Znał ją, może nawet lepiej, niż sama by się spodziewała. A być może miała świadomość, że każdą osobę rozwarstwiał i uczył się, niektórych bardziej innych mniej, wszelkimi środkami. I dlatego był realnym zagrożeniem, nawet nie dlatego, że miał zasoby, by zwykłym pstryknięciem zlecić czyjąś egzekucję. Tylko właśnie dlatego, że potrafił zabijać cicho i powoli, bez dotyku, a słowami i na pozór niczym groźnym.
Ale ona była dla niego nietykalna. Odkąd uznał ją za integralną część własnego systemu, odkąd uznał ją
za siebie, jej bezpieczeństwo było priorytetem – takim samym, jak jego własne, a może i większym. Siebie mógł świadomie i rozsądnie rzucić w sytuację, w której coś mogłoby pójść nie tak, a ją? Ją po wydarzeniach z Sycylii zamierzał trzymać jak najdalej od realnego bezpieczeństwa.
Wszystko tylko dlatego, aby nigdy więcej nie stanęła w sytuacji, w której znów dokonałaby
tego głupiego wyboru.
Widok tego, jak ulatuje z niej życie, niekontrolowanie i nie za jego sprawą, za sprawą czegoś, czego nie mógł przerwać, dość mocno osiadł w jego umyśle, zagrzewając w nim miejsce na dobre. Dlatego, we wszelkie jego kalkulacje wliczał współczynnik ryzyka, który miał być jak najmniejszy w jej wypadku.
A zmniejszenie go było możliwe przez dołączenie jej do la famiglii. Pozornie, bo też dawno przestał tę strukturę uznawać za całkowicie bezpieczną. Ale na pewno oddalało to ryzyko włączenia ją w porachunki między rodzinami, bo tradycja była tradycją. A kobieta w rodzinie – nietykalna.
Jej podsumowanie, dotyczące przygotowań, skwitował cieniem uśmiechu, nie był on radosny, a zwykłą uprzejmością; był też pewnym potwierdzeniem, że oczywiście
wszystko. Ona także go znała i musiała wiedzieć, jak bardzo do przodu musiał być ze wszystkim.
I znać jego silną potrzebę kontroli nie tylko ludzi, ale i otoczenia i czasu.
—
Va bene — odpowiedział krótko, zgadzając się na jej propozycję. Nieszczególnie podobał mu się pomysł piachu w butach, a Salvatore szybciej umrze, niż założy sandałki lub klapki na spacer.
Opuścił na nią spojrzenie, gdy zatrzymała się przed nim, jedną ze swoich dłoni kładąc na jej talii, drugą ujmując delikatnie jej palce.
—
Tyle, ile będziemy potrzebowali — odpowiedział, unosząc subtelnie ten splot, by musnąć, nie odrywając spojrzenia od jej oczu, wierzch jej dłoni.
Tyle, ile będziemy chcieli było czystą i nierealną abstrakcją, której nie mógł zadeklarować. Bo
na zawsze nie było opcją. Miał zobowiązania, miał swoje plany i miał interesy. Prawdopodobnie, gdyby chciała, mógłby kupić tu dom i mógłby pozwolić się jej tu przenieść, gdyby chciała. Mógłby ulokować jej restaurację albo i hotel właśnie na Malediwach, gdyby miała takie życzenie. Może nie było to aż takie absurdalne, gdyby się nad tym zastanowić. On wytrzymałby dystans, bo nie potrzebował bliskości, a jedynie świadomość, że jest bezpieczna i wiedzę o tym, co robiła.
A ona?
—
Andiamocene — powiedział z wyuczoną miękkością, odsuwając minimalnie jej dłoń od siebie.
Nie wypuścił jej, ale schwycił inaczej, w sposób by móc ją poprowadzić do niewielkiego doku, przy którym stała ich łódź motorowa. Wszedł do niej jako pierwszy, zaraz oferując jej swoją rękę, aby pomóc jej stabilnie przejść. Woda nie kołysała specjalnie mocno, ale upewnił się, że kobieta miała równowagę, gdy znalazła się już na pokładzie. Przeprowadził ją do jednego z foteli, aby mogła usiąść, a dopiero potem zajął swoje miejsce przy sterach,
Wsunął ciemne okulary typu awiatorki na nos. Przekręcił kluczyk, wcisnął przycisk startu, aby odpalić. Silniki z tyłu zawarczały, a później śruba pod wodą rozcięła taflę spokojniejszej wody, swoją pracą. Wyprowadził łódź najpierw spokojnie spod pomostu, aby później wrzucić wyższy bieg. Zerkał co jakiś czas na ploter map, by omijać ciemniejsze plamy, które miały odpowiadać rafom.
Byłby to wyjątkowo kompromitujący finał, jak na pierwszy odcinek trasy, gdyby rozbił ich na pierwszej z nich.
Nie płynął specjalnie szybko, bo po pierwsze – to byłoby nielogiczne w lagunie, a po drugie – chciał dać jej możliwość podziwiania tutejszej, podwodnej fauny i flory, którą mijali.
No i zrobienia zdjęć na instagrama.
Zatrzymał się, kiedy znaleźli się, według plotera, na granicy laguny i większej głębiny. Nie wyłączył silnika, ten wciąż pracował, ale manetkę ustawił na absolutnym zerze.
—
Twoja kolej, Navi — powiedział, posyłając jej niewielki uśmiech. Był gotów zamienić się miejscami i nauczyć ją prowadzić łódź motorową, aby sama mogła poruszać się po otoczeniu i wybrać kierunek, w którym popłyną.
Navi Yun