ODPOWIEDZ
34 y/o
For good luck!
183 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
seeing high in your tower, you had your power; i'll watch it slip through your hands
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

i'll search the shadows you wear like crown
and i'm gonna hunt you down
Nie lubił głośnych spraw.
Krzykliwe nagłówki gazet przyciągały oceniające spojrzenia oka publiki, równie dociekliwego co irytującego. Gdy świat dowiadywał się o pewnym akcie niesprawiedliwości, który wyjątkowo trafiał w struny Kanadyjskiego społeczeństwa, zaczynał dzielić się na irytujące podgrupy. Domowych detektywów, doszukujących się prawdy, której nie znalazły organy ścigania. Łaknących closure kanapowców, żądających kolejnej wypowiedzi na ten sam temat, jakby piąta miała przynieść nowy okruch informacji. Lokalnych wojowników, zjawiających się pod sądem z makietami i czerwonymi twarzami żeby dopilnować, by sprawiedliwości stała się zadość.
To nie praca pod presją nawarstwiała jego zmęczenie w takich sytuacjach - a dodatkowa ilość papierkowej roboty. Proces ze zwykłej roboty przekształcał się w przedstawienie, w dodatku odbywające na polu minowym, po którym musiał lawirować. Nie sposób było przedstawić niuansów prawa karnego w krótkiej wypowiedzi wyrwanej z kontekstu, nie dla reporterów kategoryzujących odpowiedzi w swoich czarno-białych ramach, gotowych do konsumpcji dla tłumów. Słowem - nagłośnienie jakiejkolwiek sprawy jedynie ją komplikowało.
A sprawa Ethana Hale'a była prosta.
Był motyw, było bezpośrednie powiązanie z rodziną, a wreszcie - byli świadkowie jego pieprzonego p r z y z n a n i a się do winy, którym chwalił się w pobliskiej knajpie. Rozumiał, dlaczego morderstwo pary wzbudzało taką sensację. Młode, szablonowe małżeństwo, zamordowane we własnym mieszkaniu skłaniało do refleksji, dodawało dreszczyku niebezpieczeństwa dla codziennej egzystencji przesiadających na kanapie ekspertów. Koniec końców, jeśli oni nie dostrzegli nadciągającego niebezpieczeństwa - ba, sami wpuścili je do domu - to jaka jest szansa na to, że oglądający wiadomości nie znajdują się teraz w ich położeniu?
Rozumiał, ale uważał zamieszanie wokół tej sprawy za niepotrzebne, dodające mu zbędnej pracy, której najchętniej by nie wykonywał. Gorzka pigułka, którą zwykł przełykać w sytuacjach takich jak ta.
Nie spodziewał się jeszcze, że utknie mu w gardle.
Nawet wtedy, gdy głośne nazwisko znalazło się na okładce czytanej przez niego gazety, niebezpiecznie blisko artykułu na temat jego sprawy. Cholera, w nim. Venus Carrington miała swoją renomę - z rodzaju tych, które uważał za rozdmuchane. Prasa była w stanie skutecznie zignorować dobrych prawników, którzy doprowadzą do skazania złych ludzi - w końcu tak jest sprawiedliwie, tak jest logicznie, więc z pewnością nie musieli się nad tym zbytnio napracować. Prasa zaś zapamiętywała każdego adwokata, dzięki któremu na zewnątrz wychodził ktoś, kto nie powinien.
Nie zapominała o ludziach takich jak Carrington.
On zamierzał.
Ponieważ sprawa Ethana Hale'a była prosta, łatwa i nieskomplikowana. Ponieważ jego zespół zebrał wszystkie materiały dowodowe zgromadzone przez policję, wszystkie znane i nieznane publice fakty na temat dokonanej zbrodni, a wreszcie - wezwał świadków, znajomych pary i Hale'a, którzy posiadali obciążające zeznania. Nawet gdy znalazł się na sali sądowej, spoglądając na swoją przeciwniczkę, był przekonany, że zwycięstwo tkwiło w jego garści. Że Carrington wzięła pieniądze, ponieważ Hale musiał zaoferować jej ich w cholerę - więcej, niż była warta jej i tak zbrukana reputacja.
Siedem pieprzonych godzin później jako jeden z ostatnich tkwił na korytarzu, oparty plecami o ścianę. Nie wątpił, że reporterzy czekali na niego przy wyjściu z budynku, on jednak czekał na kogoś innego. Musiał z nią porozmawiać, musiał spojrzeć jej w oczy, musiał ją p o z n a ć, wraz ze schowanymi w jej głębi intencjami i planami na przyszłość.
- Dobra robota panno Carringotn - zagadnął, gdy tylko blondynka znalazła się w drzwiach, przy których oczekiwał - niewiele różniąc się od sępów z mikrofonami na zewnątrz. Jego słowa były mieszanką kłamstwa i prawdy - bo choć wykonała dobrą robotę, żaden komplement z jego ust w tej chwili nie wyszedłby szczery. - Złapała nas pani z zaskoczenia.
Nie zamierzał przecież iść na noże i takich intencji nie zamierzał po sobie pokazywać.

żmija
31 y/o
For good luck!
165 cm
pani adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
Even good boys bleed. How bad do you want me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   Uwielbiała głośne sprawy, a zainteresowanie mediów często działało na jej korzyść, szczególnie w trudnych sprawach, w których potrzebowała zamieszania, aby zwrócić uwagę na manipulacje i wpływ dezinformacji na opinie przysięgłych. Sprawa Ethana Hale’a była prosta, to prawda, ale dzięki błędom w śledztwie 一 w przeprowadzaniu samych czynności śledczych, jak i w dokumentacji 一 czyniły z niej twardy orzech do zgryzienia, głównie dla prokuratury. Venus zdawała się być w swoim żywiole, przebojowa, pewna siebie i odpowiednio seksowna. Wiedziała jaką ma opinię i mogła manipulować swoim wizerunkiem, w zależności od potrzeby. Ubierała się modnie, podkreślała swoją figurę i urodę, a jednocześnie pilnowała dobrego smaku i elegancji. Wysokie szpilki, ale zakryte drogim materiałem dopasowanych, eleganckich spodni z wysokim stanem. Opięta w talii koszula, ale mniejszy dekolt i zakryte ozdobnymi rękawami nadgarstki. Biżuteria bardzo skromna, ale błyszcząca, makijaż naturalny, ale jednak bardzo korzystny dla jej urody. Fryzura dopasowana do outfitu, ale równocześnie podkreślając, że jest przecież młodą kobietą i to w dodatku blondynką.
   Echo jej kroków potoczyło się po przestronnym korytarzu gmachu sądu, gdy zmierzała w stronę schodów, trzymając pewnie w dłoni skórzaną teczkę w kolorze écru. Miała wyborny nastrój, mimo wielogodzinnej batalii wręcz tryskała energią i miała zamiar uczcić to odrobiną cukru. Może coś z kremem? Może podwójny karmel? Beza 一 to był najlepszy wybór. Przypomniała sobie swoją przemowę przed ławą przysięgłych, jak tłumaczyła o sile manipulacji i bezwzględności mediów, jak podkreślała, że w takich okolicznościach nie należy wierzyć w plotki ani w to, co zobaczy się w internecie. Należy skupić się na dowodach, na potwierdzonych faktach i tutaj należy się zatrzymać i poddać wnikliwej weryfikacji działania policji i prokuratury. W tym czasie Ethan Hale, zakuty w kajdanki przyglądał się przemowie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Był ubrany elegancko, zadbany i chociaż jedyne co miał robić, to siedzieć spokojnie na dupie i udawać człowieka, który nie chciał, ale musiał, to czasami na jego twarzy można było dostrzec dziwną satysfakcję i wyższość.
   Krok za krokiem zbliżała się do końca korytarza, obcasami wystukując równy rytm. Została na sali dłużej i wyszła z niej prawie na końcu, chcąc na gorąco omówić jeszcze kilka rzeczy ze swoim zespołem. Zeszła wolnym, ale pewnym krokiem po schodach, a potem przeszła przez wysokie, ozdobne drewniane drzwi, do głównej części budynku sądu, skąd słyszała już szmer rozmów dziennikarzy, czekających przed budynkiem.
   Znowu poczuła się jak drapieżnik, gotowa odpowiedzieć na każde pytanie bez wahania i jeszcze wcisnąć gdzieś swoje trzy grosze. Zatrzymał ją jednak mężczyzna, stojący przy drzwiach, a kiedy do jej uszu dobiegł jego głos, zatrzymała się tuż obok, a potem powoli przekręciła w jego stronę i przyjrzała się mu wnikliwiej, oceniając nie tylko niewątpliwie atrakcyjny wygląd. Miała dobrą pamięć, ale skoro już weszła w rolę do zagrania przed czekającymi dziennikarzami, to mogła zacząć grać.
   Na jej twarzy pojawił się firmowy, starannie wypracowany uśmiech, ale wesołość wcale nie obejmowała jej oczu, które pozostały bystre i bardzo uważne. Ujęła torbę i drugą dłonią, opierając ją przed sobą na kolanach, umyślnie nie poprawiając zabłąkanego, złotego kosmyka włosów, który w postaci ładnej fali opadł na jej policzek.
   一 Dziękuję. A Pan to… ? 一 rzuciła, delikatnie nachylając się w jego kierunku, jakby zachęcała go, by mówił odważniej i głośniej. 一 Nas, czyli? Nie kojarzę, żeby oficjalnie nas sobie przedstawiono 一 powiedziała, chociaż i bez tego doskonale wiedziała kim był ten mężczyzna. Podejrzewała, że kiedy wygra już sprawę i podejmie się kolejnej, prawdopodobnie zapomni o Jonathanie Myersie, chyba że po tej porażce ktoś jeszcze weźmie go do poważnej roboty.

jeż
34 y/o
For good luck!
183 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
seeing high in your tower, you had your power; i'll watch it slip through your hands
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Carrington niewątpliwie była bardzo pociągającą kobietą - w dodatku przywiązującą ogromną uwagę do swojej prezencji. Wszystkie jej aspekty wydawały się mocno wykalkulowane, wyraźnie zdawała sobie sprawę z tego, na ile może sobie pozwolić by jej wygląd nie wpłynął na bycie postrzeganym przez ławę przysięgłych w negatywny sposób. Nie przekraczała granic, ale docierała do samego ich końca - wystarczająco, by przykuwać uwagę, zbyt mało by użyć tego przeciwko niej.
Ale gdzieś pomiędzy jej złotymi falami włosów i wydatnymi ustami czaiły się przebłyski tej samej zgnilizny, która przemykała po twarzy jej klienta jak czarny kot przemykał przez jezdnię. Być może było to wyłącznie złudzenie optyczne, oświetlenie sądowej sali i dzielący ich dystans, ale Myers nie mógł wyzbyć się wrażenia, że te piękne rysy twarzy wykrzywiały się w dziwnym wyrazie wyższości i satysfakcji - zawsze, gdy uderzała, a jej cios trafiał na podatny grunt.
A później dostrzegł ją z bliska - i przekonał się, że miał całkowitą rację.
Przez krótką chwilę jego wzrok prześlizgnął się po jej twarzy, wyćwiczonym uśmiechu i chłodnych oczach. Jego głowa bezwiednie przekrzywiła się lekko, niczym opadający na jej policzek lok jasnych włosów, nim te piękne, czerwone usta postanowiły się rozchylić.
A padająca z nich odpowiedź zniszczyła śliczną fasadę Venus Carrington niczym mydlaną bańkę.
Kąciki jego ust pomknęły w górę, choć w jego uśmiechu dostrzegłaby znacznie więcej szczerości niż we własnym. Błysnęło w nim rozbawienie, jak i pewna doza satysfakcji wywołanej zwykłym potwierdzeniem swojej r a c j i. Ponieważ przyglądając jej się przez długość sądowej sali, podejrzewał, że za jej profesjonalizmem i rozbrajającym wyglądem chowa się dokładnie taka osobowość, jaka wzięłaby pieniądze od Ethana Hale'a.
A teraz ją dostrzegł - chowającą się za długimi rzęsami bestię, gdzieś tam, w głębi jej czujnego spojrzenia.
- Najmocniej przepraszam. Jonathan Myers, reprezentuję stronę oskarżyciela - odpowiedział szarmancko, wyciągając w jej stronę dłoń - niepewny, czy w ogóle będzie na tyle uprzejma by ją przyjąć. W końcu nie byli już na sali sądowej, oraz nie tkwili jeszcze przed dziennikarzami - nie było przed kim zachowywać pozory. - Musiała mnie pani nie zauważyć. Prawnicy pani pokroju często miewają problem z zauważaniem na sali sądowej l u d z i.
Opierając się o futrynę drzwi, przez które przeszła, kątem oka dostrzegał cienie sylwetek poruszających się w głównej sali sądu - dziennikarzy wypytujących w tej chwili jakąś niewinną ofiarę, oczekujących na ich oboje.
- Wasz klient musi być bardzo zadowolony - zauważył z uznaniem, które zabarwione było pewną dawką ironii. - Jeszcze nie wie, że błędy w formalnościach mają statystycznie nieistotną szansę na pociągnięcie go przez cały proces.
Jego dłonie wsunęły się do kieszeni spodni - być może nie tak przykuwających uwagę jak materiał opinający biodra blondynki, lecz dobrze skrojonych, eleganckich, cholernie d r o g i c h. Pochylił się naprzód, a grawitacja wysunęła z jego ułożonych włosów własny, drobny kosmyk, który powoli poddawał się walce opadając na jego czoło.
- Nie zamierza pani przecież jeszcze świętować zwycięstwa, prawda? - zapytał ciszej, nie ścierając przebiegłego uśmiechu z własnej twarzy, jakby sama sugestia, że odebrałaby dzisiejszy proces za coś wartego bezy, była kawałem samym w sobie.
Nie wiedział o bezie, ale wiedział o tym błysku zadowolenia wypisanym na jej twarzy gdy maszerowała na spotkanie z dziennikarzami.

vipère
31 y/o
For good luck!
165 cm
pani adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
Even good boys bleed. How bad do you want me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Venus w pracy wchodziła w pewną wyuczoną przez lata rolę. Dopasowała się do otoczenia, w którym musiała pozostać profesjonalna, ale jednocześnie faktycznie być potworem, żeby poradzić sobie z innym potworami wokół. Jeżeli chciała się utrzymać na powierzchni i ostatecznie z niej wybić, nie mogła sobie pozwolić na słabości i wahania. Nie zastanawiała się nigdy nad tym, czy tak naprawdę lubi siebie właśnie taką. Dopóki przynosiło jej to korzyści, to nie przywiązywała do tego wagi. Może nawet już zapomniała jaka była kiedyś i czy cechowało ją coś innego, niż dążenie do osiągania sukcesów zawodowych.
  Może, gdyby na zewnątrz nie roiło się od dziennikarzy, to trochę opuściłaby gardę, bo w końcu nie była już na sali sądowej. A jednak dalej była w trybie czuwania. Przyjrzała się mężczyźnie i zauważyła coś w rodzaju satysfakcji, jakby rozwiązał jakąś zagmatwaną zagadkę. Poczuła ochotę, żeby zapalić, zanim pójdzie kupić sobie bezę. Gdzieś na dnie jej torebki spoczywała paczka cienkich, niebieskich L&Mów i nosiła ją już pewnie kilka tygodni. Rzadko miała ochotę na papierosa, podobnie jak na bezę.
  一 Wybaczam, Panie Myres 一 odparła z uprzejmym uśmiechem, wsuwając drobną dłoń w jego, aby lekko ją uścisnąć. Po uprzejmościach cofnęła dłoń, ale nie wycofała się całkiem, słysząc że mężczyzna postanowił zagrać z nią w grę, chociaż przecież poza salą sądową wcale nie musieli tego robić. Mogli ignorować się do woli. Odrobinę ją to zaintrygowało, ale też nie było jakoś specjalnie wyjątkowe, były i inne osoby, które reagowały na nią podobnie.
  一 Słuszna uwaga. Może sekret tkwi w tym, że na sali sądowej nie zawsze chodzi o ludzi 一 zauważyła i posłała mu łagodne spojrzenie, a lekko uniesiony kącik ust nie zdradzał czy mówi poważnie, czy może jednak sobie żartuje. 一 Proszę to sobie przemyśleć 一 poradziła na koniec, bo była pewna, że na tym ich mała wymiana zdań się zakończy. Nawet drgnęła lekko, jakby chciała ruszyć z miejsca, ale zatrzymały ją kolejne słowa.
  Odgarnęła złote loki z ramiona na plecy i ponownie wbiła spojrzenie w Jonathana Myersa, tym razem trochę uważniej, bo wyglądało na to, że miał już obmyśloną jakąś strategię. Może powinna rozgryźć jaką? Z drugiej strony na to chyba było za wcześnie. Proces dopiero się zaczął i powinna skupić się na tym, aby utrzymać zdobytą dzisiaj przewagę i jak najszybciej ją zwiększyć.
  Uśmiechnęła się ponownie, słysząc o nawiązaniu do jej klienta i strategii, a przynajmniej tej jej części, którą reprezentant strony oskarżającej miał okazję już zobaczyć. A więc o to chodziło. Odrobinę zaimponowała jej ta agresywna taktyka, aby ja sprowokować. Tak się składało, że byli tutaj sam na sam i chociaż nauczona doświadczeniem wiedziała, że nie może powiedzieć wprost wszystkiego, co by chciała, ale mogła dać temu wyraz.
  一 Nasz klient wie tyle, ile musi wiedzieć. Podobnie jak Pan 一 powiedziała lekkim, przyjemnym dla ucha głosem. Na wzmiankę o świętowaniu pokręciła powoli głową, ale wyglądała na całkiem zadowoloną z tej uwagi. 一 Jeszcze nie wygrałam, ale jak już będę wybierała się na świętowanie, to może się Pan czuć zaproszony 一 odparła, mrużąc lekko oczy, jakby się nad czymś jeszcze zastanawiała.
  一 Jadł Pan już obiad? Niedaleko podają niesamowitą cielęcinę. Mają też wędzone ostrygi, warto spróbować 一 powiedziała, co było propozycją, której raczej nikt by nie odrzucił. Była bardzo ciekawa jak zareaguje. 一 Ja stawiam. Oczywiście o ile znajdzie Pan inne tematy do rozmowy, niż praca 一 dodał, delikatnie unosząc jedną z wypielęgnowanych brwi, razem z kącikiem pełnych warg.


Jeżyk
34 y/o
For good luck!
183 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
seeing high in your tower, you had your power; i'll watch it slip through your hands
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Obierając tę ścieżkę kariery, Jonathan spodziewał się, że jego życie będzie zgoła inne od pełnych emocji dramatów puszczanych w salach kinowych. Praca prawnika wydawała się jedynie pasjonująca w fikcji - w rzeczywistości zaś, całkowicie nudna i przy tym stabilna. Powierzchownie właśnie tego w swoim życiu szukał, spokojnej kariery opierającej się na jasno opisanych zasadach, na tyle wybitnej by nadać mu łatkę osoby kompetentnej, na tyle dobrze płatnej by niczego w życiu nie musiało mu brakować.
Dopiero w trakcie dostrzegł chowający się wśród setek teczek z aktami dreszczyk emocji. Prawdziwe zagrożenia, prawdziwe wyzwania, ku którym odwracał się z zainteresowaniem. W pewnym momencie sala sądowa faktycznie zaczęła roić się od potworów.
On zwyczajnie odmawiał stania się jednym z nich.
Znał jednak bardzo dobrze ludzi takich jak Venus Carrington. Odsuwających swoje człowieczeństwo na bok po to, by spoglądać na suche fakty. Ignorując jasną jak słońce winę swojego klienta, to ludzkie przekonanie, wiedzę, i n t u i c j ę podpowiadającą, że daleko mu było do niewinności.
Widział klapki przysłaniające te drapieżne oczy - klapki, które założyła na nie sama, i których prawdopodobnie nic nie było w stanie z nich zdjąć.
- Dziękuję za poradę - odrzucił sarkastycznie, bawiąc się zapalniczką schowaną w kieszeni jego marynarki. Nie zamierzał poświęcać ani jednej myśli na pannę Carrington - to znaczy na jej słowa, czy też ironiczne, złote rady wypowiadane jej melodyjnym głosem.
Jego usta rozchyliły się bezwiednie, na ułamek chwili przejmując kontrolę nad jego wystudiowaną mimiką - wszystko w reakcji na jej słowa. Na tę bezczelną pewność siebie, którą z łatwością mógłby nazwać arogancją. Na zwycięstwo, które już sobie prognozowała, choć przecież byli jedynie na samym początku procesu, który wiedział, że będzie długi i żmudny.
Uśmiechnął się, bo ta pewność siebie, ta a r o g a n c j a, cholernie mu zaimponowały.
Jej propozycja wybiła go z rytmu, na jedno uderzenie serca sprawiając, że zastygł, rozważając. Z jednej strony, przyjęcie jej dałoby mu możliwość dowiedzenia się czegoś więcej na temat obranej przez nią strategii, jakże opartej o to, kim musiała być jako osoba. Z drugiej, wystosowane przez nią zaproszenie, to krótkie ja stawiam, jednocześnie przechylało szalę w ich krótkiej grze, dając jej więcej władzy.
W jego kalkulacjach nawet przez chwilę nie pojawiło się pytanie, czy w ogóle chciał zjeść kolację z n i ą. Może sekret tkwił w tym, że na sali sądowej nie zawsze chodziło o ludzi.
- Jakże mógłbym odmówić takiemu zaproszeniu? - odpowiedział szarmancko, odpowiadając jej uśmiechem na własny. Skinął głową, wskazując na przeszklone, mleczne drzwi prowadzące do wyjścia, za którym kłębiło się morze dziennikarzy. - Musimy tylko pokonać jedną przeszkodę na drodze.

οχιά
31 y/o
For good luck!
165 cm
pani adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
Even good boys bleed. How bad do you want me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   Patrzyła na jego twarz z zainteresowaniem, można było z niej czytać, jak z otwartej księgi. Pewnie był to jeden z powodów, dla którego zdecydowała się zaprosić go na obiad. Oczywiście było tego znacznie więcej i wbrew temu, co mężczyzna powiedział, chmara żądnych krwi dziennikarzy nie była w tym wszystkim przeszkodą 一 wręcz przeciwnie. Byli narzędziem.
   Zdawała sobie sprawę, że jeżeli Jonathan Myers przyjmie jej zaproszenie, to nie zrobi tego bezinteresownie i nie łudziła się, aby on uważał, że ona robi to z dobroci serca lub sympatii. Przecież nic ich nie łączyło. Nie licząc rzecz jasna sprawy, nad którą przyszło im obecnie pracować. To połączenie będzie na tyle zaskakujące, ten sojusz, że może zwrócić na chwilę oczy wszystkich, a jednocześnie odrobinę podejrzany, może i nieco pikantny, że mogą powstać plotki, co znowu będzie odwróceniem uwagi. Może nawet ktoś powie, że jednak ma jakieś emocje? Zależało jej na tym, żeby mówiono o wszystkim, co nieistotne.
   Uśmiechnęła się, słysząc zgodę i jeszcze chwilę przyglądała się temu, jak mężczyzna zamyka usta i wskazuje na tłum przed wejściem. Nie spojrzała w tamtym kierunku, jeszcze nie. Uśmiechnęła się tylko i leniwym ruchem poprawiła loki, układające się falami na jej plecach.
   一 Proszę zrobić dobre wrażenie, Panie Myers. Uśmiech. Kojarzy Pan jeszcze co to? 一 rzuciła lekko rozbawiona, po czym poprawiła koszulę i ruszyła do wyjścia, po drodze wyjmując z torebki duże okulary o ciemnych szkłach. Stukot obcasów uderzających w posadzkę rozchodził się echem po korytarzu. To ciekawe, że Ethan Hale odjechał dobre dwadzieścia minut temu, żeby wrócić do celi, w której poczeka na kolejną rozprawę, a oni dalej tam czekali.
   Kobieta zatrzymała się na moment przed wyjściem, zerknęła przez ramię na idącego za nią Myersa, po czym wsunęła na nos okulary, część włosów zgarnęła do przodu i pchnęła drzwi, wychodząc z budynku z lekkim uśmiechem i dużą dawką pewności siebie. Stanęła na samym szczycie schodów, prowadzących na ulicę i powiodła spojrzeniem po dużej grupie ludzi, trzymających dyktafony, aparaty fotograficzne i telefony. Skutecznie zagradzali zejście, więc chwilę czekała, aż zrobią zdjęcia i wypowiedzą na głos pierwsze pytania. Potem zaczęła się przepychać, udając, że wcale nie ma zamiaru czegokolwiek komentować.
   一 Pani Carrington! Pan Myers! Czy to prawda, że obrona będzie próbowała podważyć kluczowe dowody?
   一 Panie Myers, prokuratura nie boi się, że te błędy zaszkodzą sprawie?
   一 Pani Carrington, czy próbuje pani wypuścić na wolność człowieka, który zabił dwie osoby?
   一 A pan, panie Myers? Czy uważa pan, że to tylko gra na czas?
   Kilka pytań dotarło do jej uszu głośniej i wyraźniej i musiała powstrzymać się, żeby nie uśmiechnąć się szerzej, z wyraźną kpiną. Z drugiej strony przecież właśnie tego oczekiwała i tego się spodziewała. Oni zawsze byli tacy sami. Przystanęła i krótko odchrząknęła.
   一 Zamierzamy dokładnie sprawdzić czy procedury wykonano zgodnie z prawem. Dopilnujemy, żeby proces był uczciwy i dołożymy wszelkich starań, aby wykazać kto jest w tej sprawie prawdziwym potworem 一 powiedziała, umyślnie kierując twarz nieznacznie w stronę Myera, aby zasugerować, że na niego spojrzała. Zwróciła się następnie przodem do zejścia i wznowiła marsz, dalej schodząc ze schodów.
   一 Czy między państwem dojdzie do ostrego starcia na sali?
   Zaśmiała się bezgłośnie na dobór słów dziennikarza po jej prawej.
   一 To nie kwestia czy, a kiedy 一 odparła bez najmniejszego wahania, a gdy była już na samym dole, zwolniła żeby zaczekać na Jonathana. Przecież nie mogło to uciec tylu parom oczu. Odchyliła głowę i patrzyła na niego, kiedy schodził w jej kierunku. Chciała zobaczyć jak sobie radził i… czy się uśmiechał.

Pan Myers
34 y/o
For good luck!
183 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
seeing high in your tower, you had your power; i'll watch it slip through your hands
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zaproszenie na wspólną kolację mógłby potraktować jako podanie piłki, która teraz znalazła się w jego rękach i od niego zależało, czy będzie kontynuował rozpoczętą między nimi grę. Bardziej jednak przypominało wybicie jej w górę, okazję, z której oboje mogli skorzystać - ale okazja jednej strony miała przekształcić się w porażkę drugiej.
Oboje byli sobie nieznani, lecz widział własną przewagę w opinii przyklejonej do stającej mu naprzeciw prawniczki. Carrington miała swoje pierwsze wrażenie, ładną buzię i pozornie szczery grymas wyginający jej usta - tymczasem w nagłówkach gazet tkwiła jej druga strona pełna zepsucia. Podczas gdy on prezentował się Venus jako jeden z setek prawników, z którymi pewnie miała do czynienia, jednocześnie on przyglądał się temu kontrastowi z fascynacją. Przekonującemu uśmiechowi na jej twarzy, któremu towarzyszył kompletnie skrzywiony kompas moralny - o ile w ogóle posiadała. Rozbawionemu błyskowi w jej oczach, któremu w parze szły kompletnie jadowite słowa, uderzające w dostrzeżone przez nią wrażliwe miejsca.
Skinął jej głową, pozwalając, by ruszyła jako pierwsza w stronę czekających na nich rekinów. Obserwował, jak wystudiowany wyraz przybiera jej twarz, gdy jedna maska ustępowała drugiej. Patrząc na jej ruchy z uwagą, gdy wyciągała parę okularów i zakładała je na swój nos, zapewne by dodać sobie profesjonalizmu. Było jej ładnie w okularach.
Zastanawiał się, jak mocno trzymałyby się na swoim miejscu gdyby z jej fałszywych ust wydarło się pierwsze westchnienie.
Prasa była elementem procesu bardziej, niżby tego sobie życzył. Na samym początku swojej kariery wciąż usiłował trzymać się faktów, unikać harpii czekających pod każdym sadem przy bardziej nagłaśnianych sprawach. Dopiero z biegiem lat dostrzegł, że publika była elementem rozprawy, której nie był w stanie uniknąć.
A później pojął, że mógł to wykorzystać.
Przystanął nieco za nią gdy zatrzymała się przed dziennikarzami, w geście zarówno wyglądającym na dżentelmeński, dający jej przestrzeń do wypowiedzenia się jako pierwszej, jak i w umyślnym nakreśleniu między nimi granicy. Nie stali obok siebie, nie byli po tej samej stronie - przekaz, który pragnął przekazać subtelnością.
Wiedział, że Carrington nie ma o nim zdania - ani dobrego, ani złego. W jej oczach był tylko rutynowym przeciwnikiem na polu walki, które zamierzała opuścić po zdobytej przez siebie fladze. Mężczyzna o mniejszej pewności siebie pragnąłby natychmiast wyprowadzić ją z błędu, wypiąć dumnie pierś by zaprezentować swoje piórka.
Myers widział w tym jedynie własną przewagę.
Uśmiechnął się do niej uprzejmie gdy odwróciła głowę, schodząc kilka schodów niżej by odejść od reporterów, lecz wciąż będąc na tyle blisko by usłyszeć jej odpowiedź. Uniósł dłoń, zatrzymując jednego z dziennikarzy, który pragnął dorzucić własne pytanie na stos tych rzuconych wcześniej przez innych.
- Szanowni państwo, to jedna z tych spraw, w których winę oskarżonego widzi policja, widzą świadkowie i widzi też opinia publiczna - rozpoczął, a uśmiech zniknął z jego oblicza, zastąpiony całkowitą powagą. - Zadaniem prawników takich jak Venus Carrington jest obrazić naszą inteligencję, skupiając na protokołach, kropkach brakujących w raporcie i przejęzyczeniach. W setkach rzeczy zrobionych dobrze znaleźć jeden błąd zmęczonego ciężką pracą policjanta, dzięki któremu domniemany morderca wyjdzie na zewnątrz.
Uśmiech nie nadciągał - nie on był bowiem jego bronią. Nie pragnął zapewnić publiki, że wszystko jest przez niego opanowane - wręcz przeciwnie. Pragnął zasiać ziarenko niepewności, że to jego przeciwnikowi może się powieść - że publika może obawiać się wypuszczenia mordercy na zewnątrz.
Potrzebował ich strachu.

- Dla panny Carrington - dodał, unosząc dłoń by wskazać stojącą u dołu schodów kobietę. - Prawda i wina nie ma żadnego znaczenia. Liczy się wyłącznie gruby czek, wypisany przez oskarżonego na koniec miesiąca. Nie ona będzie musiała żyć z konsekwencjami swoich działań tak jak przeciętni obywatele Toronto, których nie stać na ochronę i prywatnego kierowcę.
Czy Carrington miała prywatnego kierowcę? Szczerze w to wątpił, ale nieszczególnie go obchodziło. Ale z pewnością nie była częścią motłochu, z którym teraz z pasją się utożsamiał.
- Mogę was jednak zapewnić, że obecna porażka to jedynie przystanek. Obrona nie ma niczego wartościowego by wyrzucić proces, może jedynie utrudniać i opóźniać ostateczny werdykt. Musimy jedynie przetrwać tę niedogodność - dodał, unosząc dłonie w uspokajającym głosie. Jego wzrok przemknął przez morze rekinów, odnajdując spojrzenie żmii. - Ich kompetencje nie wykraczają ponad bycie przeszkodą na drodze.
Skinieniem głowy pożegnał się z reporterami, ruszając w dół schodów - a później do wyjścia, na parking, ku któremu oboje zmierzali jeśli chcieli opuścić sąd. Uśmiech wpełzł na jego usta gdy tylko znalazł się poza zasięgiem dziennikarzy, ich spojrzeń i ich kamer.
- Moim, czy pani autem? - zagadnął beztrosko, sięgając do klamki ogromnych, mahoniowych drzwi sądowego gmachu i otwierając je przed idącą z nim kobietą.

vipera
ODPOWIEDZ

Wróć do „Superior Court of Justice”