Zerknął na niego krótko, jakby się urwał z choinki albo urodził wczoraj. Dobra, w teorii
"banan" to był ktoś, kto żył jak król za kasę rodziców, prawda? Tak przynajmniej Theo o tym myślał. Ludzie, którzy palcem w życiu nie kiwnęli, a mieli wszystko. Charles do nich nie należał i obydwoje o tym wiedzieli; tak, urodził się w bogatej rodzinie i nie, niczego mu nie brakowało dorastając, ale sam też pracował, by zająć miejsce w maszynie, którą stworzyła rodzina Marshallów. Studiował za granicą, robił, co do niego należało; może to nie była fizyczna praca, ale też to mógł szanować. Tyle że i tak wyglądał jak banan, okay? Jego spojrzenie zahaczyło o jego ciuchy, idiotycznie drogi zegarek.
-
Srajbachu. - przewrócił oczami i, tak, roześmiał się sam na własny mały żarcik. Sam na nadgarstku miał tysiące dolarów, ale szczerze uważał, że za taką cenę Garmin miał znacznie więcej ciekawszych opcji i technologicznych wydziwiajek.
-
Dobra, ale czemu szczęście do końca życia miałoby oznaczać związek, huh? Szczerze wolałbym pracę, w której się spełniam. - znacznie bardziej niż jakaś baba z jarmużem, albo innym ogródkiem w środku miasta. Zmiana pracy i tak siedziała mu w głowie, związki... No, to był większy temat.
-
Niemieckie? Bartholomew? - dorzucił swoje pięć groszy, ale zaraz pokręcił głową. Tak, wiedział, że jakkolwiek czasami by sobie z siebie żarty stroili nawzajem, Charlie nie chciał, żeby Theo kopnął w kalendarz zbyt szybko. I vice versa. -
Możesz dać.. Ale myślę, że to stres. Czy głowa może boleć od stresu? - nigdy się wcześniej nad tym nie zastanawiał, bardzo rzadko coś z bólem głowy rzeczywiście robił. Wypić więcej wody, przespać się, może zjeść coś lekkiego i zwykle pomagało prędzej czy później.
Wysiadając z samochodu, przeciągnął się, stając na moment na palcach i wyciągając ramiona w górę. Ziewnął przeciągle i już miał coś do niego powiedzieć, kiedy..
Goń się. Goń się? Goń mnie! Roześmiał się, ale nie ruszył za nim od razu, wspinając się na własne palce jeszcze kilka razy, zanim ruszył za nim lekkim truchtem. Był od niego większy, cięższy, prawdopodobnie byłby w stanie wycisnąć wagę Charliego nad własną głową i doskonale wiedział, że nie było takiej opcji, żeby go dogonić. Po co sobie ranić kolana, próbując? Podkręcił tempo po chwili, ale dalej kontrolował własny oddech, starając się pozostać w
Zone II tego biegu. Nawet nie musiał włączać żadnego głupiego treningu na zegarku, jego Garmin zaczął mierzyć swoje z automatu; właśnie dlatego był lepszy niż jakiś srajłacz.
Jego głowa miała się okay. W skroniach pulsował ten sam tępy ból od kilku dni, który wydawał się pogorszać, jeśli się pochylał, ale kiedy biegł, wszystko było okay. Podążał za Charlesem spojrzeniem, przyspieszając raz po raz, by nie stracić go z oczu i.. Wiedział, że coś mu siedziało na wątrobie. Znał go, okay? Obydwoje mieli dzisiaj coś, co siedziało im na wątrobie jak niestrawność i co pewnie będą musieli przerobić nad jakimś żarciem albo chociaż ciepłym napojem; zwłaszcza Marshall, goniąc jak debil i łykając zimne powietrze.
-
Chory będziesz, gamoniu! - szczeknął za nim, chociaż nie miał pojęcia, czy przyjaciel w ogóle mógł go usłyszeć. Eh. Dobra, jak zachoruje to Theo będzie musiał trochę zmienić swój grafik, żeby być jego personalnym szefem kuchni przez kilka dni i upewnić się, że jadł jak człowiek.
Charlie Marshall