Słowa Ivy były bolesne, bo... były prawdziwe i obnażyły jego
egoizm. Charles poczuł, jak magnetyczne przyciąganie, które do tej pory pchało go w jej stronę z siłą huraganu, nagle zderzyło się z murem jej przyzwoitości. Przez chwilę wciąż czuł ciepło jej dłoni na swoim sercu, które teraz, paradoksalnie, zaczęło bić jeszcze szybciej, jakby próbowało przebić się przez żebra wprost do niej, mimo że ona właśnie go odrzuciła. Czuł do niej absurdalne, irracjonalne przyciąganie, którego nie rozumiał i nie potrafił zamknąć w żadnych ramach. Był przekonany, że to nie była tylko chemia, tylko dziwna więź emocjonalna, która pojawiła się przy stoliku w tanim fast foodzie i utrwaliła w czerwonym świetle zepsutej windy. Widział w jej oczach, że ona czuła to samo, że ona też przepadła w tym całym szaleństwie, ale widział też coś, co go skutecznie otrzeźwiło - jej moralny kompas, który w przeciwieństwie do jego własnego, wciąż działał bez zarzutu.
To był błąd. Te trzy słowa huczały w jego głowie, gdy opuścił dłonie, odsunął się dwa kroki w tył i pozwolił, by chłód klatki schodowej natychmiast wypełnił przestrzeń między nimi. -
Masz rację - powiedział, a jego głos nie drżał już ani trochę. Odzyskał tę specyficzną, męską pewność siebie, która nie polegała już na braniu tego, co chciał, ale na wiedzy, kiedy należało odejść. Poprawił mankiet koszuli, co było instynktownym gestem powrotu do roli
"pana Marshalla", ale jego spojrzenie wciąż było utkwione w jej załzawionych oczach. Mimo że odrzuciła jego propozycję i rozerwała jego serce na strzępy, czuł instynktowną chęć otarcia jej łez. Pragnienie, by wyciągnąć dłoń i kciukiem otrzeć słony ślad z jej policzka, było niemal bolesne, ale Charles zdusił je w zarodku. Nawet on wiedział, kiedy dotyk przestawał być ukojeniem, a stawał się kolejnym ciężarem. Skoro Ivy walczyła o swoją moralność, on nie miał prawa jej w tym przeszkadzać - nie teraz, gdy widział, jak wiele ją to kosztowało. I wtedy dotarło do niego coś jeszcze. Przez cały ten czas, od momentu w windzie, przez jazdę do szpitala, aż po tę chwilę na schodach, ani razu nie dopuścił do siebie myśli, że Ivy Harrison mogłaby do kogoś należeć. W jego egoistycznym świecie byli tylko oni - ona i on. Teraz jednak rzeczywistość uderzyła w niego z całą mocą. Ivy miała kogoś, o kogo się bała, kogo kochała i - co zabolało go najbardziej -
kogo właśnie wybrała zamiast niego. Poczuł nagłe, piekące ukłucie w klatce piersiowej. Czy to była...
zazdrość? Charles Marshall, człowiek, który miał wszystko, poczuł nienawiść do faceta, którego nawet nie znał, tylko dlatego, że ten ranny facet był dla Ivy... ważniejszy niż on? Hm... być może. -
Masz rację - powtórzył. -
Zupełnie zapomniałem, że w twoim życiu jest ktoś, kto ma do ciebie większe prawo niż ja - rzekł. -
Wróć do niego. Mam nadzieję, że jest tego wart - dodał. Odsunął się, a dystans, który ich dzielił, nagle wydał mu się przepaścią nie do pokonania. Uniósł nieco podbródek, odzyskując swoją maskę pewnego siebie prezesa, choć w środku wciąż czuł ten irytujący, zazdrosny skurcz. Spojrzał na nią ostatni raz, tym razem zimno, niemal obco, jakby próbował wymazać z pamięci ciepło jej dłoni na swoim sercu. Głową skinął w stronę torby z jedzeniem, którą postawił na parapecie. -
Smacznego - rzucił na odchodne. Po tych słowach odwrócił się i ruszył do wyjścia, nie oglądając się za siebie. Powoli narastała w nim złość. Na Ivy, na tego faceta i przede wszystkim na samego siebie, że taki lekkomyślny pomysł w ogóle wpadł mu do głowy. Urażona duma paliła go pod mostkiem. Charles Marshall nie przegrywał. Nie był opcją rezerwową ani tym "drugim", który musiał ustąpić miejsca rannemu chłopakowi. Dopiero gdy wyszedł na chłodne, nocne powietrze i pilotem otworzył drzwi swojego samochodu, uderzyła go kolejna fala autorefleksji. Usiadł za kierownicą, ale nie odpalił silnika. W kabinie panowała absolutna cisza, przerywana jedynie jego ciężkim oddechem.
"Kurwa" - pomyślał, zaciskając dłonie na skórzanej kierownicy tak mocno, że zbielały mu kłykcie. Dotarło do niego, że przez cały pobyt w szpitalu ani razu nie pomyślał o Blair. O kobiecie, która czekała na niego w domu, z którą dzielił życie, plany i zaraz będzie dzielił również nazwisko. Blair przestała istnieć w jego głowie w momencie, gdy Ivy wypowiedziała jego imię swoim drżącym głosem. Był beznadziejny. Ivy wybrała lojalność wobec swojego chłopaka, mimo że go pragnęła. A on? On o swojej narzeczonej po prostu... zapomniał. Odpalił silnik z głośnym rykiem i gwałtownie wyjechał z parkingu, zostawiając za sobą szpital, Ivy i resztki swojego dobrego mniemania o sobie. Musiał wrócić do domu, do Blair, i udawać, że wciąż jest tym samym Charlesem, którym był, zanim jego ojciec trafił do szpitala.
ztx2
Ivy Harrison