-
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dał się pociągnąć na kanapę, choć fakt, że gdyby Salazar go do tego nie "zmusił", to rzeczywiście zająłby znów ten swój fotel. Zanim usiadł, otulił się kocem, bo od czasu do czasu miewał napady zimna, niezależnie od temperatury panującej w pomieszczeniu.
- Wieczór tak, ale dopiero wieczór - przyznał - Alvaro nie wróci jeszcze przez wiele godzin, bo ma jakiś ważny projekt do skończenia i zdaje się, że wyrabia nadgodziny, żeby tylko to skończyć. Miło mi patrzeć, że wreszcie wyszedł na ludzi, zamiast dalej kraść... choć przyznam, że tęsknię za naszymi wspólnymi napadami. Chciałbym kiedyś jeszcze przeżyć choć jeden...
Zamrugał, próbując ukryć cień, który na chwile pojawił się w jego oczach i znów się napił, podciągając nogę na kanapę.
- To mówisz, że szukasz domu z ogrodem, żeby wasz pies miał gdzie biegać? Czekaj...
Podniósł się i zniknął za drzwiami sypialni, by za chwilę powrócić z laptopem, który położył przed bratem i zaczął wyszukiwać odpowiedniego miejsca do życia dla jego rodziny.
- Ten jest całkiem ładny, jeśli nie chcecie mieć nic ogromnego.Tutaj moglibyście mieć ogród zimowy. Patrz, na piętrze jest szklarnia, więc możecie sobie hodować nawet i pomarańcze, i mieć namiastkę tropików we własnej chałupie. Ten ma basen. Idealnie dla was. Ten z kolei wygląda jak stworzony dla mnie. Że też nie było go na rynku, kiedy ja się tu wprowadzałem... Ten zresztą też - wygląda trochę jak stare europejskie budynki... Może się przeprowadzę...? Tutaj też bym się czuł idealnie. Patrz, jest nawet fontanna! Fancy.
Salazar Martinez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
- Wiem, że nigdy nie chciałeś dla niego takiego życia, ale... on to kochał. - wzruszył lekko ramionami, uśmiechając się do brata, ewidentnie z czymś w rodzaju rozrzewnienia. - Wasze plany były niesamowite. Alvaro potrafił przerobić na plan napadu wszystkie twoje idiotyczne pomysły, nawet jeśli wydawały się kompletnie nierealne. - oczy znów mu rozbłysły, tym razem bardziej z tęsknoty za tamtym życiem, niż ze smutku. - Chciałeś czegoś idiotycznego, wszyscy mówili, że tego się nie da zrobić, że to nierealne, że złapią nas i posadzą do końca świata... a on po prostu brał ołówek, rysował i biegał tylko co chwilę do tablicy, żeby rozpisać jakieś obliczenia. - roześmiał się nieco chrapliwie, znów czując jak w kącikach oczu zbierają mu się w łzy. Otarł je rękawem, nie chcąc znów się mazać jak baba, nie przy bracie w każdym razie. Chwilę później poklepał go lekko po policzku i pociągnął kolejnego łyka ze szklanki. - Powinniście coś jeszcze zorganizować. Mówię serio. On pójdzie za tobą w ogień, ja zresztą też, jakkolwiek kretyńskie by to na pierwszy rzut oka nie było.
Gdy Santiago zniknął na chwilę za drzwiami Salazar odstawił szklaneczkę na stolik i pozbył się marynarki i swetra; zrobiło mu się za ciepło, bo jemu w ogóle zwykle było za gorąco i najchętniej non stop chodziłby nago, ale niestety przy ludziach nie wypadało. Początkowo był zmarznięty, bo nie przywykł do temperatur panujących w Kanadzie, ale mimo wszystko zdążył się już ogrzać w domu brata, a poza tym jeszcze dochodziło do tego multum emocji, wcześniejsze zdenerwowanie i koniec końców znów było mu zdecydowanie za ciepło. Złożył zdjęte z siebie warstwy, odłożył je na oparcie kanapy i podwinął rękawy koszuli, odpinając też górny guzik, ten przy kołnierzyku. Potem znów sięgnął po szklankę i oparł się o kanapę akurat w momencie, gdy Santiago znów siadał obok niego, tym razem z laptopem.
- Wow - mruknął cicho, przeglądając z bratem domy do kupienia w mieście. Niektóre były naprawdę całkiem niezłe, zwłaszcza te trzy pierwsze. Te kolejne z kolei faktycznie bardziej pasowały do Santiago. - Wiesz, jeśli chcesz, to możesz... a właściwie chyba możecie się przeprowadzić, czemu nie - uśmiechnął się do Kocura, przejmując touchpad i podjechał na górę, wracając do tych ofert, które faktycznie pasowały do jego i jego męża. - Ten ze szklarnią jest dobrym pomysłem, ale wizualnie mi się niespecjalnie podoba. Ten z basenem... piękny, ale ma przeszklone właściwie wszystkie ściany i nie wiem co na to Sergio. Poza tym - będzie trochę głupio chodzić nago po domu, nie? - zaśmiał się, teraz znacznie bardziej rozluźniony niż jeszcze chwilę wcześniej. - Z drugiej strony... seks przy szybie, z widokiem na basen... hm. Będę musiał to jakoś ładnie sprzedać mężowi. - błysnął zębami w uśmiechu. - Ale jeśli się nie zgodzi, to weźmiemy ten pierwszy. Jest piękny. - poklepał go po kolanie, patrząc na niego z miłością. - Widzisz? Mówiłem, że potrzebuję twojej pomocy. Bez ciebie szukałbym odpowiedniego lokum przez najbliższe tygodnie, a ty załatwiłeś sprawę w dwie minuty!
Santiago de la Serna
-
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Chwycił leżący na stole papieros elektroniczny i pociągnął, wypuszczając zaraz dym nosem, na razie pozostawiając ten temat bez odpowiedzi.
- Nago... brat - prychnął z udawanym oburzeniem, kręcąc głową - Seks przy szybach... Salazar, jesteś obrzydliwy - roześmiał się - Tego słucha twój młodszy braciszek, który mógłby się zgorszyć. I wyobraź sobie te zabrudzenia na szybach, które trzeba będzie potem pracowicie ścierać...
Jeszcze chwilę rechotał, wyobrażając sobie to czyszczenie szyb, bo przed chwilą był seks, a zaraz przyjdą goście i nie wypada ich tak przyjąć przy zachlapanych oknach. Albo - jeśli by nie zdążyli i ktoś by zapytał, co to - odpowiedzieliby, że no, mleko im się rozlało. Tak, właśnie w tym jednym miejscu. Kiedy akurat jeden z nich oparł się dłońmi o szybę na wysokości swojej głowy. No, poślizgnął się, dlatego jest tam odbita również jego twarz.
- Wiem, że on to kochał - odezwał się po dłuższym milczeniu, już poważniejąc - Ja też to kochałem. To było moje życie, coś, dla czego istniałem.
Odchylił się na oparcie kanapy z ciężkim westchnieniem, patrząc w ekran laptopa niewidzącym wzrokiem.
Salazar Martinez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
- Mój młodszy braciszek ma pięćdziesiąt dwa lata na karku i jakieś trzysta małżeństw za sobą - odpowiedział mu również ze śmiechem, mimowolnie wizualizując sobie w głowie podobne rzeczy, o których myślał Santiago. - Oj tam, zabrudzenia... zupełnie jakby biurko albo chociażby kanapa nie mogły się zabrudzić od takich rzeczy - wywrócił oczami, wciągając obie nogi na kanapę (butów się pozbył, gdy pozbywał się też sweterka i marynarki) i siadając wygodnie ze skrzyżowanymi nogami, trochę jakby po turecku, w najwygodniejszej pozycji świata.
Chwilę później jednak siłą rzeczy spoważniał, skoro Santiago wrócił do tematu napadów. Nie miał mu tego jednak za złe, wręcz przeciwnie, cieszył się, że brat się przed nim otwiera, że mówi o swoich lękach, o swoich słabościach i o tym, co jest dla niego ważne. Dla żadnego z nich nie było to łatwe, bo obaj mieli tego samego, cholernie apodyktycznego i homofobicznego ojca, którego pojęcie toksycznej męskości zalewało od początku ich małe główki. Salazar nauczył się rozmawiać o uczuciach dopiero będąc w związku z Sergio, w ogóle uczuciowości nauczył się przy nim, nawet jeśli początkowo ich związek był zamknięty w czterech ścianach i nie chcieli o nim mówić ludziom, a już na pewno nie pokazywać się publicznie w jakichkolwiek "nieprzyjacielskich" momentach.
- Lo sé, hermanito - mruknął cicho, kładąc rękę na udzie brata i poklepał go po nim lekko. - Wiem, że to było twoje życie. Jego życie. Wasze, właściwie, bo od pewnego momentu chyba nie robiliście napadów oddzielnie. - uśmiechnął się lekko. - Ja też za tym czasem tęsknię. Brakuje mi tej adrenaliny, całego procesu przygotowań, ciężaru broni w ręku... - westchnął cicho. - Ale z drugiej strony: kocham życie, które mam. Kocham Sergio. I nie chciałbym go znowu okłamywać, bo zawsze wtedy czułem się skończoną szmatą.
Santiago de la Serna
-
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Nadal mu nie powiedziałeś o tym, z jakiej rodziny pochodzisz i kim jest twój braciszek? - zapytał bez pretensji w głosie, raczej z ciekawością. Przemknęło mu przez myśl, że do niego, to Salazar ma pretensje o kłamstwa, ale sam nie wyznał mężowi bardzo ważnej rzeczy na swój temat Nie zamierzał tego jednak komentować, a samą myśl uznał za szczeniacką - Nie ciągnąłbym cię na kolejny napad. Masz za dobre życie i nie chciałbym, żebyś je sobie spieprzył. Wtedy, w banku, niewiele brakowało, żeby nas wszystkich wyłapali jak szczury i pozamykali w norach, w których byśmy się podusili. Wolałbym, żeby tobie jednak coś takiego nie groziło - wtedy... - zamilkł na chwilę, opuszczając wzrok - Wtedy cholernie się bałem, że nie uda im się uciec, więc rozłożyłem ładunki w tym tunelu. Nie planowałem tego od samego początku, nie myśl sobie - spojrzał ostro w oczy brata - Owszem, szedłem tam z myślą, że mogę nie wyjść i chciałem tego, ale nie planowałem, że tak się to potoczy i gdyby nie było zagrożenia, że nas złapią, to bym jednak wyszedł normalnie.
Pochylił się, chwycił szklankę, dopił i nalał jeszcze - sobie i Salazarowi, jeśli jego szklanka też była już pusta.
- Ale za cholerę nie naprawiło mi to łba i wciąż jestem złodziejem całym swoim smolistym, ociekającym trucizną sercem - zakończył z uśmiechem, który nie sięgał jego oczu - Co nie zmienia faktu, że nie chce tego ani dla ciebie, ani dla Alvaro. Nigdy tego dla was nie chciałem.
Usadowił się wygodniej na kanapie, owijając się ciaśniej kocem i siadając teraz bardziej przodem do brata. Oparł ramię i głowę o oparcie kanapy, patrząc na niego.
- Może w końcu mu powiedz, czym się zajmowałeś i to, że twój ojczulek i braciszek są złodziejami? Dlaczego nie chcesz mu o tym powiedzieć?
Salazar Martinez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie bardzo wiedział co poczuł w momencie, gdy Santiago stwierdził, że nie ciągnąłby go ze sobą na kolejny napad. Z jednej strony chyba zrobiło mu się przykro, bo w pewien sposób poczuł się chyba... wykluczony? Z drugiej - rozumiał jego argumenty i właściwie również nie paliło mu się jakoś do tego, żeby pójść siedzieć albo zostać zabitym. Problem w tym, że faktycznie tęsknił za napadami, jakby nie było była to ich rodzinna tradycja, o ile można to tak nazwać i naprawdę dawały mu one adrenalinę i emocje porównywalne z braniem udziału w turniejach. Nie wiedział więc jak się poczuł, ale jego emocje krążyły gdzieś od smutku do wdzięczności, z całą gamą innych pokrewnych po drodze.
- Więc... nie szedłeś tam z zamiarem zabicia się? - zapytał niepewnie, bo niby słyszał co mówił mu brat, ale jakoś chyba nie do końca przyjmował do wiadomości. Być może to też kwestia tego, że wypił już kilka ładnych szklanek mocnego trunku; nie przeszkadzało mu to jednak wyciągnąć rękę z prośbą o dolewkę, gdy Kocur nalewał whisky do swojej szklanki. Przecież nie pozwoli bratu pić w samotności, to byłoby bardzo... niebraterskie, o.
- Nie masz smolistego i ociekającego trucizną serca, głupolu - prychnął krótko i znów pokręcił głową, patrząc na niego spod byka. Domyślał się, że Tiago powiedział to w formie żartu, nawiązując głównie do tego, że na takiego właśnie zwykle pozował i takim widzieli go ci, którzy z nim pracowali, ale Salazar znał go przecież trochę lepiej, niż oni. Znał go przede wszystkim dłużej i pamiętał go, gdy jeszcze obaj byli dziećmi. Santiago był kochany, troskliwy i wrażliwy, ale takim ludziom żyło się ciężej, bo za bardzo przejmowali się tym, co działo się dookoła nich i tym, co inni o nich myśleli. Prawdopodobnie po prostu w pewnym momencie jego brat uznał, że wykreuje konkretny wizerunek lidera, ostrego i nieprzejednanego, kierującego się głównie żądzą, władzą i pieniędzmi, bo wtedy przynajmniej będzie miał wpływ na to, jak go postrzegają i będą go postrzegać dokładnie tak, jak sobie założył.
- Nie wiem czy to dobry pomysł - wzruszył lekko ramionami, słysząc kolejne słowa brata. Przyjrzał mu się, rozczulony widokiem Kocura opierającego głowę o oparcie kanapy, zwróconego w dodatku przodem do niego. Kącik jego ust drgnął w lekkim uśmiechu, a Sal po chwili wahania odgarnął mu kosmyk ciemnych włosów z czoła, czując się znów jak dziesięciolatek z młodszym braciszkiem. Szkoda, że nie mogli do tego wrócić, chociaż na chwilę. - Boję się, że jeśli się dowie o tej części mojego życia, to.. to straci do mnie zaufanie. Nie powiedziałem mu o tym przez tyle lat, może więc uznać, że ukrywałem to przed nim z jakiegoś konkretnego powodu, że ukrywałem więc to, kim jestem naprawdę... a nie chcę, żeby tak pomyślał i żeby mnie zostawił. Nie przeżyję bez niego. Zresztą, pamiętasz co się ze mną działo, gdy się rozstaliśmy - pociągnął nosem i wytarł go wierzchem dłoni, znów czując nieprzyjemne drżenie w głosie. Odchrząknął krótko i upił trochę nowej porcji whisky ze swojej szklanki, również opierając ramię o kanapę, a głowę o swoje ramię. Też siedział przodem do brata, dość blisko niego, a przez myśl mu przemknęło, że przydałby im się jeszcze koc nad głowami i mogliby mieć swój własny fort. Na pewno czułby się wtedy bezpieczniej. - Nie bardzo też wiem jak miałbym mu to powiedzieć i... i co zrobić, jeśli spyta dlaczego mówię mu o tym dopiero teraz. Prawda jest taka, że im więcej czasu mijało, im dłużej byliśmy razem, tym trudniej było mi wyznać mu prawdę i tak to odkładałem, a dobra okazja na powiedzenie tego nie nadarzyła się nigdy. - zrezygnowany opuścił głowę i zaczął zgiętymi kostkami palców masować czoło, próbując się pozbyć bólu głowy i wyrzutów sumienia. - Jestem tchórzem, Tiago. Za bardzo bałem się go stracić, żeby powiedzieć mu o tej części naszego życia.
Santiago de la Serna
-
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Opuścił głowę, zaciskając zęby. Rzeczywiście miał nadzieję, że tak się wydarzy, bo dzięki temu mógłby odejść robiąc to, co kochał i przy okazji nikt by się nie dowiedział, dlaczego. On by nie musiał znosić swojego rosnącego osłabienia, pożegnałby się z tym światem wciąż jako człowiek silny i taki, jakim wszyscy mieli go widzieć.
Westchnął ciężko i potarł czoło palcami, zerkając chwilę później na brata. Uśmiechnął się połową ust, gdy ten odgarnął mu kosmyk włosów z czoła - rozczulił go ten gest i jemu również przypomniał ich dzieciństwo i czas, kiedy jeszcze Santiago pozwalał sobie na okazywanie uczuć i emocji. Słuchał go w milczeniu, zastanawiając się nad tym, co Salazar mówił - częściowo przyznawał mu w duchu rację: sam też zapewne bałby się powiedzieć Alvaro o czymś takim po tylu spędzonych razem latach, kiedy by ukrywał coś tak ważnego. Jak by nie było: połowę swojego życia.
- Rzeczywiście jesteś tchórzem - przyznał, myśląc teraz nawet bardziej o sobie, niż o nim. On sam też był tchórzem, bo przez lata nie przyznał się prawie nikomu, że jest chory - wyjątek stanowiło jego młodsze rodzeństwo, bo komuś po prostu musiał. W momencie, gdy się dowiedział, że jest śmiertelnie chory, potrzebował to z siebie wyrzucić, musiał komuś o tym powiedzieć - a akurat ta osoba była pierwszą, która się w tamtym momencie napatoczyła. Ale kiedy już to wyrzucił, nie miał odwagi powiedzieć komukolwiek jeszcze - nie przechodziło mu to przez usta, a poza tym bał się, że nagle wszyscy zaczną go traktować inaczej, obchodzić się z nim jak z jajkiem i żałować go, patrzeć na niego z litością. I że uznają go za słabego.
- Rozumiem cię - odezwał się po chwili - Faktycznie może mieć teraz o to ogromne pretensje i stracić zaufanie. Z drugiej strony niedobrze będzie, jeśli kiedykolwiek dowie się z jakiegoś innego źródła. Ale to jest stosunkowo mało prawdopodobne, bo ani ja, ani - jak sądzę - Alvaro nie zamierzamy mu o tym mówić. Nie sądzę, żeby ktokolwiek zamierzał, chyba, że ktoś, kto wie i jednocześnie będzie chciał cię skrzywdzić, ale na razie chyba nie widzę w naszym otoczeniu takich osób.
Salazar Martinez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Ścisnął palcami nasadę nosa, masując lekko chrząstkę i przymknął oczy, oddychając głębiej i starając się poukładać myśli. Z jednej strony w głowie miał wciąż swojego braciszka i jego pomysł z samobójczą misją, która była tylko tak trochę samobójcza, ale jednak była (bo tak to teraz dla niego wszystko brzmiało), a z drugiej jeszcze dochodziła kwestia Sergio, nagłej przeprowadzki, poczucia winy wobec męża, przed którym ukrywał ważną część swojego życia i strach przed tym, że ten dowie się prawdy w sposób, którego mogli nie przewidzieć.
- Dzięki - burknął tylko, wywracając oczami, gdy usłyszał od brata, że rzeczywiście jest tchórzem. Sam tak o sobie powiedział, więc nie miał pretensji, że Santiago to poparł, ale mimo wszystko poczuł się lekko... ubodnięty. - Nie posądzam was o to, że któryś z was "ma zamiar" mu o tym powiedzieć, ale powiedzmy, że prawdopodobnie będziemy mieć teraz częstszy kontakt i jednak inny, bo bezpośredni, niż wtedy, gdy wy mieszkaliście po jednej stronie globu, a my po drugiej. Nie przypuszczam, że któryś z was powie coś celowo, ale... no nie wiem, zakładam, że jak rozmawiacie między sobą, to zdarza wam się rozmawiać o napadach. Sergio może usłyszeć coś, cokolwiek i połączyć jakoś kropki. I nie sugeruję, że to któryś z was może powiedzieć coś, co zasugeruje złodziejskie życie, bo równie dobrze mogę to być ja albo Sergio po prostu może usłyszeć przypadkiem coś, co... - podrapał się po głowie, czując, że teraz zaczyna tworzyć cholernie dużo różnych scenariuszy, który miałyby dopasować się do tej myśli, którą już miał w głowie. To było uciążliwe. - Muszę mu sam powiedzieć, bo inaczej zwariuję od samego tego strachu, że dowie się w jakiś sposób. - napił się jeszcze i westchnął cicho, po czym rozejrzał się smętnie po salonie. - I nie myśl, że nie chciałem tego zrobić przez te wszystkie lata. Chciałem, ale zawsze w ostatniej chwili tchórzyłem.
Santi