36 y/o
Welkom in Canada
168 cm
work it faster, make it better at nilsinger's.
Awatar użytkownika
When I think about you I touch my head with a gun, due to the constant headaches you give me, sweetheart.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitoster/wanna
typ narracjitrzecioosobowy narrator omniscjentny
czas narracjiprzeszły, czasem teraźniejszy
postać
autor

1.

Inari Nilsinger rozkoszowała się prywatnością wnętrza swojego Genesis G90 w długim sznurze aut mknących w kierunku Financial District. Z tylnej kanapy wyglądała przez szybę z zagadkowym uśmiechem. Younge Street przypominało rwący nurt oceanu pełnego srebrnych ryb najróżniejszych rozmiarów, jednych dymiących jak smoki, drugich — stawiających na rewolucję elektryczną aut. Ponad połyskującymi grzbietami samochodów wznosiły się sylwetki potężnych kolosów rysujących ostrymi kantami marcowe niebo. Ich połyskujące szyby oraz monumentalny beton odgradzały świat ludzi miałkich od prawdziwych tytanów a Inari znała imię każdego z nich — CASA Condimo Residenza, Two Bloor West, One Bloor oraz on. Najświeższy z gromadki, jeszcze śpiący kolos — One Bloor West liczący w założeniu osiemdziesiąt pięć pięter. Największy. Najpotężniejszy. Najznamienitszy.
Kocham Toronto, myślała, podziwiając blask słońca w oknach siedemdziesiątego piętra One Bloor. Ani jednej chmury. Kreacja to najwyższy stopień władzy… i przyciąga do siebie ludzi wielkich.
Kiedy ogłoszono przetarg na budowę nowego apartamentowca w 2016 roku, Inari jeszcze pracowała pod skrzydłami architekta miejskiego, Jacoba Greene. Już wtedy zakładano, że sam proces kreacji potrwa około dekady z pracami wykończeniowymi zaplanowanymi bliżej na rok 2026. Inari z kolei wiedziała, że kwestią czasu jest, nim zostanie zaproszona do projektu i tak się zresztą też stało niespełna cztery lata później. Znacząco przyczyniła się do rozkręcenia budowy, odkąd opuściła szeregi urzędu. Oferując korzystniejsze warunki usługi oraz imponującą wiedzę, prywatny deweloper podziękował miejskiemu architektowi a zwrócił się bezpośrednio do Nilsinger’s. Niektórzy uważali, że to cios w plecy Jacoba Greene, inni — samospełniającą się przepowiednią, bo architekt miasta za dużo pozwalał protegowanej. W końcu zwróciło się to przeciwko niemu.
Oczywiście, chełpiła się Inari, nakłoniłam ich do czegoś więcej niż tylko praca.
Po awansie zaprosiła inżynierów, zarząd dewelopera oraz zaprzyjaźnionych — mocne słowo — prawników na prywatną kolację. Z wypracowaną przez lata cierpliwością, roztoczyła przed nimi swoją magię, budując zaufanie, ostrożnie pozbawiając zahamowań, kusząc obietnicą władzy i wreszcie uwodząc liczbami. Zgodnie z przewidywaniami starannie wyselekcjonowana klika zacieśniła więzi i tak po dziś dzień One Bloor West to raczkujące dzieło ze stajni Grand Construction Canada ściśle współpracującymi z Nilsinger’s co. oraz Nilsinger-Choi Creative Space.
Genesis nagle zatrzymał się a młodszy asystent uprzejmie oznajmił, że dojechali.
Inari wyszła z samochodu prosto na schody prowadzące do stacji metra Bloor-Yonge. Gdy schodziła, czuła, jak rześkie marcowe powietrze rozjaśniające jej w głowie zmienia się w gęsty zaduch tysiąca i jednego zapachu. Słodkie perfumy, gorzkie perfumy, uryna i ludzki pot. Na nieszczęście jasność sprawiła, że miejska woń wydawała się jeszcze bardziej dziwaczna niż wcześniej, bo wśród nich rozpoznała jeden: bardzo charakterystyczny i bardzo niepożądany.
Umówiły się na miejscu, czy raczej — zostały zmuszone do spotkania na osiemdziesiątym piętrze przez jednego z prywatnych kupców w ramach porozumienia projektów. Inari nie spodziewała się, że jeszcze przed wejściem na plac budowy, do którego należało dostać się przez windę konstrukcyjną w zamkniętej odnodze metra, spotka Niamh Kilroy. Stała sama w drzwiach podziemnej kafejki przypominającej budkę kebabową i wyglądała na pochłoniętą myślami. Inari czuła, że przekracza próg innego świata. Z wnętrza płynęło chłodne, stęchłe powietrze, jakby metro oddychało. Zwietrzała kawa oraz perfumy Kilroy zmieszały się w coś dziwnego.
Killjoy — zawołała lekko zachrypniętym głosem. — Zawsze wiedziałam, że wolisz mocną kawę, ale nawet jak na ciebie to miejsce jest poza zasięgiem resztek godności. Co ty tu robisz? Powinnaś już tam być. — Elegancką aktówką wskazała sufit i kwaśno dodała: — Obijasz się. I to za ile? Pięć dolarów podziemnej lury? Stać cię na więcej.


Niamh R. Kilroy
Anonim's Gal
pierwsza osoba, absurdalne przecinki i jeśli za dużo się dzieje bez ładu i składu
35 y/o
For good luck!
167 cm
landscape architect in her own office
Awatar użytkownika
Don't look at me that way, I'm not the one who's gonna break
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Od zawsze wierzyła, że rośliny potrafią oswoić każdą wysokość. Jej najnowszy projekt miał stać się manifestem wolności — ogrodem na osiemdziesiątym piątym piętrze wieżowca, w którym granica między niebem a tarasem zacierała się dzięki lustrzanym kaskadom wody i trawom falującym na wietrze niczym morskie fale. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Klient wyraził zachwyt, a wizja została kupiona w stu procentach.
Doskonale pamiętała moment, w którym weszła do biura na ostatnie spotkanie przed podpisaniem umowy z lekkością kogoś, kto właśnie sięga chmur. Nie wiedziała jednak, że zamiast pióra do ręki dostanie... wyrok na własną kreatywność. Bez żadnego ostrzeżenia postawiono ją przed faktem dokonanym, a jej organiczna, dzika oaza ma zostać siłowo połączona z surową, matematyczną wizją urbanistki, której Niamh szczerze nie znosiła. Zamiast swobodnych ścieżek – brutalistyczny beton. Zamiast zielonego chaosu – stalowe moduły.
Musicie znaleźć wspólny język. Słowa klienta rozbrzmiewały w jej głowie niczym ponury żart. Nie wiedziała jak do tego doszło, ale domyślała się, że Nilsinger maczała w tym palce. Z jakiego innego powodu zleceniodawca zmieniłby zdanie na kilka dni przed planowanym rozpoczęciem projektu? Była wściekła, czego nie zamierzała pokazywać. Jedyne co mogła zrobić w tym momencie, to odsunąć na bok własną dumę i umówić się na spotkanie z kobietą, od której wolała trzymać się na dystans. Nie mogła pozwolić sobie na utratę tego projektu, zwłaszcza nie w momencie, w którym każdego dnia wyczekiwała oficjalnego powiadomienia z prokuratury o rzekomych przekrętach podatkowych. Wiedziała, że jest niewinna, ale ciężar oskarżeń, których się nie dopuściła, paraliżował jej codzienność. Zamiast dopieszczać detale roślinności, spędzała długie godziny na obsesyjnym doszukiwaniu się niezgodności w fakturach oraz finansach firmy, próbując zrozumieć, gdzie zawiodły liczby lub kto celowo zastawił na nią pułapkę. W tej walce o dobre imię nie była jednak sama, ponieważ za radą swojej wieloletniej przyjaciółki, zatrudniła zaufanego księgowego. To on miał teraz za zadanie prześwietlić każdy dokument i odnaleźć dowód na jej uczciwość, pozwalając skupić resztki energii na ratowaniu ogrodu, który powoli stawał się jej jedyną kotwicą w świecie pełnym podejrzeń i narzuconych schematów.
Na miejscu pojawiła się kilka minut przed czasem, świadoma tego, że spotkanie nie będzie ani łatwe, ani przyjemne. Niejednokrotnie miała do czynienia z Nilsinger, która zdaniem Niamh wzięła sobie za cel zrujnowanie każdego z jej pomysłów. Nie rozumiała tego, szczególnie że w świecie biznesu, w którym dominowało męskie ego, kobiety powinny stanowić dla siebie wsparcie, a nie budować mury wyższe niż wieżowce, nad którymi pracowały. Zamiast solidarności od lat otrzymywała od kobiety jedynie chłodną kalkulację i podważanie kompetencji, co w obecnej sytuacji, gdy nad jej własną firmą wisiały czarne chmury, wydawało się wyjątkowo dotkliwe.
Przed wejściem do budynku po raz ostatni przyjrzała się jego potężnej, szklanej bryle, która zdawała się nie mieć końca i bezlitośnie przecinała chmury. Ten stalowy gigant był dotąd symbolem jej zawodowego triumfu, ale dziś przytłaczał swoim monumentalizmem, przypominając o skali walki, jaka czekała ją na samym szczycie. Udała się wprost do podziemnej budki z kawą, bez której nie byłaby w stanie wytrzymać nawet kilku minut w towarzystwie swojej nemezis. Prawdopodobnie nawet mocny alkohol nie byłby w stanie sprawić, by ta przymusowa współpraca wydała jej się choć trochę znośna, ale i tak nie mogła sobie na niego pozwolić. Kawa musiała wystarczyć.
Wzdrygnęła się na dźwięk znajomego, tak bardzo znienawidzonego głosu.
- Moja godność ma się świetnie, po prostu potrzebuję czegoś mocnego, zanim zacznę udawać, że twoje zdanie mnie interesuje - odpowiedziała chłodno, niechętnie kierując się w stronę windy. Miała nadzieję, że podróż na osiemdziesiąte piętro wieżowca odbędzie w samotności. Niestety, nawet to zostało jej odebrane. -I radzę ci, byś już teraz oswoiła się z myślą, że ten ogród i tak powstanie na moich zasadach, a ty będziesz tylko tłem dla mojego projektu - jej głos był stanowczy, a twarz nie skrywała żadnej emocji.
Wygładziła materiał grafitowej marynarki, po czym wcisnęła odpowiedni guzik. Winda wydała z siebie nieprzyjemny dźwięk, na co Kilroy nie zwróciła nawet uwagi, skupiona na tym, by nie powiedzieć towarzyszącej jej kobiecie, co tak naprawdę o niej myślała. Bezpieczniej było milczeć.

Inari Nilsinger
mashedpotato
posty w pierwszej osobie
36 y/o
Welkom in Canada
168 cm
work it faster, make it better at nilsinger's.
Awatar użytkownika
When I think about you I touch my head with a gun, due to the constant headaches you give me, sweetheart.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitoster/wanna
typ narracjitrzecioosobowy narrator omniscjentny
czas narracjiprzeszły, czasem teraźniejszy
postać
autor

Winda budowlana ruszająca z podziemi nieczynnej stacji metra była szybka, ale nie dość szybka dla Inari Nilsinger, która chciała jak najprędzej zobaczyć minę Niamh Kilroy. Stała wyprostowana przy szybie upaćkanej masą rąk budowlańców, a za nią metry grubej ziemi, betonu i sztywnego metalu zlewały się w jednolitą smugę. Elegancka aktówka u jej boku ciążyła niczym dziesięciotonowy ciężar. Pocisk nuklearny.
To będzie dobre — pomyślała, gdy winda zwolniła przed wyłonieniem na powierzchnię. Bardzo dobre.
W słabym, mrugającym świetle Inari czuła się, jakby była tajemniczą wyrocznią wiodącą na pokuszenie głównego bohatera jakiegoś niszowego mitu greckiego. Lampa błyskała niczym spowolnione dyskotekowe stroboskopy. Tunel napierał ze wszystkich stron jak ściany coraz ciaśniejszego sarkofagu.
Przeżyje szok.
Popatrzyła z ukosa na milczącą Niamh. Światła rozbłysły na chwilę, jaskrawy blask oświetlił jej pełną skupienia twarz a wraz do środka wpadła pierwsza porcja słońca. W skośnych snopach unosiły się drobiny kurzu. Wydostały się na powierzchnię i dźwig przyśpieszył.
Wyciągnęła z kieszeni parę ciemnych awionetek i podniosła pod światło.
Czemu tak ci zależy na trawie pampasowej przy wschodniej krawędzi? — spytała nieoczekiwanie wcinając się między piskami mechanizmu windy. — Masz tam tak mało słońca, że wątpię, aby ktokolwiek docenił prywatę, jaką tworzą. Potrzymaj. — Bezpardonowo wcisnęła Niamh aktówkę a z kieszonki bordowych chinosów wyciągnęła sygnowaną chusteczkę. — Chyba że Tolland jest paranoikiem i nie powiedział mi o swoim strachu przed dronami szpiegowskimi. — Prychnęła rozbawiona, bo teorii spiskowych względem Thomasa Tollanda można dokładać a facet i tak był czysty jak łza. Ostrożnie wytarła jedno szkiełko, podniosła awionetki do słońca. Skrzywiła się. Nie dość czyste. — Albo… powiedział ci, że stawiamy tam antresolę i uznałaś, że dzięki mnie nie zwieje twoich drogocennych kwiatuszków. Nie ma za co, swoją drogą. — Inari posłała jej jeden ze sztucznych uśmieszków mylnie branych za przyjacielskie. — To już klepnięte. Jeśli chcesz się o coś innego kłócić, musisz przejrzeć nowe schematy. Sporo się zmieniło.
Wcale nie chciała wiedzieć, co Killjoy zrobi z trawą pampasową, której nie będzie.


Niamh R. Kilroy
Anonim's Gal
pierwsza osoba, absurdalne przecinki i jeśli za dużo się dzieje bez ładu i składu
35 y/o
For good luck!
167 cm
landscape architect in her own office
Awatar użytkownika
Don't look at me that way, I'm not the one who's gonna break
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Podróż windą dłużyła się o wiele bardziej, niż by sobie tego życzyła, a każdy metr pokonywany w górę zdawał się gęstnieć od niewypowiedzianych pretensji. Mechaniczny pisk dźwigu i zapach kurzu unoszący się w ciasnej klatce drażniły jej zmysły, potęgując klaustrofobię, którą wywoływała nie tyle przestrzeń, co obecność Inari. Czuła na sobie ten świdrujący wzrok, tę niemą satysfakcję rywalki, która delektowała się każdą sekundą ich przymusowego zamknięcia. Z niecierpliwością wyczekiwała chwili, w której dotrą do celu.
- Trawa pampasowa nie potrzebuje twojego uznania. Potrzebuje fundamentu z duszą, a ty potrafisz projektować jedynie puste, betonowe skorupy - odezwała się w końcu, skoro tamta zdecydowała się przerwać ciszę, zakłócaną jedynie przez ciężki dźwięk stalowych lin i rytmiczny łomot mechanizmu, który brzmiał jak odliczanie ostatnich sekund cywilizowanego rozejmu przed katastrofą, w której żadna z nich nie zamierzała ustąpić ani o centymetr. Poczuła ciężar aktówki — ten pocisk nuklearny w jej dłoniach był niemal obrzydliwy w swojej materialności, tak samo jak pewność siebie kobiety stojącej obok. Powoli, ze spokojem odstawiła aktówkę na brudną podłogę windy, tuż przy butach Nilsinger. Nie zamierzała być jej asystentką, nawet przez sekundę. Jeszcze tak nisko nie upadła.
Uciekła wzrokiem w stronę migoczącego za szybą świata. Inari myślała, że ją zaskoczyła, ale Niamh spędziła ostatnie dwie noce na przesuwaniu granic niemożliwego. W jej tablecie spoczywały nowe schematy — genialny, choć bolesny kompromis. Wcisnęła surowy, brutalistyczny beton Inari pomiędzy swoje organiczne formy tak umiejętnie, że teraz to on wydawał się być intruzem uwięzionym w zielonej pułapce. Nie znosiła tych zmian, ale potrafiła sprawić, by nic Nilsinger służyło jej wszystkiemu.
- Przejrzałam schematy - powiedziała chłodno, całkowicie ignorując dalsze wywody kobiety. Nie po to latami budowała markę swojej firmy, by teraz stać się tylko tłem dla cudzej, martwej wizji. Przymusowa współpraca nie czyniła z niej posłusznego narzędzia w rękach znienawidzonej kobiety i nie zamierzała pozwolić, by jej rola sprowadziła się jedynie do maskowania betonu odrobiną bluszczu. - I owszem, sporo się zmieniło. Głównie to, że twój beton stał się właśnie idealnym, surowym tłem dla moich roślin - jeśli urbanistka oczekiwała, że Kilroy odpuści i dostosuje się do jej planów, będzie zmuszona zmierzyć się z rozczarowaniem.
Zanim drzwi rozsunęły się z metalicznym trzaskiem, winda szarpnęła gwałtownie, niemal wytrącając Niamh z równowagi. Gorąca kawa niebezpiecznie zakołysała się w kubku, omal nie plamiąc jej grafitowej marynarki. Chwilę później do środka wpadło oślepiające słońce i ostry świst wiatru. To co ukazało się jej oczom przepełniło ją złością, której jednak nie zamierzała pokazywać. Na środku ogromnego tarasu dominowała pustka otoczona zimnymi bryłami. Całość przypominała raczej plac budowy więzienia niż luksusową oazę, a konstrukcja zdawała się nie zostawiać roślinom ani centymetra, no co Niamh nie zamierzała pozwalać.
Wzięła głęboki oddech, poprawiła otulający jej szyję kaszmirowy szalik, po czym opuściła windę, uprzednio, niby przypadkiem, trącając Inari ramieniem. Wykonała kilka kroków w przód, dokładnie przyglądając się otaczającej ją bezdusznej strukturze. Widok ten w ogóle jej nie zniechęcał, w myślach już potrafiła dostrzec, jak gęsta zieleń kolonizuje każdą szczelinę, ostatecznie grzebiąc surowy beton pod dywanem liści.
- Na twoim miejscu nie traktowałabym tej antresoli jako swojego zwycięstwa. W moim ogrodzie to natura dyktuje warunki, a ty właśnie dostarczyłaś mi tylko wyjątkowo drogich donic - zaśmiała się, doskonale wiedząc, że to właśnie jej niewzruszona pewność siebie najbardziej rani wybujałe ego konkurentki, która z dnia na dzień stała się jej partnerką.

Inari Nilsinger
mashedpotato
posty w pierwszej osobie
36 y/o
Welkom in Canada
168 cm
work it faster, make it better at nilsinger's.
Awatar użytkownika
When I think about you I touch my head with a gun, due to the constant headaches you give me, sweetheart.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitoster/wanna
typ narracjitrzecioosobowy narrator omniscjentny
czas narracjiprzeszły, czasem teraźniejszy
postać
autor

Drzwi windy otworzyły się na pełną szerokość. Pisk dźwigu przerwał Nilsinger ponure strzepywanie pyłków z ramienia. Miała jedenaście sekund na przejście, po czym drzwi znów się zamkną. Zebrała myśli i przekroczyła próg. Słońce zaglądało przez kant na wschodzie.
Twój ogródek jest na twojej posesji — przypomniała, jeszcze raz ostentacyjnie otrzepując ramię z niewidocznego kurzu i złośliwości pozostawionych przez Niamh. — A ty jesteś teraz w moim budynku. Zachowuj się.
Choć praktycznie niemalże mieszkała na placu budowy od zakończenia scalania szkieletu One Bloor West trzy lata temu, gdy wchodziła na wyższe piętra, wciąż rozglądała się ze zdumieniem. Goły plac, który przeistoczy się w oazę na wysokości oraz centrum dyplomatyczne, nie grzeszył specjalnie wyjątkowością dla kogoś, kto nie wiedział, gdzie patrzeć. Thomas prosił, aby osiemdziesiąte piętro było czymś, co nazwał Zieloną Wyrwą — otoczoną z trzech stron bezkresem nieba Toronto i z czwartej przedsionkiem do windy. Główne skrzypce grało pomieszczenie o podstawie hektagonu, nad którym lada dzień miała wznosić się półokrągła kopuła ze szkła hartowanego — Centrum Biznesowych Rozmów Otwartych, będący równocześnie ogrodem zimowym po środku placu.
Ściany Centrum, w górnej części mocno pochylone, na poziomie oczu były już niemal pionowe. Stopniowo stawały się coraz mniej przezroczyste, a przy połączeniu z podłogą były już zupełnie czarne. Błyszczący czarny pas lśnił dziwnym blaskiem, wywołując niepokojące wrażenie, że podłoga jest przezroczysta. Czarny lód. W rogach hektagonu tkwiły puste wgłębienia, z których wystawały kable elektryczne. Oświetlenie miało przypominać to przy piramidzie w Luwrze, jako hołd dla francuskich krewniaków Thomasa.
Do dziś Inari nie wiedziała, co klient widział w biznesie ekskluzywnej terapii „na wysokości” w jeszcze bardziej wymyślnych okolicznościach przyrody, ale jednego miała świadomość: ktoś wyda kupę szmalu na „dyplomacji”. Inaczej nie prosiłby o stworzenie sztucznego nasłonecznienia w miejscu, które słońca praktycznie nie powinno ujrzeć przez sam zamysł pięciu dodatkowych pięter nad głową. Promienie, które dostawały się tutaj jedynie w określonych godzinach dnia, tworzyły na gołej ścianie konstrukcyjnej delikatną siateczkę świetlnych plam i tylko na to było je stać.
Tutaj wchodziła Niamh Kilroy.
Miała zapewnić, że roślinność letnia wokół heksagonu dostanie odpowiednią ilość nasłonecznienia a Thomas szczególnie zażyczył sobie kwiaty lubujące się w pełni słońca. Pytanie brzmiało — jak to zapewnić? Inari ze wszystkich sił próbowała przekonać klienta, aby przystał na coś bardziej przyziemnego. Zgodził się na przeszkloną antresolę o solidnej, betonowej podstawie, którą przykryją afrykańskim marmurem i wypełnią złotymi ornamentami tworzącymi sylwetki liści monstery. Tylko że ten „nagrobek ku chwale dzikiej roślinności” mu nie wystarczył. Chciał cholerne wiechcie lubiące słońce. Chciał też, żeby to koniecznie Niamh zajęła się jego ambitnym życzeniem.
Inari aż rozbolała głowa w dniu, kiedy się dowiedziała o tej fanaberii.
Chcę to mieć jak najszybciej z głowy, więc przejdźmy do rzeczy — westchnęła Nilsinger, stając nieopodal architektki. W rękach trzymała włączonego iPada. — Jak powiedziałam Thomasowi, umieszczenie tu tak wielu lamp nasłoneczniających jest kategorycznie niemożliwe. Za duże rachunki za prąd, za mało finezji. Wyglądałoby tu jak w cholernej fabryce marihuany. Równie dobrze można postawić tu dwa namioty z grządkami w środku i bawcie się ziemią, dzieci drogie. Dlatego znalazłam rozwiązanie pośrednie. — Przesunęła palcem ze schematu znajomego już Niamh na obraz koncepcyjny i wręczyła jej tablet, żeby przejść kawałek dalej. — Lustra rozpraszające. Podwieszane. Tutaj, tutaj i tutaj. Potem kilka na ziemi. Tu, tam i kawałek dalej.— Spokojnym ruchem ręki wskazywała miejsca w rzeczywistości, zaraz przystając przy podstawie przyszłej antresoli z założonymi rękami. Uśmiechnęła się cwanie i opuściła lekko awionetki. — Wykesponują to, co najlepsze. Marmur i zdobienia. Zielona Wyrwa będzie błyszczeć a ty kwiatków na mojej antresoli nie posadzisz, bo się sfajczą. Za blisko słońca, słoneczko.

Niamh R. Kilroy
Anonim's Gal
pierwsza osoba, absurdalne przecinki i jeśli za dużo się dzieje bez ładu i składu
35 y/o
For good luck!
167 cm
landscape architect in her own office
Awatar użytkownika
Don't look at me that way, I'm not the one who's gonna break
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przyjęła tablet z taką ostrożnością, jakby podawano jej brudny przedmiot. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w schemat, ale jej wzrok nie śledził linii luster. Analizował jedynie to, jak bardzo wizja Inari dusiła wszystko, co żywe.
Przez ostatnie dwie doby Kilroy prawie nie spała, próbując znaleźć rozwiązanie, które uratowałoby ten projekt przed staniem się kolejnym martwym pomnikiem ludzkiej pychy. Jej pierwotny plan na ogród na wysokościach został zaprzepaszczony w chwili, gdy Inari postawiła pierwsze betonowe bryły, odcinając przestrzeń od naturalnego cyklu światła i powietrza. Zmuszona do porzucenia wizji swobodnie oddychającej enklawy, musiała całkowicie zmienić schemat przedsięwzięcia i zastąpić naturę agresywną inżynierią. Rozważała panele bioniczne z membran ETFE, których wielowarstwowa struktura potrafiła inteligentnie zarządzać promieniowaniem UV, ale w tym betonowym grobowcu byłby to jedynie estetyczny półśrodek. Potrzebowała czegoś agresywnego, co pozwoliłoby roślinom przetrwać nie tylko w wyznaczonych sektorach, ale w każdej szczelinie, którą Inari tak lekkomyślnie zaprojektowała na całym piętrze budynku. Wybór padł na światłowody solarne. Plan opierał się na talerzach śledzących słońce, zamontowanych na dachu wieżowca. Wiązki kabli schodzące w dół miały pompować czyste, żywe światło prosto do serca tej szklanej biosfery, karmiąc rośliny tam, gdzie Inari zaplanowała jedynie wieczny cień. To rozwiązanie pozwalało jej wcisnąć zieleń dokładnie tam, gdzie architektka zostawiła tylko zimny beton – w pęknięcia, narożniki i uskoki konstrukcji.
Powoli odłożyła urządzenie na jedną z betonowych brył, nawet na nie nie patrząc.
- Lustra, Nilsinger? Naprawdę? - jej głos był cichy, ale ciął powietrze skuteczniej niż wiatr. - Twoim rozwiązaniem na brak słońca jest tania iluzja optyczna, która ma zamaskować błędy w projekcie? - zaśmiała się krótko. - Thomas nie płaci za refleksy na polerowanym kamieniu. On płaci za życie, które ma przetrwać w tym betonowym grobowcu - zrobiła krok w stronę Nilsinger, ignorując pył osiadający na jej kaszmirowym szaliku. Podeszła do samej krawędzi konstrukcji, gdzie surowy beton urywał się gwałtownie. - Twoje lustra nie nakarmią roślin, one je po prostu upieką - powiedziała chłodno, ale przecież wiedziała, że nie powinna spodziewać się po Inari niczego więcej. - Chcesz wyeksponować marmur, ale stworzysz najdroższą patelnię w Toronto. To, czego potrzebujemy, to światłowody solarne pięć kondygnacji wyżej, przesyłające słońce kablami bezpośrednio do martwych punktów. Dzięki nim moja zieleń wejdzie w każdą szczelinę między te twoje zimne bryły, aż w końcu przestaną straszyć pustką. Moje rośliny nie potrzebują twoich luster. One potrzebują, żebyś przestała zasłaniać im słońce swoim ego - odwróciła się tyłem do architektki, wychylając się lekko, by sprawdzić kąt padania naturalnego światła. - A co do słoneczka... - rzuciła przez ramię, nie odrywając wzroku od horyzontu. - Uważaj, bo słońce ma to do siebie, że oślepia tych, którzy patrzą zbyt wysoko, zapominając, jak kruchy fundament mają pod nogami - odparła, wspierając dłoń na metalowej barierce. Niespodziewanie konstrukcja wydała z siebie krótki, metaliczny jęk i w tym samym czasie Niamh poczuła, jak punkt oparcia mięknie pod jej dłonią, a grawitacja nagle szarpnęła jej ciałem w stronę osiemdziesięciopiętrowej przepaści.

Inari Nilsinger
mashedpotato
posty w pierwszej osobie
36 y/o
Welkom in Canada
168 cm
work it faster, make it better at nilsinger's.
Awatar użytkownika
When I think about you I touch my head with a gun, due to the constant headaches you give me, sweetheart.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitoster/wanna
typ narracjitrzecioosobowy narrator omniscjentny
czas narracjiprzeszły, czasem teraźniejszy
postać
autor

Ironia losu.
Prawić kazanie — tylko po to, aby stać się jego urzeczywistnieniem.
Inari zamknęła oczy. Skulona zastanawiała się, jak długo potrwa upadek. Jako studentka zawsze sądziła, że zajęcia z suicydologii trwają bardzo długo. Miała nadzieję, że efekt jest odwrotny. Gdy ludzie zaczynają targać się na swoje życie, rolą architekta jest stanąć — prześmiewczo — na wysokości zadania: zaprojektować demontowane haki siatki bezpieczeństwa, solidne barierki, upewnić się, że nieodpowiednie osoby nie otrzymają klucza na teren budowy.
W tym momencie nie miała żadnego wyboru, po prostu klęczała w niewygodnej pozycji na zimnej posadzce. Wiatr nie przestał wiać. Zaczęły jej cierpnąć nogi. Nie było miejsca, by mogła je rozprostować. Cierpliwości, pomyślała. Cierpliwości. Zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech.
Zaledwie pół minuty później ktoś chwycił ją za poły marynarki. Nilsinger otworzyła oczy. Niamh nie leciała już w dół. Trzymała ją w swoich ramionach. W głowie dudniło serce, jak młot udarowy. Skonfundowana nie wiedziała, co właśnie się stało. Patrzyła po twarzy architektki, szukając odpowiedzi. Jej szeroko otwarte oczy i krew, co odpłynęła z policzków, nie zdradzały wszystkiego.
Nagle wypuściła powietrze z sykiem, jakby zapomniała, że powinna oddychać. Wiatr smakował smogiem nad Toronto.
Święcie przekonana, że Kilroy spada długie minuty, Inari nie zakodowała, kiedy jej ciało postąpiło zgodnie z instynktem.
Jeszcze pół minuty temu, gdy zgrzyt metalu wywołał alarm całego systemu, Nilsinger prawie sama rzuciła się w przepaść. Chwyciła Niamh w ostatniej chwili za nadgarstek, pociągnęła do siebie i złapała, gdy wpadła na nią z impetem. Ciemne okulary zsunęły się w trakcie z jej nosa, upadły, a gdy niesione siłą odśrodkową dwa ciała poleciały na posadzkę, szkła połamały się pod ciężarem Kilroy. Był to paskudny dźwięk, przywodzący na myśl pękanie kręgu lub strzał z powięzi kręgosłupa. Krótki. Chrupki.
Inari straciła wątek na chwilę, ale organizm nawet się nie wyłączył.
C…cała jesteś? — wymamrotała, nie panując nad lekko drżącymi dłońmi. Skostniałe palce trzymały Niamh kurczowo, nie wychodząc z trybu przetrwania. — W… weź coś powiedz. — Zaschło jej w gardle. — Kilroy?

Niamh R. Kilroy
Anonim's Gal
pierwsza osoba, absurdalne przecinki i jeśli za dużo się dzieje bez ładu i składu
35 y/o
For good luck!
167 cm
landscape architect in her own office
Awatar użytkownika
Don't look at me that way, I'm not the one who's gonna break
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie krzyczała. W chwili, gdy metal puścił, a świat gwałtownie zatrzymał się w miejscu, jedynym dźwiękiem jaki można było usłyszeć był świst wiatru. Czas nie zwolnił w filmowy sposób. Nie było znaków z nieba, a Toronto nie przestało tętnić życiem. Świat po prostu toczył się dalej, zupełnie obojętny na fakt, że dla niej wszystko właśnie dobiegało końca. Niamh poczuła absurdalną samotność w tej pustce, widząc jak słońce odbija się od sąsiednich wieżowców dokładnie tak samo jak minutę wcześniej. Nie szarpała się, nie próbowała na oślep łapać się czegoś, co i tak nie istniało. Zamknęła oczy, po prostu akceptując swój los.
Jedyną rzeczą, która naprawdę ją zabolała, była myśl o córce. Obraz jej twarzy pojawił się pod powiekami tak wyraźnie, że Niamh niemal mogła poczuć jej obecność. Świadomość, że nie będzie jej obok, gdy dziewczyna wejdzie w dorosłość, ukończy studia i zacznie budować własne życie, była nie do zniesienia. To poczucie straty czasu, którego nie dało się już odzyskać, uderzyło w nią mocniej niż jakikolwiek upadek. Godziła się ze śmiercią, ale nie potrafiła pogodzić się z faktem, że zostawia ją samą dokładnie wtedy, gdy ta najbardziej potrzebowała matki. Ta bezsilność paliła bardziej niż wizja uderzenia o beton, co w zamyśle Kilroy był już nieuniknione.
Nagle poczuła szarpnięcie. Było brutalne i bolesne, jakby ktoś chciał wyrwać jej rękę ze stawu, a zaraz po nim nastąpiło twarde uderzenie o posadzkę. Odgłos pękających okularów był krótki i głuchy, przypominając dźwięk łamanej kości. Kiedy otworzyła oczy, świat był rozmazany i dziwnie bliski. Leżała w ramionach Nilsinger, przyciśnięta do jej drżącego ciała, a beton pod nimi wydawał się najbezpieczniejszym miejscem na ziemi. Czuła zapach smogu, kurzu i perfum architektki, której dłonie wciąż kurczowo zaciskały się na połach jej marynarki. Słyszała, jak jej własne serce próbuje przebić się przez klatkę piersiową, ale mimo bólu w ramieniu, docierało do niej, że wciąż znajdowała się na osiemdziesiątym piętrze One Bloor West. Żywa.
Przez chwilę trwała w tym wymuszonym uścisku, pozwalając by jej oddech wrócił do normy. Ostatecznie jednak szok zmienił się w czystą, lodowatą wściekłość. Gwałtownie odepchnęła Inari, niemal zrzucając jej dłonie ze swojej marynarki, i z trudem usiadła na betonie. Ból w barku pulsował rytmicznie, przypominając o tym, jak bliska była śmierci, ale to tylko potęgowało jej gniew.
- Ty kompletnie nieodpowiedzialna idiotko! - wycharczała, a jej głos ciął powietrze ostrzej niż wiatr na krawędzi. - Zobacz, co zrobiłaś. Spójrz na to! - wciąż drżącą ręką wskazała na wyrwę w konstrukcji, a potem oskarżycielsko na samą Inari. - Twoja niekompetencja o mało mnie nie zabiła! - krzyknęła, a każde słowo ociekało jadem. - Myślisz, że to, że mnie złapałaś, cokolwiek zmienia? To nie wymazuje faktu, jak bardzo zawiodłaś jako architekt. Jesteś zagrożeniem dla tej budowy i dla każdego, kto z tobą pracuje - wyrzuciła z siebie na jedynym wydechu, wciąż roztrzęsiona tym wszystkim, co miało miejsce przed momentem.
Nie była wdzięczna Nilsinger za uratowanie życie. Gdyby nie jej niekompetencja, Niamh nie wymagałaby ratunku, o który przecież i tak nie prosiła.

Inari Nilsinger
mashedpotato
posty w pierwszej osobie
36 y/o
Welkom in Canada
168 cm
work it faster, make it better at nilsinger's.
Awatar użytkownika
When I think about you I touch my head with a gun, due to the constant headaches you give me, sweetheart.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitoster/wanna
typ narracjitrzecioosobowy narrator omniscjentny
czas narracjiprzeszły, czasem teraźniejszy
postać
autor

Inari siedziała krzywo na betonie dokładnie tam, gdzie odrzuciła ją Niamh, podpierając się rękoma z tyłu. Jej palce powoli rozluźniały się na zimnej posadzce, jakby dopiero teraz docierało do niej, że nie musi już nikogo trzymać nad przepaścią.
Wiatr przeciął taras suchym podmuchem, unosząc drobiny pyłu. Dopiero wtedy wzięła głębszy oddech. Spojrzała najpierw na wyrwę w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą tkwiło wspomnienie po barierce. Nie ignorowała Niamh, choć tak mogło to wyglądać w pierwszej chwili.
Interesujące — mruknęła. Podniosła się z betonu i otrzepała spodnie, choć nie miało to większego sensu. Na budowie kurz był częścią krajobrazu. — Po pierwsze — zaczęła spokojnie — to nie jest element mojego projektu. — Wskazała palcem na metalową konstrukcję, która uszczupliła się o element osiemdziesiąt pięter niżej. — To barierka tymczasowa. Zabezpieczenie montowane przez ekipę budowlaną na czas prac. W finalnym projekcie w tym miejscu w ogóle nie będzie takiej konstrukcji. — Zrobiła dwa kroki bliżej, ale zatrzymała się w bezpiecznej odległości od krawędzi. Lepiej nie kusić diabła. — To sprzęt roboczy. Tak samo jak rusztowania albo siatki ochronne. Stawiają je i demontują robotnicy, nie architekci. Natomiast… masz rację. — Jej głos lekko złagodniał, poprzedzony ciężkim westchnięciem. — To nie powinno mieć miejsca. I skoro wydarzyło się na mojej budowie, to jest też mój problem. — Wsunęła dłonie do kieszeni, zaraz marszcząc brwi. Puste? Nerwowo sprawdziła jeszcze raz. Spojrzała jeszcze raz na wyrwę, jakby próbowała odtworzyć w głowie dokładny moment, w którym konstrukcja puściła i czy jej telefon nie skończył podobnie do reszty. — Ściągnę tu kierownika robót i inspektora BHP. Zabezpieczymy poziom, sprawdzimy wszystkie tymczasowe bariery na piętrach powyżej i poniżej. Jeśli ktoś spartaczył montaż, znajdę go szybciej niż ty zdążysz napisać pierwszego maila z pretensjami. — Dopiero wtedy spojrzała na Niamh uważniej. Przez sekundę coś złagodniało w jej twarzy. — A teraz… spróbuj po prostu chwilę posiedzieć. Spadanie z tej wysokości wygląda znaczniej gorzej niż to, co właśnie przeżyłaś. — Kącik jej ust drgnął niewidocznie. — Więc pozwól mi przez chwilę udawać, że dobrze wykonałam przynajmniej jedną rzecz…
Uratowała ją. To się teraz liczyło.
Zabawne — pomyślała. Perspektywa utraty takiej drzazgi pod paznokciem wygląda bardzo przygnębiająco. Pokręciła ustami, walcząc z rosnącym uśmiechem. To tylko reakcja stresowa, Nilsinger. Zachichotała cicho.
Killjoy, jeszcze się trochę pomęczymy.
Jej spojrzenie padło na zapomnianym kubku kawy i tablecie.
Ale może nie tutaj...

Niamh R. Kilroy
Anonim's Gal
pierwsza osoba, absurdalne przecinki i jeśli za dużo się dzieje bez ładu i składu
35 y/o
For good luck!
167 cm
landscape architect in her own office
Awatar użytkownika
Don't look at me that way, I'm not the one who's gonna break
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kilroy patrzyła na nią z dołu, wciąż siedząc na betonie, a jej spojrzenie było tak ciężkie, jakby próbowała fizycznie przygnieść Inari do posadzki. Wyjaśnienia o barierkach tymczasowych i ekipach montażowych docierały do niej, ale nie przynosiły żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie – dla Niamh brzmiały jak tania próba zrzucenia odpowiedzialności na ludzi w kaskach, których nazwisk architektka pewnie nawet nie pamiętała. Jeśli w ogóle zawracała sobie głowę poznaniem ich w pierwszej kolejności.
- Nie obchodzi mnie, kto dokręcał te śruby, Nilsinger. Na moich dokumentach widnieje twoje nazwisko i to ty jesteś twarzą tego chaosu - zauważyła, a jej głos choć cichszy, wciąż drżał od resztek adrenaliny.
Patrzyła w stronę Inari, widząc jedynie jej rozmytą sylwetkę na tle oślepiającego nieba. Słuchała o kierownikach robót, o procedurach BHP, o sprawdzaniu barier na innych piętrach – słowa architektki płynęły w jej stronę jednostajnym strumieniem, ale Niamh nie potrafiła złożyć ich w sensowną całość. Techniczny żargon, który zazwyczaj był jej naturalnym środowiskiem, teraz brzmiał jak obcy język, którego zupełnie nie rozumiała. Słowa Inari zaczęły zlewać się w niezrozumiały ciąg komunikatów, który przestał mieć dla niej jakiekolwiek znaczenie. Starała się oddychać miarowo, by zapanować nad klatką piersiową, która wciąż unosiła się zbyt szybko, zbyt gwałtownie. Choć jej twarz zastygła w masce lodowatej pogardy, pod powierzchnią marynarki toczyła walkę o zachowanie resztek godności. Czuła, jak jej ciało mimowolnie drży – to nie był chłód wiatru, ale czysta reakcja na to, co wydarzyło się chwilę wcześniej. Każdy mięsień miała napięty do granic możliwości. Bała się, że jeśli choć na sekundę odpuści tę kontrolę, całe to przerażenie po prostu z niej wypłynie, a ona zaleje się łzami, których nie byłaby w stanie opanować. Nie mogła przecież dać Nilsinger tak wielkiej satysfakcji.
Z trudem podniosła się do pionu i zmuszona była na sekundę oprzeć się o stabilniejszy fragment ściany. Ignorowała ból w barku, skupiając całą energię na tym, by nie pokazać po sobie drżenia. Otrzepała marynarkę gwałtownymi, wręcz agresywnymi ruchami, jakby chciała zedrzeć z siebie nie tylko kurz, ale i samo wspomnienie dotyku Inari. Kiedy jednak architektka wspomniała o udawaniu, że dobrze wykonała przynajmniej jedną rzecz, Niamh zatrzymała się w pół ruchu.
- Nie oczekuj oklasków za to, że posprzątałaś swój własny bałagan - ucięła, z trudem się prostując. Stała teraz sztywno, z jedną ręką nienaturalnie zwisającą przy boku. - Nie będę tu po prostu siedzieć. To, co spadło osiemdziesiąt pięter niżej, to nie tylko kawałek metalu, ale i resztki mojego zaufania do tego, jak wykonujesz swoją pracę - oznajmiła i nie dodała już nic więcej. Stała nieruchomo, wsparta o betonowy filar, podczas gdy wiatr szarpał jej marynarkę i rozwiewał jasne włosy. Patrzyła gdzieś przed siebie, ignorując obecność architektki tak skutecznie, jakby ta nagle przestała istnieć. Choć jej ciało wciąż pulsowało tępym bólem, a dłonie kurczowo zaciskały się na krawędzi muru, nie zamierzała wykonać kolejnego kroku. Czekała. Na kierownika robót, na barierki, na cokolwiek, co przywróciłoby jej poczucie kontroli nad tym przeklętym miejscem. W tej ciszy, przerywanej jedynie dalekim odgłosem miasta w dole, wyglądała jak posąg — dumna, nieustępliwa i całkowicie odcięta od świata, który przed chwilą niemal całkowicie ją pochłonął.

Inari Nilsinger
mashedpotato
posty w pierwszej osobie
ODPOWIEDZ

Wróć do „Path”