
Carlos był pierwszym i jedynym dzieckiem w rodzinie Salazar. Największym skarbem, który posiadali. Jego rodzice byli młodzi i radośni, pełni wiary w lepsze jutro, pomimo trudnych czasów, jakie nastały dla kraju. Matka była pobożną i łagodną kobietą, całkowicie oddaną wychowaniu syna. Pamięta jej ciepłe oczy i czułe dłonie, szeroką suknię, za którą krył się, gdy wpadł w kłopoty. Wciąż czuje różaniec, który wciskała do jego małych rączek, gdy prowadziła go na niedzielną mszę. Robiła najlepsze enchiladas jakie kiedykolwiek jadł i śpiewała tak cudownie, że chóry anielskie mogłyby pozazdrościć jej głosu. Padre był natomiast typowym machismo; mężczyzną pełnym dumy i siły, który czuwał nad rodziną, dbając o jej dobre imię i bezpieczeństwo. Choć nie potrafił w pełni okazywać miłości wobec syna, Carlos nigdy nie czuł się niechciany – podziwiał ojca za jego niezłomność i odwagę, za głębokie uczucie wobec swojej żony i ciężką pracę, jaką wkładał we wszystko co robił. Lata młodości były najlepszym okresem w jego życiu, do którego wraca z nieukrywaną nostalgią. Wtedy Meksyk był rajem, a przynajmniej tak widziały go dziecięce oczy.
Lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte były niespokojnym czasem. Kryzys gospodarczy i katastrofy naturalne odbiły piętno na mieszkańcach Meksyku, a wojny między kartelami zbierały przerażające żniwo. Korupcja i niesprawiedliwość były niezwykle odczuwalne, a społeczeństwo zostało pozostawione przed przykrym faktem – było zdane na łaskę tych, którzy potrafili podporządkować sobie ludzi siłą. Religia przestała być ochroną i obietnicą; znaleźli się bogowie znacznie bardziej obiecujący i materialni, niż ten, który patrzył na nich z góry.
Carlos bardzo szybko przekonał się, że jego dzieciństwo było słodką ułudą. Rodzice chronili go przed przykrą rzeczywistością i robili to doskonale, ale nie potrafili czuwać nad nim w nieskończoność. Odwaga jego ojca, którego tak podziwiał, sprowadziła na niego śmierć; niesłuszną, przedwczesną, tak bardzo niepotrzebną. Narcos nie dbali o imiona tych, do których strzelali – jeśli ktoś stanowił przeszkodę, należało go usunąć. Przypadkowe ofiary nie miały twarzy, a wdowy i sieroty to niewielka cena za potęgę.
Nie należał do żadnego z karteli, choć bardzo długo współpracował z różnymi organizacjami przestępczymi. Wolał pozostawać neutralny i samodzielny tak długo jak było to możliwe. Powoli budował własną renomę jako handlarz i przemytnik. Nigdy nie dorównał żadnemu z narcos – nie dążył do tego, bo byli to ludzie zbyt niebezpieczni i nieprzewidywalni, wolał więc schodzić im z drogi i pozostawać w cieniu. Mówili o nim Cordero – baranek – co wpierw stanowiło prześmiewczy przydomek, wypominający Carlosowi jego litościwą i niekonfliktową naturę. Wkrótce jednak Crodero zaczęło brzmieć jak ostrzeżenie, gdy okazało się, że każda próba zaszkodzenia jemu lub jego bliskim spotykała się z chłodną zemstą.
Popołudniami modlił się z matką, trzymając w dłoni różaniec i rozpalał kadzidła, które tak uwielbiała. Gotował dla niej enchiladas, gdy brakowało jej sił, zawsze doprawiając je zbyt mocno. Przynosił kwiaty na grób ojca, wspominając go czule i wpłacał datki na ochronki dla sierot, chcąc ulżyć swojemu sumieniu. Nocą natomiast jego palce zaciskały się na broni, a on wysyłał kokainę do Stanów, które były nienasycone i rozpustne. Był takim samym grzesznikiem, jak oni wszyscy. Był sędzią i katem, kimś, kogo jako dziecko tak szczerze nienawidził.
Zdobycie wizy do Kanady nie było prostym zadaniem. Był człowiekiem z ciemnej strony, jego obecność stanowiła raczej problem, aniżeli jakąkolwiek korzyść. Jego kontakty i środki zapewniały jednak możliwości, które wykorzystał, by ostatecznie osiąść w Toronto. Tam również tworzył swoje małe, narkotykowe imperium, współpracując z różnymi ludźmi, z czego pierwszą i ostatnią osobą, którą dopuścił blisko był Martin Layton. Jedyny gringo, który przypominał mu o meksykańskich wartościach – to lojalność wobec bliskich jest najważniejsza. Jego rodzina stała się rodziną Carlosa, niejako wypełniając pustkę, która towarzyszyła mu od czasu śmierci matki.
Bóg jednak karze za zło – bardzo dobrze wiedział ile Salazar wyrządził go przez lata. Martin został zamordowany, dokładnie tak przecież kończą ludzie, których życie od zawsze balansuje na cienkiej granicy śmierci. To była kolejna strata, z której Cordero nie potrafił się otrząsnąć. Zawiesił swoją działalność przestępczą, skupiając się na bardziej legalnym interesie – prowadzeniu The Painted Lady – i pomocy rodzinie, która straciła ojca i męża. Przecież kiedyś był dokładnie w tym samym punkcie, bez odwrotu, pełen goryczy, z chęcią zemsty. Był zobligowany do opieki nad nimi, obiecywał, że pozostaną bezpieczni i nietknięci. Miał być tym, który będzie stał pomiędzy nimi, a każdym, kto kiedykolwiek zdecyduje się podnieść na nich rękę.
I zapewne dzień sądu czeka również na niego. Tuż za rogiem, nosząc twarz Santa Muerte albo sprawiedliwego Boga. Może spotka się z matką i jego padre, a może trafi tam, gdzie trafiają wszyscy cabrones – do siódmego kręgu piekła, domu dla bluźnierców.
