29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
159 cm
były ratownik medyczny, były pilot US Navy
Awatar użytkownika
— What are your biggest weaknesses?
— Tall men who need therapy
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her/bitch
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Nie rozumiała ich rozmowy. Nie tak dokładnie – jej koreański był bardzo podstawowy. Taki, aby połową słów i połową gestów dogadać się w sklepie. Niemniej zgęstniała atmosfera i sposób, w jaki wróg patrzył na Tae pozwalał sądzić, że do spięcia dochodzi na poziomie ich relacji, a nie kwestii tego, że wtargnął do wojskowych koszar po więźnia. To wydawało się być sprawą drugorzędną.
  Przesunęła się za rosłą sylwetkę Damona, która stanęła przed nią, niczym tarcza, którą miał być. Jej serce ścisnęło się nieprzyjemnie, a jednocześnie w głowie zagrało, choć ledwie jeden akord, to samo uczucie, które towarzyszyło mu zawsze, kiedy była blisko. To samo, które było, jeszcze na długo, zanim w ogóle to, co mieli faktycznie można było nazwać czymś. Poczucie bezpieczeństwa. Równie szybko, co się pojawiło, przygasło – zastąpione i zdeptane przez zwyczajną obawę o niego. Wiedziała, do czego był zdolny, wiedziała jak bezwzględny mógł być, ale wiedziała też, jakimi potworami byli ludzie stąd. Z tych koszar. Naturalnym było, że martwiła się o niego i nie chciała, aby jego także skrzywdzili.
  Napięła się, gdy doszło do spięcia między dwójką, a wystrzał z broni dosłownie rozminął się z jej postacią. Stała w miejscu, jak sparaliżowana, obserwując jak mężczyźni zamieniają się w brutalną chmurę bezwzględnych ciosów. Nie potrafiła zareagować, choć przecież powinna. Była wojskową, takie akcje nie powinny w niej wywoływać podobnej reakcji. A jednak – mięśnie zmieniły się w kamień, którego nie sposób było ruszyć.
  Mogła tylko z niewielką ulgą odnotowywać, że to Tae w tym starciu był widocznie lepszy. To było widać w każdym, nawet najmniejszym ruchu. W każdym drgnięciu mięśni. No i na efekcie końcowym, kiedy to jej Koreańczyk dopadł napastnika i miał całkowicie i na dobre zamknąć nie tylko rozdział, ale cały życiorys przeciwnika.
  Rywal nawet przez moment nie próbował przełamać chwytu jak imadło mężczyzny, łapiąc go za przedramię. Szukał zupełnie innego wyjścia z sytuacji, działał w pełni taktycznie, uderzając go najpierw z łokcia kilkakrotnie w żebra, a dopiero później, na szybko odnajdując nóż taktyczny, który znalazł się w boku uda Damona. Ale to nie pomogło. Tae, jak chwycił przeciwnika, był jak rozwścieczony pies w ferworze, którego nic nie było w stanie oderwać od celu. Ani to, ani każde późniejsze dźgnięcie na oślep, cudem rozmijające się ze strategicznymi, anatomicznymi punktami w udzie, trafiając w mięśnie boczne uda a nie tętnicę. Ból musiał być niesamowity, ale nawet to nie pomogło.
  W końcu rywal nie miał siły, udławił się własnym brakiem oddechy, a jego mięśnie zwiotczały. Nóż taktyczny ostał się po kolejnym wbiciu w mięśniach drugiego mężczyzny, a on sam wisiał już bezwładnie w fatalnych objęciach.
  To trwało ledwie kilkanaście, może kilkadziesiąt sekund. Nie zrobiła nic. Jak zesztywniała, tak trwała. A i tak wymagała od siebie zbyt wiele. Była torturowana, wycieńczona, głodzona i najpewniej odwodniona. Fakt, że w ogóle była przytomna było największym
  Gdy ciało rywala bezwładnie wylądowała na ziemi, to był punkt, w którym drgnęła. Ostrożnie i z nieufnością do martwego mężczyzny, podeszła do Damona, swoje spojrzenie mając skupione na jego udzie, widocznym dzięki światłu wzierającym się do pokoju z korytarza. Teraz działała wedle procedury, chcąc przede wszystkim ocenić stan mężczyzny. Już po samym sposobie, w jaki krwawił, choć obfitym to nie pulsującym, mogła z ulgą odnotować, że przeciwnik pechowo, a szczęśliwie dla nich, nie trafił w tętnicę.
  Podniosła więc spojrzenie na partnera, chcąc ocenić jak on wygląda. Czy pobladł, jak oddychał i w zasadzie w jakim punkcie był. Wiedziała, że potrzebowała zatamować krwawienie, ale nie miała czym. Opaska uciskowa była tu absolutnym no-no, ale potrzebował opatrunku.
  Tyle tylko, że pewnie w jego perspektywie nie było na to czasu.
  — Musisz usiąść — odezwała się. W końcu. Miało to być polecenie, a wyszła słaba, do zignorowania wręcz, proceduralna sugestia. — Muszę to zatamować.

Damon Tae
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
190 cm
były agent czarnego wywiadu Korei Północnej
Awatar użytkownika
They call me a monster, they call me a sin.
But I'm the only one letting you in.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Skurwysyn.
Spięli się jak dwa pieprzone pitbulle, gdzie żaden nie zamierzał odpuścić, dopóki ten drugi będzie żyć. Damon raz jeden w życiu popełnił ten błąd i pozwolił człowiekowi odejść, i nauczył się bardzo szybko, że nie powinien był tego robić, bo to tylko do niego wróci jak bumerang. Lepiej było od razu załatwiać sprawy i nie odwlekać ich na później. A śmieci należało wyrzucać, a nie pozwolić im gnić. Było tylko więcej smrodu.
Zwłaszcza, że z tym kolegą miał na pieńku już od dawna.
Skoro nadarzyła się okazja do starcia, to nie zamierzał z niej rezygnować, zwłaszcza, że jego słowa jedynie sprawiły, że się w Damonie zagotowało. I chociaż na zewnątrz nie drżała mu nawet powieka, to w środku planował jego śmierć na milion różnych sposobów. Ale mógł użyć tylko jednego.
Wielka szkoda.
Jak zacisnął rękę na jego gardzieli, tak nie zamierzał puszczać dopóki sam oddychał. A walka przeciwnika sprawiała, że miał tylko więcej motywacji co do tego, aby trzymać go mocniej niż kilka sekund wcześniej. Był jak cholerny pies bojowy, którego przyćmiła adrenalina. Którego można było bić, dusić i atakować, a on był niewzruszony, dopóki nie wykończył napastnika.
Dokładnie jak teraz. Wydawał się nawet nie czuć pierwszego dźgnięcia w nogę. Zacisnął mocniej zęby, a także przedramię na gardzieli rywala, dociskając je jeszcze drugą ręką, którą zacieśniał dźwignię. Czekał, aż w końcu zdechnie. Aż powietrze się skończy i straci siły, ale spodziewał się po mężczyźnie tego, że będzie nieugięty. Że będzie walczył do samego końca, póki jeszcze miał jakąkolwiek świadomość. W końcu tak ich wyszkolono.
Czuł każde bolesne cięcie noża w swojej krwawiącej nodze, a jednak nawet o milimetr się nie poruszył, czekając tylko na moment, gdy mężczyzna przestanie się wić.
W końcu tak się stało. Gdy rywal przestał oddychać, a nóż trzymany w jego ręce opadł na ziemię, Damon dla pewności przytrzymał go kilkanaście sekund dłużej, mocniej zaciskając ramię… by ostatecznie je poluźnić, wypuszczając bezwładnego mężczyznę.
Źrenice Tae wydawały się objąć prawie całe tęczówki od uderzenia adrenaliny. Oddychał ciężko, maskując tym samym ból, który rozchodził się promieniowo po jego ciele. Oberwał wszędzie - w mordę, brzuch, plecy, nogi i ręce, a jednak nie miało to teraz znaczenia, chociaż odczuwał cały ten dyskomfort. Znaczenie miało to, że pierwszy, ważny przeciwnik, a to był zaledwie początek ich podróży do miejsca ewakuacji z tego pieprzonego kraju.
Chociaż podczas walki cały czas pilnował, aby nie zbliżyć się zbyt do Senny, tak dopiero teraz w pełni przeniósł na nią wzrok. Gdy poruszyła się jako pierwsza. Zlustrował ją spojrzeniem, chcąc się upewnić, że była w tym samym stanie co przed chwilą, zanim do pomieszczenia wtargnął nieproszony gość.
Chujowo, ale stabilnie.
Nic mi nie jest — odpowiedział. To była odpowiedź na którą mogłaby postawić wszystkie pieniądze świata, bo na pewno się jej spodziewała. Jemu przecież nigdy nic nie było, a każde obrażenie było „niczym”. Ledwie draśnięciem. Nawet teraz, jak czuł, że z każdego głębokiego cięcia leci zbyt duża ilość krwi, jak na aktualną sytuację.
Miała rację, powinni to zatamować jeśli chciał ją uratować.
Obejrzał się na lekko otwarte drzwi. Podszedł do nich kulejąc, jedną ręką tamując krwawiące rany i ostrożnie je zamknął, aby przypadkiem nikt ich tu nie zauważył. Leżące zwłoki i uchyłek mogły przyciągnąć nieproszonych gości. Schwycił leżący na ziemi pistolet, sprawdził ilość amunicji i zamknął, przywłaszczając go sobie.
Zerknął w stronę Senny, raz jeszcze lustrując ją wzrokiem.
Zaraz przyjdą inni, musisz się pospieszyć.
Bo niestety dla nich, nie mieli tyle czasu, ile by chcieli. A pieprzony Choi był ledwie początkiem.


Valkyrae Callahan
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
159 cm
były ratownik medyczny, były pilot US Navy
Awatar użytkownika
— What are your biggest weaknesses?
— Tall men who need therapy
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her/bitch
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Nic mi nie jest.
  Miała wrażenie, że wypowiedziała te słowa, w swoim umyśle, równolegle z nim. Wiedziała, że był nie do zdarcia – na pewno psychicznie. Fizycznie, chociaż na adrenalinie mogło się tak wydawać, to choćby się upierał – nie był niezniszczalny. I wystarczyło być świadkiem tej przemocy, każdego z uderzeń wymierzonego w jego ciało, każdego chwytu, każdego kopnięcia i każdego… błysku noża w świetle, który potem zapadał się w tkankach Damona, by wybudzić ją z letargu. Nie emocjonalnie, ale procedurowo. Wystarczył widok szkarłatnej posoki sączącej się z ran, by uruchomić starą maszynę, która przejęła kontrolę nad jej zmrożonym, wypłowiałym psychicznie organizmem.
  Chodziło o zupełnie inną bliskość. Zupełnie inny dotyk. Chodziło o procedurę, o ratowanie tego, co umysłowi było bliskie.
  Nie odpowiedziała jednak, traktując te słowa jako coś, co musiało paść, a co nie wymagało komentarza. Kolejne jednak zrozumiała jako zgodę na ustępstwo. I zdrowy rozsądek.
   — Siadaj — powtórzyła, wodząc za nim spojrzeniem.
  Monitorowała jego stan, sposób w jaki się poruszał. Absolutnie wszystko – jak gdyby znajdowała się w zupełnie innej rzeczywistości. Znów w pracy, znów jako ratownik medyczny. A nie w samym sercu piekła.
  Wiedziała, że nie na rękę mu taka pozycja, bo wydłużała czas reakcji na wszystko, a teraz potrzebował być niezwykle czujny. Jej byłoby znacznie wygodniej pracować z nim w tej pozycji – choć nie chodziło o możliwość sięgnięcia – akurat do nóg miała jeszcze dostęp.
  Niezależnie od jego decyzji, czy usiadł czy jednak nie, obejrzała jego rany, wcześniej rozpruwając z jego pomocą szew wzdłuż spodni. Sama nie miała siły działać, bo chociaż była zdeterminowana, to była też przegłodzona, odwodniona i skatowana. Czuła jak jej ręce drżały i to nie od stresu. Od realnej słabości.
  Skontrolowała to, jak krwawił i czym – oceniła kolor krwi, z pewną ulgą odnotowując, że nie był on żywo czerwony, a żadnej rany nie opuszczała rytmem pulsującym, choć wciąż żywym.
  — Czujesz mrowienie w stopie? — spytała, podnosząc na niego, choć tylko w wyuczonym odruchu. Aby skontrolować kolor jego skóry (żółty), jego oddech i nawet mimikę twarzy. Choć ta zdawała się być niezmiennie niewzruszona.
  Zebrawszy informacje od niego, zdarła część materiały z ciała martwego agenta, następnie prosząc Damona, aby ucisnął odpowiednio mocno. Próbowała zrobić to samodzielnie, ale przy zwiększonym nacisku czuła, jak zaczyna odpływać. Zapytała czy ma jakiś środek odkażający – ale skąd miał mieć? Musiała jednak wybrać zło konieczne i upchnąć strzępy materiału w jego rany, a nie na nią. To była typowa medycyna polowa i sposób, w jaki obchodzili się z takimi ranami po przyjeździe do wezwania. Tyle tylko, że tam używali czystych, sterylnych, jałowych opatrunków, a tutaj? Tutaj znów pojawiało się ryzyko zakażenia. Ale było to konieczne. Skonstruowała prowizoryczny opatrunek ze szmat, ostatecznie zaciągając mocny węzeł. Mocno. Bardzo mocno. Na tyle, by nawet on to odczuł.
  Odsunęła się od niego, ocierając brudne czoło kolejnym śladem, tym razem po jego krwi. Otoczyła go jeszcze czujnym spojrzeniem, poszukując na jego twarzy jakichkolwiek, innych odznak, które mogłyby powiedzieć jej więcej o przykładowym, nagłym pogorszeniu jego stanu.
  — Powinno pomóc na maksymalnie trzy godziny; u ciebie to raczej godzina, góra dwie. — powiedziała, znów całkiem automatycznie. Niemal proceduralnie. — Nie zatrzyma krwawienia. Za parę minut zejdzie z ciebie adrenalina, a patrząc po uszkodzeniach powinieneś to mocno odczuć.
  Czyli interpretując to inaczej, w jego języku: będzie bolało jak skurwysyn.
  Wielka szkoda, że nie mieli środków przeciwbólowych. Ból będzie ograniczał nie tylko jego funkcjonalność i mobilność, ale także szybkość podejmowanych decyzji i wydłuży czas reakcji. A w sytuacji, w jakiej się znaleźli, to było bardzo, ale to bardzo potrzebne.
  Damon na szczęście miał. Silne opioidy, które przekazała mu jego sympatyczna, nowa znajoma w samolocie. Gdyby zapytać Senny – mogłoby to być ryzykowne w jego stanie. Podobnie jak wykorzystywanie adrenaliny.

Damon Tae
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
190 cm
były agent czarnego wywiadu Korei Północnej
Awatar użytkownika
They call me a monster, they call me a sin.
But I'm the only one letting you in.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To była kwestia czasu zanim ich znajdą. Jeśli wyślą wszystkie siły, to sytuacja będzie wyglądała kiepsko, bo chociaż był dobry, to nie na tyle, aby zabić kilkudziesięciu ludzi samemu. Wolał ograniczyć starcia do minimum i wydostać Sennę jak najszybciej, w sposób, gdzie zauważy ich jak najmniej osób. Spodziewał się jednak, że nie będzie to takie łatwe, zwłaszcza jeśli znajdą ciało swojego człowieka i brak więźnia.
Wiedział natomiast, że ran na nodze nie mógł zignorować. Przynajmniej teraz.
Sam pomysł siedzenia mu się nie podobał, ale to zrobił, bo jeśli będzie uparty w tej chwili, to tylko przeciągnie to, co nieuniknione. Zdawał sobie sprawę, że wiedziała jak pracować i nie chciał jej tego utrudniać. Zrobił więc to, o co go prosiła. Przysiągł w okolicy czerwonej plamy z jego krwi, tuż obok noża martwego rywala, który sobie przygarnął i schował do jednej z pochew.
Po zajęciu pozycji, pozwolił jej działać. Odbezpieczył jednak broń i wycelował ją w stronę drzwi, trzymając rękę na spuście, w razie jakby w trakcie jego oględzin, ktoś chciał im przeszkodzić. Nie potrzebowali kolejnych kłopotów, a nikt z „ich” ludzi tu nie przyjdzie. Ktokolwiek więc chciałby przekroczyć próg, skończyłby z kulką w głowie.
Nie — odpowiedział na jej pytanie.
Chociaż adrenalina stopniowo przechodziła i czuł nieprzyjemny ból w nodze, który powoli zaczynał rozchodzić się na resztę ciała, to starał się nie zwracać na niego większej uwagi. Skupiony był teraz na tym, aby warować na nieproszone osoby. Nie zwracał nawet uwagi na to, co robiła Senna, ufając jej w pełni. Miał też przy tym nadzieję, że chociaż częściowo jej umysł oderwie się od tego całego syfu, tak jak kiedyś. Dlatego też pozwolił jej działać.
Odpowiadał jej zdawkowo, ale nie miał zbyt wielu rzeczy, które mógłby jej dać. Gadżet dał mu rzeczy przede wszystkim związane z bronią i ewentualną ucieczką. No i opioidy, które mógł wziąć, kiedy będzie już źle. Zaciskał mocniej zęby, a mięśnie żuchwy mu drgały, gdy wciskała mu materiał do głębszych cięć na udzie, ale cokolwiek nie robiła, nawet na milisekundę nie spuścił wzroku z przymkniętych drzwi.
Gdy skończyła, dopiero wtedy zerknął krótko w jej stronę, a potem na swoją opatrzoną nogę.
Wstał, podpierając się o ścianę i przerzucił ciężar ciała na ranną kończynę, aby sprawdzić jak ją czuje oraz określić ból w skali od jednego do dziesięć. I stwierdzał, że bywało gorzej. Przynajmniej na tą chwilę. Lepiej będzie zapytać za pół godziny.
…u ciebie to raczej godzina, góra dwie.
Wystarczy — stwierdził krótko, najwyraźniej nie przewidując innego scenariusza. Zerknął na nią krótko, lustrując spojrzeniem jej twarz oraz aktualny stan, chcąc ocenić czy będzie w stanie sama pokonać trasę, jaką mieli do przejścia. — Dam radę — powiedział, po czym sięgnął do jednej ze strzykawek, które miał przyczepione do siebie. Te same, które dała mu Gadżet. — Adrenalina. Potrzebujesz jej teraz — rzucił. Musiała odzyskać energię i siłę na to, aby się poruszać, jeśli chciała wydostać się z tego miejsca.
Ostrzegł ją przed zastrzykiem i zaraz wstrzelił w nią pomarańczowy injector. Potrzebowała go bardziej niż on, zwłaszcza teraz, gdy jego adrenalina jeszcze działała. A upór działał na jego korzyść.
Gotowa?

Valkyrae Callahan
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
159 cm
były ratownik medyczny, były pilot US Navy
Awatar użytkownika
— What are your biggest weaknesses?
— Tall men who need therapy
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her/bitch
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Odnotowała jego odpowiedź. Mogła teraz być spokojniejsza proceduralnie o jedną z rzeczy – prawdopodobnie Damon wykorzystał na tę jedną walkę cały swój zapas szczęścia nie tylko na rok, ale z pewnością na całą dekadę. Fakt, że ostrze nie tylko nie naruszyło jego tętnicy, ale także nerwów był niepokojąco… uspokajający. Ale to był ledwie promil dobrych wieści w całym oceanie jej praktycznych obaw.
  Również, jeszcze wcześniej, z jeszcze większą ulgą zarejestrowała to, że jej się poddał. Damon był mądry, tego nie mogła mu odmówić. Był cholernie bystry, skuteczny, ale miała wrażenie, że czasami przestrzelał się, jeśli chodziło o fizyczne możliwości. Nawet jeśli był w tym percentylu, który opisywał idealną sprawność fizyczną, też miał swoje granice. Niezniszczalny mógł być psychicznie, a na pewno silniejszy. Fizycznie – cóż, choćby się starał, to nie na wszystko miał wpływ. Nie na biologię.
  Była mu też niewypowiedzianie wdzięczna za to, że się poddał i pozwolił jej działać. Jej umysł w fazie proceduralnej funkcjonował na wysokich obrotach, odsuwając daleko od siebie straumatyzowaną część. I jakoś to działało.
  Podniosła spojrzenie na niego, gdy skończyła, a on – dość przewidywalnie jak dla niej – uznał, że taki czas mu wystarczy i sobie poradzi. Nie zamierzała tego głośno poddawać w wątpliwości. Miała świadomość, że nie dał jej poznać jeszcze szczytu swoich zdolności. Jedyne, co postanowiła, to uważnie monitorować jego stan..
  Opuściła spojrzenie na trzymany przez niego auto-injector, który opisał jako adrenalinę. Prawdopodobnie epinefryna, z dawką zbliżoną do wojskowego stima. Nie miała podstaw by poddawać w wątpliwość prawdziwość opisu zawartości. Jedyne, czego mogła się obawiać to zmiany, jaką przyniesie. Nie teraz, po jej podaniu – ta wydawała się być przewidywalna i nawet potrzebna, ale potem. Po ledwie kilku minutach, kiedy przyjdzie crash. Silniejszy niż ten zwyczajny.
  W jej stanie wyjściowym to będzie ogromne osłabienie, ale… Miał rację. Teraz tego potrzebowała. Napięła się niekontrolowanie, kiedy sięgał do niej, ale jej ciało i tak pozostawało w nieco mniejszym napięciu, niż wcześniej. Głównie dlatego, że ostrzegł ją, a jej umysł zdecydował, że ta kontrola, którą przejmował nad jej ciałem nie dotyczyła jego, a ratowania jej. Mając jednocześnie w pamięci, jak ledwie chwilę temu dał się jej opatrzeć, oddając jej kontrolę i ufając kompetencjom. Tu już działała neurobiologia. Okno bezpieczeństwa, tak dobrze jej znane z pracy.
  Kiedy dawka epinefryny trafiła do jej organizmu początkowo nie czuła zmiany, ale wystarczyło kilkanaście sekund, by jej serce wyczuwalnie przyspieszyło, a uczucie gorąca rozlało się po jej klatce piersiowej. Nagle wszystko, co i tak spowite w półmroku, zyskało na ostrości. Niekontrolowanie, wręcz automatycznie wzięła głębszy oddech.
  Jej mózg i ciało niemal natychmiast przeszły w tryb survivalowy. Z każdą kolejną chwilą świat wokół niej zaczął stawać się głośniejszy, ostrzejszy. Wręcz agresywny sensorycznie. Jej zmęczenie – znacznie mniejsze. Jakby ręką odjął. Jej umysł – trzeźwy. Ale jej ręce drżały jeszcze intensywniej, a mięśnie w ramionach napięły się. Adrenalina nie sprawiła, że była odważniejsza, a jeszcze bardziej czujna, niżwcześniej. Spodziewająca się zagrożenia zewsząd.
  Stąd – napięta jak struna.
  — Daj mi jego ubrania — powiedziała, z nienaturalnym wręcz dla niej chłodem. Chciała wszystko. Buty, spodnie, koszulkę martwego mężczyzny. To, w czym była – strzępki szmat, nie było czymś, w czym chciałą uciekać i wystawiać się na widok. Nie chciała też samodzielnie rozbierać faceta, bo widok roznegliżowanego mężczyzna możliwie zagra w jej umyśle bardzo ostro i nie tak, jakby chcieli.
  Przebrała się. Nie zwracała uwagi na to, że ubranie było zdjęte z trupa, że było używane. Gaci po nim nie brała, a potrzebowała ubrać się w coś, co zasłoni jej skórę. I będzie praktyczne. Buty były o parę rozmiarów za duże, ale to i tak było lepsze niż bieganie na boso.
  Nie trwało to długo, bo też nie chciała zabierać dużo czasu. Również jej zależało na tym, by jak najszybciej opuścić to miejsce.

Damon Tae
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
190 cm
były agent czarnego wywiadu Korei Północnej
Awatar użytkownika
They call me a monster, they call me a sin.
But I'm the only one letting you in.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie chciał jej przeszkadzać, chociaż wewnętrznie czuł napięcie, że powinni już być w drodze. Z drugiej strony zdrowy rozsądek podpowiadał mu, że lepiej będzie jeśli teraz na chwilę zwolni i pozwoli jej działać, niż aby miał paść w trakcie walki i przegrać przez własny upór. Jego psychika wiele mogła wytrzymać. Wiele widział, wiele przeżył i nic go nie złamało, ale ciało to była inna para kaloszy. To było coś, czego nie mógł przeskoczyć. Nawet jeśli był wytrenowany i dbał o siebie, to nie miał kręgosłupa z adamantium oraz tytanowych tętnic. Mógł umrzeć tak samo szybko jak inni.
Tylko trochę ciężej było go zabić.
Potrzebowała adrenaliny, aby funkcjonować. Aby się stąd wydostać. To, że będzie potrzebowała medyka, odpoczynku fizycznego i psychicznego, a także pewnie czegoś o czym nie myślał, to już inna kwestia. W tym momencie skupiał się przede wszystkim na tym, aby znaleźli się w bezpiecznym miejscu. A przynajmniej na pewno bezpieczniejszym niż to, w którym aktualnie byli.
Jebane epicentrum popierdolenia.
Gdy wydała mu zgodę, wcisnął w jej udo strzykawkę i podał adrenalinę. Tak jak mu Gadżet podpowiadała. Nie miał pojęcia jak szybko zacznie ona działać, ale zgadywał, że nie będą musieli czekać pół godziny, bo tyle nie mieli.
Widział jednak po niej jak się ożywia. Jak jej źrenice się rozszerzają pod wpływem zastrzyku energii. Nie wiedział ile mieli czasu, zanim przestanie to działać, ale na pewno nie było go wystarczająco. On miał godzinę, ona może podobnie. Tak więc musiało im to wystarczyć, aby się wydostać i możliwie, że wywalczyć sobie drogę powrotną.
Daj mi jego ubrania.
Na ułamek sekundy przeniósł wzrok na martwego rywala i bez słowa skierował się w jego stronę, aby pewnymi ruchami zacząć ściągać z niego kurtkę, koszulkę, a także spodnie i buty. Wszystko co było potrzebne, aby opuściła to miejsce. Na dworze było chłodno, a te wyświechtane rzeczy nie ochronią jej przed zimnem. Dlatego bez słowa przekazywał jej kolejne rzeczy, aż w końcu martwy mężczyzna pozostał w samej bieliźnie. Jego bezwładne ciało porzucił w rogu, za metalowymi drzwiami do pomieszczenia, aby jak najmniej rzucało się w oczy po otwarciu wejścia.
Gdy była już w pełni ubrana, ostatni raz zlustrował ją spojrzeniem, chcąc w ten sposób ocenić jej stan nie tylko fizyczny, ale też psychiczny. A przynajmniej - czy była w stanie z nim współpracować na tyle, na ile mogła. I ile było trzeba.
Gotowa? — spytał, ale gdy tylko mu odpowiedziała, przytaknął głową i ostrożnie pchnął drzwi, aby jako pierwszy wyjrzeć na korytarz. Nikogo nie było, co znaczyło, że teraz mieli chwilę na ucieczkę, bo zaraz na pewno ktoś się pojawi. Nie wiedział co ile czasu do niej zaglądali, a nie zamierzał jej pytać, bo pewnie jej odbieranie czasu było zaburzone, gdy cały czas była zamknięta.
Jedyną prawidłową odpowiedzią było - za często.
Szedł przed nią, z odblokowaną bronią i palcem na spuście, nasłuchując każdego dźwięku, który mógł ich przygotować na towarzystwo. Adrenalina ponownie zaczęła być pompowana w jego żyły. Nie minęło wiele czasu, jak napotkali pierwszą przeszkodę. Zdążył ją jednak wyeliminować w cichy sposób, zanim podniosła alarm. To był jednak początek, bo im bliżej wyjścia byli, tym więcej problemów zaczęło stawać im na drodze.
Aż w końcu, przy samym wyjściu, zawył alarm, który oznaczał intruza.
Rozległa się strzelanina. Gdy skończyła mu się amunicja w broni, którą przygarnął, ukradł kolejną, od mężczyzny, którego użył jako żywą tarczę. I przez cały ten czas przede wszystkim chronił Sennę. Dostosowywał się do jej tempa, zawsze chronią jej tyły.
Nie obyło się bez kolejnych ran, ale te wydawały się być jedynie draśnięciem. Gdy adrenalina opadnie, zobaczy jak bardzo będzie źle. Zwłaszcza, że jeszcze nie mogli mówić o sukcesie, bo wciąż znajdowali się w Korei Północnej.
Wybiegli na tyły, gdzie znajdowały się pojazdy. Większość już odjechała, aby zastawić główne drogi, a do ostatniego z nich właśnie wsiadano. Damon chwycił za szmaty kierowcę, który otworzył drzwi i strzelił mu w łeb, drugiego wojskowego, znajdującego się już na miejscu pasażera, eliminując w ten sam sposób. Wywlókł jego ciało poza auto.
Spierdalamy — rzucił, wsiadając za kierownicę. Znał te tereny jak własną kieszeń. I wiedział, że będzie ciężko się z nich wydostać. Zwłaszcza, gdy wszyscy zostali postawieni na nogi, bo ich dawny kolega wrócił i zrobił raban.

Valkyrae Callahan
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
159 cm
były ratownik medyczny, były pilot US Navy
Awatar użytkownika
— What are your biggest weaknesses?
— Tall men who need therapy
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her/bitch
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Pachnące obcym mężczyzną ubranie, nie robiło na niej wrażenia. Nie teraz, kiedy jej umysł wszedł w stan absolutnie proceduralny. Być może parzyło jej skórę – to, czyj był ów materiał znacznie bardziej, niż świadomość, że nosi na sobie ubranie po zabitym. To drugie absolutnie jej nie dotykało. I nie dotknęłoby w żadnym stanie. W obecnym była przełączona na tryb zadaniowy – chociaż nie należało zapominać o przeczulicy wywołanym strzałem epinefryny dla umysłu przeciągniętego traumą.
Na jego pytanie odpowiedziała, kiwnąwszy głową. Nie mogła być bardziej gotowa na opuszczenie miejsca, które było jej więzieniem i salą tortur. Tyle samo psychicznych co fizycznych.
  W pełni czujna, może nawet zbyt czujna – rozglądała się na boki częściej, niż faktycznie było to konieczne – podążała za nim. Napięta od stresu i pobudzonego umysłu, cały czas z przeświadczeniem, że ktoś za nimi idzie.
  W momentach starcia było najgorzej – każdy strzał mógł oznaczać najgorsze – utratę jedynej kotwicy w rzeczywistości i jedynego elementu, który sprawiał, że jeszcze chciała walczyć w życiu – Damona. On jednak udowadniał, dlaczego miał być aż tak cenny dla Koreańczyków. I dlaczego tak bardzo chcieli go wyeliminować po dezercji.
  Wszystko dookoła było ostre. Wyraźne. Każdy wystrzał z broni palnej, każdy świst przelatującego obok pocisku, każde tąpnięcie bezwładnego ciała uderzającego o ziemię. Miała wrażenie, że niemal czuje metaliczny posmak krwi we własnych ustach.
  Ale jej nic się nie stało.
  Ani jeden pocisk i ani jeden cios w nią nie trafił. Było to wręcz absurdalnie nierealne. Ale tak było. Za osłoną z rosłego partnera była absolutnie bezpieczna. Od samego wyjścia z celi, do momentu opuszczenia budynku.
  Na zewnątrz, poza nocnym niebem spotkała ich śnieżna zamieć.
  Chłód uderzył bezlitośnie w jej odkryte policzki, szczypiąc nieprzyjemnie. Ale zapach świeżego, choć lodowatego powietrza, był czymś, co wydawało się wciąż być zbyt dobrym, aby było prawdziwym. Wystarczyło ledwie kilka dni, a może kilkanaście, aby wolność i rzeczywistość stały się ledwie mirażem.
  Zarejestrowała jego głos i wsiadła do auta bez słowa. Zapięła pasy w pierwszym odruchu i utkwiła czujne spojrzenie w zaprószonej warstwą świeżego puchu, frontowej szybie. Gdy wycieraczki odkryły widok, a samochód ruszył, wcale się nie rozluźniła. Jedynie napięła. Wiedziała, że poszło zbyt łatwo. Zbyt łatwo dla niej.
  Przeniosła spojrzenie na Koreańczyka, gdy ten lawirował między opustoszałymi uliczkami, starając się wyjechać ze stolicy. Przeciągnęła uważnym wzrokiem po jego ciele, szukając czegoś, co sklasyfikowałaby jako alarmujące. Otwarte rany, zbyt wartkie krwawienie. Śladów miał na sobie sporo, ale nie widziała niczego, co wymagałoby natychmiastowej interwencji.
  Nie odwróciła jednak od niego spojrzenia, zawieszając je na jego twarzy. To na niej doszukując się czegoś, co zdradziłoby go bardziej, niż sam chciałby powiedzieć. Najdrobniejszego grymasu wywołanego bólem – bo gdyby ten się pojawił, to znaczyłoby, że coś jest bardzo nie tak.
  Nie pytała go, czy miał jakiś plan. Musiałaby go nie znać. Damon nie był impulsywny, na pewno nie w takich sytuacjach. Był niezręczny relacyjnie, pozbawiony wyczucia i bez filtra, ale absolutnie kontrolowany, jeśli chodziło o to, co robił w tego typu sytuacjach. Niecodziennych dla statystycznego człowieka. Paradoksalnie – cudza niecodzienność była jego codziennością, a zwykła ludzka codzienność była dla niego… czymś obcym i niezrozumiałym. Dlatego akurat tam był tak… niezdarny.
  Zamieć śnieżna zdawała się im sprzyjać. Widoczność była ograniczona do ledwie kilka metrów, a to znaczyło, że namierzenie ich było utrudnione. Być może dlatego udało im się opuścić miasto i wyjechać na drogę krajową na wschód?
  Zanim zdołała nawet pomyśleć o tym, że po raz pierwszy od długiego czasu miała szczęście, życie bardzo szybko to zweryfikowało. Zweryfikowało także, że zamieć nie sprzyjała nikomu. Wystarczyło jedno, nieostrożne skręcenie kierownicy, a zlodowaciała nawierzchnia pociągnęła rozpędzony samochód we własnym, niekontrolowanym rytmie. Auto bardzo szybko popędziło na spotkanie z ostrym zakrętem na wyżynie, wypadając z toru.
  W mieszaninie trzasku i metalicznego chrzęstu stoczyli się ze wzgórza. Wszystko zlało się w jedno, góra przestała być górą, a dół dołem, kiedy pojazd wirując przesuwał się w dół.
  Aż w końcu jeszcze mocniejsze szarpnięcie i nagła ciemność. I przy niej cisza.
  Nie wiedzieć ile minęło, kiedy Damon mógł usłyszeć najpierw przytłumiony głos swojej amerykańskiej koleżanki. Coś, co miało być słowami, a których umysł nie rozumiał. Nie potrafił rozpoznać. Rozlane w oddali sylaby, które nie stanowiły niczego.
  Aż w końcu jedno, wyraźne ‘uwaga’.
  Po nim charakterystyczny dźwięk ładowanej krótko maszyny i ostry impuls, który uderzył w jego mięśnie, niczym defibrylator. Musiało to obudzić jego serce, pospieszyć z leniwej, ospałej wręcz pracy, wywołując strzał adrenaliny. A zaraz za nim całą świadomość, choć nieco rozmytą.
  Fakt, że leżał gdzieś w śniegu, już częściowo przysypany białą pierzyną, w oddali rejestrując kompletnie zniszczony wrak samochodu.

Damon Tae
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
190 cm
były agent czarnego wywiadu Korei Północnej
Awatar użytkownika
They call me a monster, they call me a sin.
But I'm the only one letting you in.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie był niezniszczalny, ale był twardym skurwysynem, którego ciężko było zabić. Czuł jednak ból, czuł każdy pocisk, który go trzasnął. Nawet mimo adrenaliny odczuwał paskudne, rozdzierające parcie w nodze. Był jednak na tyle wytrenowany, że wiedział jak odsunąć od siebie niektóre odczucia, by na ten moment mu nie przeszkadzały i go nie rozpraszały. Umiał schować poszczególne emocje oraz ból i upchnąć je głęboko, skupiając się w danej chwili tylko na zadaniu. A tym zadaniem było doprowadzenie Senny całej i bezpiecznej do miejsca, gdzie nie będzie jej grozić już większe niebezpieczeństwo.
Ochraniał ją jak mógł. Jakby była najcenniejszą rzeczą w jego życiu.
Tak też było.
Wszystko go bolało, ale ten ból był mocno przytłumiony. Nauczył się z nim żyć, a każdy nowy był jedynie kolejnym dyskomfortem do którego się adaptował. I mimo to, na jego twarzy nie odbijała się żadna emocja, która mogłaby zdradzać, że go coś kurewsko boli. Zaciskał mocno zęby i nie pozwalał się rozpraszać uczuciu, bo miał o wiele ważniejsze cele niż poddanie się jakiemuś cholernemu bólowi. Nie wybaczyłby sobie, gdyby przez coś tak mało istotnego, znowu spieprzyłby robotę.
Bo jej porwanie i to co przeżyła brał także na siebie.
Jechał przed siebie, ignorując wszystko co miało się z nim dziać. Każdy tępe uczucie bólu mięśni, kości czy stawów. Nawet na nią nie patrzył, skupiając się na drodze. Śnieżyca zupełnie nie polepszała warunków i widoczności, która była zaledwie na kilka metrów. I chociaż nie jechał bardzo szybko, to nie była to prędkość, którą powinien utrzymać przy takiej pogodzie.
To bardzo szybko zweryfikowało jego szczęście.
Autem zarzuciło, a oni obijali się w ich wnętrzu. Damon przywalił głową o drzwi tak mocno, że stracił przytomność nie wiedząc kiedy. Ciemność spowiła wszystko dookoła, a on całkiem się wyłączył. Ból przestał istnieć, tak samo jak poczucie zagrożenia.
Chociaż to cały czas istniało. Nawet gdy był nieprzytomny.
Impuls. Mocny. Taki, który poruszył jego serce i pobudził je do ponownej pracy.
Otworzył oczy i podniósł się gwałtownie, zaledwie sekundę po otrzymaniu strzału z prądu, zaciągając się mocno powietrzem. Ledwo to zrobił, a zaczął kaszleć. Ból wrócił. Do kości, mięśni, płuc. Uderzył go ze zdwojoną siłą, bo teraz poza ranami z walki i postrzałach, miał też te po wypadku.
Kurwa — wykasłał. Podparł się dłońmi o ziemię, próbując utrzymać równowagę, gdy świat wracał do normy, a jego świadomość próbowała połapać się w tym, co się wydarzyło.
Spróbował się podnieść, chociaż po tym jak zeszła z niego adrenalina, było to o wiele cięższe. Oparł się dłonią o jakieś przypadkowe drzewo.
Gadżet, jesteś? Skąd możesz nas zabrać? — spytał do mikrofonu, który miał wbudowany w kombinezon. Nie miał pojęcia gdzie byli, bo burza śnieżna wciąż trwała, ale po to miał wsparcie, aby go nawigowało.

Valkyrae Callahan
Ostatnio zmieniony czw mar 05, 2026 12:25 pm przez Damon Tae, łącznie zmieniany 1 raz.
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
159 cm
były ratownik medyczny, były pilot US Navy
Awatar użytkownika
— What are your biggest weaknesses?
— Tall men who need therapy
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her/bitch
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Śnieg padał gęsto, coraz gęściej z każdą chwilą, tworząc niemal pionową, białą kurtynę. Taką, która w krótkim czasie potrafiła zmienić krajobraz nie do poznania. Wielkie płatki śniegu wirowały przy silnych, ostrych podmuchach lodowatego wiatru i osiadały na wszystkim. Na drodze, na roślinach. Na ich ubraniach. Wrak samochodu, który stoczył się ze zbocza, zaczynał już tracić swój kształt pod cienką warstwą świeżego puchu, a granica między drogą, linią drzew i nierównym terenem stawała się coraz trudniejsza do rozpoznania. To w połączeniu z nocą tworzyło nierozpoznawalne pustkowie. Widoczność spadała do kilku metrów i nawet dla kogoś, kto znał tę okolicę.
  Kilka metrów od Damona, a kilka od wraku, częściowo przysypana świeżym śniegiem, leżała Senna. Jej ciało pozostawało nieruchome, lecz wystarczyła chwila, by przy bliższej obserwacji można było dostrzec płytki, ale stabilny rytm oddechu. Najwyraźniej jej organizm, który przez ostatnie godziny funkcjonował wyłącznie dzięki kombinacji stresu, farmakologicznego pobudzenia i czystej determinacji, w końcu osiągnął granicę swoich możliwości. Uderzenie podczas wypadku, wcześniejsze wycieńczenie oraz nagłe wyhamowanie doprowadziły w końcu do crasha. Nie była ranna w sposób widoczny, nie licząc kilku otarć i niewielkich skaleczeń, ale była skrajnie wyczerpana.
  W słuchawce rozległ się trzask zakłóceń, a chwilę później głos koleżanki Damona, przytłumiony statycznym szumem.
  — Tae. — Sygnał przez moment rwał się, widocznie również zmagając się z pogodą. — Mam wasz sygnał z nadajnika — odezwała się ponownie po kilku sekundach. — I zanim zapytasz znowu: nie, nie jestem w stanie was teraz zgarnąć. — Jej ton był spokojny, choć może też słyszalnie przejęty. — Przy tej widoczności Roth nie posadzi maszyny nawet gdybym bardzo chciała, a już na pewno nie w terenie i nie na terytorium, na które wlecieliśmy bez zaproszenia. Bez lotniska, w warunkach polowych nie lądujemy. — Lądować mieli na granicy, na wybranym przez nią wcześniej pustkowiu. — Tae, łuchaj… Paradoks polega na tym, że ta zamieć działa na waszą korzyść równie mocno, jak wam przeszkadza. Powinni raczej odwołać patrole, a nawet jeśli – też nie widzą dalej niż parę metrów. Prognoza pokazuje, że burza zacznie słabnąć dopiero przy świcie. Wtedy widoczność powinna się poprawić na tyle, żebyśmy mogli zejść niżej i spróbować was podjąć. W tej chwili najlepiej byłoby zrobić dokładnie to, czego oni się najmniej spodziewają, nie przeć naprzód.
  Zamieć wciąż sypała gęsto, powoli przykrywając zarówno wrak samochodu, jak i ślady ich obecności. Z każdą minutą miejsce wypadku coraz bardziej stapiało się z zimowym krajobrazem, który dla obserwatora z zewnątrz wkrótce będzie wyglądał jak kolejny fragment pustej, zasypanej śniegiem wyżyny.
  — Lepiej zorganizuj coś na miejscu. Przy takiej widoczności łatwo zgubić kierunek nawet bez ran i wycieńczenia. — I to był drugi problem, którego nie dało się zignorować, bo te kilka głębokich dźgnięć w boczną część uda nie naruszyło tętnicy udowej, co w praktyce graniczyło z absurdem szczęścia, ale nie zmieniało faktu, że uszkodzenia mięśni pozostawały poważne. Opatrunek, który założyła Senna, miał kupić im czas, a nie rozwiązać problemu. Teraz każda kolejna minuta wysiłku oznaczała większy ból, większe osłabienie mięśni i powolną utratę krwi, co w połączeniu z panującymi warunkami mogło okazać się wyjątkowo bezlitosne..
  — To będzie wasz najlepszy strzał, Tae. — Nowa koleżanka Damona odezwała się jeszcze raz, tym razem nieco ciszej i bardziej miękko. — Do rana. Utrzymaj się do rana, a potem was stamtąd wyciągniemy. — Być może nie powinna była tego obiecywać. Sam przecież najlepiej wiedział, że wejść do Korei Północnej było względnie łatwo, ale wyjść z niej? Cóż. A być może nie doceniał ściągniętej mu pomocy. Może nie doceniał Giovanniego, a przecież poprosił go o ludzi, którzy go stąd wydostaną.
  Kolejne słowa wypowiedziane w słuchawce były już niezrozumiałe. Szum radiowy, trzask i nagle głucha cisza. Coś, co pozwalało myśleć, że łączność między nimi została zerwana. I w takim wypadku został całkiem sam. Pośrodku niczego. W środku zamieci.

Damon Tae
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
190 cm
były agent czarnego wywiadu Korei Północnej
Awatar użytkownika
They call me a monster, they call me a sin.
But I'm the only one letting you in.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Chujowe warunki. Z jednej strony, działało im to na rękę, bo widoczność była na tyle beznadziejna, że łatwo szło się wtopić w otoczenie. Z drugiej jednak strony, pizgało zimnem, nie mogli się wydostać z lasu w którym się znaleźli, bo nie wiedzieli gdzie iść i pomoc też nie przyjdzie przez zamieć, która z każdą chwilą nabierała na intensywności. Śnieg napierdalał, ale doskonale widział nieprzytomne ciało Senny obok. Żyła, ale była słaba, a aktualna pogoda w tym przypadku w ogóle im nie pomagała. Adrenalina musiała już przestać działać, a jej wykończenie sprawiało, że ogranizm był słaby.
Ale nie z takich warunków wychodzili, nie? Tego się trzymał.
Gdy usłyszał zaszumiony głos nowej koleżanki, wcale go to nie uspokoiło. To, że miał połączenie było dobrym znakiem, ale sygnał był słaby przez szalejącą zamieć. I już po tonie głosu mógł stwierdzić, że byli w dupie. Czarnej i głębokiej. Nie pierwszy raz. Problem w tym, że to jednak nie o siebie się martwił. Znajdował się na granicy wiele razy. Był wytrzymały, ale to nie on przeszedł przez piekło w którym się nad nim znęcano na różne sposoby. To nie jego ciało było zmuszone wytrzymać katusze.
Przez cały wywód koleżanki kierował się powoli w stronę nieruchomej Amerykanki. Przykucnął przy niej, powstrzymując grymas bólu, który cisnął mu się na twarz przy każdym kolejnym ruchu. Przycisnął dwa palce do jej tętnicy na szyi, aby sprawdzić jak źle z nią było. Była słaba, ale dopóki oddychała, to wciąż miał szansę na wyciągnięcie jej stąd. Problem w tym, że chociaż był dobry w przetrwaniu, to nie znał się na medycynie.
Wiedział tylko, że potrzebowała czasu. I ciepła, aby całkiem nie zamarznąć.
Przeklął w myślach, chociaż domyślał się, że taka będzie odpowiedź. Te warunki były odpowiedzią samą w sobie, że pomocy z zewnątrz nie dostanie. Że będzie zdany sam na siebie. Wiedział też, że podróż przez cały ten las w stronę granicy nic teraz nie da, zwłaszcza, że też nie wiedzieli jak długo będzie trwać zamieć. Tak więc nawet jeśli dotrwają do rana, nie było pewności, że jakkolwiek się przejaśni.
Spoko, Gadżet. Dam radę — powiedział pewnie, bo też nie miał innego wyboru. Skoro nie tylko on uważał, że to w tej chwili będzie najlepsza opcja, to nie było co się kłócić. Zwłaszcza, że zaraz nie było z kim, bo sygnał został przerwany, a on słyszał już tylko wycie przenikliwego wiatru dookoła, częściowo hamowanego przez drzewa. — Oby ona kurwa też — mruknął sam do siebie, nie spuszczając spojrzenia z nieprzytomnej Senny.
Był wyszkolony co robić. Zaczął więc działać metodycznie. Wsunął ręce pod jej nieprzytomne ciało i ignorując rozdzierający ból w nodze, przerzucił ciężar na zdrową kończynę, aby podnieść się z ziemi wraz z Senną na rękach. Przyciągnął ją bliżej do klatki piersiowej, żeby chronić ją przed wiatrem, i ruszył. Wiedział, że daleko nie zajdzie, ale z auta nie było pożytku, a oni nie mogli po prostu leżeć. Musiał ją ochronić przed śniegiem.
Pierwszy krok był najgorszy. Noga ugięła się niemal od razu, śnieg zapadł się pod ciężarem, a rana zapiekła tak mocno, że przez sekundę pociemniało mu w oczach. Ukląkł na jedno kolano, zaciskając mocniej zęby. Nie wypuścił jej nawet na sekundę. Podniósł się z powrotem i zrobił drugi krok. A potem kolejny. Każdy ruch wymagał brutalnej siły. Wiatr wiał mu prosto w twarz. Czuł jak z każdym przemijającym metrem staje się coraz słabszy i tylko psychika trzymała go przy siłach.
Nawet w tej bieli obserwował teren. Ukształtowanie zbocza, kierunek wiatru. Nie widział wiele, ale starał się analizować to, co miał przed sobą. W takich lasach zawsze ktoś kiedyś stawiał chaty dla drwali, myśliwych albo straży. Nawet na Północy o to dbano.
Nie umieraj teraz — mruknął pod nosem, bardziej do siebie niż do niej.
Mijały kolejne długie minuty. Potykał się coraz częściej, ale jego chwyt na drobnej sylwetce był tak samo stabilny. Nie wiedział jak długo szedł, aż nie zobaczył czegoś, co nie pasowało do krajobrazu. Zmrużył oczy, aby lepiej dostrzec kształt. Chatka. Stara, drewniana, z jednym oknem, którego szyba była niemal całkowicie zasypana.
Nie przyspieszył, bo nie miał na to siły. Dało to mu jednak dodatkową motywację, aby dalej iść.
Gdy dotarł do drzwi, pchnął je barkiem, a drewno jęknęło, ale nie drgnęło. Cofnął się pół kroku i uderzył jeszcze raz. Potem kolejny. Dopiero za czwartym razem zamek puścił, a drzwi się otworzyły z trzaskiem, wpuszczając do środka ich oraz padający na zewnątrz śnieg.
Wszedł do środka i tak samo jak otworzył, tak zamknął wejście, oddzielając ich od zamieci. Było tu pusto i ciemno. Nic, co przyciągnęłoby jego uwagę. Najostrożniej jak mógł położył Sennę pod ścianą. Oddychał ciężko. Krew pulsowała mu w uszach, a noga drżała od wysiłku. Przykrył dziewczynę własną kurtką i dopiero wtedy pozwolił sobie przysiąść obok. Oparł grzbiet o drewnianą ścianę. Oddychał przez zaciśnięte zęby, starając się dalej odcinać od bólu, który promieniował z jego ran na resztę ciała.
Czuł jednak jak słabość z każdą chwilą zaczyna przejmować kontrolę. Nawet jeśli walczył.

Valkyrae Callahan
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”