Toronto w styczniu wyglądało jak miasto uśpione pod ciężarem śniegu. Ulice przykryte białym puchem zdawały się milczeć, a powietrze miało w sobie tę charakterystyczną ostrość, która szczypała w policzki i zmuszała do szybszego kroku. Elisabeth szła przez to zimowe miasto z miną, która zdradzała więcej niż chciała. Była niewyspana, a jej humor pozostawiał wiele do życzenia. Wszystko przez rodziców, którzy, jak na złość, wybrali właśnie ten dzień na niezapowiedzianą wizytę. Zjawili się w mieszkaniu, które wciąż dzieliła ze swoim byłym, mimo że w rodzinnym domu czekał na nią własny pokój, prawdopodobnie większy niż całe to ciasne lokum.
Ich obecność była jak ciężka kotara, która opadła na jej dzień. Od progu zaczęły się pytania, te same, co zawsze. Dlaczego wciąż mieszka tutaj? Dlaczego nie wróci do domu, gdzie jest przestrzeń, spokój i „normalność”? Dlaczego upiera się przy pracy recepcjonistki, skoro mogłaby „zrobić coś więcej”? W ich głosach brzmiała troska, ale podszyta niezrozumieniem, które bolało bardziej niż krytyka. Elisabeth czuła, jak wzbiera w niej gniew, choć na zewnątrz starała się zachować spokój. Nie rozumieli, że ta praca była dla niej czymś więcej niż sposobem na zarobek. Była częścią jej pasji, jej planu na życie, choć nigdy nie potrafili tego dostrzec.
Każde ich słowo przypominało jej, jak bardzo różni się od reszty rodziny. Najmłodsza z Gilbertów zawsze była tą „inną” bardziej upartą, bardziej wrażliwą, bardziej skomplikowaną. Rodzice chcieli dla niej stabilności, a ona pragnęła wolności. W tym chaosie, wśród słów, które bardziej męczyły niż cokolwiek wyjaśniały, Elisabeth podjęła decyzję: napisze do Mirabelli.
Mirabella była dla niej kimś wyjątkowym. Od pierwszych rozmów wyczuwała w niej tę samą dzikość, którą sama nosiła w sobie, choć na co dzień musiała ją tłumić. Leki, o których mało kto wiedział, były jej codziennością jej cichym strażnikiem, który pilnował, by nie wymknęła się spod kontroli. O tym jednak nie wspomniała Mirabelli. Nie chciała jej wystraszyć. Wiedziała, że potrafi być przerażająca, choć zwykle dominowała w niej ta uczynna, kochająca część. To powodowało, że gdy ktoś widział ją w innym świetle, reakcje były pełne zdziwienia, czasem nawet lęku.
Tego dnia, mimo zmęczenia i chłodu, Elisabeth ubrała się ciepło. Była zmarźluchem, zawsze marzła szybciej niż inni, ale nie zamierzała pozwolić, by pogoda pokrzyżowała jej plany. Postarała się dotrzeć pod naleśnikarnię jak najszybciej. Nie lubiła się spóźniać, to nie leżało w jej charakterze. Nie znosiła też, gdy ktoś musiał na nią czekać. Śnieg skrzypiał pod jej butami, a wiatr smagał twarz, gdy mijała kolejne ulice. W głowie układała słowa, które napisze do Mirabelli, choć wiedziała, że spotkanie twarzą w twarz będzie lepsze niż jakikolwiek tekst.
Toronto w zimowej odsłonie miało w sobie coś surowego, ale i pięknego. Światła latarni odbijały się w śniegu, tworząc złote plamy na białym tle. Elisabeth, mimo swojego nastroju, dostrzegała tę estetykę, może dlatego, że zawsze miała w sobie wrażliwość na szczegóły. Jednak dziś te obrazy były tylko tłem dla myśli, które krążyły wokół rodziców, byłego i Mirabelli. Chciała wyrwać się z tego wszystkiego, choćby na chwilę. Spotkanie w naleśnikarni wydawało się idealnym pretekstem, by odetchnąć.
Kiedy dotarła na miejsce, poczuła ulgę. Ciepło bijące z wnętrza lokalu kontrastowało z mrozem na zewnątrz. Wzięła głęboki oddech, jakby chciała zrzucić z siebie ciężar całego dnia. Wiedziała, że rozmowa z Mirabellą nie rozwiąże wszystkich problemów, ale mogła być początkiem czegoś dobrego, chwili normalności w świecie, który ostatnio wydawał się zbyt głośny i chaotyczny.Gdy dostrzegła koleżankę, uśmiechnęła się do niej, czując, jak napięcie w ramionach odrobinę się rozluźnia. Ten uśmiech był jak mały wyłom w murze, który budowała przez cały dzień.
–
Mam nadzieję, że nie czekałaś zbyt długo? – zapytała, zupełnie nie przejmując się brakiem powitania. Lubiła to u Miry, tę dosłowność i brak zbędnego „tańczenia” wokół słów. W jej towarzystwie nie musiała udawać, że wszystko jest w porządku. Domyślała się, że irytacja Miry nie była skierowana na nią, dlatego nawet nie mrugnęła powieką. Skierowała swoje kroki w stronę lokalu, zaciskając dłonie w pięści, jakby wciąż próbowała strząsnąć z siebie resztki gniewu po rozmowie z rodzicami.
Drzwi naleśnikarni otworzyły się z cichym dźwiękiem dzwoneczka, a Elisabeth od razu poczuła falę ciepła, która otuliła jej zmarznięte ciało. Wnętrze pachniało słodko, mieszanką wanilii, karmelu i świeżo parzonej kawy. W tle grała spokojna muzyka, delikatne dźwięki pianina, które koiły nerwy. Ściany ozdobione były drewnianymi panelami, a w oknach wisiały girlandy z drobnymi światełkami, które migotały jak gwiazdy. W powietrzu unosił się zapach cynamonu, tak intensywny, że aż poczuła, jak jej żołądek przypomina o głodzie.
–
Nie przejmowałabym się tym za bardzo, mogą być i naleśniki. Pewnie mają jakieś kakao albo zimowe herbaty, to zaraz sprawdzimy – powiedziała, starając się nadać głosowi lekkość, choć w środku wciąż czuła się jak sprężyna gotowa do wystrzału. Gdy Mira wskazała stolik przy oknie, Elisabeth jedynie kiwnęła głową na zgodę, od razu w przelocie łapiąc dwa menu, dla siebie i dla niej.
Usiadła, czując miękkość tapicerowanego fotela, który zdawał się wciągać ją w swoje objęcia. Wzięła głęboki oddech, pozwalając, by zapachy lokalu wypełniły jej płuca. Było tu bezpiecznie, ciepło, jakby czas na chwilę zwolnił.
Słysząc propozycję Miry, podniosła głowę znad karty dań, a na jej twarzy pojawiło się szczere zaskoczenie. Nie spodziewała się przeprosin, to było jak nagły promień światła w dniu pełnym cieni. W jej wnętrzu coś drgnęło, jakby ktoś poluzował zaciśnięty węzeł. Nie miała nic przeciwko temu, że dziewczyna długo nie odpisywała. El należała do osób, które ufały innym, wierzyła, że gdy będą chcieli, odpowiedzą na jej wiadomość wtedy, kiedy będą mieli czas. Nie przepadała za ściganiem kogokolwiek o odpowiedzi, bo sama wiedziała, jak ciężkie potrafią być dni, gdy wszystko przytłacza.
–
To niezwykle miło z twojej strony... Jesteś pewna? – spojrzała na Mirabellę, próbując rozgryźć tę sytuację, ale po chwili się poddała. Nie chciała analizować, chciała po prostu poczuć, że ktoś jest tu dla niej. –
Wezmę jagodowe naleśniki i zimową herbatę z cynamonem i pomarańczą w takim razie. A ty? – dodała, a w jej głosie pojawiła się nuta ciekawości, może nawet nadziei, że ten wieczór będzie inny niż reszta dnia.
Mirabella Harrison