Prawdopodobnie nie było nawet sensu rozważać, ileż to nieszczęść znacznie poważniejszych niż niedopilnowanie masła, czy jakiejś części garderoby Dante był w stanie całkiem niezamierzenie i przypadkowo na siebie ściągnąć. I to zupełnie niezależnie od nadmiernej troski wykazywanej przez Ivy…
–
Kto jako dzieciak nie próbował wkładać sobie lego do nosa? Albo fasoli…? Fasola też nieźle się do tego nadaje… – wzruszył nieznacznie ramionami, wcinając się jej w zdanie. I tak, z dużą dozą prawdopodobieństwa można było zakładać, że nawet jeśli wypowiedziane słowa wciąż nosiły pewne znamiona żartu, zawierały w sobie nieco prawdy. Podobne eksperymenty zdecydowanie mogły być czymś, co Dante praktykował w dzieciństwie. Pewnie niewiele przed tym, gdy jako nastolatek uznał, że wypalanie zioła ze znajomymi ojca jest jednak ciekawszą rozrywką.
Tego, co zadziało się niewiele później mógł się w zasadzie spodziewać.
Piętnastominutowa randka całkiem szybko zamieniła się w randkę kilkuminutową, a on mógł skwitować to co najwyżej krótkim
„jasne” rzuconym już nawet nie do Ivy, a do zamykających się za nią drzwi. W końcu trudno byłoby konkurować z zatrzymaniem krążenia. Tak samo trudno byłoby mieć do niej pretensje o to, że bez zastanowienia pobiegła do nagłego przypadku.
Za to z całą pewnością można byłoby zastanowić, czy rzeczywiście zostawienie go tutaj było najlepszym możliwym pomysłem. Nie słynął raczej z cierpliwości, a bezczynne czekanie – jakkolwiek mogłoby wydawać się zadaniem dość banalnym – mogło dość szybko okazać się wyzwaniem ponad jego siły.
I rzeczywiście długo nie trzeba było czekać, by postanowił na początek nieco uważniej rozejrzeć się po kantorku. Obejście niewielkiego pomieszczenia dawało jednak mało satysfakcjonujące rezultaty – dookoła nie znajdowało się absolutnie nic wartego uwagi. Przynajmniej do momentu, kiedy jego spojrzenie zatrzymało się na beztrosko porzuconym identyfikatorze. To był cholernie głupi pomysł. I podświadomie pewnie musiał zdawać sobie z tego sprawę. A jednak zawahał się może ledwie przez sekundę lub dwie, zanim schował plastikową kartę do kieszeni i jakby nigdy nic wyszedł z pomieszczenia. Jeśli Ivy miałaby wrócić przed nim, zawsze mógłby wyłgać się tym, że wybrał się na poszukiwanie toalety. A identyfikator… na to pewnie też mógłby znaleźć jakąś wymówkę.
Zdawał sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie
odrobinę za bardzo rzucał się w oczy, żeby tak po prostu móc wmieszać się w tłum. To jednak nie stanowiło większego problemu na szpitalnym korytarzu, gdzie w zasadzie każdy – od pacjentów i ich rodzin, aż po wszelkiej maści personel – zajęty był własnymi sprawami i niespecjalnie zwracał uwagę na kogokolwiek innego. Tutaj wystarczył pewny krok i przyjęcie postawy jasno dającej do zrozumienia, że nie tylko miał pełne prawo być tutaj, ale też świetnie wiedział dokąd zmierza. Nawet jeśli nie miał w tej kwestii bladego pojęcia.
Problem mogły za to stanowić drzwi, do których wreszcie dotarł, a które opatrzone zostały napisem dobitnie oznajmiającym, że były one przeznaczone tylko dla personelu. O ile w otwarciu ich mogłaby pewnie pomóc karta Ivy, o tyle nie wydawało mu się, by nikt ze znajdującej się tuż obok dyżurki pielęgniarek nie miał nic przeciwko temu, by jakiś podejrzany typ nieco sobie
pozwiedzał. I może nawet mógłby to być moment, w którym Dante powinien dojść do wniosku, że całe to przedsięwzięcie nie miało większego sensu i że lepiej byłoby wrócić do tego nieszczęsnego kantorka.
Gdyby nie to, że zwykle miewał najwyraźniej więcej szczęścia niż… czegokolwiek innego.
Drzwi otworzyły się, a zza nich pospiesznym krokiem wyszła pchająca przed sobą terkoczący wózek pielęgniarka. Z zaciętą miną, niezwracająca uwagi na absolutnie nic, co mogłaby znajdować się dookoła… okazała się być świetną przepustką i okazją, której nie można było zmarnować. W chwilowym zamieszaniu najwyraźniej nikt nie zwrócił uwagi na to, że przeszedł przez drzwi zanim te zdążyły zamknąć się za kobietą. Co właściwie mógłby uznać za całkiem
zabawne. Podobnie jak fakt, że również na kolejnych etapach tej małej wycieczki nie znalazł się kompletnie nikt, kto mógłby mu jakkolwiek przeszkodzić. Ani podczas krótkiego spaceru przez kolejny korytarz, ani też wtedy, gdy trafił wreszcie do obiecująco wyglądającego pomieszczenia, z którego postanowił zabrać ze sobą
pamiątkę w postaci dwóch pudełek z tabletkami wepchniętych pospiesznie do kieszeni. Takiej
drobnostki nikt przecież nie powinien nawet zauważyć. Drzwi, które podczas drogi powrotnej bez większego problemu ustąpiły dzięki odbiciu przy nich karty Ivy były już w zasadzie tylko formalnością – podobnie, jak spacer przez wciąż pełen ludzi ogólnodostępny korytarz i powrót do kantorka, gdzie zamierzał wcielić się w ucieleśnienie niewinności, które cały ten czas grzecznie oczekiwało na powrót Ivy. Pamiętając wcześniej o tym, by beztrosko odłożyć jej identyfikator tam, skąd go zabrał.
Ivy Harrison