ODPOWIEDZ
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Minęło kilka dni od gali i wszystko wróciło do znajomego, niemal wyćwiczonego porządku. W pracy zachowywali się tak, jakby tamten balkon, tamten szept i tamto zawieszone w powietrzu pytanie nigdy nie istniały. Rozmawiali o sprawach, raportach, przesłuchaniach i tropach, które prowadziły donikąd. Jeśli ich spojrzenia spotykały się na moment dłużej niż powinny, żadne z nich tego nie komentowało. Margo potrafiła udawać; w tej pracy człowiek szybko uczył się kontrolować twarz, głos i gesty. Problem polegał na tym, że cisza między nią a Maddenem nie była pustką. Była czymś napiętym, rozciągniętym pomiędzy kolejnymi dniami jak cienka nić, która raz się luzowała, a raz zaciskała mocniej.
Daniel natomiast przestał udawać, że jej nie widzi. A raczej, że nie widzi tego, co działo się wokół niej. Najpierw pojawiły się pytania zadawane mimochodem w pozornie lekkim tonie. Później uwagi, że ostatnio zbyt często zostaje po godzinach. A potem już otwarte sugestie, że relacja między nią a Maddenem dawno przestała mieścić się w ramach zawodowych. Trzy dni temu pokłócili się o to po raz pierwszy; przedwczoraj znowu. Wczoraj wieczorem po raz trzeci, kiedy znów odwołała ich spotkanie, tłumacząc się koniecznością sprawdzenia kolejnego tropu w sprawie, która i tak była już przejrzana na wszystkie możliwe strony. Evans słuchał coraz mniej cierpliwie i coraz częściej patrzył na nią w sposób, który mówił jasno, że przestaje wierzyć w przypadki.
A ona wciąż powtarzała to samo - że wszystko jest tylko jego wymysłem; że jedyne, co łączy ją i Rhysa, to wspólne sprawy; że poza nimi nie mają ze sobą nic wspólnego.
I technicznie rzecz biorąc nie kłamała.
Nigdy niczego mu nie obiecała. Nie składała deklaracji, nie mówiła o przyszłości, nie nazywała tej relacji czymś więcej niż tym, czym była - serią spotkań, rozmów, wspólnie spędzonych wieczorów. Pozwalała temu rozwijać się naturalnie, bez planów i oczekiwań. A jednak z każdym kolejnym spięciem z Danielem pojawiało się w niej coś, co trudno było nazwać inaczej niż wyrzutem sumienia. Irracjonalnym, bo przecież nie zrobiła niczego złego.
Dzisiaj postanowiła to przeciąć. Wyjść z pracy punktualnie, nie odbierać telefonów z komisariatu, włożyć tę czarną sukienkę, którą kupiła kilka tygodni temu i której wciąż nie miała okazji założyć. Pójść z Danielem do dobrej restauracji, zamówić wino i przez kilka godzin naprawdę poświęcić mu swoją uwagę. Bez spraw, bez raportów, bez uciekania myślami gdzieś indziej.
Dlatego kiedy o szesnastej zamknęła teczkę z aktami, wyłączyła komputer i zarzuciła płaszcz na ramiona, poczuła coś na kształt ulgi. Telefon już był wyciszony, odznaka ciążyła jej w kieszeni, a w głowie powtarzała sobie, że tym razem naprawdę wyjdzie. Nie zdążyła nawet minąć progu biura, a drzwi otworzyły się z drugiej strony i niemal wpadła na Maddena, który właśnie wchodził do środka. Zatrzymała się gwałtownie, odruchowo cofając pół kroku. On również stanął i poczuła jak jego spojrzenie przesunęło się po niej szybko, jakby oceniał sytuację w jednej sekundzie. Ten wzrok był pytaniem, zanim padło jakiekolwiek słowo, a ona od razu wiedziała, dokąd to zmierza. - Nie ma mowy - powiedziała natychmiast, zanim zdążył się odezwać. Jej ton był spokojny, ale stanowczy. - Wychodzę. Czegokolwiek ode mnie chcesz, może poczekać do jutra - minęła go, robiąc krok w stronę korytarza, lecz zatrzymała się jeszcze na moment, odwracając głowę przez ramię. W jej spojrzeniu nie było złości, raczej coś na kształt zmęczonej pewności.
Za pierwszym razem naprawdę wierzyła, że chodziło o pracę; za drugim też. Za trzecim wciąż próbowała sobie to tłumaczyć w ten sposób. Teraz jednak zaczynała widzieć w tym wzór - te same sytuacje, te same nagłe sprawy, które pojawiały się dokładnie wtedy, gdy próbowała wyjść wcześniej albo miała gdzieś być. Praca była wygodną wymówką, sposobem, żeby zatrzymać ją tutaj jeszcze chwilę. - Jeśli to kolejny trop, który nagle musimy sprawdzić - dodała ciszej, unosząc lekko brew. - To naprawdę przetrwa do rana - patrzyła na niego uważnie, jakby próbowała sprawdzić, czy tym razem powie to wprost.
Bo jeśli robił to specjalnie, żeby ją zatrzymać, żeby nie oddać jej n i k o m u innemu, to było w tym coś niemal absurdalnego. Zwłaszcza że sam przecież już dawno jasno się określił - raz słowami, a drugi raz ich brakiem.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
35 y/o
Indulge in local cuisine
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kilka dni równie dobrze mogło być wiecznością.
Opuszczenie balkonu okazało się próżną ucieczką od udzielenia jej odpowiedzi. Coś w nim zostało - dotyk jej dłoni na zimnej balustradzie, widok jej czujnego spojrzenia utkwionego w jego twarzy, wiatr unoszący ciemne kosmyki, sięgające ku niemu.
Pragmatyzm podpowiadał mu, że dobrze się stało, że Evans przerwał im w tamtej chwili - chwili, która mogła okazać się zgubna dla ich obojga. Ala jakaś inna jego cząstka pragnęła, by tego nie zrobił. Pragnęła rzucić się w otchłań jej ciemnych tęczówek i nie patrzeć za siebie, na jaskrawą czerwień ostrzegawczych lamp wieszczących mu zgubę, jeśli kiedykolwiek jej ulegnie.
Z niechęcią wrócił do biura, usiłując rzucić się w wir pracy, która zwykle przynosiła mu ukojenie. Ich nowa sprawa z początku wydawała się prosta, tak, jak mogły być tylko sprawy w ich wydziale. Miejsce zbrodni zostało zabezpieczone, znaleziono na nim broń nieopodal ofiary, oraz szybko wytypowano podejrzanego. Zgromadzili wystarczający materiał dowodowy by doprowadzić do jego aresztowania, ale c o ś było w tej sprawie nie tak. Czuł to pod skórą, podszept intuicji doszukujący się nieprawidłowości, które faktycznie zaczął znajdywać.
Pierwszego dnia pragnął wrócić na miejsce zbrodni bez rozległego zespołu patrzącego im na dłonie. Wiedział najlepiej, że w policji chowali się ludzie, którym nie warto było ufać i to przed ich spojrzeniem planował umknąć. Drugiego - znalazł osobę, która powinna znajdować się tam razem z ofiarą, ale w ostatniej chwili, nagle, zmieniła plany. Była kobietą, więc Margo przemówiła do niej nieco lepiej niż oschły glina usiłujący brzmieć na miłego. Trzeciego - dostał telefon od zaprzyjaźnionego technika, który wysłał ich do laboratorium.
Miał doskonały argument na każde przytrzymanie jej w biurze.
Właśnie dlatego jego sumienie było czyste, a jej pełen zmęczenia wyraz twarzy gdy napotkał ją w przejściu sprawił, że jego własne brwi uniosły się w zaskoczeniu.
Gdzieś, głęboko w nim, tkwiła świadomość tego, że wiele z tych rzeczy mogło poczekać - ale odsunął ją na bok, na kiedy indziej.
- Szesnasta zero jeden, jak punktualnie - zadrwił, odwracając się w przejściu by podążyć za nią. - Nie wiedziałem, że docieranie do sedna sprawy rozbija się o niepłatne nadgodziny, Mercer.
Szesnasta nawet nie była przecież tak późną porą - byłby w stanie rozumieć, gdyby zmęczenie wysłało ją na wcześniejszy odpoczynek, ale doskonale wiedział, że była umówiona z n i m.
- Tym razem to coś większego. Mam informatora - powiedział, zaciskając usta w wąską linię. - Twierdzi, że to jest powiązane z ludźmi, którzy zabili Milesa. Czyli nasza obecna sprawa może być połączona z morderstwem Mastersów, które nam zabrali.
Pozwolił tym a r g u m e n t o m wybrzmieć, nim rozłożył lekko ręce na boki.
- Co z byciem moim cieniem, partnerze?

margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Margo zatrzymała się kilka kroków dalej, bardziej z odruchu niż z rzeczywistej potrzeby. Korytarz o tej porze dnia bywał zdradliwy - niby pusty, a jednak wystarczyło jedno skrzypnięcie drzwi albo czyjeś przypadkowe przejście, żeby rozmowa, która powinna zostać między dwojgiem ludzi, zaczęła żyć własnym życiem w całym wydziale. Dlatego zanim w ogóle się odezwała, jej spojrzenie powoli przesunęło się po przestrzeni wokół. W stronę schodów, zamkniętych drzwi jednej z sali przesłuchań, biurek stojących dalej, gdzie ktoś jeszcze chwilę temu kończył papierkową robotę. Dopiero kiedy upewniła się, że nikt nie stoi na tyle blisko, żeby słyszeć każde słowo, wróciła wzrokiem w jego stronę.
Najpierw prychnęła cicho, potem przewróciła oczami - wolno, z wyraźną irytacją, która zbierała się w niej już od kilku dni. - Naprawdę? - odezwała się spokojnie. Zamierzał liczyć jej minuty pracy, kiedy sam miał ewidentny problem z trzymaniem się jakichkolwiek norm czasowych? To ona czekała na niego każdego ranka, czasami nawet po trzydzieści minut.
Stała nieruchomo, tylko jej palce zaciskały się mocniej na krawędzi płaszcza, jakby w ten sposób trzymała w ryzach całą resztę. Przez chwilę patrzyła na niego uważnie, dając mu ostatnią szansę, żeby sam się z tego wycofał. - Przestań - powiedziała w końcu ciszej, krótko i konkretnie. - Oboje doskonale wiemy co robisz - na moment odwróciła wzrok, jakby sama myśl o tym była już wystarczająco irytująca. - Bo od tygodnia robisz d o k ł a d n i e to samo. Nagle pojawiają się rzeczy, które koniecznie trzeba sprawdzić właśnie teraz, akurat w chwili, kiedy próbuję wyjść z tego budynku - uniosła lekko brew, a w jej spojrzeniu pojawiła się ta sama chłodna analiza, która towarzyszyła jej w sali przesłuchań i kiedy niejednokrotnie mierzyła się z nim w - mniej lub bardziej absurdalnych - sprzeczkach.
- Jeszcze niedawno miałeś potężny problem z tym, kiedy chciałam iść z tobą na spotkanie z informatorem - słowa padły szybciej, niż zdążyła je w pełni przemyśleć. Przez ułamek sekundy coś w jej twarzy drgnęło. Miles. Wspomnienie tamtego wieczoru przecięło myśl krótko i ostro, ale nie cofnęła tego, co powiedziała. Nie przeprosiła, nie próbowała tego łagodzić, choć zdawała sobie, że przywoływanie tamtych wydarzeń było bardzo słabe. Zwłaszcza jak na nią, bo zwykle nie chwytała się tak tanich sposobów, by mu dopiec. Zamiast tego tylko uniosła lekko brodę. - Pamiętasz? Było tysiąc powodów, dla których powinnam zostać w biurze, a teraz nagle jednak chcesz, żebym była twoim cieniem? - kolejne prychnięcie wyrwało się z jej ust, tym razem bardziej zniecierpliwione.
Jeszcze raz zerknęła wzdłuż korytarza; wystarczyło, że kilka razy ktoś usłyszał ich podniesione głosy i zaczęły pojawiać się półżarty i te wszystkie idiotyczne sugestie rzucane niby mimochodem. Sama myśl o tym sprawiła, że jej szczęka zacisnęła się mocniej. - Od samego początku było jasne, że to dla ciebie kara. Partnerstwo, ja i cała reszta - nie odrywała od niego wzroku, jakby to kto pierwszy odwróci spojrzenie miało być największą porażką. - Naprawdę cię nie rozumiem i mam tego, kurwa, dość - dlaczego nagle jej potrzebował; dlaczego nagle była mu tak niezbędna w każdej, najdrobniejszej sprawie, którą mógł załatwić sam?
Cisza między kolejnymi słowami była tylko zwiastunem nadchodzącej burzy - widziała to w jego ciemnych oczach i czuła w delikatnym drżeniu pod swoją skórą. Wsunęła dłonie do kieszeni płaszcza, jakby to był jedyny sposób, żeby nie gestykulować bardziej niż zamierzała. Na moment odwróciła się w stronę wyjścia z budynku widocznego na końcu korytarza, przypominając sobie dokąd właściwie zmierzała, zanim ta rozmowa znowu ją zatrzymała.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
35 y/o
Indulge in local cuisine
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spokój w jej słowach był prawdziwą iluzją, na którą być może mógłby się nabrać na początku ich znajomości. Zdawał się mieć więcej wspólnego z jej nerwowym rozglądaniem się wokół, upewnianiem, że w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby podsłuchiwać ich rozmowę nim wreszcie mówiła to, co zamierzała od samego początku. Jej głos nie drżał od gniewu, lecz jednocześnie wypowiadane przez nią zdania były nim nasiąknięte.
Przekrzywił głowę, z początku nie wiedząc, skąd w ogóle wzięła się w niej irytacja. Nie dlatego, że uważał, by pracowanie po godzinach było normalne i lubiane przez kogokolwiek, nie też dlatego, że nie wiedział, do k o g o w tej chwili szła - ale dlatego, że za każdym, poprzednim razem zamykała usta, nie komentując czasu, w którym jej potrzebował.
Może tkwiła w nim odrobina ego, stojąca za ciągłym odrywaniem jej od życia osobistego. Potrzeba ciągłego, nieustannego upewniania się, że wybierze jego, tak, jak wybierała go zawsze. Jeśli tam była, gdzieś głęboko w jego sercu, nie potrafiłby przyznać się do niej nawet przed samym sobą. Owszem, jego prośby łączyły się z chęcią spędzania z nią czasu, którego prawdopodobnie nie powinni ze sobą spędzać - ale leżały u podłożu p r a c y. Walki o prawdę, którą prowadziła od samego początku ich znajomości, a która stała się mniej istotna w ostatnich czasach.
Jego twarz przysłonił cień na dźwięk jej oskarżeń. Wiedział, że znajdowały odrobinę prawdy w rzeczywistości, ale jednocześnie miał świadomość, że nie istniały na nie żadne namacalne dowody. Prowadził swoje śledztwo, sprawdzał każdy trop - może zbyt skrupulatnie, niż robił to wcześniej, ale czy nie tego od niego chciała? Większego przywiązania do ich wspólnej pracy? Zaufania i współpracy, której z początku jej odmawiał?
- Jeszcze niedawno potrafiłaś wydrzeć się na mnie i wsiąść do mojego auta niezaproszona byle tylko nic cię nie ominęło - warknął w odpowiedz, walcząc z pokusą podejścia bliżej, skrócenia dystansu między nimi, który ostatnimi czasu zdawał się niepotrzebny. - Chciałaś, żebym z tobą współpracował. Żebym traktował cię jak partnera, a nie moją udrękę.
Tak, jak ona wywlekała ich początki, tak śpieszył by odpłacić jej pięknym za nadobne. Wiedział bowiem, że tak samo, jak zbieg okoliczności jego śladów i tropów oznaczały coś więcej, tak teraz jej przywoływanie jego własnych słów było wyłącznie zasłoną.
A w jego wnętrzu błysnęły pierwsze iskierki złości, z początku znajdujące ujście w postaci poirytowanego wyrazu twarzy.

- Od tego czasu minął miesiąc, Mercer - prychnął, nie ruszając się z miejsca choć widział jej spojrzenie powracające do drzwi, do których szła wcześniej. Jeśli ruszyła ku nim, natychmiast podążył za nią - ponieważ ta konwersacja nie była skończona o szesnastej zero trzy. - Ale najwyraźniej twój plan współpracy ze mną nie uwzględniał twojego małego, zazdrosnego chłopaka, prawda?
Złośliwe słowa sączyły się z jego głosu jadem gdy spochmurniał, docierając do równie ukrytych wniosków jak te, którymi rzucała go w twarz.
- Evans powinien dorosnąć. To nie jest jego pierwszy rok w robocie - dodał wzgardliwie, w przeciwieństwie do niej nie rozglądając się by upewnić, że nikt ich nie słyszał - patrząc prosto na nią.
Wyłącznie na nią.

margo mercer
Ostatnio zmieniony czw mar 05, 2026 10:10 am przez Rhys Madden, łącznie zmieniany 1 raz.
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spokój, który utrzymywała jeszcze chwilę wcześniej, pękł gdzieś między jego pierwszym a drugim zdaniem. Nie dlatego, że podniósł głos - Rhys rzadko potrzebował krzyczeć, by jego słowa trafiały tam, gdzie powinny. To co naprawdę ją poruszyło, kryło się w czymś innym. W tej irytującej łatwości z jaką sprowadził wszystko do Evansa, jakby całe napięcie między nimi było jedynie efektem czyjejś zazdrości, prostą reakcją na obecność trzeciej osoby. Jakby naprawdę wierzył, że właśnie tam leży problem.
Zatrzymała się, gdy ruszył za nią i odwróciła powoli. Tym razem nie rozglądała się już nerwowo wokół, nie sprawdzała, czy ktoś ich słyszy. Teraz patrzyła tylko na niego. - Oczywiście. Mogłeś od tego zacząć - jej głos nie był podniesiony, nie było w nim ostrego gniewu, ale napięcie wciąż pozostawało wyczuwalne, jak cienka linia rozciągnięta między jednym a drugim słowem.
- Chodzi po prostu o Evansa. Mogłabym wyjść stąd z jakiegokolwiek innego powodu, ale to świadomość, że wychodzę dla n i e g o, boli cię najbardziej - przez moment można było pomyśleć, że zacznie go bronić, że powie coś o tym, kim Daniel dla niej jest, spróbuje wyjaśnić sytuację w sposób, który zamknie temat. Ale nie zrobiła tego, bo to nie miało znaczenia. I przede wszystkim dlatego, że Madden doskonale wiedział, iż nie o to chodziło — ich problem istniał na długo przed tym, zanim Daniel Evans stał się częścią równania.
Zatrzymała się na moment, jakby chciała upewnić się, że nie przekręci jej słów na coś, czym nigdy nie były. - Chciałam i nadal chcę współpracy. Ale w praktyce wygląda to tak, że ty nieustannie sprawdzasz, jak daleko możesz mnie popchnąć, tylko dlatego, że masz na to ochotę - zrobiła krok w jego stronę, tym razem wyraźniej skracając dystans między nimi. Nie gwałtownie i nie w sposób, który można by nazwać konfrontacją. - Nie potrzebujesz mnie przy biurku - o szesnastej zero trzy. - I tym bardziej w terenie - o szesnastej zero cztery.
Jej brew uniosła się minimalnie. - Ubzdurałeś sobie, że wiesz, co będę robić i z kim będę to robić. I właśnie tu zaczyna się t w ó j największy problem - powiedziała to tonem chłodnej obserwacji, jakby nazywała coś oczywistego, coś, co oboje widzieli od dawna, tylko żadne nie chciało tego wypowiedzieć na głos. Przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu.
Cisza, która między nimi zapadła, była napięta i ciężka. - Więc naprawdę oszczędź mi tej historii o zazdrosnym Evansie - dodała w końcu z wyraźną złośliwością. Jej spojrzenie przesunęło się po jego twarzy, jakby sprawdzała, czy wreszcie przestanie udawać, że nie rozumie. - Dobrze o tym wiesz, że gdyby chodziło tylko o niego, nie stalibyśmy tu teraz, Madden - urwała na sekundę, pozwalając, by cisza między nimi zrobiła swoje. Kącik jej ust drgnął krótko, bardziej w irytacji niż w rozbawieniu.
Nie cofnęła się ani nie spuściła wzroku. W sposobie w jaki stała teraz przed nim, było coś twardego, niemal upartego - tym razem naprawdę nie zamierzała pozwolić mu wywinąć się z tej rozmowy kolejną ironią. Zbyt dobrze znała już ten mechanizm: półuśmiech, wzruszenie ramionami, zdanie rzucone tak, żeby brzmiało jak złośliwy żart, a w rzeczywistości zamykające temat, zanim zdążył się na dobre rozpocząć. Nie zamierzała też słuchać kolejnych sugestii, że coś sobie dopowiada, że przesadza, że widzi rzeczy, których rzekomo tam nie było. Zbyt wiele razy pozwoliła mu ustawić rozmowę tak, by ostatecznie wyglądało na to, że to ona robi z igły widły, podczas gdy on tylko stwierdza fakty.
Tym razem nie zamierzała mu tego ułatwiać. Nie zamierzała ustąpić tylko dlatego, że był w tym dobry. Jeśli ktoś miał tu zrobić krok w tył, to na pewno nie ona.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
35 y/o
Indulge in local cuisine
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Postronny obserwator mógłby powiedzieć, że zmiana w powietrzu była subtelna, ledwie wyczuwalna - ale dla niego moment, w którym coś przeskoczyło w inny tryb w spojrzeniu Margo był niemożliwy do przeoczenia. Wiedział, że natrafił na odcisk - na miejsce, które również przewijało się w jej myślach choć z uporem obierała argumentację, że to w nim był problem. Że to on tworzył jej nadgodziny, nadmuchiwał je w sztuczny sposób i zmuszał do spędzania z nim czasu.
Nie była całkowicie w błędzie.
Obecność Evansa irytowała go do głębi. Rano, gdy wychodzili z jednego samochodu, a on wpatrywał się w plecy kobiety gdy ta przyśpieszała, nie chcąc niczego sugerować jednoczesnym wejściem do środka. To jak podchodził do jej biurka, a tym samym, stając nieopodal jego własnego - tak, że słyszał każde jego słowa, nawet jeśli były wypowiedziane ciszej. Wieczorem gdy sprawdzała swój telefon bądź zerkała w stronę drugiego mężczyzny, komunikując się z nim bez słów nim oboje ruszali do wyjścia, Madden chciałby nie być tego świadom - ale dostrzegał wszystko.
Wszystko, co dotyczyło jej.
Nie potrafił się wyzbyć tego odruchu, w którym szukał jej w każdym pomieszczeniu, w którym z kakofonii dźwięków rozmów zawsze wyławiał jej głos. Wchodząc do kuchni, wyczuwał jej perfumy, unoszące się w powietrzu wraz z aromatem kawy, świadectwo tego, że przed chwilą tam była. Jego ciało przekształciło się w odbiornik, łaknący wysyłanych mu przez nią sygnałów i z pewnością wpływało to na jego decyzje, nieważne jak pragmatycznie podejmowane.
Ale to śledztwo nie było wymówką, nie do końca - może nie potrzebował jej każdego dnia, mógł poradzić sobie sam i brnąć tym tropem w pojedynkę tak, jak robił to zawsze wcześniej, ale wciąż było prawdziwe. Było p r a c ą.
- Evans nie jest dla mnie problemem. Ale najwyraźniej dla ciebie już tak - prychnął, wsuwając ręce do kieszeni kurtki. - Chciałaś ode mnie współpracy. Dostałaś ją, ale teraz już ci nie odpowiada, ponieważ ktoś wyczekuje twojego powrotu z biura każdego dnia jak wierny pies. Ja robię te wszystkie rzeczy, jeżdżę, sprawdzam, pracuję, nawet jeśli jest późno.
Ironiczny wyraz wpełzł na jego twarz gdy przyglądał jej się z niedowierzaniem, z tym, do jakiej roli go sprowadziła przez to co ich łączyło - a łączyło ich prawie od samego początku, wcześniej nie mając wpływu na pracę.
- Czy naprawdę myślisz, że wymyślam sobie pracę wyłącznie po to, żebyś nie spotykała się z Evansem wieczorami? - parsknął, jakby sama ta myśl była tak nieprawdopodobna, że zawahał się przed wypowiedzeniem jej na głos. - Mój świat nie kręci się wokół ciebie, Mercer.
Wyczuł kluczyki samochodu w kieszeni kurtki, czekające, aż ich rozmowa się zakończy - i powinien ją zakończyć, tu, teraz. Powinien zaproponować Margo towarzystwo gdy będzie rozmawiał z informatorem i przyjąć jej odmowę jednym skinieniem podbródka czy słowem potwierdzenia.
Ale jego stopy tkwiły w miejscu, buty wbite w podłogę komisariatu tak, jak jego wzrok nie odsuwał się od stojącej naprzeciw kobiety.
- Nie musisz się rozglądać i sprawdzać, czy przypadkiem ktoś nas słyszy - dodał, dostrzegając jej ostrożne spojrzenie. - Wszyscy wiedzą o tobie i o Evansie. I o tym, jakie ma podejście do twojej pracy ze mną.

margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Miał rację - zmiana w jej twarzy nie była gwałtowna, nie była też spektakularna. To nie był wybuch, który można było zobaczyć z daleka, raczej powolne pęknięcie czegoś, co do tej pory trzymała w ryzach. Margo potrafiła być spokojna nawet wtedy, gdy była wściekła; potrafiła zamknąć emocje w kilku krótkich zdaniach i spojrzeniu, które mówiło więcej niż podniesiony głos. Ale tym razem coś w niej naprawdę zadrżało. Może dlatego, że to nie była pierwsza taka rozmowa, nie druga i nie trzecia - ten sam schemat, ta sama sugestia, ta sama irytująca pewność, że on już wie, o co chodzi, zanim w ogóle zapyta.
Przez chwilę milczała, patrząc na niego tak, jakby naprawdę rozważała, czy w ogóle warto odpowiadać. Jej oczy zwęziły się nieznacznie, gdy słuchała kolejnych słów, a potem powoli i z wyraźnym niedowierzaniem, wywróciła oczami. Miała ochotę podejść do niego, złapać go za ramiona i nim potrząsnąć - nie z agresji, ale z tej szczególnej frustracji, która pojawia się wtedy, gdy ktoś uparcie nie chce zobaczyć tego, co ma przed nosem. - Naprawdę? - odezwała się w końcu, a w jej głosie nie było już ani grama wcześniejszego spokoju. - Znowu to robisz, Madden. Znowu zachowujesz się jak kompletny kutas i próbujesz zrobić ze mnie idiotkę - prychnęła krótko, a potem pokręciła głową z niedowierzaniem.
- Jeśli Evans nie jest dla ciebie problemem, to dlaczego cała ta pieprzona rozmowa kręci się właśnie wokół niego? - zapytała ostro. - Dlaczego za każdym razem, kiedy robię coś co akurat nie pasuje do twojej wizji dnia, nagle pojawia się jego nazwisko? Czemu ciągle coś sugerujesz? - zrobiła krok w jego stronę, tym razem bez tej kontrolowanej powściągliwości, którą jeszcze chwilę temu próbowała utrzymać. - A najlepsze w tym wszystkim jest to, ze ty nawet mnie nie zapytałeś - bo po co by miał? On nie musiał pytać, bo z a w s z e wiedział lepiej. - Nie zapytałeś dokąd idę, nie zapytałeś czy mogę zostać, nie zapytałeś czy mogłabym ci pomóc. Od razu założyłeś, że najważniejsza jest dla mnie randka - słowa opuściły jej usta szybciej niż planowała; ostre i napięte jak struna, którą ktoś zbyt długo naciągał. Na moment odwróciła wzrok, próbując opanować rosnącą irytację, ale nie było w tym geście prawdziwego wycofania - krótkie zebranie myśli, zanim wróciła do niego spojrzeniem jeszcze twardszym niż wcześniej.
Wskazała dłonią w stronę biurek za jego plecami, jakby całe to pomieszczenie było nagle dowodem w sprawie. - Siedziałam tu każdego dnia od rana do późnego wieczora, ale kiedy jednego dnia wychodzę z pracy o czasie, robisz z tego aferę, jakby świat miał się od tego zawalić - jej głos nie był głośny, ale każde słowo było ostre jak szkło.
Wciągnęła powietrze, co miało jej pozwolić odzyskać nad sobą kontrolę, ale złość wciąż była wyraźna w sposobie w jakim na niego patrzyła. - Mam dość twoich nastrojów. Mam dość tego, że jednego dnia traktujesz mnie jak partnera, a drugiego jak problem, który trzeba kontrolować. Mam dość tego, że nie widzisz, ile pracy tu wkładam, bo akurat bardziej interesuje cię to z kim wychodzę z budynku - powiedziała to szybko, niemal jednym tchem, jakby każde kolejne słowo od dawna czekało tylko, by w końcu zostać wypowiedziane. Jej ramiona napięły się wyraźnie, a dłonie uniosły się w bezradnym, krótkim geście, który natychmiast opadł.
- I wiesz co? Zamknij się - rzuciła w końcu. - Zamknij się i przestań mówić o rzeczach, o których nie masz pojęcia - jej spojrzenie na moment stwardniało. - Bo owszem, ludzie plotkują, ale nie o mnie i Evansie - głos zniżyła do nerwowego szeptu. - Plotkują o nas - przez sekundę patrzyła na niego w milczeniu, a potem pokręciła głową z wyraźnym zmęczeniem.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
35 y/o
Indulge in local cuisine
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wbrew pozorom, granica między tym, czego nie widział, a czego nie chciał widzieć była bardzo cienka. Momentami tak nieistotna, że jedno przeplatało się z drugim, oferując krótkie, lecz otrzeźwiające spojrzenia na drugą stronę. Praca była sednem ich konwersacji, a jednocześnie wyłącznie do niej tłem. Evans nie był istotny dla żadnego z nich w tym momencie, ale jego obecność uwydatniała wszystko to, co pozostało pomiędzy nimi niewypowiedziane.
Pokazywała, jak granica między nimi zatarła się tak, że trudno było ją teraz znaleźć.
Napięcie zakradło się do jego ciała pod wpływem jej oskarżeń, wyzwiska rzuconego w przestrzeń pomiędzy nimi, jakby było zdolne przeciąć łączące ich więzy. W głębi kieszeń jego kurtki dłonie zacisnęły się w pięści w nagłym przypływie wściekłości, którą z trudem w sobie hamował - świadomy obecności innych ludzi na komisariacie, nawet, jeśli żadne z nich nie znajdowało się w pobliżu.
To nie on pierwszy podniósł głos, przerzucając ich dyskusję na pole minowe kłótni. Ich starcie w drzwiach pod każdym względem przypominało inne tego typu wymiany, które nie kończyły się w ten sposób. Ten argument cisnął mu się na usta, jakby to, że ona zaczęła miało przynieść jakiekolwiek, pozytywne skutki. Jakby miało sprawić, że wycofa się z wypowiedzianych przez siebie słów i powrócą do tej strefy neutralności, w której było bezpiecznie, choć nigdy nie było komfortowo.
Pytanie było irracjonalnym zarzutem. Oczywiście, że w i e d z i a ł jakie plany miała na ten wieczór, znał różnicę między Margo wracającą do swojego mieszkania a Margo umówioną na spotkanie. Gdy miała po pracy plany, jej sylwetka inaczej układała się w krześle gdy ślęczeli nad raportami, włosy układały się w inną fryzurę. Zerkała na zegarek, czego nie robiła nigdy wcześniej - lub na telefon, spodziewając się wiadomości.
Ale jej słowa, jej nieustający atak obnażał wszystkie warstwy jego logiki i wszystkie argumenty, odsłaniając to, co tkwiło w samym środku.
Dzisiejszy poranek.
- Nie musiałem pytać - warknął jedynie, słowa opuściły jego gardło zanim zdążył się za nie złapać. Nie musiał, ponieważ Evans spędził całą poranną przerwę opowiadając w męskim gronie swoje wieczorne plany świętowania zgody, jaką udało mu się otrzymać od przełożonego.
Zgody na to, by kontynuowali swój związek - a co za tym idzie, przestali się z nim kryć, choć przecież wszyscy i tak byli go świadomi.
- Możesz przestać się o to martwić - dodał, zbliżając się do niej o krok, w tym bezsensownym podrygu jego ciała, które pragnęło znaleźć się bliżej - świadome, że umysł zaraz odciągnie je w innym kierunku. - Od jutra przestaną.
Wysunął dłonie z kieszeni, wydobywając z nich paczkę papierosów. Cała ta konwersacja była j a ł o w a, w dodatku kosztowała go czas, który teraz musiał nadrobić. Te same buty, które trzymały go uparcie w miejscu bojąc się odejścia, całkowitego zamknięcia tego rozdziału, którego nie był gotowy zamykać, teraz powoli odwracały go w stronę wyjścia.
- Masz rację, Margo. Nie potrzebuję cię - dodał po chwili, powtarzając jej słowa ponieważ w jego ustach również mogły ranić - może nawet bardziej. - Baw się dobrze - wycedził, odwracając się w przejściu i tym samym robiąc jej przestrzeń, by go minęła.

margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez ułamek sekundy miała wrażenie, że wszystko wokół nagle ucichło. Jakby komisariat na moment przestał istnieć.
Rozmowy przy biurkach, dźwięk klawiatur, czyjś śmiech gdzieś dalej w korytarzu. Zostało tylko napięcie rozciągnięte między nimi jak cienki, naprężony drut. Czuła gorącą falę, która przeszła przez klatkę piersiową, zatrzymała się gdzieś pod żebrami i dopiero potem zaczęła rosnąć, rozlewając się powoli w każdą stronę. Czuła ją w napięciu ramion, w palcach, które odruchowo zacisnęły się przy boku, w oddechu, który przez moment stał się płytszy niż zwykle.
Najbardziej irytujące było jednak to, że w tej chwili Daniel Evans był ostatnią osobą, o której myślała. Randka z nim, jeśli w ogóle można było ją tak nazwać, nie wywoływała w niej żadnego szczególnego podekscytowania wcześniej i tym bardziej nie robiła na niej wrażenia teraz. Wiedziała już, jeszcze zanim wyszła z biura, że przez cały wieczór jej myśli będą wracać dokładnie tutaj. Do tej rozmowy, do tej kłótni, do spojrzenia Maddena i tego wszystkiego, co między nimi pozostawało nieustannie niedopowiedziane.
Przez trzydzieści lat swojego życia była w kilku związkach. Spotykała się z różnymi mężczyznami, poznawała ich i dawała im szanse - czasem większe, czasem mniejsze. Byli mili, zabawni, stabilni, przewidywalni. Niektórzy zostawiali po sobie ciepłe wspomnienia, inni po prostu przestawali istnieć w jej codzienności. Ale żaden z nich nigdy nie wywoływał w niej tego chaosu, który pojawiał się zawsze, gdy w pobliżu był Rhys Madden.
Nikt nigdy nie potrafił doprowadzić jej jednocześnie do takiej wściekłości i c z e g o ś jeszcze. Czegoś znacznie bardziej niebezpiecznego. Nie była nawet pewna jak powinna to nazwać. To nie była zwykła fascynacja ani zwykła złość. To było coś znacznie bardziej pierwotnego, coś co sprawiało, że jednego dnia miała ochotę uderzyć go w twarz, a drugiego złapać za kołnierz i zamknąć mu usta pocałunkiem tylko po to, żeby przestał mówić. I to właśnie było w nim najbardziej frustrujące.
Gdy powiedział, że od jutra przestaną, coś w niej zadrżało - nie ze strachu, ale z czystej, niewymuszonej irytacji. Uniosła głowę i spojrzała na niego z niedowierzaniem. - Dlaczego niby mieliby przestać? - zapytała w końcu, a w jej głosie pojawiła się chłodna ostrość. - Bo ty tak powiesz? Bo pójdziesz tam i wygłosisz jakąś wielką przemowę, licząc że wszyscy nagle potulnie się zamkną? - wywróciła oczami, kręcąc lekko głową. - Nawet się nie waż.
W tej jednej chwili nie miała jednak pojęcia skąd właściwie brała się jego pewność. Nie wiedziała nic o rozmowach Evansa, o porannych przechwałkach, o planach czy jakichkolwiek oficjalnych zgodach. Jeśli coś rzeczywiście wydarzyło się za jej plecami, pozostawało dla niej zupełnie niewidoczne i może właśnie dlatego jego słowa brzmiały tak absurdalnie. Przez moment patrzyła na niego w milczeniu, jakby próbowała zrozumieć, czy naprawdę wierzył w to, co mówił.
W końcu jednak tylko westchnęła krótko, a w tym jednym geście było więcej zmęczenia niż gniewu. - Idź. Uciekaj - uniosła lekko rękę w krótkim, niedbałym i niesamowicie irytującym geście wskazującym drzwi. - Przecież jesteś w tym mistrzem, prawda? - nie zatrzymała go. Nie zrobiła kroku, by skrócić dystans. Stała tylko w miejscu z ramionami skrzyżowanymi na piersi, obserwując go z tym samym uporczywym spojrzeniem, które od samego początku ich znajomości mówiło jedno: że choć pozwalała mu odejść, wcale nie znaczyło to, że ta rozmowa naprawdę dobiegła końca.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
35 y/o
Indulge in local cuisine
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zawsze uważał się za człowieka wysoce s t a b i l n e g o. Wbrew pozorom, wbrew temu, jaką mógł mieć opinię lub jakie dawał wrażenie, Madden rzadko kiedy robił rzeczy impulsywnie. Jeśli wtaczał się na komisariat spóźniony to nie dlatego, że poprzedniej nocy zabalował - wręcz przeciwnie, zwykle oznaczało to, że większość czasu przeleżał w łóżku w ciemności, wpatrując się z frustracją w sufit. Jeśli sięgał po butelkę alkoholu, nie było w tym żadnej gwałtownej próby ucieczki od czegoś istotnego - była chęć odpoczynku, wymuszenia go na umyśle przyzwyczajonym do działania w najwyższych obrotach. W jego złośliwościach nie było dawania upustu irytacji, była wykalkulowana chęć odsunięcia innego człowieka na bezpieczny dystans. Nawet w kwestii papierosów uważał, że gdyby chciał, potrafiłby przestać je palić - w ten charakterystyczny dla wielu palaczy sposób tłumacząc sobie, że kontrola ciągle leżała po jego stronie. Ponieważ zwykle leżała.
Za wyjątkiem chwil, które spędzał w jej obecności.
Margo zarażała go impulsywnością, czyniła z niego człowieka, którego nie poznawał w lustrze. Sprawiała, że cały jego wypracowany spokój, cała pieczołowicie podtrzymywana obojętność kruszyły się jak warstwy muru oddzielającego go od świata. Pragmatyzm walczył o utrzymanie nad nim kontroli gdy wiedział, że nie powinien robić jakichś rzeczy - a jednak robił je, przyciągany w jej stronę, ćma do płomienia, który miał spalić ich oboje.
Nie rozumiał tego. Nie rozumiał tej p o t r z e b y, która gnała go w jej stronę nawet pomimo wszystkich, ostrych słów jakimi obrzucali się wzajemnie. Napięcia, które nie opuszczało jego ciała nawet, gdy wychodziła z pomieszczenia. Wydobywała z niego emocje, które już dawno zostały pogrzebane pod warstwą popiołu, których obecności zupełnie się nie spodziewał.
Miała być jego karą, ale okazała się jego przekleństwem.
Kobiece słowa wydarły powietrze z jego płuc w postaci cichego parsknięcia, rozbawienia pozbawionego wesołości. Nie wiedział, czy nie miała pojęcia o tym, co Evans dzisiejszego dnia osiągnął w trakcie swojej pracy, czy też znów, uparcie, trzymała się z dala od niego, jakby wcale nie był elementem tej dyskusji - papierkiem lakmusowym do ich własnej, pokręconej relacji.
- Nie martw się, nie wygłoszę przemowy - odrzucił, kręcąc głową w reakcji na jej wściekłość, jak zwykle wycelowaną prosto w niego - jak zwykle trafiającą w te klawisze, w które chciała, wyzwalając w nim reakcję, której nie chciał jej dawać. - To nie moja specjalność.
Znów to w jego ręce oddawała ostateczne słowo, wskazując mu drzwi zamiast sama przez nie przejść. Pokręcił głową, na jego twarzy zmęczenie mieszało się z frustracją - na słowa wypowiedziane przez Margo, na własną zazdrość, która wychyliła swój paskudny łeb na zewnątrz pomimo więzów, którymi usiłował utrzymać ją w miejscu.
Na randkę, na którą właśnie zmierzała, podczas gdy on był umówiony z kolejnym informatorem.
- Dobranoc, Margo - odrzucił cicho, nie zamierzając wyprowadzać jej z błędu. Chwytając się wyjścia, które mu wskazała - dosłownie i w przenośni.
Odwrócił się, ruszając wzdłuż korytarza aż do samego wyjścia i nie oglądając się za siebie nieważne jak bardzo pragnęło go do tego zmusić jego własne ciało.
koniec
margo mercer
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”