jest mu uciec.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Chociaż akurat Donnie znał włoski, nawet ten jego dziwny akcent go zdradzał, od razu było czuć, że z chłopaka jest makaroniarz. Ale i tak tej ich relacji nie rozumiał wcale.
I może to go tak pociągało? Jakaś wielka niewiadoma? Chwilo trwaj. Witaj przygodo. Wchodzę w to, chociaż nie wiem w co!
Donnie lubił ten pierwiastek zaskoczenia, który towarzyszył ich spotkaniom, w jednej chwili przeciągłe spojrzenia, w drugiej odbieganie od tematu, a w trzeciej już do zobaczenia, kiedyś tam.
Chociaż teraz jeszcze byli na etapie przeciągłych spojrzeń i Bowen chciał, żeby ta chwila trwała, do dwunastej może? Albo do rana nawet. Z okazji sylwestra.
- To nawet świetnie się składa bo zawsze zapominam tam podlewać wyimaginowanych kwiatków, ale skoro to nasze biuro, to może ty będziesz pamiętała - znowu mrugnął do niej jednym okiem, intensywnie zielonym, i tak samo intensywnie w nią wpatrzonym. Znowu się uśmiechnął, kiedy mówiła o tej przyszłości, bo chociaż to było przecież niewinne zdanie, żart nawet, to mózg już to różnie interpretował. Przyszłość, kolejne spotkanie, ich przyszłość. Wspólna?
Zastanowił się opierając palec na wardze, trzy uderzenia serca, kiedy myślał o przyszłości, ale też o porannym rytuale.
- Wieczorne chyba są poważniejsze, ale w sumie poranne to dobry początek dnia - myślał głośno, znowu łapiąc spojrzenie jej ciemnych tęczówek.
Jedno takie posłał jeszcze w kierunku Carol, chociaż przez głowę przeszła mu myśl, że gdyby nie Elsie, to może brałby w tym udział? W zdjęciach z dzióbkami zdecydowanie nie.
Całe szczęście takie imprezy rządziły się swoimi prawami, panował tutaj ruch, wymiana informacji, wymiana towarzystwa. Cały czas coś się działo, i oni też finalnie wylądowali gdzieś z dala od dzióbasków, od słit foci i tym podobnych. Na szczęście.
- Musze kiedyś go zobaczyć, ile tam jest tych moich. Piękna? Fotogeniczna? Ładny uśmiech? I te oczy? - te jego znowu spoczęły na jej twarzy, chociaż zaraz wywrócił nimi dookoła i zmrużył powieki - ach te dziadki - pokręcił głową, wprawiając w ruch ciemne loki, które opadły mu na twarz, przejechał po niej palcami, zbierając włosy do tyłu - no i co? Dużo jest tych kawalerów Swanson? - musiał zapytać, chociaż do wieku senioralnego brakowało mu może ze czterdziestu lat. Ale co z tego?
Kiedy oni toczyli sobie te swoje niewinne rozmówki, słowne przepychanki, przekomarzanki, to wciąż nie stali przecież w miejscu, wciąż zmieniali pozycję. Aż w końcu ręce złączone niewinnie zaprowadziły ich w to miejsce. W miejsce wolnych związków. Donnie przez moment przysłuchiwał się wymianie zdań, jakoś z boku, potem wtrącił to swoje trzy grosze - wolność przede wszystkim, ale dopiero kiedy wtrąciła się Elsie, to parsknął śmiechem. Krótko, szczerze, aż wszystkie oczy w kręgu wyznawców wolności, zwróciły się na niego. Co do jednego.
- Coś w tym jest - wzruszył ramionami - jak jesteś wolny, to jesteś, nie? - kilka zmarszczonych brwi, kilka prychnięć, a potem zmiana tematu. Ale to nawet dobrze, bo oni też mogli się z tego spokojnie wykręcić. Spokojnie zmienić towarzystwo, stanąć gdzieś z boku, poruszając ważne kwestie. Tematy najważniejsze w tej chwili na świecie. Ich świecie na pewno!
- Prosecco jest podłe? Przyniosłem jedno, mam nadzieję, że to nie to moje - stwierdził przechylając na bok głowę. To jego jedno prosecco mogło już dawno zostać wypite, albo jeszcze nawet nietknięte. Donnie przejechał językiem po spierzchniętych wargach.
- Dobra, to coś wybiorę - podjął męską decyzję. I już nawet miał ruszyć ku tej przygodzie, akcji wyboru odpowiedniego alkoholu, ale wtedy Elsie zapytała o tę bezpieczną miejscówkę, zatrzymał się w pół kroku, obejrzał na nią przez ramię.
- Są dwie - zaczął, a zielone ślepia znooowu spoczęły na jej buzi - sypialnia - proste, bezpieczne miejsce, bo to co się tam dzieje zazwyczaj odbywa się w cztery oczy, chyba, że ktoś lubi w więcej, ale to już wspólna decyzja - albo schody - na schodach zawsze odchodzą największe dramaty, czułe powitania i łzawe pożegnanie, rozmowy o życiu. Musiała wybrać.
Bo Bowen wybrał właśnie dla nich dwa piwa w ciemnych butelkach, podobno dobre, chociaż do tylnej kieszeni spodni wsunął też skręta, którego znalazł gdzieś przy popielniczce. Skręty i piwo, całkiem dobry podkład pod...
- To co, sypialnia? Czy schody? - zapytał jeszcze zanim podał jej butelkę, zanim skierował się do wybranego przez nią bezpiecznego miejsca.

elsie swanson
zgrozo
jak jest nudno i za miło, albo jak generujesz mi posty
24 y/o
For good luck!
175 cm
pielęgniarka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
Jestem kobietą. Burzą, ogniem, wodą, perłą, ale nie na dnie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona | jej
typ narracjiklasyczny
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Gdyby nie Donnie, ten sylwester najpewniej byłby po prostu jednym z tych wieczorów, które się odbywają i tyle. Impreza była głośna, chaotyczna, pełna ludzi, którzy mieli wiele do powiedzenia i niewiele do usłyszenia. Elsie miała wrażenie, że większość rozmów toczyła się obok sensu, a nie z jego udziałem. W tym całym zamieszaniu obecność kogoś znajomego robiła kolosalną różnicę. Znała go. Lubiła. To naprawdę wystarczało. Nagle hałas przestawał męczyć, a przypadkowe szturchnięcia i czyjeś łokcie w żebra stawały się tylko elementem tła. Zawsze było łatwiej, kiedy obok był ktoś, z kim można było wymienić jedno spojrzenie zamiast trzech zdań uprzejmości. A jeśli jeszcze rozmowa płynęła bez wysiłku, bez kalkulowania i pilnowania się — robiło się zwyczajnie miło. Złapała się na tym, że uśmiecha się częściej, niż planowała. Gdy znów wrócił temat wyimaginowanego biura i kwiatków, pokręciła głową z rozbawieniem. Ten motyw powracał jak bumerang i bawił ją nieproporcjonalnie do swojej wagi.
Obawiam się, że to może być problem — przyznała z przesadną powagą. — W zeszłym roku udało mi się zmarnować nawet kaktusa — brzmiało to jak żart, ale prawda była taka, że coś w tym było. Elsie świetnie radziła sobie z ludźmi, kryzysami i sytuacjami, które wymagały szybkiej reakcji i zimnej krwi. Gorzej szło jej z rzeczami wymagającymi regularności i pamiętania o drobiazgach. Podlewanie roślin nigdy nie było jej mocną stroną i nie zapowiadało się, żeby miało się to nagle zmienić.

Kiedy pojawił się temat rejestru komplementów, parsknęła cicho. Sama myśl o prowadzeniu jakichkolwiek statystyk w tym zakresie była absurdalna.
Twoich? Zapewne większość — rzuciła lekko, bez cienia zawahania, z tym naturalnym luzem, który pojawiał się u niej tylko w naprawdę dobrym towarzystwie. Wspomnienie o kawalerach wywołało u niej krótkie, szczere parsknięcie. — Wiesz, w wyobrażeniu d z i a d k ó w połowa szpitala pewnie za mną biega — dorzuciła, unosząc brew. — I cóż… to wcale nie byłoby takie niemiłe doświadczenie — nie było w tym ani grama przechwałek. Raczej zwykła ironia i dystans do samej siebie. Doskonale wiedziała, jak starsi pacjenci potrafili patrzeć na nią z rozbrajającą sympatią, jak czasem jeden uśmiech czy żart potrafił rozbroić napięcie na dyżurze. To był ten rodzaj uwagi, który bardziej rozczulał niż onieśmielał.

Przemieszczali się dalej, a ona pozwalała, by to się działo bez oporu. Zmiana miejsca była naturalna, jakby wynikała z rytmu rozmowy, a nie z potrzeby ucieczki. Tu było ciaśniej, głośniej, intensywniej. Głosy nakładały się na siebie, śmiech wybuchał nagle i gasł równie szybko. Elsie zamrugała, na moment wytrącona z rytmu, po czym wypuściła powietrze nosem. Nie miała ochoty wchodzić w długie dyskusje ani tłumaczyć swojego spojrzenia na świat. Tego wieczoru zdecydowanie bardziej interesowały ją proste rzeczy — rozmowa, która nie męczyła, i obecność, która była zwyczajnie przyjemna. Kiedy padły propozycje zmiany miejsca, wybór okazał się zaskakująco prosty. Schody były już zajęte — przez rozmowy, emocje i ludzi, którzy wyglądali, jakby przyszli tam przeżywać coś bardzo ważnego. Sypialnia brzmiała neutralnie. Ciszej. Spokojniej. Bez widowni.
Sypialnia — zdecydowała bez długiego namysłu. I w tej decyzji było coś kojącego. Pozwoliła się porwać chwili, ruchowi, temu prostemu poczuciu, że nie wszystko trzeba analizować i rozkładać na czynniki pierwsze. Czasem naprawdę wystarczało wybrać odpowiednie miejsce i właściwe towarzystwo.

Donnie A. Bowen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
aj
nie polubimy się jak odpisujesz raz na miesiąc, wiesz o mojej postaci więcej niż moja postać, rażąco peron odjeżdża od wspólnych ustaleń albo jeśli pojawia się bezsensowna, niepotrzebna erotyka czy przemoc
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Dzielnica Mieszkalna”