ODPOWIEDZ
30 y/o
For good luck!
186 cm
detektyw wydziału ds. gangów i broni Toronto Police Service (TPS) Headquarte
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkimęskie
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

3
outfit



Niezapowiedziane wizyty, były dla niego niesamowicie frustrujące, nawet jeżeli odwiedzającymi byli właśni rodzice. Najzwyczajniej w świecie nie przepadał za takimi akcjami, jak mu się wydawało ojciec go w pełni rozumiał, pod tym względem, natomiast matka, cóż Charlotte nigdy specjalnie nie przejmowała się takimi drobnostkami, była to kobieta w średnim wieku, lecz pozostawała temperamentna i pozytywnie zakręcona mimo upływających lat, dlatego tak silnie momentami kontrastowała z opanowanym i precyzyjnym, niczym szwajcarski zegarek ojcem. Richard był z natury ugodowy i wybryki oraz wszelkie pomysły małżonki traktował z lekkością ducha, acz bywały momenty, gdy nieco go irytowały, te jej „wymysły”, jednak w przypadku wizyty w Toronto nie zabrał kluczowego zdania, więc niejako aprobował pomysł. Na całe szczęście taktownie uprzedził syna o wizycie, ta męska solidarność kilkukrotnie uchroniła Tonego przed głupim tłumaczeniem się z wielu niezręcznych sytuacji. Dzisiejszego dnia jednak odsypiał nieprzespaną nockę i był wyraźnie zmęczony otwierając drzwi, gdzie w progu czekali dawno niewidziani rodzice.
Wolał odwrotność tych ról – on bawiący w formie odwiedzającego, ale nie przeszkadzało mu to specjalnie, bo z miejsca dostał zapewnienie, że nie zamierzają narzucać się ze swoją obecnością w jego mieszkaniu, a wynajęli apartament w hotel, gdzieś w centrum, to było dobre posunięcie, a przynajmniej dawało każdemu pewną swobodę. Kochał rodziców, jednakże wolałby przygotować się na ich wizytę, by ich odpowiednio ugościć w mieszkaniu. Po krótkiej rozmowie wyszedł prawdziwy powód budzenia go o nieludzkiej porze, miał wraz z nimi odwiedzić dawną znajomą i jej rodziców. To do nich przyjechali; ci się między sobą przyjaźnili od dekad, a kilka razy w roku odwiedzali się wzajemnie, dlatego aż tak bardzo go nie zaskoczył widok rodziców w mieście, co jednak było dla niego nowością, to jego osoba na tym spotkaniu, bowiem samej znajomej – Louise nie widział od… blisko ośmiu lat, i kompletnie nie wiedział, co u niej słychać wyjąwszy plotki, które rodzice, zwłaszcza matka przesyłała podczas rozmów telefonicznych. Część z nich zapomniał, bo były to informacje, bez większego znaczenia i zapychały wyłącznie umysł, tak na tę chwilę, gdy stał z butelką wina w dłoni na progu drzwi wejściowych, pragnął przypomnieć sobie, choć trochę z najnowszych informacji, by nie dać plamy podczas towarzyskiej pogawędki przy kolacji.
Stres wraz ze zmęczeniem odbił na jego licu ślad, a cienie pod oczami i bladość cery uwydatniała przemęczenie, tak jego postawa pozostawała pewna siebie, a w ruchach nie przedstawiał jakiejkolwiek słabości. Czuł jednak jak zresztą zawsze, gdy bywał wśród Fraserów tę rodzinną, przyjazną aurę, a przytłaczający dom, czy raczej powinien powiedzieć – posiadłość robiła na nim wrażenie, które jednak krył pod neutralnym wyrazem twarzy. Osobiście odczuwałby pustkę mieszkając, w takim wielkim domu tylko we dwoje, bo tak zrozumiał matkę Louise, oczywiście była pomoc domowa, ale jednak.. to samo było, kiedy jako dziecko bawił u nich w rodzinnej posiadłości. Czasem bał się nawet dotykać mebli i innych przedmiotów, jakby miał go zaraz ktoś skarcić. Nie dorastał w takim przepychu i za każdym razem czuł nutkę dyskomfortu przebywając w nim, chociaż powinien przywyknąć.
Dzień dobry, miło cię widzieć i dziękuje za zaproszenie — przywitał się serdecznie z Louise, bo chociaż to jej ojciec wcześniej otworzył mu drzwi, tak panią domu spotkał dopiero w korytarzu. Wręczył kobiecie rumuńskie czerwone wino z małej, ale dobrej winnicy, które kiedyś dostał od jednego kolekcjonera alkoholi w zamian za drobną przysługę. Miał nadzieję, że będzie jej smakowało, bo jeśli chodzi, o tak rzadkie wina nie miał absolutnie rozeznania i nie wiedział, czym mogło ją zaskoczyć.
Piękny dom, istny labirynt, gdzie można się zgubić — westchnął, bo jego mieszkanie, chociaż przestronne i dające sporo przestrzeni, nijak nie mogło konkurować z czymś takim.
Gdy ponownie chciał zabrać głos; ojciec Louise porwał go do jadalni, a sam Tony nie protestował. Szczerze mówiąc był mu odrobinę wdzięczny, bo już niemal cisnął na usta kolejny sztampowy komplement, a tak przynajmniej oszczędził sobie tego skrępowania.

Louise Beckett
36 y/o
For good luck!
157 cm
architekt / właścicielka Forward Interiors
Awatar użytkownika
I keep my distance but you still catch my eye
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

1
outfit

Louise, na szczęście, jako gospodyni, wiedziała o kolacji z tygodniowym wyprzedzeniem. Dom musiał być przygotowany idealnie - nie tylko dlatego, że miała w nim gościć Macallanów, których nie widziała dobrych kilka lat, ale głównie dlatego, że zjawić mieli się też jej rodzice, a ci akurat potrafili doczepić się najmniejszych szczegółów. Swoją drogą to nie miała pojęcia czemu po prostu nie zorganizowali spotkania z przyjaciółmi u siebie, tylko zwalili jej się z tym na głowę, ale nie protestowała. Lubiła Charlotte i Richarda - znali ją od dziecka. Wyjazdy do nich w czasie wakacji z rodzicami i bratem wspominała z uśmiechem, byli zawsze wobec niej uprzejmi. Podobnie zresztą ich syn, który też miał się pojawić - Tony. Bardzo miły chłopak, a właściwie to już nie chłopak, a trzydziestoletni facet, z czego dopiero co zdała sobie sprawę. Lou pamiętała go jeszcze z nastoletnich lat, jako nieco młodszego od niej urwisa, który zarzekał się, że gdy dorośnie, zaprosi ją na randkę - nigdy jednak tej obietnicy nie spełnił.
Xavier przebywał akurat poza miastem, na służbowym wyjeździe i może to dobrze, bo akurat tego dnia nie potrzebowała dodatkowych triggerów - była wystarczająco zestresowana wizytą rodziców, którzy, podobnie jak jej mąż, wiedzieli dokładnie gdzie nacisnąć, by wyprowadzić ją z równowagi. Jego nieobecność poza tym wiele nie zmieniała, bo i tak nie mogła liczyć na to, że kiwnął by palcem, by w czymkolwiek jej pomóc. Miała na szczęście do dyspozycji prywatnego kucharza, z którym starannie ułożyła menu na ten wieczór, oraz gosposię, którą najmowała czasem do pomocy w sprzątaniu, czy tak jak dziś - do obsługi ważnych spotkań czy imprez.
Oczekując na gości, gdy zbliżała się umówiona godzina, krzątała się między kuchnią, salonem, a jadalnią i sprawdzała czy wszystko jest na swoim miejscu, a każdy szczegół dopracowany. Zwykle lubiła to wszystko kontrolować, czuła się wtedy tak jak u siebie w pracy i nawet najmniejsze detale nie pozostawały przez nią pominięte. Po części był to jej żywioł, wszystko to wyniosła z domu, a po części doskonale wiedziała, że gdyby coś nie spotkało się z aprobatą Fraserów to nie omieszkaliby jej o tym powiedzieć. Miała jednak nadzieję, że tego wieczoru, przy swoich znajomych, powstrzymają się od niepochlebnych komentarzy.
Rodzice dotarli jako pierwsi. Jak zwykle, punktualni do bólu. Ku zdziwieniu Louise, nie skrytykowali niczego od wejścia, a nawet pochwalili zapachy, które dało się już wyczuć z kuchni. Matka wyglądała tak, jakby mocno gryzła się w język. Wygładzała dłonią obrus na stole, choć zupełnie nie było takiej potrzeby, bo ten był wcześniej wyprasowany tak dokładnie, by nie można było się doszukać w nim najmniejszego zagniecenia. Lou tego dopilnowała. Podobnie jak tego, by świece stały w równiutkich odstępach i ustawienie sztućców było odpowiednie. Ojciec wyraził tylko swoje niezadowolenie z powodu nieobecności zięcia i zaraz ruszył do drzwi, słysząc dzwonek.
Witaj, Tony! Cieszę się, że mogłeś wpaść — odparła, dając mu przyjazny uścisk na powitanie i nim ojciec zdążył zabrać go do jadalni, dodała szybko — Dziękuję bardzo! Czuj się proszę jak u siebie.
Po przywitaniu rodziców mężczyzny, ich także poprowadziła dalej i poprosiła by zajęli już miejsca przy stole. Sama na krótką chwilę ulotniła się do kuchni, by sprawdzić czy wszystko było w porządku, zgodnie z planem.
Louise, skarbie! Nalej gościom wina — usłyszała lekko piskliwy głos matki, powracając do jadalni, ale na szczęście, nim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, ojciec poderwał się z miejsca i natychmiast ją wyręczył. Naprawdę go w tamtej chwili nie poznawała.
Za kilka minut podamy przystawki — oznajmiła tylko z lekkim uśmiechem i zajęła miejsce u szczytu stołu.


Tony Macallan
ave pogrzało
powiedz chociaż "oki to pa"
30 y/o
For good luck!
186 cm
detektyw wydziału ds. gangów i broni Toronto Police Service (TPS) Headquarte
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkimęskie
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Świetnie pamiętał wystawne przyjęcia u rodziny Fraser, gdy za młodu wraz z rodzicami bywali u nich regularnymi gośćmi. Jakaś jego cząstka lubiła ten wystawny styl, szykowne pełne blasku kreacje i cały wachlarz etykiet oraz kameralnych pogaduszek. Może nie brylował w tym, tak bardzo, jak większość towarzystwa, lecz atmosfera tych spotkań sprzyjała mu, były one kształcące, dla młodego człowieka, który mógł poznawać ludzi na pewnym społecznym poziomie te meandry nieraz zawiłych koneksji, jakie Louise tłumaczyła mu na osobności, budowało w nim przekonanie, że niezależnie od stanu posiadania i ilości tytułów ludzie zawsze orbitowali na podobnych płaszczyznach tematycznych podczas takich spędów. Powolutku kształcił się w tym, o co pytać i jak konstruować pytania, aby dostać odpowiedzi – jednocześnie bawił się formą grzecznościową i pod płaszczykiem uśmiechu nieraz cedził kąśliwości, to wszystko lekcje wyniesione z obserwacji w domu Louise, który stał dla jego rodziny otworem przez wzgląd na wieloletnią przyjaźń.
Tak Tony wyciągał z tych spotkań nie tylko umiejętności w manipulacji, ale i co ważniejsze podgląd na świat od innej strony. Była to niewątpliwie szansa, aby zrozumieć ludzi z otoczenia Lou jeszcze lepiej. By wiedzieć, jak oni funkcjonują, jak myślą i postrzegają świat, bo wśród swoich nie krępowali się, nigdy nie podejrzewając, iż wśród nich kręci się ktoś spoza ich kręgu.
Patrząc z perspektywy trzydziestoletniego faceta na te wydarzenia, musiał przyznać rację samemu sobie, że tak jak kiedyś zakładał, tak było faktycznie – ludzie z natury byli prości niezależnie od stanu majętności. Ich prostota, jednakże go fascynowała i dlatego sięgał po głębię i był to jeden z powodów, dla których również przyjął to zaproszenie. Brakowało mu tej śmietanki towarzyskiej w codziennym życiu. Kolejnym powodem było spotkanie Louise po tak wielu latach i przekonanie się, czy ta upodobniła się do tych wszystkich ludzi z jej towarzystwa, z jakich jeszcze piętnaście lat temu się śmiali pokątnie.
Gdzie twój drogi małżonek Lousie? — słyszał o nim plotki zasłyszane wyłącznie od rodziców; nie było go na ślubie, a szukając w odmętach pamięci powodu tej nieobecności; nie potrafił niczego zasadnego wyciągnąć.
Jego oczy odnalazły twarz kobiety, która niegdyś się nim zajmowała, kiedy ich rodzice razem balowali. Delikatny uśmiech zszedł jednak z jego warg, a ciekawość połączona z nutką dociekliwości błyszczała w oczach młodego detektywa.
Zamieszał lekko winem w kieliszku, niechętnie przenosząc wzrok na jego zawartość z miną, jakby cokolwiek znał się na tematyce.
Czuł na sobie podirytowany, wręcz karcący wzrok matki, która jak zwykle zapominała, że miał trzydzieści lat i prawo głosu przy stole. Ojciec pochłonięty konwersacją z Charlesem nie zwracał na niego uwagi, za co był wdzięczny.


Louise Beckett
36 y/o
For good luck!
157 cm
architekt / właścicielka Forward Interiors
Awatar użytkownika
I keep my distance but you still catch my eye
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jeśli wyniosła jakąkolwiek cenną lekcję z rodzinnego domu, to na pewno to jak urządzać udane przyjęcia. Choć to może następstwo niekończącego się zrzędzenia rodziców, aniżeli pozytywnego ich wpływu. Wszystko idealne, pod linijkę - bo inaczej słuchałaby na ten temat komentarzy matki nie tylko przez resztę wieczoru, ale i w najbliższej przyszłości.
Sama nigdy nie lubiła tych imprez w rodzinnym domu, szczególnie gdy była dzieckiem. Bawiła się na nich zawsze sama śmietanka Toronto, ludzie którzy w większości byli po prostu klientami rodziców. Louise dopiero w dorosłym życiu zaczęła wykorzystywać te spotkania dla swojego interesu i zrozumiała jak wiele mogła z tego wyciągnąć. Jako kilkulatka, co zupełnie normalne, zdecydowanie chętniej pobiegałaby za bratem albo pobawiła się z nim i innymi dziećmi w chowanego. Zamiast tego, musieli jednak tkwić wśród nudnych dorosłych, słuchać ich mało interesujących rozmów i nie dokazywać. Od samego początku miała wrażenie, że służyli tylko do dekoracji - do tego, by rodzice mieli się czym przed innymi pochwalić, traktując swoje potomstwo jak trofea.
Wyprostuj się. Siedź ładnie.
Nie zachowuj się tak. Młode damy tak się nie zachowują.
Uśmiechnij się. Dziewczynki są dużo ładniejsze, gdy się uśmiechają.
Nie pobrudź sukienki.
Doskonale to pamiętała. Nie dlatego, że było to jakieś niesamowicie traumatyczne przeżycie z dzieciństwa, ale dlatego, że to nigdy się nie skończyło. Potrafili mówić takie rzeczy swojej prawie czterdziestoletniej córce. Jakby tego było mało, do rodziców dołączył jeszcze Xavier. W towarzystwie tej trójki czuła się jak przedmiot, a nie człowiek. Parszywie. Jakby była czymś na pokaz i niczym więcej. Stawianie się temu nie miało sensu, już nawet nie próbowała, nie reagowała - po prostu się podporządkowała.
Grzeczna dziewczynka.
Następnym razem włóż coś bardziej odpowiedniego.
Bądź miła.
Przypilnuj żeby stek był mniej wysmażony niż ostatnio.
Jakże cieszyła się, że nie mógł pojawić się na tej kolacji. Chociaż to oznaczało, że ona sama będzie musiała zabawiać swoich gości rozmową. W ich małżeństwie to Xavier był tym bardziej przebojowym, wygadanym. Sprawiał idealne wrażenie normalnego, kochającego partnera. Louise zajmowała się zawsze kwestią wystroju i przede wszystkim jedzenia. Przy takich okazjach sama nie gotowała, ale planowała całe menu wraz z kucharzem, a potem uważnie doglądała jego pracę.
Nadal była w pozytywnym szoku, że ojciec, zupełnie nieproszony, przejął obowiązki pana domu. Nawet nalał jej więcej wina niż zwykle, jakby dokładnie wiedział, że tego potrzebowała. Powoli upiła łyk, patrząc przez chwilę tępo w śnieżnobiały obrus, gdy nagle dotarło do niej pytanie młodego Macallana.
Musiał niestety pilnie wyjechać. Praca. — wyjaśniła spokojnie, spoglądając po twarzach zebranych — Ale bardzo żałował, że nie może tu dziś z nami być, przesyła pozdrowienia. — kłamstwo, ale za to dobrze sprzedane, a przynajmniej taką miała nadzieję. Prawda była taka, że nie zamieniła z mężem ani słowa na temat kolacji… ani na jakikolwiek inny temat, bo odkąd wyjechał, milczał jak zaklęty.
Rodzice Tony’ego skinęli tylko głowami, odwzajemniając delikatny, fałszywy uśmiech Louise. Może to kupili. Tylko co do niego nie była pewna. Przypatrywał się jej z taką intensywnością, jakby mógł zajrzeć do środka i przeczytać wszystkie jej myśli. Niepokoił ją ten błysk w oku mężczyzny. Wydawał się niebezpieczny i czuła, że zwiastuje nadejście kolejnego niewygodnego dla niej pytania. A może to tylko jej paranoja?
Opowiadaj co u ciebie, Tony — zdecydowała się zagadnąć, nim on zdążył uderzyć mocniej — W której części Toronto teraz mieszkasz? Wiem, że pracujesz tu już od dawna.


Tony Macallan
ave pogrzało
powiedz chociaż "oki to pa"
30 y/o
For good luck!
186 cm
detektyw wydziału ds. gangów i broni Toronto Police Service (TPS) Headquarte
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkimęskie
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Rozmowa płynęła w nurtach towarzyskiej pozytywnej energii; odpowiadając na pytania Louise ze szczerą chęcią; przedstawił swój dorobek zawodowy – streszczając do absolutnego minimum, jednocześnie napominając o mieszkaniu, które miał na własność, a chociaż niepowalające ono było, tak czuł się w nim niezwykle komfortowo.
Nie ciążyła na nim presja spotkania, tej obecności w zacnym, acz znanym wszakże gronie; czuł się, wśród nich jak ryba w wodzie, nawet jeśli z początku odrętwiały, bo śpiący i zmęczony pozostawał po pracy, tak czujne oko dostrzegało płynność ruchów podczas posiłków, a także precyzję wypowiedzi w czasie dialogów. Nie zależało mu na tłumie, na tym, aby go słuchali i oglądali, bo z natury powściągliwy w emocjach pozostawał od dziecka, nawet przy znanych mu ludziach.
Rodzina potrafiła wprowadzić rytm rozmów uderzających o wszelkie tematy w tym te, w jakich odnajdywał się bez wyraźnego trudu, ale bywały też takie podczas to których spoglądał z zaciekawieniem na miny zgromadzonych – śledząc uważnie ich pozy, zwłaszcza w materii politycznej i biznesowej. Jego rodzina zawsze była w tych kwestiach bardzo zachowawcza, by nie powiedzieć neutralna – nie atakowali, nie narzucali; nikomu swych poglądów, natomiast nie zawsze pokrywały się one z tym, co państwo Fraser mieli do powiedzenia.
Uciekał i wymykał się, spod przebiegłych pytań ojca Louise starając się prezentować najwyższą kulturę, ale zarówno obiad, jak i przystawki były sycąco rozleniwiające i łapanie równowagi na szczeblu tak istotnych rozmów, było dla niego zmorą, dlatego, gdy pani domu wyszła do kuchni, by przypilnować deserów udał się za nią pod pretekstem pomocy i wspominek starych czasów.
Jeszcze moment, a twój ojciec przeciągnie mnie pod jedną ze stron politycznego konfliktu, o którym niemal zapomniałem i który rozgrywał się dekadę temu — uśmiechnął się zagadkowo, nieco wyolbrzymiając sytuację, ale nie przesadnie bardzo. — A ty, czemu uciekasz spod czujnego oka matki, czyżbyś znów czuła na sobie jej wymowny wzrok? — uśmiech pełzał na linii warg; snuł się po nich jak wędrowiec, którego wszędzie pełno, a jednak nie trzymał ni domu ciepłego, ni izby przytulnej. I on – Tony czuł się w tym gronie momentami, jak wyrzutek, bo znajdował się wśród ludzi władczych, co mieli realny wpływ na kształtowanie jakiejś rzeczywistości – może nie przesadnie wielki, ale jednak jakiś…
Uśmiech zastyga na ustach, gdy wzrok napotyka paterę deserów, a wśród nich piętrzą się galaretki z bitą śmietaną i lodami zwieńczone wiśniami. Bez zastanowienia, nieco łobuzersko porwał owoc w dłonie i nonszalancko umieścił go sobie w buzi. Mogła go skarcić lub złym słowem pouczyć; nie dbał o to…
Jak ci się żyje w tej złotej klatce? — wyczuwał, że uciekała od rodziny, a gdy padały niedyskretne spojrzenia – potrafił je zweryfikować. Znał ją z lat młodości i pewne mechanizmy wciąż pozostawały niezmienne.


Louise Beckett
36 y/o
For good luck!
157 cm
architekt / właścicielka Forward Interiors
Awatar użytkownika
I keep my distance but you still catch my eye
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez chwilę było naprawdę… miło. Zero kąśliwych komentarzy ze strony rodziców, zero presji, zamiast tego - przyjemna rozmowa ze starymi przyjaciółmi rodziny, bo to na nich w dużej mierze się skupiła. Tony opowiedział trochę o tym jak wygląda jego życie w Toronto, jak to zwykle on - bez zbędnego wdawania się w szczegóły. Znając go od najmłodszych lat, nie sądziła, że zostanie detektywem - wróżyła mu raczej prawniczą karierę, patrząc na sposób jego rozumowania, czy nawet to jak się wypowiadał. Imponowało jej jednak, że odnosił sukcesy i spełniał się na tym polu, robiąc to, co uznał za najlepszy dla siebie wybór.
Rozmawiali o wszystkim, naturalnie przeskakując z tematu na temat - od plotek o wspólnych znajomych rodziców (w co Tony i Lou raczej się nie włączali), przez nieruchomości i interesy, aż po politykę. To ostatnie nigdy jej nie przeszkadzało, o ile konwersacja toczyła się w bezpiecznym, neutralnym tonie. Choć o to akurat trudno, szczególnie u jej ojca. Ciekawym doświadczeniem było jednak obserwowanie tego jak Tony zręcznie odbija piłeczki Frasera seniora, nie dając się zmanipulować i wkręcić w niepotrzebne spory. Był przy tym nad wyraz spokojny i kulturalny, co wywoływało jeszcze większą frustrację u Charles’a, a tym samym - uśmiech na twarzy Louise.
Twoja mama wspominała, że Xavier dużo podróżuje ze względu na pracę. To musi być takie trudne tak często być samej. W dodatku w tak wielkim domu! — jej twarz znów wykrzywiła się w lekkim uśmiechu na słowa pani Macallan, tym razem nie tak szczerym.
Nawet nie masz pojęcia jaka to ulga, że go tutaj nie ma.
Tak, ciągle go gdzieś wysyłają. Przyzwyczaiłam się — odpowiedziała automatycznie, niczym idealnie wyuczoną kwestię i za chwilę grzecznie przeprosiła, wstając od stołu — Wybaczcie na chwilę, sprawdzę co z deserem.
Była pewna, że z jedzeniem jest wszystko w porządku. Nie musiała nic sprawdzać, ale potrzebowała choć na chwilę się stamtąd wyrwać. Samo wspomnienie jej męża wywoływało w niej nieprzyjemne uczucie, coś w rodzaju mdłości, z tą różnicą, że nie zwiastowały wymiotów, a raczej było rosnącą gulą w gardle i obawą, że wybuchnie płaczem. Nie obwiniała o to Charlotte, bo przecież skąd mogła to wiedzieć. Louise i Xavier byli z wierzchu małżeństwem jak z obrazka! Ona - piękna, mądra, z dobrego domu, odnosząca sukcesy w swojej branży; on - przystojny, inteligentny, według rodziców Lou był „najlepszą partią w mieście”. To naturalne, że ludzie myśleli, że mieli idealne życie; że kibicowali im, dopytywali. Ona opowiadała - krótko, rzeczowo, ale też nie nazbyt zdawkowo, by nie wzbudzać w ludziach niepotrzebnych podejrzeń. Czasem jednak robienie dobrej miny do złej gry kosztowało ją zbyt wiele.
Potrafi być męczący. Ciesz się, że nie musisz znosić tego na co dzień — odparła, lekko zdziwiona jego obecnością w kuchni i zaśmiała się cicho.
Starała się nie okazać żadnych emocji, słysząc jego pytania. Nie było zdumienia, zdenerwowania, czy nawet rozbawienia - jej twarz nawet nie drgnęła. Nie odrywała wzroku od jego oczu, ważąc słowa. Uśmiechał się tak… bezczelnie. Tak, jakby był pewien tego, że ją rozgryzł; że już dawno siedzi w jej głowie, gdzie słyszy każdą myśl.
Nie mam pojęcia o czym mówisz, Anthony — odpowiedziała, być może niezbyt przekonująco, jednak patrzyła już na niego z miną, którą zdawała się mówić „chyba coś ci się przewidziało”.
Valerie, wynieś proszę resztę do salonu. My zjemy tutaj — zwróciła się do kobiety i podała jej tacę, uprzednio zdejmując z niej dwie porcje deseru. Może to niegrzeczne by gospodyni zaszywała się w kuchni z jednym z gości, opuszczając innych na dłużej, ale była pewna, że rodzice sami świetnie się ze sobą dogadają, być może nawet nie zauważając ich nieobecności. Chwyciła za jeden z pucharków i podała go mężczyźnie.
W złotej klatce? — powtórzyła, tak jakby nie wierzyła, że właśnie zadał jej to pytanie — Skąd taki osąd? — spytała ze szczerą ciekawością, a równocześnie obawą, że Tony rzeczywiście dostrzegał to, że ta doskonałość, otaczająca ją z każdej strony, była tylko pozorna.
Czy moja maska zaczyna powoli opadać?

Czyż nie wyglądam na szczęśliwą?


Tony Macallan
ave pogrzało
powiedz chociaż "oki to pa"
30 y/o
For good luck!
186 cm
detektyw wydziału ds. gangów i broni Toronto Police Service (TPS) Headquarte
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkimęskie
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Zdawkowy uśmiech zagościł na jego twarzy, podkreślając krzywiznę wyrazu, który od dłuższej chwili mu towarzyszył. Przenikliwość ludzkich odruchów, gestów, a nawet charakterów stanowiła fundamentalny element jego pracy. Był w tym całkiem niezły, w tym czytaniu z masek, jakie każdy z nas zakładał co dnia. Jakby próbując uciekać od prawdy, która go otaczała. Okłamywać się i żyć w tej klatce własnych przekonań, tak często powstrzymywanych za kurtyną taktu, niechęci do wyrażenia własnej opinii, czy nawet powodowany strachem. Wszystko to łączyło się w jeden obrazek i zapisywało, a każdy dzień przybierania tej dobrej miny do złej gry uświadamiał nas, jak bardzo błądzimy. Często po omacku szukając drogi wyjścia z labiryntu niedomówień, własnych słabości i lęków.
Nie oglądał się nigdy za siebie – idąc przez życie egoistycznie; bo te miało w swym charakterze, tę zaletę, iż potrafiło nagradzać za krok w przód, zaś karciło, gdy wiecznie trwało się w przeszłości – oglądając na nią. Lubił swoje życie; praca i obowiązki dnia codziennego były mu najbliższą formą spędzania czasu, nawet jeśli po pracy wykonywał trening, czy dbał o zdrowie w innych aspektach, tak robił to motywowany kwestiami przyszłych efektów oraz pracy. Nigdy nie skupiał się w stopniu dostatecznym – wystarczającym, jak mniemał na relacjach z płcią przeciwną, nieco arogancko podchodząc do związków i banałów o miłości, tym szczerym oddaniu. To nie tak, że w to zupełnie nie wierzył, owszem. Pokładał nadzieję, że tak w istocie jest i ludziom, czasem się to przytrafia, gdy mają akurat szczęście, ale większość z nas żyła w bańce oczekiwań, względem drugiej osoby samemu niewiele oferując. Zamykając się na tak wiele dróg i możliwości – odtrącamy potencjalnych, lepszych ludzi. Bo kierujemy się egoizmem; naszym prywatnym dobrem i komfortem. Czasem do tego dochodzą obowiązki, wobec rodziny i intratne korzyści względem przyszłego związku i małżeństwa. A zapominamy o sobie i swoich potrzebach ginąc w beczce czyichś marzeń. Zepchnięci na margines, pomijani, traktowani, jako element dekoracji, a nie żywa istota głodna uczuć, rozwoju, poznawania.
Skrzywił się lekko, odprowadzając pracownicę wzrokiem, choć ten był wyłącznie komentarzem wobec jego własnych myśli.
Męczący? Jak twój małżonek? Nie, chyba nie może być aż taki zły. Twój ojciec ma kilka drobnych wad, ale nic poza tym. Bywa ujmujący — odpowiada zgryźliwie, akcentując strategiczne wyrazy, przy jednoczesnym kontakcie wzrokowym. Czuł się w tym dobrze, był ciekaw ile prawdy kryło się w jego domysłach i wszystkich plotkach. Chciał to zweryfikować.
Bo tak wyglądasz, jakbyś siedziała tu na siłę, a nie z własnej woli. — Lekkość słów akcentuje łyżeczka z lekkością wbijająca się w zawartość deseru i sunąca do ust. Mężczyzna opiera się swobodnie tyłem sylwetki o blat i patrząc na brunetkę, bawi się rozmową. — Samo to, że pozwalasz mi na sięganie po te argumenty sprawia, że mogę domyślać się wielu innych rzeczy, a może, może się mylę? — Był ciekawy, ciekawy tego, czy potrafiła grać w tę grę zasad, których jeszcze nie w pełni rozumiał, ale w nie brnął. Bo był ciekawy i znudzony.


Louise Beckett
ODPOWIEDZ

Wróć do „#108”