
Choć Blair dorastała bez tej świadomości, to jej rodzice mieli w głowie zakreślony szkic tego, jaka miała być ich córka. Uchodzili za ludzi zorganizowanych, z jasnymi oczekiwaniami i o dobrym nazwisku. Pan Mayfield dość szybko przejął stery nad rodzinną firmą, gdy jego ojciec zmarł przedwcześnie. Ledwo co uzyskał dyplom i został postawiony pod murem, obciążony ogromną odpowiedzialnością oraz ciężarem nagłówków z prasy branżowej, gdzie mówiło się o ”końcu ery Mayfield”. Wtedy wszyscy byli przekonani, że firma nie przetrwa roku. W końcu jej renoma mocno utożsamiała się ze starym Mayfieldem — kontrakty często opierały się na jego nazwisku i osobistych relacjach, a także zaufaniu, że spod jego rąk nie wyjdzie nic wątpliwej jakości. Podczas tej chwilowej słabości, konkurencja wręcz czekała, aby nie tylko przejąć klientów, ale także podkupić ludzi z zespołu. Nikt nie spodziewał się, że świeżo upieczony architekt odbuduje firmę i przeniesie ją na jeszcze wyższy poziom. Nic jednak nie spada z nieba — bo dopiero po niecałych dziesięciu latach nastąpił największy rozwój w historii firmy. Rozpoczęły się międzynarodowe projekty, zdobywano nagrody branżowe, a samo Mayfield Architects — lub wcześniej, za życia dziadka, Mayfield & Co. — stało się liderem wśród innych firm architektonicznych.
Blair miała zaledwie rok, gdy zmarł jej dziadek. Gdy jej tata przejął stołek prezesa, jej los został już z góry przesądzony — była następna w kolejce do tego stanowiska. Rozegrano to na tyle delikatnie i mądrze, że dziewczyna nigdy nie czuła presji w tym temacie. Sprawy przybierały własny, powolny tok zdarzeń; odwiedzała tatę w pracy, patrzyła na projekty budynków, na makiety wielkich osiedli, a także jeździła z nim na niejedną kontrolę — w nieco za dużym kasku i z bystrym spojrzeniem dużych, niebieskich oczu. Z zafascynowaniem śledziła pracę własnego ojca, przez co szybko poczuła się, jakby już była częścią tej całej organizacji. Może dlatego, że robotnicy na budowie mówili o niej per “mała szefowa”, albo że jej ojciec sprawił jej własne mniejsze biureczko w swoim gabinecie, tylko po to, aby czuła się ważna już od samego początku? Naturalne było to, że pewnego dnia Blair oznajmiła rodzicom, że zostanie architektem. Przyjęli to ze spokojem i zrozumieniem, bez specjalnego entuzjazmu, choć w głębi ducha cieszyli się, że ich wieloletnie przygotowania nie poszły na marne. Chcieli, aby ich córka zajęła miejsce w firmie z czystej pasji, a nie przymusu oraz uwiązania. Nie pasowało to do wartości, które pielęgnowane były od samego początku istnienia pracowni.
Miała dobre dzieciństwo, choć jej rodzice byli dość zajęci podtrzymywaniem firmy. Dużo czasu spędzała w towarzystwie niani, chodziła na przeróżne zajęcia, na których początkowo szukała tego, co naprawdę lubi robić. Nawet jeśli nieświadomie była naprowadzana na architekturę, to rodzina nie nakłada na nią sztywnych ram i nie ograniczali jej zainteresowań. Próbowała grać na skrzypcach, kopać w piłkę, zostać mistrzynią badmintona, a i tak wyglądało na to, że zajęcia artystyczne były jej największym konikiem. Blair posiadała dobry, logiczny umysł, a pamięć wzrokową zdecydowanie odziedziczyła po swoim dziadku.
Co roku plasowała w top pięciu najlepszych uczniach, mimo że nie zależało jej na byciu kujonką i znalezieniu się na pierwszym miejscu w rankingu.
Jej życie uczuciowe nie było szalone — pierwszego buziaka zaliczyła ze swoim najlepszym przyjacielem, aż w pewnym momencie zostali parą. Rodzice pchali ich do siebie, w myśl dobrych relacji firm, a także złudnego wmawiania im, że do siebie pasują. Blair od zawsze powątpiewała w szczerość tych sugestii, lecz po czasie był to związek z przywiązania i komfortu. W końcu znali się jak łyse konie, co mogło pójść źle? Studia zaczęły weryfikować ich relację — on był w Londynie, ona wyjechała do Massachusetts studiować na MIT. W zasadzie to z jego strony wyszła decyzja o rozstaniu, jednak Blair, ze swoją niezależnością, woli go poprawiać, że była to ich wspólna decyzja. Na studiach, z dala od rodziców, korzystała ze swojego życia, poznawała nowych ludzi, szukała tego jedynego, choć z nikim nie stworzyła nic większego.
Powrót do Toronto wiązał się z powrotem starego życia — zmienił się tylko jej charakter i fakt, że była pełnoprawnym architektem, na którego barkach spoczywało już o wiele więcej obowiązków związanych z całkowitym wdrażaniem się w firmę i angażowaniem się w jej sprawy. Wróciła jej miłość… a raczej skomplikowana dla niej relacja, która rzeczywiście była tą pierwszą miłością, jednak z wiekiem, przez nacisk ze strony ich rodziny, wszystko stawało się trudniejsze. Wielki powrót w akompaniamencie sugestii nieznoszącej sprzeciwu, zaręczyny na pokaz i widmo ślubu, co rusz przekładanego o kolejne miesiące. I to wszystko nie byłoby takie złe, gdyby w tym całym świecie kryła się chociażby garstka prawdziwości.
> nawet jej narzeczony nie wie, że zdarza jej się popalać. Są to absolutne wyjątki, gdzie spotkanie zarządu jest zbyt stresujące lub kiedy dobicie przetargu nie jest tak oczywiste, jak się jej wydawało.
> dzień rozpoczyna od kawy… ogólnie każda pora dnia jest dobra na kawę, jej matka twierdzi, że przesadza z jej ilością (wcale nie).
> uwielbia grać w tenisa i chodzi na niedzielny pilates z koleżankami z branży, z którymi relacje wypada utrzymywać — od ich gadania boli ją głowa, ale to nie pierwsza rzecz, którą zrobiła dla swojego wizerunku.
> nigdy nie podejmuje decyzji po północy, żeby mieć w stu procentach pewność, że jej decyzja jest słuszna. Jeśli coś budzi wątpliwości o tej porze, to może poczekać do rana.
> w pracy zawsze patrzy na wszystko realistycznie i nie obiecuje gruszek na wierzbie. Wychodzi z założenia, że architektura to nie miejsce na bajkopisarstwo, skoro złe decyzje mogą rzutować na życie wielu osób.
> wszystko planuje, deadline’y zapisuje — no nie rozstaje się z kalendarzem.
> ogromna fanka biżuterii, jest to jej nieodłączny element stylizacji.
