Pierwszą rzeczą, którą zarejestrowała, nie był dźwięk. Było drżenie powietrza - jakby coś przecięło je brutalnie, zbyt szybko, zbyt blisko. Potem był huk, do którego dołączyło rozsypujące się szkło.
Nie zdążyła nawet odruchowo zakryć głowy; to on ją pociągnął. Uderzenie o podłogę wybiło jej powietrze z płuc, a czyjaś dłoń,
jego dłoń, osłoniła jej potylicę w chwili, gdy nad nimi eksplodowało kolejne okno. W uszach dzwoniło jej tak głośno, że przez sekundę była przekonana, że ogłuchła.
Zapach kawy wymieszał się z zapachem prochu. W oddali słyszała krzyk, szuranie krzeseł i płacz. Ciało Milesa bezwładnie osunęło się na blat stolika, ale nie patrzyła na niego; jeszcze nie.
Oddychała szybko, próbując ustabilizować wzrok. Dopiero gdy poczuła, że Rhys odsuwa ją od siebie, zorientowała się, że wciąż kurczowo ściskała materiał jego płaszcza. Opuściła dłoń natychmiast, jakby ją oparzyła, dostrzegając w jego spojrzeniu coś, czego nigdy wcześniej nie widziała skierowanego w swoją stronę. Nie irytację, nie chłód, nie tę złośliwą satysfakcję z kolejnej słownej wygranej. Było tam czyste zmartwienie i troska, które zniknęło, gdy tylko mrugnęła.
Uniosła się lekko na łokciu, czując pieczenie na policzku. Jej palce natrafiły na wilgoć - cienką ścieżkę krwi wytyczoną przez odłamek szkła, który niefortunnie znalazł drogę do jej twarzy. Nieistotne.
- Nic mi nie jest - rzuciła krótko, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. Głos miała stabilniejszy, niż się spodziewała. Nim się obejrzała ten już wychylał się ponad framugę okna, oceniając sytuację. W jego ruchach nie widziała chaosu, tylko czystą koncentrację. Ułamek sekundy później widziała jak rusza.
Poderwała się niemal równocześnie, ale zamiast pójść za nim, zatrzymała się w pół kroku. Kawiarnia była w rozsypce - ludzie leżeli na podłodze, niektórzy w szoku, inni osłaniający głowy rękami.
- Policja! Wszyscy niech pozostaną na ziemi - jej głos ostro przeciął pomieszczenie. Przemieszczała się między stolikami, szybko oceniając sytuację. Kilka drobnych ran od szkła, szok, płacz, i panika, ale nikt więcej nie leżał nieruchomo. Miles nie oddychał, wiedziała to jeszcze zanim dotknęła jego szyi.
Zgłosiła strzały przez radio, podała lokalizację, jedną ofiarę śmiertelną, sprawcę uciekającego pieszo. Dopiero gdy upewniła się, że nikt nie krwawi tak, by umrzeć w ciągu minut, wybiegła na zewnątrz.
Rhysa nie było w zasięgu wzroku. Pobiegła w kierunku, który wskazał jej przerażony przechodzień. Skręciła w boczną ulicę, potem w węższą alejkę między budynkami. Oddech palił ją w płucach, ale ciało pracowało mechanicznie. Na końcu wąskiej uliczki zobaczyła ich obu - Madden był już przy nim, widziała jak strzelec próbował się wyrywać, szarpał się, uderzając plecami o ścianę. Chwyt wyglądał pewnie, kontrolowanie, jakby miał to zakończyć w ciągu kilku sekund. Przycisnął go do muru, próbując wytrącić równowagę. Zwolniła na ułamek sekundy, unosząc broń i przyjmując stabilną pozycję.
I wtedy coś się rozmyło.
Może to był ruch na końcu uliczki; może błysk w bocznym lusterku zaparkowanego samochodu; może zwykła sekunda nieuwagi. A może coś więcej, coś, czego nie potrafiła jeszcze nazwać. Ale to wystarczyło.
Strzelec uderzył łokciem w bok, trafiając Rhysa w skroń, a jego chwyt osłabł. Kolejne uderzenie - gwałtowne, wymierzone w brzuch, i Madden cofnął się o pół kroku. Nie upadł od razu, jakby walczył z równowagą, jakby przez moment coś go zatrzymało.
Na końcu uliczki rozległ się ryk silnika. Ciemne auto, które mogło stać tam od dawna, nagle ożyło; drzwi od strony pasażera otworzyły się, a uciekinier rzucił się w ich kierunku. Margo oddała kontrolowany strzał w asfalt przed maską. Samochód nie zwolnił, koła zapiszczały, nadwozie szarpnęło w przód i w ciągu sekund zniknęło za rogiem.
Cisza, która po tym zapadła, była niemal gorsza niż huk. Margo opuściła broń i natychmiast podbiegła do partnera.
- Cholera - rzuciła pod nosem, kucając przy nim. Dotknęła jego ramienia, sprawdzając, czy uderzenie nie było poważniejsze, niż wyglądało. Na jego skroni zaczynał rysować się ciemny ślad. Łapiąc za radio, poinformowała:
- Strzelec zbiegł czarnym sedanem, częściowe tablice K–3–7, kierunek południowy, ostatnio widziany na Szóstej - a potem przez krótką chwilę patrzyła na niego uważnie.
To, co zobaczyła, albo
to, co jej się wydawało, że zobaczyła, nie dawało jej spokoju. Ten moment, ta sekunda zawahania. To nie był czysty brak szczęścia i nie wyglądało jak zwykła porażka w walce. Miała złudzenie jakby pozwolił tej chwili potrwać odrobinę dłużej, niż powinien. Nie była jednak pewna, dlatego zacisnęła szczękę i, jak nigdy, nie wygłosiła swoich uwag werbalnie.
Adrenalina potrafiła przecież zniekształcać obraz. W biegu, w napięciu - łatwo było nadinterpretować ruch, spojrzenie i oddech. A jednak w jej głowie zapaliła się mała, czerwona lampka. Nie krzyczała, nie oskarżała. Po prostu zaczęła świecić.
Rhys Madden