-
przyszła dziedziczka narkotykowego królestwa, córeczka tatusia i manager lokalnej filii rodzinnego kasyna - montague paradiso
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Jeszcze na studiach włożyła ogrom pracy w to, aby jak najlepiej się do tego przygotować, choć przecież teoria i oceny niewiele miały wspólnego z tym, jak prężnie rozwijał się prawdziwy biznes. Tego nauczyła się przede wszystkim od ojca, przez długie lata obserwując to, jak postępował ze swoimi kontrahentami. Wydawało jej się, że była w stanie wychwycić wszystko, ale mimo to nie dostrzegła tego, że przez przeszło dwie dekady rodzinne kasyna były wyłącznie p r z y k r y w k ą.
Nie dostrzegła tego, że od samego początku chodziło o coś więcej, a teraz nie wiedziała, czy takiemu wyzwaniu będzie w stanie sprostać.
Nie wiedziała też, czy któregoś razu jego w r o g o w i e nie odezwą się tutaj. Nadal bywały noce, kiedy nie była w stanie zasnąć, a sen przychodził dopiero po połknięciu podwójnej dawki nasennych tabletek. To właśnie wtedy myślami cofała się do wypadku, który to wszystko zapoczątkował. Do wypadku, który w końcu zmusił go do tego, aby wyznał jej prawdę.
Ona zaś zmuszona była to zaakceptować. Tak po prostu przyjęła do wiadomości to, że jej ojciec bawił się w najlepsze w przestępczym półświatku, nierzadko najpewniej posuwając się do rzeczy, o których ona nie śmiała nawet myśleć. Do rzeczy, których sama prawdopodobnie nie byłaby w stanie zrobić.
Może dlatego przez tak długi czas nie chciał jej zaufać?
W ten sposób uczulił ją jednak, że musiała być ostrożniejsza. Musiała uważnie sprawdzać każdą osobę, z którą zamierzała współpracować, jednocześnie nie mając ochoty wykorzystywać do tego jego ludzi. Wiedziała przecież, że na bieżąco mu wszystko raportowali, a Mindy nieszczególnie lubiła, kiedy ktoś patrzył jej na ręce. Wolała robić wszystko po swojemu, a do tego potrzebowała pomocy.
Właśnie dlatego zaoferowała dziś Victorowi kolację w swojej ulubionej restauracji. Nie umywała się ona do tych, które znała z Yellowknife, ale była całkiem w p o r z ą d k u. Uzyskawszy odpowiedź obiecała tam na niego zaczekać. I to właśnie robiła, sącząc leniwie zawartość szkła z czerwonym winem, kiedy w końcu Murray zamajaczył jej na horyzoncie. Zadbała oczywiście o stolik w dość ustronnym miejscu.
— Pozwoliłam sobie już zamówić — oznajmiła, wykrzywiając usta w łagodnym uśmiechu. Zaraz też skinęła dłonią na kelnera, chcąc w ten sposób dać mu znać, że mógł napełnić winem kolejny kieliszek. — Mam do ciebie małą prośbę, ale uznałam, że najpierw możemy się najeść. Na mój koszt — w końcu to ona go tu dzisiaj zaprosiła, choć patrząc na to, jak zamożni byli ich ojcowie, żadne z nich nie miało zbiednieć od takiego wydatku.
Victor Murray
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Takie myśli krążyły w jego głowie od początku dnia. Choć Toronto było ogromnym miastem, a jego baza obejmowała już setki zadowolonych klientów, nigdy wcześniej nie spotkał się z tak dużym zleceniem jak to. Dotychczas zajmował się głównie drobnymi i większymi kradzieżami, poszukiwaniem konkretnych jednostek lub współpracą ze służbami, które uwielbiały sokole oko mężczyzny. I choć od samego początku zlecenie wydało mu się wyjątkowo skomplikowane, tym bardziej nakręciło go to do jego przyjęcia.
Victor był detektywem, który najbardziej cenił analizowanie i rozwiązywanie spraw wymagających igrania z prawem.
Jak się spodziewał, nie otrzymał zbyt wielu informacji o sprawie. Dowiedział się jedynie o dawnych, drobnych porachunkach, listach oraz nielicznych poszlakach wskazujących na narkotykowy półświatek i interesy rozwijane podobno poza rejonem rodzinnego miasteczka. Znał ludzi z branży; takich, którzy nie podejmowali się zleceń wychodzących poza granice miasta, obawiając się długotrwałych i żmudnych poszukiwań faktów.
Murray był jednak inny. Nie zwracał większej uwagi na pieniądze, sławę ani negatywne opinie krążące po mieście wśród niezadowolonych klientów. Nauczył się, że w tym biznesie nie da się uszczęśliwić wszystkich. Wyjawianie prawdy zawsze narażało detektywów na gniew tych, którzy mściwie odgryzali się za niewygodne fakty uderzające w ich interesy.
Choć i tak do tej pory nie było bardziej niezadowolonego klienta niż jego własna rodzina.
Odkąd pamiętał, zawsze atakowali jego najczulsze punkty, krytykując cele, plany i marzenia młodego wówczas chłopaka. Wszystko przez informację, że zamiast prawa wybrał wymarzony od zawsze kierunek. Niestety, upór i zawziętość obu stron doprowadziły do sytuacji, w której zamiast rozmów, pozostało jedynie anonimowe śledzenie profili członków rodziny. Nie chciał wracać do miejsca, gdzie każde spojrzenie zadawało wyłącznie ból.
Zdziwił się czytając wiadomość od Mindy; znajomej będącej dla niego największą zagadką. Nigdy nie był mężczyzną, któremu łatwo przychodziło budowanie długotrwałych relacji z kobietami, czego najlepszym dowodem była jego historia miłosna. Mając trzydzieści wiosen na karku, zakochał się tylko raz w osobie, która poprzez serię niewyjaśnionych wydarzeń pozbawiła go części majątku, zatrudniając prawników nie zostawiających na nim suchej nitki.
Zszokowany, a jednocześnie uradowany nowym zleceniem zgodził się na spotkanie chcąc pochwalić się tym, co na niego czekało. - To co zawsze? Czy testujemy coś nowego? - zapytał, pojawiając się o wyznaczonej godzinie w restauracji. Choć bywało między nimi różnie, czuł wobec Mindy dziwną słabość od początku ich znajomości. - Prośbę? Na wszystko się zgadzam. Mam tak dobry dzień po nowym zleceniu, że nic nie jest w stanie mi go zepsuć - oznajmił nie słysząc jeszcze na mój koszt. W normalnych warunkach nigdy by się na to nie zgodził, chociaż… Oboje znajdowali się w sytuacji, gdzie nie musieli narzekać na brak funduszy.
Mindy Montague
-
przyszła dziedziczka narkotykowego królestwa, córeczka tatusia i manager lokalnej filii rodzinnego kasyna - montague paradiso
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Mindy pragnęła dopiąć swego i udowodnić własnemu ojcu, że była odpowiednią osobą do tego, aby w przyszłości objąć pieczę nad jego działalnością. Chciała, żeby zaufał jej w tej kwestii tak, jak ona zmuszona była zaufać jemu, jednocześnie zapominając o wszystkim tym, w co sama do niedawna wierzyła.
To przecież nie tak, że pochwalała to, czym się zajmował, ale czy rzeczywiście miała powody, aby się temu sprzeciwić?
W przeszłości wiele o tym rozmyślała, jednocześnie dochodząc do wniosku, że przecież nigdy nie wyrządził jej żadnej krzywdy. Nie czuła też z jego strony zaniedbań, ponieważ zawsze zapewniał jej wszystko to, co najlepsze. Tym jednak nie była jego bliskość, a materialne zaspokajanie wszelkich jej potrzeb.
Wtedy jeszcze nie wiedziała, że nie to było najważniejsze.
Teraz zresztą także miała trudność z rozpoznaniem własnych priorytetów. Wydawało jej się, że nimi była dla niej przede wszystkim praca, dlatego większość wolnego czasu poświęcała na nią. Całe dnie spędzała w kasynie, uważnie nadzorując jego rozwój i pilnując, aby żaden klient ani pracownik nie próbował wzbogacić się jej kosztem.
Z tego powodu tak dokładnie ich sprawdzała - właśnie tak, jak robił jej ojciec. Nim zgodziła się na współpracę, pragnęła znać każdy szczegół z życia danej osoby, zwyczajnie nie chcąc przy tym ryzykować, że podrzędny pracownik okaże się nagle gliniarzem pod przykrywką. Nie mogła przecież pozwolić sobie na popełnienie tak podstawowego błędu, kiedy jej ojciec dalej patrzył jej na ręce, a względem tego nie miała nawet cienia wątpliwości.
Mógł jej ufać, ale przecież Mindy wiedziała, że to właśnie kontrola była dla niego najlepszą formą zaufania.
W rozwiązaniu najnowszego kłopotu mógł pomóc jej Victor. Jednocześnie wiedziała, że nie musiała zdradzać mu wszelkich szczegółów, bo przecież fakt, że jako właścicielka kasyna chciała sprawdzić swoich pracowników nie był niczym nadzwyczajnym. Chroniła swój interes tak, jak zrobiłaby to każda inna osoba na jej miejscu.
Wzruszyła lekko ramionami, kiedy usłyszała jego pytanie. — Poprosiłam o menu dnia. Tylko wino wybrałam sama — nie wiedziała więc, co dokładnie planowano im zaserwować. Z tym oczywiście mogła zapoznać się w karcie, ale zamiast poświęcić temu swoją uwagę, zbyła kelnera po to, aby raz jeszcze w spokoju przestudiować dokumenty, które ze sobą przyniosła, a które na krótko przed przybyciem Victora schowała do swojej torby.
Koniuszkiem języka zwilżyła dolną wargę, a jedna z jej brwi powędrowała ku górze, gdy usłyszała jego wyznanie. To sprawiło, że i na jej usta wkradł się uśmiech. — Teraz już musisz opowiedzieć mi o nim więcej. I nie oszczędzaj sobie szczegółów — zachęciła, podczas gdy lampka z winem wylądowała ponownie na stole. Mindy zaś oparła się o jego blat łokciami, aby na splecionych dłoniach chwilę później oprzeć własną brodę.
Zamierzała go wysłuchać i zamierzała zrobić to z uwagą. To przecież stanowić miało potwierdzenie tego, że poproszenie go o pomoc miało okazać się d o b r y m pomysłem.
Victor Murray
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Victor nigdy nie był osobą, która lubiła rozmawiać o swojej przeszłości, zwłaszcza gdy temat schodził na jego rodzinę. Nie wywodził się z patologicznego domu, lecz każda myśl o rodzicach wywoływała w jego głowie nieprzyjemne wspomnienia z okresu młodości. A wszystko przez dzień, w którym po kilku miesiącach nieustannych rozważań postanowił wyznać im prawdę o wyborze kierunku studiów, który nie był zgodny z ich wizją jego przyszłości.
Współczuł każdej osobie, która tak jak on musiała dorastać w rodzinie, gdzie od zawsze należało postępować według ściśle ustalonych reguł i zasad. Murrayowie od pokoleń pragnęli, by ich wyróżniające się nazwisko lśniło prestiżem i było symbolem sukcesu w kolejnych generacjach.
Dlatego gdy zamiast prawa wybór padł na kryminologię, jego życie uległo drastycznej zmianie. Wyrzuty i narastająca presja zastąpiły spokój oraz poczucie ciepła rodzinnego, a decyzję Victora uznano za wyrok; twierdzono, że rezygnując z wymarzonego przez nich kierunku, skazał całą rodzinę na społeczne wykluczenie wśród innych, równie bogatych środowisk.
Ale czy wyszło mu to na złe? N I E. Zamiast ciężkich i skomplikowanych kodeksów robił to, co zawsze sprawiało mu ogromną przyjemność. Uwielbiał momenty mroku i dopaminę dostarczaną przez trudne, wymagające zlecenia pełne adrenaliny i wyzwań. Nie widział siebie jako prawnika w todze, reprezentującego klientów jednej z największych kancelarii; miejsca, które zapewne dostałby dzięki ojcu, jednemu z najbardziej rozpoznawalnych biznesmenów, którego macki sięgały każdego zakamarka tego miasta… i nie tylko.
Dlatego właśnie był tak bardzo zadowolony z dzisiejszego zlecenia. Do tej pory zajmował się wyłącznie mniejszymi, drobnymi sprawami, nie wychylając się zbytnio do przodu. Miał nadzieję, że rozwiązanie tej zagadki przyniesie mu odpowiedź - pokaże ojcu, a może przede wszystkim samemu sobie, że krytyczne opinie były jedynie pustymi słowami wypowiadanymi przez człowieka, który nigdy nie uważał zawodu prywatnego detektywa za dochodowy. Argumentował to historiami innych, których losy niemal zawsze kończyły się bankructwem
Nie znał lepszej osoby, z którą mógłby uczcić przyjęcie tak ważnej sprawy. Najgorsze było to, że nie miał pojęcia, że śledztwo było mocno powiązane z rodzinnymi interesami ojca jego przyjaciółki. Gdzie sam Victor nigdy wcześniej nie znalazł się w sytuacji, w której musiałby wybierać między dobrem sprawy a dobrem bliskiej osoby.
- Więc tą prośbą było wybranie menu? - zapytał, przekomarzając się. Doskonale wiedział, że nie chodziło o zwykły wybór dań, lecz o coś znacznie poważniejszego. Jednak w takich chwilach trudno było mu skupić się na czymkolwiek innym niż ekscytacja przed wyjawieniem prawdy o nowym zleceniu, które kupiło go już samym opisem. - Dobra, to ja zacznę! Ostatnio sporo myślałem, wiesz o tym… Czy to wszystko w ogóle ma sens - powiedział ponuro, czując, że wyjawienie prawdy Mindy było najlepszą decyzją, jaką mógł podjąć. - Wiesz… o agencji. Te zlecenia z czasem robią się naprawdę nudne. A ostatnio to już była przesada. Ale dzisiaj miałem klienta. I czuję, że szykuje się coś naprawdę dużego. Nie wiem jeszcze zbyt wiele, chyba chodzi o jakiegoś barona, bossa czy szefa narkotykowego półświatka - dodał z ekscytacją, przeglądając rozpiskę menu. Nie wiedział jeszcze, że dotknął sprawy powiązanej bezpośrednio z kobietą siedzącą naprzeciwko
Mindy Montague
-
przyszła dziedziczka narkotykowego królestwa, córeczka tatusia i manager lokalnej filii rodzinnego kasyna - montague paradiso
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
I to rzeczywiście mu się udało.
Nie poznała przez to jednak poczucia bliskości, które jako rodzic także powinien był jej zapewnić. Zwłaszcza po tym, jak zmuszona była pożegnać się z matką, która zmarła przedwcześnie. Nigdy nie uważała, że przez ojca mogłaby być choć trochę zaniedbana, ale może nigdy nie otworzyła na to oczu?
Może po prostu nie chciała zobaczyć tego, że przez długie lata ukrywał przed nią prawdę nie po to, aby ją chronić, ale raczej dlatego, że właśnie w ten sposób było mu najwygodniej.
Kiedy o wszystkim się dowiedziała, zdecydowała się mu zaufać, a obecnie musiała dźwigać na swoich barkach ciężar tej decyzji. Nie mogła nagle zacząć żywić do niego pretensji, ponieważ tę decyzję podjęła samodzielnie. I musiała trzymać jej się niezależnie od tego, że bywały chwile, gdy wątpiła w jej słuszność. Bywały chwile, kiedy zastanawiała się, czy sama aby na pewno chciała być t a k a.
Wierzyła jednak, że nie miała innego wyboru, a przez to zmuszona była stanąć na wysokości zadania. Musiała też nauczyć się dobierać sobie ludzi, którzy mogliby jej to wszystko ułatwić. Nawiązanie współpracy z Victorem mogło, ale nie musiało okazać się właściwym krokiem. Dzisiejsze spotkanie miało szansę rozwiać jej wątpliwości.
Wzruszyła nieznacznie ramionami, a jej usta wykrzywiły się w pobłażliwym uśmiechu. Mindy nie należała do grona tych osób, które od razu przechodziły do ataku, jesli nie wymagała tego sytuacja. Potrafiła być stanowcza i nierzadko decydowała się na to w pracy, ale teraz przecież wcale w niej nie była. Wyszła na miasto z przyjacielem, do którego miała d r o b n ą prośbę. Mogła więc zaczekać, aż będą mieli za sobą kolację.
I może też wcale nie powinna wybrzmieć?
Taka myśl przemknęła przez jej umysł w momencie, w którym wyjawił jej, czego dotyczyć miało jego następne zlecenie. Chcąc dać sobie chwilę na przemyślenie własnej reakcji, Montague sięgnęła po własne szkło i upiła z niego kilka kolejnych łyków. Miała nieodparte wrażenie, że jej własne policzki właśnie zaczęły ją palić.
— To ktoś z Toronto? — zapytała, marszcząc nieznacznie nos. Ściągnęła też ku sobie brwi i omiotła jego twarz uważnym spojrzeniem. Gdyby wiedział, czym zajmuje się jej ojciec, nie siedziałby tu z nią chyba tak spokojnie. — Myślałam, że w waszych kręgach takie informacje są dość powszechne — dodała po chwili, chcąc nieco pociągnąć go za język.
Jeśli ktoś miał zacząć węszyć, musiała o tym wiedzieć.
Victor Murray
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Ale nie potrafił.
Dzieciństwo było najgorszym okresem, jaki pamiętał. Do dziś śnią mu się flashbacki wściekłego ojca, pojawiającego się w domu kilka razy do roku, krzyczącego i narzekającego na swoje dzieci z powodu niespełnionych planów. Wychował się w otoczeniu, w którym rówieśnicy podporządkowywali się woli rodziców, pozwalając na sterowanie swoim losem. Teraz, spotykając dawnych znajomych, Victor zauważał, że pomimo majątku niewielu z nich wyglądało na szczęśliwych. Na ich twarzach malował się wyraz niezadowolenia i wściekłości za naiwną przeszłość.
Może dlatego nigdy nie potrafił kochać? Okazywanie uczuć było dla niego najtrudniejsze. Nie był zamknięty na emocje, ale gdy zagadywał do obcych kobiet, zawsze palił mosty w pierwszych sekundach, kończąc z opinią najgorszego podrywacza. Dlatego nie dziwił się, że definicja zwyczajnej miłości została w jego życiu zastąpiona ciężką pracą. Największy sukces odczuł, odbierając dyplom kończący studia. Wtedy już nie widział przestraszonego chłopaka, kontrolowanego przez ojca, lecz mężczyznę, który postawił pierwsze kroki ku spełnieniu swojego największego marzenia.
Aż do momentu, gdy poznał, a następnie rozwiódł się z jedyną kobietą, którą naprawdę kochał. Choć okres z blondynką kojarzył mu się głównie z awanturami i różnicami charakterów, rozwód zabolał go najbardziej. Nie wiedział, skąd i jak prawnicy kobiety dowiedzieli się o sprawach, o których nikt poza nim nie wiedział. Puścili go z niczym, zmuszając do oddania kobiecie znaczną część pieniędzy odłożonych na założenie agencji. Otwarcie tej agencji kosztowało go potem największy dotychczasowy wstyd. Musiał poprosić ojca o pożyczkę, nasłuchując się tylko wyrzutów i rozczarowania, jakie przyniósł rodzinie jako najstarszy z rodzeństwa.
Na szczęście ten okres miał już dawno za sobą. Teraz skupiał się wyłącznie na sobie i na rozwoju własnych interesów. Dzisiejsza sprawa była tylko kolejnym przykładem ciężkiej pracy i upartości, które włożył w rozwój swojego biznesu, dbając nawet o najdrobniejsze sprawy. Nie nastawiał się na kryminalne zagadki rodem policjantów z Miami, ale nie oczekiwał też, że pierwsze lata w branży miną bez wrażeń, których tak pragnął.
Victor nie należał do osób, które często się uśmiechały. Był mężczyzną o żelaznym spojrzeniu, pełniącym rolę obserwatora i słuchacza, oddającego rozmówcy pełną uwagę. Tym razem jednak nie potrafił się powstrzymać. Z szerokim uśmiechem oczekiwał spotkania, by pochwalić się wesołą nowiną - czymś, co w jego życiu zdarzało się wyjątkowo rzadko.
- Słyszałem, że Toronto to tylko mały kawałek tego, co kryje się wewnątrz. Rozumiesz, pierwszy raz od dawna nie jest to jedno z tych zleceń, które polega na odnalezieniu komuś kota - oznajmił z ogromną radością, skupiając po chwili wzrok z menu na Mindy. - Wiesz, generalnie takie sprawy są powszechne. Ale coś mi w tym nie pasuje. Gdybym miał zgadywać, to albo ktoś solidnie sobie tam przeskrobał, albo ktoś z zewnątrz miał od początku złe zamiary. Nie wiem dokładnie, ale wspominał o narkotykowym biznesie i o bossie narkotykowym. Myślałem, że taki świat stara się doszczętnie rekrutować ludzi wokół siebie. Na dniach skontaktuje się ze mną informator, by podać więcej informacji. Więc Mindy, co to za sprawa? - dokończył, wciąż z ogromną ekscytacją w głosie.
Mindy Montague
-
przyszła dziedziczka narkotykowego królestwa, córeczka tatusia i manager lokalnej filii rodzinnego kasyna - montague paradiso
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wydawało jej się, że jej rodzice byli pod tym względem swego rodzaju w y j ą t k i e m. Wydawało jej się, że ojciec kochał matkę do szaleństwa, jednak z biegiem czasu obudziła się w niej myśl o tym, że tak naprawdę wcale nie mogła być tego pewna.
Nie po tym, jak zdała sobie sprawę z tego, że nigdy zbyt dobrze go nie znała. Nie wiedziała o nim nawet najbardziej podstawowych rzeczy, ponieważ przez długie lata trzymał ją na dystans. Pojawił się w jej życiu na dłużej dopiero, kiedy sama zaczęła to na nim wymuszać, a on zrozumiał chyba, że dziecko nie mogło wychowywać się bez żadnego rodzica.
A choć jakaś jej część pragnęła wierzyć, że trzymał je na dystans dlatego, że pragnął je chronić, jednocześnie myślała również o tym, że to było dla niego wygodne. Odsunął je, aby nie musieć się nimi przejmować i móc w pełni poświęcić się imperium, które stworzył, i które było jego najukochańszym dzieckiem.
Ilekroć takie myśli pojawiały się w jej głowie, Mindy prędko się za nie karciła, ale jednocześnie niczego nie była w stanie poradzić na to, że tam były. Nawiedzały ją od czasu do czasu i przypominały o tym, jak kruche było to, co znała. A choć jej ojciec nie był ideałem, ona i tak zrobiłaby wszystko, aby go ochronić.
Głównie dlatego, że był jedyną bliską osobą, która jej pozostała.
I właśnie dlatego w jej umyśle zapaliła się czerwona lampka, kiedy Victor wspomniał o narkotykowym bossie. Teoretycznie to, że ktoś zleciłby mu szpiegowanie osoby, która nie miała z Toronto wiele wspólnego poza tym jednym, pozostającym pod jej pieczą kasynem wydawało się mało prawdopodobne, nie mogła pozwolić sobie na zapomnienie o ostrożności. Musiała być czujna z a w s z e. Nawet z osobami, które chciała określać mianem przyjaciół.
— Brzmi poważnie — odparła, będąc pod nieskrywanym wrażeniem. Kibicowała mu, choć jeśli miałby zagrozić jej rodzinie, stałaby się jego najwierniejszą przeciwniczką. — Sprawa? Ach, tak… Sprawa. To w zasadzie nic takiego. Chciałam po prostu, żebyś rzucił okiem na jedną osobę i sprawdził, czy nie chodzi o jakiegoś kanciarza — wyjaśniła, a na jej ustach pojawił się łagodny uśmiech. Była to stosunkowo n i e w i e l k a prośba, przynajmniej jeśli wziąć pod uwagę to, ile szczegółów mu oszczędziła.
— Potraktuj to oczywiście jako zlecenie. Nie oczekuję, że będziesz robił to za darmo — dodała po chwili, po czym ponownie sięgnęła po lampkę z winem. Nie podali jeszcze pierwszego dania, a ona już prawie opróżniła całą. — Nie będziesz potrzebował do tego zadania jakiejś ekipy? Znam kilka godnych uwagi osób — takich osób, którymi sama się otaczała, zatem mogłaby liczyć na informację o tym, czy przypadkiem nie grzebał zbyt głęboko.
To drobne zabezpieczenie brzmiało jak całkiem rozsądny pomysł.
Victor Murray
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Choć w tym wszystkim coś nie pasowało.
Victor na dzień dzisiejszy nie wyobrażał sobie siebie w roli idealnego męża, ani przykładnego ojca. Czuł, że sam jeszcze nie dojrzał do tak ambitnego kroku, obawiając się, że będąc odpowiedzialnym za kogoś, mógłby krzywdzić innych swoim specyficznym trybem funkcjonowania. Różnił się od pozostałych; nie był człowiekiem, który w normalnych warunkach pogodziłby się z typowym, nieco stereotypowym modelem życia, wiedząc, że w pracy znalazł wszystko, czego oczekiwał.
Ale czy uciekłby, gdyby nagle się zakochał? N I E. W skrycie serca zastanawiał się, jak wyglądałby, gdyby ponownie pozwolił sobie na to uczucie. Jego małżeństwo z Bronte nie należało do udanych, choć miewał własne teorie, rozważania, w których zastanawiał się, jak potoczyłaby się ich relacja, gdyby nie wzięli ślubu tak szybko pozwalając jej rozwinąć się naturalnie. Może teraz byliby lepszym małżeństwem. Może to im udałoby się stworzyć więź, która w jego rodzinie nigdy się nie pojawiła.
Czuł to szczególnie, obserwując swoich rodziców. Już od najmłodszych lat widział ich zawsze daleko od siebie, zwracających na siebie uwagę jedynie w wyjątkowych sytuacjach. Wtedy jeszcze nie wiedział, że nigdy tak naprawdę się nie kochali. Że byli efektem zaplanowanego przez dwie rodziny układu, w którym dla dobra biznesu i interesów poświęcono własne potomstwo, zmuszając je do zawarcia małżeństwa. Może właśnie T O było kluczem. Dlaczego jego rodzice tak mocno przyciskali go do ściany, zmuszając do wyboru dobrze płatnej pracy, by w przyszłości również i jego wydać za córkę jednego z biznesowych znajomych ojca. To dlatego jego relacja z nimi zawsze tkwiła na pograniczu niechęci i nienawiści, wiedzieli bowiem, że jedyny syn nigdy nie przyniesie im dumy, jakiej oczekiwali, sprzedając go w zamian za benefity, które w jego rodzinie od zawsze były najważniejsze.
Jego relacja z Mindy z każdym kolejnym dniem rozwijała się coraz bardziej przyjacielsko. I choć o jej rodzinie nie wiedział nic. Tak nie był typem człowieka, który prywatnie przepadał za samodzielnym zdobywaniem takich informacji. Podchodził do tych tematów z przekonaniem, że jeśli sama chciałaby mu o czymś opowiedzieć, już dawno by to zrobiła. Na sto procent byłby jednak zaskoczony, gdyby dowiedział się prawdy o jej rodzinnym biznesie, dziwiąc się, że tak elegancka kobieta jest z tym jakkolwiek powiązana. Czy by ją skreślił? N I E. W końcu sam był żywym dowodem na to, że nie należy porównywać dzieci do rodziców, zwłaszcza gdy nie przypominają ich w żadnym zawodowym ani życiowym aspekcie. - Brzmi. Już sam zalążek sprawy wydaje się stuprocentowo interesujący - przytaknął kobiecie. Nie wiedział jeszcze co go czekało, zwłaszcza że większość podobnych spraw znał głównie z podręczników oraz opowieści innych detektywów. Zawsze wydawały mu się mroczne, ale jednocześnie przepełnione dopaminą, której pragnął tak bardzo, że przez ostatnie godziny jego myśli wędrowały wyłącznie w jednym kierunku. - Ekipy? Powinienem powiedzieć, że tak. Ale znasz mnie, wiesz, że wolę działać samemu - odpowiedział przełykając ślinę, po czym spojrzał na nią ponownie. - Chyba że ty chcesz mi w tym pomóc. Wolę jedną osobę, której w pełni ufam, niż grupę ludzi, z którymi nigdy nie wiem, czego się spodziewać.
Mindy Montague
-
przyszła dziedziczka narkotykowego królestwa, córeczka tatusia i manager lokalnej filii rodzinnego kasyna - montague paradiso
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie od razu utknęła w jego szponach, choć może początkowo nie była po prostu świadoma tego, w jaki sposób nią sterował. Miała przecież za sobą kilka pomniejszych staży, a także możliwość rozpoczęcia pracy w zupełnie innym, konkurencyjnym miejscu. Mindy była jednak tradycjonalistką na tyle, aby podświadomie czuć, że nie mogła zostawić własnego ojca na lodzie. Chciała pracować u jego boku i razem z nim rozwijać jego dziedzictwo z nadzieją, że kiedyś stanie się ono jej własnym. Goniła dokładnie za tym, za czym gnały inne, podobne jej osoby.
A może to właśnie tego powinna była unikać?
Niejednokrotnie już przekonała się o tym, że pieniądze oznaczają przede wszystkim k ł o p o t y. W dużej mierze to właśnie one były źródłem każdego jej nieszczęścia, ponieważ stanowiły coś, co ciągnęło ludzi do niej bardziej niż ona sama. To właśnie perspektywy wzbogacenia się sprawiały, że kręcili się wokół niej mężczyźni, którym ona sama początkowo poświęcała nieco więcej uwagi i zaangażowania. Dopiero z czasem pojęła, jak wielkim było to błędem, ale ostrożność i obawa przed zranieniem zaprowadziły ją do kolejnego skraju.
Teraz zwyczajnie obawiała się z kimś związać.
Victor jednak zdołał zdobyć jej zaufanie, jednak to mogło wiązać się z tym, że między nimi sytuacja zawsze była inna. Wiedzieli przecież, że ich ojcowie obracają się w podobnym środowisku i utrzymują kontakty na podłożu zawodowym, a więc oboje od samego początku mieli świadomość tego, że pochodzili z równie zamożnych rodzin. A choć Mindy nie zawsze dogadywała się z dziećmi znajomych swojego ojca, między ich dwójką coś po prostu zaskoczyło. Rozumieli się, dzięki czemu ona nie tylko polubiła go, ale też się na niego otworzyła.
Teraz jednak siedziała obok niego w restauracji, jednocześnie zastanawiając się nad tym, czy w którymś momencie nie popełniła błędu. Może jednak podejmowała zbyt duże ryzyko, kiedy zdecydowała się zaangażować w bliższą relację z kimś, kto tak bardzo lubił kopać w cudzym życiu? Jak bowiem mogła mieć pewność, że w którymś momencie to nie ona znajdzie się pod jego lupą? Myśl o tym zrodziła obawę, nawet jeżeli w znacznym stopniu była pewna, że niczego by tam nie znalazł.
Usłyszawszy jego propozycję, zaśmiała się pod nosem. — Jesteś świadomy tego, że ja kompletnie nie znam się na takich rzeczach? — zapytała, przy okazji też omiatając jego twarz spojrzeniem, w ten sposób chcąc chyba upewnić się, że mówił p o w a ż n i e. — W ten sposób nie ściągnąłbyś sobie na głowę pomocy, tylko dodatkowy problem, który wyłącznie plątałby ci się pod nogami i rozpraszał — co może nie byłoby aż takim złym scenariuszem, jeśli ta sprawa miałaby zaszkodzić jej samej?
A choć to nie było względem niego ani trochę w porządku, właśnie z tego względu była skłonna tę propozycję rozważyć, czemu poświęciła myśl, kiedy kelner w końcu dostarczył im pierwsze danie. Wyglądało obłędnie, ale Mindy wcale nie czuła się jakaś szczególnie głodna.
Victor Murray