
Pamiętam to wszystko, jak dziś. Mój niemy krzyk, trzęsące się palce, gdy wybierałam numer ratunkowy, a potem usłyszałam głos ratownika, który mówił, że jest już za późno. Miałam tylko 18 lat. Miałam tylko 18 lat, gdy zobaczyłam moją matkę, która postanowiła się powiesić. Do tej pory nie wiem, dlaczego to zrobiła - nie mogła znieść, że sobie nie radzimy? A może chciała innego życia? Cokolwiek.
Jakby nie patrzeć mam jej to za złe, bo od tamtego czasu wszystko jest nie tak, jak powinno.
Tęsknię......za tym, gdy ktoś się mną przejmował. Tuż po wypadku mojej matki, moim losem zainteresowała się bogata rodzina z Toronto. Małżeństwo nie miało swoich dzieci, a mieli w cholerę pieniędzy, więc chcieli naprawić życie kogoś pokrzywdzonego przez los. Odezwali się do mojego ojca, skontaktowali nas z jakimś dobrym psychiatrą, a poza tym dali mi pieniądze na studia, na które tak bardzo chciałam iść. Po kilku miesiącach został po nich tylko hajs na czesne - okazało się, że zaadoptowali dzieciaka z kraju trzeciego świata, więc to na nim skupili całą swoją uwagę, a ze mną przestali się kontaktować, bo PRowo lepiej wychodzili na tamtym dziecku. Niby nie mam im tego za złe, bo przecież nie byłam dla nich nikim bliskim, ale gdy przestałam chodzić do psychiatry, wszystko się zjebało.
Udaję......że jest w porządku i udało się mi to przepracować. Gówno prawda, wcale tak nie jest. Od 5 lat nie umiem sobie poradzić z tym wszystkim i chociaż intensywność ataków paniki zmalała, to jednak wciąż zdarzają się dni, w których wydaje mi się, że umieram i nie mogę złapać oddechu. Przez moje lęki rzuciłam w cholerę studia - nie byłam w stanie skupić się na dziennikarstwie, bo na zajęciach wielokrotnie czułam, że próbowano zburzyć wszystkie mury, które budowałam dookoła siebie. O wiele lepiej czuję się w knajpie i na stażu, gdzie mogę udawać kogoś innego; lepszą wersję siebie, której bynajmniej nie rusza czyjaś śmierć. Tam jestem normalną, dwudziestotrzylatką, która lubi palić fajki, chodzi do klubów i marzy o wielkiej karierze i bogatym i sławnym mężu. I, co najlepsze, dużo osób naprawdę w to wierzy, a ja nie zamierzam wyprowadzać ich z błędu.
