26 y/o
Welkom in Canada
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Dante Levasseur

Tyle że dla Ivy nic nie było wystarczające. Chciała chłonąć każdy aspekt imprezy całą sobą. Rozpierało ją ciepło i energia, a nic nie było dla niej wystarczające. Wypiłaby z cztery kamikadze, by móc poczuć ten imprezowy vibe całą sobą. Wszystko wydawało się bardziej intensywne, aż tęskniła całą sobą za melanżem, za starą Ivy, która bawiła się całą sobą. Teraz na krótki moment ją odzyskała, a on próbował jej tak to po prostu zabrać? Nie było na to opcji.
Nie wystarczy — mówi finalnie Ivy, marszcząc przy tym delikatnie swoje brwi. Zaraz też nadyma poliki w geście prawdziwego buntu — od kiedy ty jesteś pan poważny? — pyta, przechylając głowę. To jedno zdanie powinno budzić największy niepokój. Ivy nie narzekałaby na poważnego Dante. Potrzebowała wręcz grama stabilizacji, czegoś, co można by uznać za normę. Potrzebowała spokoju nie tylko przez męczące dyżury, a przez całą sytuację. Nie przyznała mu się nigdy do tego, że ma rodzinę w Toronto. Obawiała się tego i żyła w zawieszeniu, póki David nie odkrył jej obecności w mieście.
A kiedy miałam sobie przypomnieć? — pyta, bo choć mówił to do siebie, jej mózg zdecydowanie zbyt wolno wszystko przetwarzał. Jej myśli wychodziły na wierzch bez żadnego filtra. Zwyczajnie mówiła i bawiła się tak, jakby to miała być ostatnia noc w jej całym życiu — uuuu, impreza — ale w wersji kanadyjskiej. Dobry rytm, genialny DJ została już tylko zabawa, która wydawała się wręcz nieść Ivy w stronę parkietu. I faktycznie ją tam przyniosła. Mimo tego że spadła na dupę, dalej cała była w skowronkach. Zaśmiała się głośno, szczerze, a nawet muzyka nie była w stanie jej zagłuszyć.
Oczywiście, że tak — stwierdza Ivy i uśmiecha się jeszcze szerzej. Da się właściwie uśmiechać w ten sposób? Samą siebie zaskakuje w tym momencie. Zaraz klepie go delikatnie po policzku. Tak, wszystko było z nią w porządku, ale dopamina naprawdę wiele potrafiła ukryć — a skoro tu jesteś, to idziemy — ścisnęła go za dłoń i już zaczęła ciągnąć go w stronę parkietu. Nic nie byłoby w stanie jej zatrzymać. Świat działał w jej mniemaniu w spowolnieniu, a wszystko było intensywniejsze. Tylko nie ból, on w ogóle się nie liczył. Zresztą co się jej mogło stać? Parę siniaków, po których nie będzie śladu za parę dni.
UUU impreza — i tak zaciąga go na parkiet, choć przewróciłaby się o własne nogi. Rytm, bit oraz nastrój panujący wśród tłumu wystarcza jej, by puścić dłoń Dante. Bo nie. Nie wyjdzie stąd, dopóki nie poczuje prawdziwego melanżu. Nie lubiła melanżu, chyba że z nim. W końcu nie paliła, chyba że z nim. Tańczyła w klubie i to tylko dla niegochłopie chyba mamy problem, chyba dla niego to za mocne — krzyczy na cały głos Ivy i choć wydaje się jej, że skacze. To nie, po prostu ugina kolana, bo na tyle ma siłę — chyba to dla niego to juz koniec — krzyczy razem za tłumem i wtedy zdaje sobie sprawę z jednego faktu. Bawi się sama, a powinna z kimś jeszcze. Na przykład ze swoim cudownym facetem.
Ej, to o Tobie sztywniaku — śmieje się, gdy zdaje sobie sprawę, że tekst piosenki był w punkt. Kto by pomyślał, że Sobel potrafił być tak celny? Żaden — gdzie mój zabawowy facet? — pyta, zabawnie poruszając głową. Skoro już byli na parkiecie, miała zamiar to wykorzystać.
25 y/o
Welkom in Canada
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie było sensu sprzeczać się z nią o drinki – najważniejsze, że te znajdowały się chwilowo poza jej zasięgiem. Zresztą, i tak przecież stosunkowo szybko – przynajmniej na razie – straciła nimi zainteresowanie, przerzucając swoją uwagę na muzykę, parkiet i te nieszczęsne schody.
Na szczęście nie wyglądało na to, by zrobiła sobie jakąś większą krzywdę spadając z nich. Chociaż i tak można było się domyślić, że skutki upadku będzie mogła odczuć w pełni nieco później. Pewnie można było zakładać też, że nie miały one należeć do najprzyjemniejszych, ale… póki co najwyraźniej nie przeszkadzało jej to w dalszym upartym dążeniu do celu, jakim był parkiet. Większą przeszkodą widocznie nadal była grawitacja i skoordynowanie ruchów na tyle, żeby nie potykać się o własne nogi… Ale tym razem przynajmniej był dość blisko, żeby pomóc jej zachować równowagę i uniknąć kolejnego bliższego spotkania z podłogą.
Od dobrych paru chwil nie interesowała go już muzyka, tekst puszczanego utworu, czy ludzie dookoła poruszający się w mniej lub bardziej udolny sposób do dudniącego rytmu. Wprawdzie gdzieś z tyłu głowy nadal czaiła się cicha, ale wyjątkowo natrętna myśl, żeby mimo wszystko dać się ponieść razem z nią, całkowicie odpuścić sobie niepasującą do niego odpowiedzialność i znów kompletnie nie przejmować się możliwymi konsekwencjami. Tyle, że znów te konsekwencje mogłyby ostatecznie dotyczyć niekoniecznie jego samego, a Ivy. A takich przecież nie dało się tak po prostu ignorować.
Zwłaszcza, gdy jej dłoń wysunęła się z jego własnej, wywołując nieprzyjemny chwilowy skurcz w klatce piersiowej. Może i wciąż była blisko, ale tłum dookoła być zdecydowanie zbyt gęsty, żeby pozwolić jej oddalić się choćby odrobinę.
Nie wiem, może trzeba będzie go gdzieś poszukać… – bez zastanowienia przyciągnął ją bliżej siebie, woląc nie dawać jej więcej okazji do wmieszania się pomiędzy ludzi i skomplikowania sprawy jeszcze bardziej. I chociaż przez moment kuszącą opcją było bezceremonialne ściągnięcie jej z parkietu i poprowadzenie w kierunku wyjścia, zdążyła już całkiem skutecznie przypomnieć, że to po prostu nie miało prawa się udać. A przynajmniej nie aż tak bardzo bezproblemowo, jak mógłby sobie tego życzyć.
Chodź. Znam ciekawsze miejsce od tego, ale będziemy musieli tam pojechać – zmusił się do uśmiechu mającego być potwierdzeniem, że faktycznie właśnie proponował jej coś znacznie lepszego od tego, co miało do zaoferowania to miejsce. Pewniej chwycił jej dłoń, nie zamierzając po raz kolejny dawać jej okazji do wymknięcia się i zanim odwrócił się, żeby pociągnąć ją w stronę wyjścia, na moment nachylił się nad nią lekko, żeby wargami musnąć jej usta. Tak na wypadek, gdyby potrzebowała mimo wszystko dodatkowej motywacji.
Chyba nigdy nie podejrzewałby siebie o to, że miałby uznać za plus to, że był praktycznie zupełnie trzeźwy wychodząc z klubu. Ale podczas lawirowania pomiędzy ludźmi i upewniając się, że dłoń Ivy wciąż znajdowała się w jego własnej, to rzeczywiście znacznie ułatwiało sprawę. Na tyle, że wkrótce mogli już zostawić za sobą hałas i światła klubu, a zastąpić je chłodnym powietrzem i lekkim szumem w uszach po wyjściu na stosunkowo cichą ulicę.
Poczekaj, zamówię nam transport – wolną ręką wyciągnął z kieszeni telefon, pospiesznie zamawiając na miejsce Ubera, drugą natomiast obejmując Ivy w talii i dbając o to, żeby nadal znajdowała się blisko – po pierwsze żeby nieco osłonić ją przed chłodem, po drugie, może nawet ważniejsze, żeby przypadkiem nie próbowała znaleźć sobie w tym czasie bardziej interesującego zajęcia.

Ivy Harrison
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
26 y/o
Welkom in Canada
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Dante Levasseur

Nie zauważała go. W tym przedziwnym pragnieniu zabawy chciała jednego. Poczucia wolności. Przecież standardowa Ivy robiła głównie jedną rzecz, a była nią praca i obowiązki. Miała za to w sobie dalej pierwiastek małego dziecka, który chciał zostać uwolniony. Cała radosna chciała móc tańczyć na parkiecie bez żadnego zatrzymywania się. Czuć rytm, czuć wiatr we włosach, więcej nie potrzebowała. No może jeden szczegół jeszcze z niej wybrzmiewał. Dante obok niej tańczący wraz z nią. Tak jak dawniej, gdy razem mogli zapomnieć o całym bożym świecie.
Dante, mógłbyś być bardziej zabawny, wiesz? — rzuca, gdy tylko ją przyciąga do siebie. Nie rozumiała go. Przecież bawili się tak dobrze, tak idealnie, że mogliby zapomnieć. Przesunęła delikatnie dłonią po jego policzku, próbując jeszcze go przekonać. Uwielbiała fakturę jego twarzy i tylko tyle wystarczyło, by nie uciekała od niego na parkiecie. Ten charakterystyczny błysk w oku, w który mogłaby się wpatrywać całymi godzinami.
Oh, a co tam jest? — spytała cała podekscytowana i uśmiechając się szerzej. Teraz to chciała się dowiedzieć wszystkiego. Gdzie ją zabierze? Czy będzie tam romantycznie? Będą się razem bawić? Tyle pytań, a tak mało odpowiedzi. Tylko że już zaraz była ciągnięta w stronę wyjścia, a w ogóle nie chciała stąd znikać. To miejsce wydawało się dla niej najlepszym, co mogło ją spotkać, ale liczyła na kolejną przygodę. Uśmiech Levasseura skutecznie ją w tym utwierdził, podobnie jak kolejne muśnięcie jego warg. Finalnie nieważne, gdzie zmierzali, ważne, że byli w tym razem. Dlatego grzecznie poszła za nim na dwór.
Bo Ivy naprawdę go kochała. Zwłaszcza jak teraz szli przez tłum ludzi, utwierdzała się w tym jeszcze bardziej. Przechodnie i inni klubowicze nie liczyli się dla niej, za to te fascynujące loczki falujące delikatnie, były najbardziej zajmującą sprawą. Nawet nie zauważyła, kiedy znaleźli się na dworze. Za to od razu się w niego wtuliła. Bez namysłu zaczęła poprawiać mu włosy, a później zaglądać prosto w oczy. Zimno się nie liczyło, bo czuła jak własne komórki ją rozgrzewają od środka. Chociaż może to była kwestia bliskości Dante? Albo MDMA.
A nie możemy się jeszcze trochę pobawić? Jaki jest twój plan? — spytała lekko zniecierpliwiona. Z jakiegoś powodu kiedyś razem się połączyli. Ivy pod wpływem miała dużo więcej wspólnego z Dante niż ta standardowa. Połączyło ich szaleństwo, adrenalina oraz wspólna zabawa. Zniecierpliwiona, aż zaczęła delikatnie tuptać nogą (prawie jak Majusia na dziki, przynajmniej we własnej wyobraźni).
Nudzi mi się Dante — wzdycha ciężko, w końcu odrywając od niego wzrok i spogląda na ulicę. Totalne pustki, brak gwiazd, cisza. Na co miałaby zwrócić uwagę? Pewnie na to nadjeżdżające do nich auto — o, patrz pan uber podjechał — rzuciła, pokazując palcem na auto. Tylko był jakiś spory problem, bo na telefonie Dantemu pokazywało, że przyjedzie dopiero za pięć minut. Za to kierowca Turas już opuszczał szyby, jakby chciał zgarnąć ich do auta.
25 y/o
Welkom in Canada
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zabawne mogłoby być na pewno to, że to właśnie ona wypominała mu coś podobnego. I pewnie w każdych innych okolicznościach rzeczywiście by było – gdyby nie fakt, że trudno chyba byłoby wyobrazić sobie jakiekolwiek inne okoliczności, w których Ivy mogłaby zarzucać mu, że mógłby być bardziej zabawny
Droga na zewnątrz na szczęście nie okazała się zbyt problematyczna, obeszło się w tym wszystkim bez jakichś większych komplikacji, a jednak mimo wszystko ani na moment nie pozwolił sobie na to, by puścić jej dłoń. Dopiero przed klubem mógł w pewien sposób odetchnąć. Wciąż wprawdzie trzymając ją blisko siebie i nie mając zamiaru pozwalać jej oddalać się dokądkolwiek, jednak przynajmniej bez obawy, że miałaby przepaść gdzieś w tłumie. Zresztą, kilka stuknięć w ekran telefonu wystarczyło, by kierowca zmierzał już w ich kierunku i chyba można było już uznać, że większa część niełatwego zadania była wykonana. Pozostawało jedynie wsiąść z Ivy do samochodu, kiedy ten już podjedzie, wysiąść pod domem i bezpiecznie zaprowadzić ją do mieszkania. Nic trudnego, nic co miałoby pójść nie tak.
Jasne, że możemy. Ale nie tutaj – póki co wystarczyło tylko podtrzymać jej zainteresowanie, odpuszczając sobie wcześniejsze kompletnie nieskuteczne próby wmawiania jej, że zdecydowanie wystarczyło jej już zabawy na dziś. – Jak ci teraz powiem, to nie będziesz miała niespodzianki. A warto na nią poczekać.
Zdawał sobie sprawę z tego, że aktualnie mógłby obiecać jej cokolwiek, a pewnie i tak w żaden sposób nie próbowałaby tego kwestionować, jeśli tylko miałoby to wiązać się z dalszą zabawą. O ile jednak jej nastrój był podkręcony przez to, co najwyraźniej musiało trafić do jej drinka, tak jego dobry humor z początku tego wieczoru zdążył się ulotnić już jakiś czas temu. A to zdecydowanie nie sprzyjało wymyślaniu naprędce jakichkolwiek atrakcji, które miałby jej zagwarantować przejazd zmierzającym do nich Uberem.
Jeszcze chwilę, kierowca już… – na moment przytulił ją do siebie mocniej, kiedy zakomunikowała, że się nudzi. Zanim jednak zdążył zapewnić ją, że za moment ich kierowca będzie na miejscu, jakiś rzeczywiście się pojawił. Trochę za szybko…
Zerknął na ekran wciąż trzymanego w ręku telefonu, upewniając się tym samym, że do przyjazdu ich Ubera brakowało jeszcze kilku minut. Marka samochodu też zdecydowanie nie zgadzała się z tą wskazywaną w aplikacji. Z drugiej strony… na ulicy nie było nikogo innego, kto właśnie miałby zmierzać w jego kierunku. A im szybciej mogliby znaleźć się w domu, tym lepiej. Tyle, że…
Może warto byłoby jednak przynajmniej raz nie spieprzyć czegoś, co zdawało się iść całkiem nieźle.
To raczej nie nasz… – stwierdził, obserwując opadającą szybę i wciąż nie wypuszczając Ivy z objęć. – Nasz będzie za… cztery minuty.
W międzyczasie raz jeszcze zerknął na telefon, by sprawdzić czas dojazdu. W ten sposób przynajmniej łatwiej było odgonić tę zdecydowanie bardziej pasującą do niego myśl, by po prostu wsiąść do samochodu, który stał już przy krawężniku. Co zresztą pewnie zrobiłby bez większego zastanowienia, gdyby opuszczał klub sam lub z kimkolwiek innym. I gdyby wszelkie niespodzianki po drodze można było potraktować po prostu jak przedłużenie zbyt wcześnie przerwanej zabawy.

Ivy Harrison
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
26 y/o
Welkom in Canada
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Dante Levasseur

Czy tak trudno było potańczyć dłużej w klubie? Choć na dworze też było interesująco. Światła latarni wydały się być zadziwiające ciekawe. Stali pod jedną z nich, a Harrison śmiała się pod nosem. Panienka pod latarnią. Hihi, hehe, haha. Boki zrywać, ale Ivy naprawdę to rozśmieszyło. Na tyle, że Dante musiał zwrócić na nią uwagę. Tyle że zaraz myślała o czymś innym. O jego dłoni, która idealnie pasowała do tej jej dłoni oraz o niespodziance, uszykowanej przez niego. Przecież to miał być wieczór idealny, więc musiał przygotować coś cudownego.
A gdzie — spytała zaciekawiona, przechylając delikatnie głowę i marszcząc przy tym delikatnie brwi. W jej wyobraźni zabierał ją właśnie na dach, albo na brzeg jeziora, albo w inne romantyczne miejsce, w którym mogłaby się rozkoszować. Każdy element tego wieczoru wydawał się być idealny. Co mogłoby go tylko zepsuć? Pewnie powrót do domu — nie chcę niespodzianek, chcę zabawy — mruczy lekko niezadowolona pod nosem, marszcząc przy tym delikatnie brwi. Nadęła delikatnie policzki, czekając na jego wielkie obwieszczenie. Nie potrafiła przestać myśleć o dalszych planach na wieczór. Levvasseura pokochała za odpalanie wrotek, za to uczucie adrenaliny pozwalające jej poczuć się wolno. Dzisiaj właśnie na to liczyła.
Delikatnie się od osunęła od niego głowy, by wrócić do patrzenia mu prosto w oczy. W świetle tej latarni niesamowicie pięknie błyszczały się jego oczy. Uniosła dłoń, by pogłaskać go delikatnie po policzku. Wszystko się zgadzało, było idealnie, a ta chwila mogłaby trwać w nieskończoność, gdyby nie nadjeżdżające auto.
Nawet chciała go pociągnąć w stronę taksówki. Myślami właśnie do niej wsiadała i odjeżdżała w siną dal. Może nawet za granicę? Przecież byli młodzi, a Ivy nie była dzisiaj odpowiedzialna. Wszystko miało być na już, jak najszybciej, teraz. Nie spojrzała na Levasseura, tylko zaczęła go ciągnąć w stronę taksówki.
Bylibyśmy szybciej... — od razu mały bunt na pokładzie. Zmarszczyła groźnie brwi i pewnie tupnęłaby nogą — jezu ale z Ciebie nudziarz — westchnęła finalnie dosyć ciężko, kręcąc przy tym głową. Dobra, nie buntowała się. Skoro chciał być odpowiedzialny, da mu to. Poza tym zaraz podjechała właściwa taksówka. Ivy od razu do niej. Wystarczy moment by zapiąć pasy, a później przerzucić nogi przez te Dante. Od razu wtuliła się w niego. Może nawet zasnęła wtulona do niego. Obudził ją dopiero dźwięk zatrzymującego się auta.
Dante... — zaczyna, otwierając oczy. Zaraz głośno ziewa, obracając głowę. Nie tutaj mieli się znaleźć. Liczyła na zabawę, a dostanie spacer z Murphym? Cudownie, po prostu cudownie — serio przyjechaliśmy do domu? — jest zawiedziona własnym facetem. Niby powinno być to normą. Często tak jest, ale teraz wyjątkowo mocno ją to zakuło — i co ty chcesz tu robić? Sąsiedzi i tak mają nas dosyć — zaraz odpina pasy i chce wysiąść. Na ich osiedlu przecież były inne interesujące rzeczy. Nawet znała adres takiego jednego dealera... Może zapaliłaby trawkę?
25 y/o
Welkom in Canada
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W każdej innej sytuacji miałby pewnie na swój temat dokładnie takie samo zdanie. Wyjście z klubu na trzeźwo, zdecydowanie zbyt wczesny powrót do domu i jeszcze grzeczne oczekiwanie na właściwy samochód – kompletnie nudne. Bo przecież ile razy wcześniej zdarzało mu się już, że podczas powrotu z imprezy do domu plany niespodziewanie się zmieniały i ostatecznie lądował w zupełnie innym miejscu…? Prawdopodobnie zbyt często. A jednak niemal zawsze kończyło się to zabawą znacznie ciekawszą niż można byłoby z początku zakładać. Tym razem niewiele jednak wskazywało na to, by cokolwiek tego wieczoru miało jeszcze okazać się zabawne.
Choć w pierwszej chwili miał zamiar obudzić ją, kiedy zaczęła odpływać w samochodzie, ostatecznie zrezygnował z tego pomysłu – oddychała spokojnie, nic nie wskazywało raczej na to, żeby miało to być coś, co powinno go zaalarmować, a mogłoby być spowodowane pogorszeniem jej stanu po prochach. Skoro tak – krótka drzemka może nawet mogła się jej przydać. I przynajmniej malały szanse na to, że jeszcze po drodze miałaby się zorientować dokąd jechali i zacząć swój bunt jeszcze po drodze… Oparł więc po prostu policzek o jej włosy, wzdychając z rezygnacją dopiero w momencie, gdy dotarli na miejsce, a Ivy się obudziła. Jasne, że nie trzeba było długo czekać na wyraz niezadowolenia z jej strony…
Jakby to kogoś w ogóle obchodziło… – nie, zdanie sąsiadów na ich temat zdecydowanie nie interesowało go ani trochę. Oceniające spojrzenia na klatce schodowej także nie. Jeśli więc tym razem znów mieliby uraczyć sąsiadów kolejną kłótnią wywołaną niezadowoleniem Ivy z powodu zbyt wczesnego powrotu do domu… trudno. Idealny wieczór i tak już dawno przestał taki być, zakończenie go paroma wykrzyczanymi kwestiami i tak nie mogło bardziej zaszkodzić.
Iść do mieszkania. A niby co innego? – wysiadł z samochodu, zaraz obchodząc go dookoła, żeby podejść do drzwi, przez które wysiadała Ivy i ponownie chwycić ją za rękę. Może i byli już prawie w domu i pewnie można byłoby uznać, że wcale nie musiał jej aż tak bardzo pilnować, ale… pewnie wciąż wypadałoby upewnić się, że nie zaliczy bliższego spotkania z chodnikiem tracąc równowagę podczas wysiadania…
Chyba, że masz zamiar siedzieć na dworze. Ale to raczej jeszcze mniej ciekawe, więc… – właściwie chyba nawet niespecjalnie miał zasoby, żeby próbować jej to jakoś logicznie tłumaczyć. W tym momencie chciał już po prostu wejść do mieszkania, przy odrobinie szczęścia przekonać ją żeby się położyła i… pewnie pozostawałoby już poczekać tylko na tę gorszą część wieczoru, podczas której Ivy miałaby zaliczyć nieunikniony spadek serotoniny. Wspaniała randka, zdecydowanie powinni wychodzić gdzieś częściej. – Po prostu chodź. Zakładam, że to dalej dzień na tak.
Przypominanie jej słów wypowiedzianych jeszcze przed wejściem do klubu pewnie i tak nie miało większego sensu. Poza tym, że chyba żadne z nich nie zakładało wtedy, że miałby jej o nich przypomnieć akurat w takich okolicznościach. Mimo wszystko – wystawanie na mrozie faktycznie nie prezentowało się zbyt ciekawie, dlatego ruszył faktycznie w stronę wejścia do budynku, nie zakładając widocznie, że w tej sytuacji Ivy wciąż jeszcze mogłaby mieć inne plany. Możliwe, że za bardzo zdążył się już przyzwyczaić do jej odpowiedzialnej wersji i nie brał pod uwagę tego, że obecnie może jednak powinien oceniać jej możliwości bardziej wedle własnych standardów.

Ivy Harrison
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
26 y/o
Welkom in Canada
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Dante Levasseur

Sen działał zbawiennie. Zwłaszcza na Ivy, która teraz przypominała zbuntowanego anioła. Wystarczyło krótkie rozeznanie w terenie, by wiedzieć jedno. Była rozczarowana zachowaniem własnego faceta. Niewiele się zmieniło, co? Odpowiedzialny Dante zły, nieodpowiedzialny również. Jak tu być mądrym? Biedny był ten Dante przy niej.
Mnie obchodzi — stwierdza niemalże od razu, nadymając mocno poliki. Trochę przypomina wściekłego chomika, albo takiego z napakowanymi policzkami. Mruży oczy. Mieli wyjść, bawić się, a on postanowił ją sprowadzić do domu? Chociaż może dobrze, bo... mogli zrobić to, co pary robią. Od jakiegoś czasu sąsiedzi słyszeli tylko krzyki rozpaczy, a dzisiaj mogliby usłyszeć inne. Aż na jej twarzy wymalował się cwany uśmiech.
I co.... — zaczęła lekko niepewnie, chwytając go za dłoń i wysiadając z auta — co będziemy w nim robić? — brzmiała konspiracyjnie, a po jej głowie chodziły myśli wiadomego podchodzenia. Dante w łóżku, Dante w białej pościeli, albo Dante pod prysznicem. Aż przestała się buntować, a na jej twarzy wymalował się wielki banan. Nawet zadowolona ruszyła w stronę mieszkania, ale postanowiła jeszcze chwilę udawać.
Obyś coś ciekawego wymyślił — siedzenie na dworze faktycznie było nudne. Chociaż mogli pójść na plan zabaw i tam się pobawić. Zapomniałaby się na moment. pohuśtała, zjechała ze zjeżdżalni. Brzmiało lepiej, bo do jej głowy wchodził tylko jeden scenariusz — bo jak chcesz iść spać, to Cię zniszczę — odparła, wzruszając niemalże od razu ramionami. Faktycznie była w stanie tego dokonać i to bez dwóch zdań. Pobiłaby go. Buziakami. W imię miłości.
No, bo jest... — mruknęła, wzdychając ciężko — teraz liczę na coś ciekawszego — otworzenie wspólnie prosecco? Jaranie zioła po studencku? Było tyle ciekawych opcji, które przyszły jej do głowy, że poszła do mieszkania bez słowa sprzeciwu. Może jeszcze chwilę burczała pod nosem o większej kreatywności, ale jak się nie ma tego, co się lubi, to trzeba przeżyć o suchym pysku.
Kocham nasz domek — rzuciła niemalże od razu Ivy i zaraz przy wejściu ściąga kurtkę, zaraz po niej buty. Miała idealną myśl. Niemalże cudowną. Była dumna z samej siebie. Psem nie trzeba było się przejmować, a blondynka była dalej w imprezowym nastroju. Spojrzała na Dante i bezwstydnie zdjęła koszulkę. Teraz stała jedynie w skórzanych spodniach oraz w czerwonym staniku, zagryzając dolną wargę. Nie, powrót do domu ani trochę jej nie zatrzymał, choć chwiała się na własnych nogach.
25 y/o
Welkom in Canada
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jasne, w to nie wątpię… – choć pewnie w swego rodzaju rozbawieniu, które po dłuższym czasie znów miało okazję przebić się w jego odpowiedzi, śmiało można byłoby doszukiwać się jednak całkiem wyraźnego zwątpienia w to wspomniane niszczenie.
Mimo wszystko… pewnie powinien być zadowolony, że przynajmniej droga do mieszkania obeszła się bez większych komplikacji. Nie do końca dałoby się jednak szczerze powiedzieć, że faktycznie był. I nawet nie miało to zbyt wiele wspólnego z szerokim uśmiechem wymalowanym na twarzy Ivy, dość jasno dającym do zrozumienia, że – zgodnie zresztą z własnymi zapowiedziami – raczej nie zamierzała iść grzecznie spać.
Zamknął za nimi drzwi od mieszkania, na krótką chwilę opierając się o nie plecami i przymykając oczy. Jak dotąd pewnie nawet nie podejrzewał, że cała ta odpowiedzialność mogła być aż tak męcząca. Choć pewnie byłoby to całkiem niezłe usprawiedliwienie na to, że na co dzień zwyczajnie nie zawracał sobie głowy podobnymi bzdurami – bo przecież nie było sensu niepotrzebnie utrudniać sobie życia.
Trudno byłoby nie uśmiechnąć się z pewnym przekąsem na jej wyznanie, odwieszając własną kurtkę na wieszak – zwłaszcza biorąc pod uwagę to, ile zachodu wymagało zaprowadzenie jej do tego podobno kochanego przez nią domku.
A ja kocham ciebie, ale podejrzewam, że w końcu będę musiał cię po prostu…utopić. Względnie udusić. Bo tak mniej więcej miało brzmieć dokończenie tego zdania, nawet jeśli w międzyczasie spojrzał wreszcie w jej stronę, nie mając już okazji wypowiedzieć go do końca. To na pewno mogłoby być bardzo miłe zakończenie wieczoru, w każdej innej sytuacji zdecydowanie nie miałby co do tego absolutnie żadnych wątpliwości. Tym razem całość zakłócał co najmniej jeden, wyjątkowo trudny do zignorowania szczegół – to, w jaki sposób Ivy nadal musiała walczyć z grawitacją. Oraz świadomość, że nie był to rezultat zbyt wielu wypitych drinków. Albo czegokolwiek innego, co miałaby zażyć świadomie.
Powinien najpewniej podnieść tę nieszczęsną koszulkę, może nawet ponownie ją jej założyć i odprowadzić Ivy do łóżka. I to raczej nie z zamiarem, który miałby być jakkolwiek zgodny z jej planami. Zamiast tego podszedł do niej, nachylając się lekko, żeby krótko, czule musnąć jej wargi własnymi. Wierzchem palców przesunął po jej skórze wzdłuż odkrytego ramienia.
Ledwo stoisz na nogach – widocznie pewne oczywistości warto było czasami wypowiedzieć na głos. Raczej nie po to, żeby zwracać się do jej rozsądku, który i tak na najbliższy czas postanowił wziąć nieco wolnego. Może bardziej do własnego, żeby przypomnieć sobie, że powrót do mieszkania prawdopodobnie nie powinien wcale oznaczać końca bycia odpowiedzialnym – jakkolwiek wymagające by to nie było.
Objął ją więc ramieniem i zaprowadził do kuchni, gdzie na dłuższą chwilę odsunął się od niej – tyle, ile trzeba było, by sięgnąć po szklankę, nalać do niej wody i wrócić z nią do Ivy.
Nawet nie próbuj wybrzydzać, to jedyny drink, na jakiego możesz jeszcze dzisiaj liczyć – jasne, że prosecco byłoby pewnie znacznie milej widziane. Przez niego też. Póki jednak wciąż starały się go trzymać jakieś resztki rozsądku, to pewnie wypadałoby ich mimo wszystko posłuchać. Najlepiej zanim jeszcze miałby dojść do wniosku, że ignorowanie go i podążenie za nastrojem Ivy miałoby być tym lepszym rozwiązaniem.

Ivy Harrison
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
26 y/o
Welkom in Canada
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Dante Levasseur

Sama droga do mieszkania minęła spokojnie. Tyle że ona potrzebowała emocji. Czegoś dzięki czemu będzie mogła odetchnąć pełną piersią. Wcale nie potrzebowała głośnej muzyki, choć ona wiele by zmieniła. W końcu nawet we dwójkę mogli imprezować, a we własnym domu... mogli robić znacznie więcej, aż na jej ustach pojawił się charakterystyczny wyraz zadowolenia. Stała przed w nim w staniku i prowokowała go.
Co zrobić? — spytała, przechylając głowę. Jedną z dłoni położyła na ścianie. Helikopter w jej głowie zaczynał właśnie pędzić i był wręcz nie do zatrzymania. Takie jedno, wielkie ioioioi. Jakby się położyła, to na pewno jedna z nóg musiałaby wylądować na podłodze, by zakotwiczyć latającą maszynę. — i oby to było wycałować — dodaje już ciszej, próbując nie przewrócić się na tyłek. Mogła nie być świadoma, ale doskonale wiedziała, czego chciała. Szybszego rytmu serca, czegoś co sprawiłoby, że nie byłaby w stanie się zatrzymać nawet na jeden moment. Szczęścia i relaksu...
Nie potrzebuję do wszystkiego nóg — stwierdziła, uśmiechając się jeszcze szerzej niż wcześniej. Dla niej nie istniało coś takiego jak odpowiedzialność, przynajmniej nie tego wieczoru. Liczyła, że na jej twarzy pojawi się jeszcze szerszy uśmiech.
Znów przedłużyła pocałunek i patrzyła w niego smutnymi oczkami, wywalając dolną wargę do przodu. Prędzej przypominała proszącego szczeniaczka o smaczka, niż dorosłą kobietę.
Odmawiasz mi? — i to niezadowolenie robiło się wraz z każdą sekundą coraz większe. Zero zabawy, zero seksu, a na sam koniec szklanka wody — ehh — teraz to już koniec świata, ale bierze od niego tę szklankę — nawet soczku pomarańczowego nie dostanę? — próbuje, ile tylko może. Jakby tylko Dante przestał być takim ochroniarzem, szybko zgarnęłaby potrzebne rzeczy i dolała podkładkę... Choć w lodówce powinna mieć żelki zalane wódką. To chyba idealna okazja, prawda? — Jest przecież w lodówce — mruknęła pod nosem, nadymając policzki. Całe niezadowolenie wręcz wychodzi z niej na prawo i lewo. Pierwszy raz była traktowana jak dziecko, a była dorosła. Doskonale wiedziała, czego chciała.
Czyli zabawą ma być koniec zabawy, tak? — mruknęła, siedząc z założonymi rękoma jak dziecko za karę. Co on sobie wyobrażał? Bierze ją do klubu, ona stroi się dla niego godzinami, a finalnie Ivy jak dziecko po wieczorynce musi iść spać — ale mam pomysł. Nie pójdę z brudną dupą do łóżka, musimy wziąć prysznic — dodała całkowicie rozanielona. Skoro mogła siedzieć, jej myśli jeszcze bardziej się rozbiegały, a ramiączko stanika bezwładnie spadło z jej ramienia.
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Shop”