ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
179 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

This is the way the world ends
Not with a bang but a whimper


Jeśli istniała jedna rzecz, którą Joe Grainier wiedziała o końcach świata, było nią to, że końce świata nigdy nie wyglądały tak, jak je sobie człowiek pierwotnie wyobrażał. Można było, na przykład, spodziewać się prawdziwej apokalipsy, takiej, o której pisano w Biblii, i o której szaleńcy prorocy zwykli krzyczeć na ulicach Toronto, przechadzając się nimi na bosaka, w podartych ubraniach, i z pesymistycznymi sloganami wypisanymi markerem na kawałkach kartonu, która to przebiec miała z udziałem plag, pożarów, potopów i wszech-destrukcji, ale prawdziwe, personalne, życiowe hekatomby ostatecznie okazywały się wyglądać o wiele mniej spektakularnie.
Jak wtedy, gdy podczas lekcji matematyki, tuż po długiej przerwie, Pani Thompson wezwała Joe do szkolnego gabinetu i powiedziała, że był wypadek, i że tata już po nią jedzie.
Jak wówczas, gdy dźwięk dzwonka u drzwi zdawał się zwiastować to co zawsze: listonosza przynoszącego ulotki i jeden list z przychodni, sąsiada przychodzącego pożyczyć wiertarkę albo szklankę cukru, jakiegoś domokrążcę starającego się sprzedać Grainierom nową (i niepotrzebną) kosiarkę albo odkurzacz, ale gdy Joe otworzyła drzwi, za progiem stało dwóch policjantów w pełnym umundurowaniu, pytających gdzie znajdą jej ojca.
Jak za każdym razem, gdy zwykły, niezapowiadający niczego szczególnego dzień, niósł złe wieści i zmiany katastrofalnych rozmiarów, po których nic już nigdy nie mogło być takie samo.

W wieku dwudziestu-sześciu lat, Joan lubiła myśleć, że nie tylko przyzwyczaiła się do nieprzewidywalności życia, ale też udało jej się jakoś ją zracjonalizować i zaakceptować. It is what it is, lubiła mówić - czasem w myślach, a czasami na głos - ilekroć czuła się bezsilna i pozbawiona kontroli nad okolicznościami targającymi jej losem. Podczas gdy jej brat nadal zdawał się przeciwko temu w jakiś sposób stawiać, Joe wmówiła sobie, że nieprzewidywalność egzystencji nauczyła się traktować z dojrzałym ponad wiek stoicyzmem.
W przeciwieństwie do Cassandry, chociażby, której Joe nadal zarówno współczuła, jak i zazdrościła jej relacji ze światem. Tego, jak Cass zawsze zdawała się buntować przeciwko losowi, walczyć o swoje, zmieniać strategię ilekroć ta poprzednia zaczynała ją zawodzić. Nawet, jeśli znacznie częściej niż Joe wciągało ją to w najróżniejsze tarapaty, brunetka zdawała się przynajmniej mieć coś, czego Joe coraz częściej i bardziej zaczynało w życiu brakować.
Nadzieję?

Było późno, kiedy udało jej się wreszcie skończyć zmianę - w niezgodzie z regulaminem, który to przecież obiecywał regularne zmiany i rozsądny czas pracy, ale o którym i tak większość studentów medycyny zmuszonych by raz po raz udowadniać swoją wytrwałość i wytrzymałość zdawała się permanentnie zapominać. Była tak zmęczona, że nie fatygowała się nawet założeniem ubrań żartobliwie nazywanych tu cywilnymi - zdjęła tylko górną część błękitnego uniformu, zastępując ją spraną lekko koszulką z logo uwielbianego przez Johnny'ego przed laty zespołu, ale pozostała w bawełniano-wiskozowych spodniach i nieatrakcyjnych, gumowych chodakach. Cóż, przynajmniej były wygodne.
Gdy opuszczała oddział, neon nad dyżurką mrugał na do widzenia tak słabo, jakby miał się zaraz wypalić. Ziewając raczej niesubtelnie, Joe pomyślała, że rozumie go aż za dobrze.
A potem, typowym sobie zwyczajem, sennym ruchem dłoni sięgnęła po telefon.

JOEEEE ODBIERZ TO PILNE!!!!!!!!!
JA WIEM ŻE TAK ZAWSZE PISZE
BŁAGAM ODBIERZ
JOE?????
PROSZĘ ODBIERZ BŁAGAM ODBIERZ
PRZEPRASZAM ZA WSZYSTKO JEŚLI COŚ ZROBIŁA NIE TAK
ODBIERZ TEN TELEFON KURWA!!!!!!!!!


Pierwszy zwiastun apokalipsy wyrażony w migocących na ekranie telefonu literach. I tyle wystarczyło, by Joe natychmiast odnalazła w swoim ciele to dobrze znane, choć chwilowo zapomniane uczucie - zimny lęk jak małe, niespokojne zwierzę, budzące się z zimowego snu.
Następnego ranka, jej podróż do domu okazać się miała wyłącznie ciągiem rozmytych wspomnień. Przesiadka z jednego autobusu w drugi. Światła miasta rozmazane za brudną szybą. Asfalt błyszczący po niedawnym deszczu jak rybia skóra. Próby dodzwonienia się do Cass - jedna, druga, ósma; przekleństwa i prośby zapętlone to w myślach, to na wargach, szeptem, bo przecież była w miejscu publicznym.
Nieudane starania, by zracjonalizować własny strach. Może Cass pokłóciła się z kimś w pracy. Może znów wpadła w jakieś durne tarapaty, jak wtedy, kiedy miały czternaście lat i postanowiły zwędzić z podwórka rower, na którym - wydawało się - nikt przecież nie jeździł. Może zepsuł jej się samochód.
Może skręciła kostkę. Może była tylko pijana i smutna. Przecież każdy bywał czasem pijany i smutny - taki, chociażby, Johnny, który płakał wtedy, i prosił żeby nie zostawiała go samego.
Ale Cassie nigdy nie prosiła o pomoc w ten sposób - w litanii desperackich proszę proszę proszę, przesłanych SMSem.

Z przystanku do domu nie szła już, ale biegła, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że nadal ma na sobie szpitalne obuwie, a trampki ciągle ciążą jej w zarzuconej na ramię torbie. Jeśli sprawa naprawdę była poważna, Cassandra wiedziałaby przecież, gdzie ją znaleźć - tam, gdzie zawsze, w małym, dwupiętrowym domu w The Junction, w którym Grainierowie mieszkali od dawna, teraz w znacznie pomniejszonym, bo dwuosobowym składzie. Dlatego tak ważne było, żeby pod własnym adresem znaleźć się czym prędzej i -
i co?
I czekać, z telefonem wyczerpującym baterię w kolejnych próbach dodzwonienia się do przyjaciółki.
I ufać, że cokolwiek się wydarzyło, Cass zdoła dotrzeć do niej na czas.
I, najbardziej ironicznie, mieć nadzieję, że czegokolwiek Cassandra może teraz potrzebować, nie jest jeszcze za późno.

Cassandra Layton Carlos Salazar
26 y/o
For good luck!
161 cm
Krupierka oraz kasjerka kasynowa, dorabi Casino & Racetrack Woodbine/The Painted
Awatar użytkownika
I'm not clearing any rumours. I probably did do it, and if I didn't I might.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Dobrze znała drogę do jej domu. Dawno temu nauczyła się jej na pamięć. Nieważne gdzie by była i w jakim stanie, zawsze trafi. Słyszała wibracje telefonu, ale wyjątkowo nie chwyciła za niego — była zbyt skupiona na jeździe. Zazwyczaj odbierała, odpisywała jej na czerwonym na zielonym czasem też. Jechała z taką prędkością, że bała się puścić kierownicę, czując, że w każdej chwili może stracić panowanie nad autem. Zapierała się, nie zdejmując nogi z pedału. Silnik wydawał z siebie charakterystyczny warkot, po którym Joe mogła ją łatwo rozpoznać.
Spojrzała na fotel obok. Carlos zawisł pomiędzy dwoma światami. Nie mogła patrzeć na niego w takim stanie. Gdyby istniał sposób, by zabrać od niego choć część bólu, zrobiłaby to bez zastanowienia. Nie wiedziała, jakie to uczucie, ale była gotowa się przekonać — byle tylko na chwilę mu ulżyć. Szturchała go kolanem, gdy zamykał oczy, nie pozwalając mu odpłynąć. Bała się, że to naprawdę mogą być ich ostatnie chwile.
Pamiętasz, jak pół roku temu mieliśmy iść do kościoła, ale ja nie przyszłam i powiedziałam, że byłam chora? Nie byłam. Miałam kaca i nie chciałam, żebyś był na mnie zły… — zaczęła się przed nim spowiadać. Mówiła wszystko, co tylko przychodziło jej do głowy. Nosiła w sobie rzeczy, których nie miała szansy powiedzieć ojcu, zanim on odszedł, nie mogła drugi raz popełnić tego błędu. Cassandra miała talent do wymigiwania się od prawdy. Nie kłamała — raczej pomijała najistotniejsze fakty. Czasami unikała spotkań z nimi tylko po to, by przeczekać moment, w którym bardzo chciała im coś powiedzieć, ale nie miała odwagi. — …Tej nocy, gdy tato umarł, rozmawiałam z nim. Powiedziałam mu o czymś, o czym nie powinnam, o tym co robił mi trener. Wiedziałam, jak zareaguje, a i tak to zrobiłam. To moja wina, że on nie żyje. Tak bardzo cię przepraszam. Wiem, ile dla ciebie znaczył. Myślisz, że to on? Upomina się o ciebie?
Nie sądziła, że będzie pamiętał, co mówiła do niego. Wykorzystała tę chwilę jak moment oczyszczenia. Odgrażała się, że go tutaj zatrzyma, ale to były puste słowa rzucone w nerwach. Jej wiara odzywała się w chwilach krytycznych. Zaczęła rozmawiać z Bogiem, składała mu obietnice, które wiedziała, że dotrzyma — byle tylko dał jej jeszcze kilka sekund. 
Ostatni zakręt, przyspieszenie — i była na miejscu. Zatrzymała auto. Opony zapiszczały, a samochodem gwałtownie szarpnęło. Czekała. Wiedziała, że jej pomoże. Rzadko prosiła o pomoc — właściwie prawie wcale. Zawsze próbowała ze wszystkim radzić sobie sama, nie fatygować innych. Żeby o nią poprosić, musiała najpierw przyznać przed sobą, że sobie nie radzi. To było upokarzające, przyznanie się, że nie ma żadnego planu, a jej życie to czysta improwizacja.
Myślała, co by się stało, gdyby role się odwróciły. Zapewne nie zadzwoniłaby — może tylko po to, żeby się pożegnać. Wolałaby jak ojciec, wykrwawić się w samotności, nie dać nikomu zobaczyć się w takim stanie. Na świecie trzymał ją obowiązek zajęcia się mamą. Lęk, że nie poradzi sobie z kolejną stratą. Nie życzyła jej źle, ale dopóki ona żyła, Cassie też musiała. A z każdym dniem było to coraz trudniejsze. Wiedziała, że ich zrani, jeśli coś sobie zrobi. Miała jednak pewność, że poradzą sobie. To ona była od nich zależna, ona ich potrzebowała — nie na odwrót. Tak sobie to tłumaczyła, czekając na ten właściwy moment.
Nie chciała tutaj być. Nie chciała mieszać jej w ten świat. Wiedziała, kim jest Carlos — mówiła o nim często. Joe widziała ich wspólne zdjęcia, które Cassie zawiesiła na lodówce. Mówiła jej, że zajmuje się tym samym, czym zajmował się jej ojciec. Joe wiedziała, jak ważny był dla niej Carlos — Cassie podkreślała to niejednokrotnie. A jednak pojawiło się zwątpienie. Lęk, że jej odmówi. Była na to gotowa. Nie mogłaby być na nią o to zła, a zapewne by była.
Ciało rozluźniło się. Puściła kierownicę, otworzyła drzwi. Chciała wysiąść, zapomniała o pasach, szarpała się z nimi dłużej niż powinna. W pośpiechu, wyskoczyła z auta i pobiegła do niej. Rzuciła się jej na szyję, zamykając ją w ciasnym uścisku. Była brudna od krwi — ciężko było powiedzieć, czy to ona była ranna. Ściskała ją tak mocno jakby jej życie od tego zależało. Joe nie musiała nic robić, by Cassie poczuła się lepiej. Jej obecność była lekarstwem, od którego dawno temu się uzależniła.
Tak się cieszę, że cię widzę. Przepraszam… nie wiedziałam, do kogo innego mogę zadzwonić — wyszeptała. Złapała ją za dłonie. W słabym świetle latarni prawie nie zauważyła, że zostawia na nich krwawe ślady. Dostrzegając, co robi zaczęła przepraszać jeszcze bardziej. Zmieszała się, próbując je wytrzeć, ale tylko rozmazała krew jeszcze bardziej. — Carlos jest ranny. Został postrzelony, kula utknęła. Zdezynfekowałam ranę, opatrzyłam najlepiej jak mogłam, ale stracił dużo krwi. Tak mi się wydaje, że dużo… Nie wiem, ile to dużo!
Cofnęła się do auta, otworzyła drzwi od jego strony i od razu go złapała. Uśmiechnęła się do niego — już spokojniej, niemal pogodnie. Nie miała nadziei, dopóki nie dojechała do niej. W zwyczaju miała nastawiać się zawsze na najgorsze, by nie narażać się na rozczarowanie. Nie mogła jednak zrobić tego teraz, gdy chodziło o jego życie. Dlatego tak bardzo odetchnęła z ulgą — wątpiła czy jej się uda, a on wciąż oddychał. Miała szansę wszystko naprawić, już przyjęła na siebie winę. To była jej szansa, by tym razem zrobić coś dobrze. Nie popełnić starych błędów. Nie mogła uratować ojca, ale nie było jeszcze za późno, by uratować jego. Jeśli to on naprawdę upominał się o swojego przyjaciela, to musiał jeszcze trochę poczekać. Nie była gotowa mu go oddać. Mógł zabrać ją — wyświadczyłby jej tym przysługę.
Pomóż mi go przenieść — zwróciła się z prośbą do przyjaciółki. Spojrzała na niego z czułością i troską. Wolną rękę położyła na jego policzku. Chciała powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, ale słowa ugrzęzły w gardle. Obiecał jej to, że wszystko będzie dobrze. Nie miała już w sobie tyle siły co na parkingu, adrenalina opadła. Westchnęła głośno próbując go utrzymać. — Przechodzisz na dietę, jak to przeżyjesz. Wymieszam ci skyra z wiórkami kokosowymi i będziesz jadł te fit raffaello, kurwa.


Carlos Salazar joe grainier
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
26 y/o
For good luck!
179 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Choć większość szkolnych nauczycieli Joe, a potem i jej uniwersyteckich profesorów, a także, ze wszystkich ludzi na świecie, o ironio także jej ojciec zwykł dziewczynę przestrzegać, że kłamstwo ma krótkie nogi, i pozostawia plamy na honorze, Grainier wiedziała, że w rzeczywistości sprawy wyglądają o wiele bardziej niejednoznacznie niż lubiły to przedstawiać tego typu proste przestrogi i powiedzenia. Nie lubiła kłamać, to prawda, a poza tym zawsze uważała, że nie ma do tego specjalnego talentu - mimika i drżenie dłoni zwykle i tak szybko wydawały wszelką prawdę, którą Joe nieudolnie starała się ukryć. Mimo to rozumiała, dlaczego ludzie nierzadko posuwają się do łgarstwa i najróżniejszych machlojek. Czasem dla zysku, czasem dla własnej wygody, najczęściej zaś ze zwykłego strachu przed możliwymi konsekwencjami. Ilekroć więc, jeszcze w dzieciństwie, wydawało jej się, że dostrzega, kiedy Cassandra wykręca się od odpowiedzi lub celowo pomija jakieś szczegóły opowiadanej przez siebie historii, nigdy nie naciskała, nie próbowała wyciągać z niej wszystkich detali, nie łapała jej za słówka. Odpuszczała po prostu, ze wzruszeniem ramion i wyrozumiałym, subtelnym uśmiechem raz po raz dochodząc do wniosku, że przyjaciółka powie jej wszystko gdy będzie gotowa. Albo też nie. Ich dorastanie i tak było już przecież wystarczająco trudne; Joe nie widziała więc dobrego powodu, by tylko dokładać Cass trudności własną wścibskością i próbami poznania świata, do którego naprawdę nie należała, i od którego instynktownie trzymała się z daleka.
To nie tak, oczywiście, że się pomimo to nie domyślała przynajmniej części historii, której nigdy nie usłyszała od Cass otwarcie, lecz której strzępki docierały do niej w ostatnim czasie wyłącznie fragmentarycznie, jak wybrakowane kawałki dziwacznej układanki. Joe cechowała się jakąś poczciwą naiwnością, to prawda, ale jednocześnie nie była ani ślepa, ani też po prostu głupia. Poza tym zdjęcia Layton ze znacznie starszym od niej mężczyzną, który nie był jej ojcem, nie był jej trenerem, a jednak zajmował w jej życiu coś na kształt trzeciej najważniejszej roli w tej bizarnej trójcy święcej, nie umknęły przecież uwadze Joe, tak samo jak historie o Carlosie, którymi Cass dzieliła się z nią tu i ówdzie, choć jednocześnie nieczęsto. Przyjaciółka mimo wszystko starała się utrzymywać tę część swojego życia z daleka od Joe, jakby chciała ją... chronić?
Joe wolałaby potrafić powiedzieć, że przecież była dorosła i samodzielna, a więc i przed całym niebezpieczeństwem świata potrafiła, w razie potrzeby, obronić się sama, ale byłoby to po prostu wierutnym kłamstwem.

Teraz, w pierwszej chwili nieplanowanego spotkania z Cassandrą, wszelka dorosłość i samodzielność Joan zdawały się natomiast zawisnąć dramatycznie pod wielkim znakiem zapytania. Stała na podjeździe przed własnym domem z szeroko rozwartymi oczami i głosem grzęznącym w gardle, przed moment tak długi jak cała wieczność (choć w rzeczywistości nie mogło upłynąć więcej, niż ledwie parę sekund), nie rozumiejąc ani co się dzieje, ani też na co tak naprawdę patrzy.
Cass natomiast w niskim świetle latarni wyglądała jak ktoś, kto właśnie wydostał się z wypadku samochodowego albo z pola walki — parę zmatowiałych potem kosmyków ciemnych włosów przylgnęło jej do policzka, jej dłonie drżały, a głos wydostawał się z jej piersi tak pośpiesznie, jak seria pocisków w karabinu maszynowego. Carlos. Postrzelony. Kula utknęła. Dużo krwi.
Gdy między jednym słowem i kolejnym, brunetka złapała ją za dłonie, Joe najpierw odetchnęła z ulgą. Dopiero potem poczuła śliską wilgoć charakteryzującą tylko jeden z możliwych ludzkich płynów ustrojowych. To, co oblepiało ręce i przesiąkało ubranie Cass, to nie były łzy, ani nawet pot. Tylko krew, w nocnym świetle niemalże czarna.
— Cass… Cassie. Powoli... Damy radę... — udało jej się wymamrotać. Jej wzrok natychmiast zrykoszetował w stronę samochodu, ku otwartym drzwiom i pół-widocznej za nimi męskiej sylwetce - ciele bezwładnym do tego stopnia, że bardziej niż ludzkie, przypominało porzuconą przez niesforne dziecko, szmacianą lalkę. Joe zamrugała gwałtownie, jakby próbując znaleźć jakiś sens w wymalowanym przed nią obrazie, bardziej niż rzeczywistość przypominającym raczej kadr z tych brutalnych, stresujących filmów, które w ich salonie oglądał czasem Johnny.
I wtedy - dokładnie wtedy - jej mózg, wbrew woli czy decyzji właścicielki - zrobił coś bardzo prostego.
Przestał panikować.
Nie dlatego, że Joe się nie bała, bo bała się przecież b a r d z o, ze strachem ugrzęźniętym w tym miękkim miejscu pod mostkiem jak twardy, zimny kamień. Ponadto dopiero co wyszła z dyżuru; jej ciało było zmęczone, a głowa pełna obcych historii, medycznych detali i wykresów pulsujących na monitorach, pikających równomiernie męczącym, mechanicznym rytmem.
Ale oprócz wszystkich innych ról, które Grainier pełniła w życiu - siostry, przyjaciółki, studentki, córki - w samym epicentrum jej duszy znajdowała się ta podstawowa część jej tożsamości. Joe była lekarzem. Przyszłym, to prawda, i to wyłącznie jeśli nie zwariuje do końca, i zda jakimś cudem wszystkie egzaminy, ale - mimo wszystko - lekarzem.
I to ów lekarz teraz zdawał się przejmować kontrolę, zapanowawszy nad lękiem, nad stresem i nad jej dziewczęcym, nastoletnim niemal rozedrganiem.
— Pokaż mi go — zakomenderowała, słysząc nagle, jak jej głos się zmienia - obniża, spowalnia i stabilizuje. Mężczyzna, którego znała ponoć dobrze, ale tylko z kilku zdjęć i wielu opowieści, był półprzytomny, a otaczające go, gęste powietrze wypełniające wnętrze samochodu zdawało się ciężkie od metalicznego zapachu - tak pachniały tylko monety zbyt długo trzymane w dłoniach, i ludzka krew. Ale oddychał. Oddychał. Jego klatka piersiowa podnosiła się i opadała z wysiłkiem, ale mimo wszystko równomiernie, a pod dwoma palcami, które Joe przycisnęła do skraju jego szyi, nadal tętnił słaby, lecz dobrze wyczuwalny rytm. Wierzchem dłoni, Joe dotknęła jego czoła, teraz w kolorze tak jasnym i niezdrowym, jakby ktoś ładną, oliwkową barwę jego skóry wyprał w stu stopniach Celsjusza - Kiedy go znalazłaś? - Zapytała Cass, równocześnie przenosząc wzrok na prowizoryczny opatrunek sporządzony przez przyjaciółkę. Dobra robota, zważywszy na jej kompletny brak medycznego doświadczenia, ale wciąż kompletnie niewystarczająca, by zatamować krwawienie. Materiał improwizowanego kompresu był już niemal całkiem przesiąknięty posoką. Joe nie potrafiła jeszcze stwierdzić, ile tak naprawdę utracił jej mężczyzna, ale ewidentnym było, że to nie była drobna rana.
W reakcję na wzmiankę przyjaciółki o wiórkach kokosowych i dietetycznych rafaello, Joe przez chwilę miała ochotę się zaśmiać, rozbawiona absurdem dziewczęcego żartu tak nie na miejscu, jakby ktoś opowiadał dowcip na pogrzebie. Zamiast tego pokiwała tylko głową, obchodząc Carlosa i Cass z drugiej strony - Chwycę go z drugiej strony. Jesteś pewna, że nie ma żadnych urazów kręgosłupa? Żadnych złamań? - Upewniwszy się, że nie ryzykuje jeszcze bardziej, pomogła Cass utrzymać Carlosa we względnym, choć chwiejnym pionie, prowadząc go tym samym ku domowi. Boże, naprawdę był ciężki. Drzwi wejściowe znajdowały się ledwie kilka metrów dalej, ale ta odległość nagle wydawała się tak długa, jak cały szpitalny korytarz.
Joe przekręciła klucz w zamku, w duszy modląc się, by Johnny był teraz na jednej ze swoich enigmatycznych, dziennikarskich eskapad. Za zwyczaj tylko ją to martwiło, ale teraz, nie bez wstydu za te myśli, była bratu wdzięczna za jego nieobecność.
W domu było cicho, i aż zbyt zwyczajnie. Pachniało spalonym tostem, kurzem, palonym wczoraj kadzidełkiem. W przedpokoju wisiała jakaś kurtka, płaszcz. Na stojącej nieopodal komódce leżał nieotwarty list z urzędu, parę ulotek, pojedyncza rękawiczka. Gdy Joe wcisnęła przycisk łokciem, światło rozlało się po podłodze jak woda.
— Tutaj — zawyrokowała, z wysiłkiem wprowadzając Carlosa i Cass na skraj salonu, nie dalej. Chwyciła z kanapy koc, rozkładając go na podłodze — Tu będzie dobrze. Wystarczająco.
Jeśli udało im się opuścić Salazara na podłogę, Joan natychmiast przy nim uklękła. I wtedy wrócił strach - nagle, gwałtownie, jak policzek wymierzony jej ręką Boga. Bo to przecież nie była sala operacyjna. Nie miała tu wystarczającego sprzętu, nie miała zespołu, który mógłby jej asystować, albo - lepiej! - wydawać poleceń. Co więcej, przede wszystkim zwyczajnie nie miała prawa robić połowy rzeczy, które za chwilę prawdopodobnie będzie musiała zrobić.
Wzięła (niewystarczająco) głęboki wdech, podnosząc wzrok na Cassandrę, a potem przenosząc go na Carlosa, jakby licząc, że którekolwiek z nich da jej pozwolenie, albo przynajmniej jakiś rodzaj błogosławieństwa.
— Będę musiała zobaczyć ranę — wymusiła z siebie kolejne słowa — Cass? Przynieś mi z kuchni nożyczki. Nastaw wodę w czajniku, dużo. I potrzebuję ręczników, są w łazience na piętrze. W szafce. Przynieś wszystkie, które znajdziesz. I butelkę spirytusu, będzie w spiżarce, na trzeciej półce od lewej, głęboko.

Cassandra Layton Carlos Salazar
26 y/o
For good luck!
161 cm
Krupierka oraz kasjerka kasynowa, dorabi Casino & Racetrack Woodbine/The Painted
Awatar użytkownika
I'm not clearing any rumours. I probably did do it, and if I didn't I might.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Nauczyła się dotrzymywać tajemnic, zanim zrozumiała, że nie wszystkie z nich były jej do noszenia. Tylko nie mów nikomu. Nie mogła nikomu mówić o tym, czym zajmuje się ojciec. Zabroniono jej wspominać o tym, że czasami był ranny, że nie wracał do domu na noc. Gdy pytali o kogoś, zawsze udawała, że nie wie, o kim mowa. Na każde pytanie zadawane przez nauczycieli miała gotowe kłamstwo. W domu wszystko dobrze. Mama ma grypę. Po powrocie ojca Cassie musiała kłamać bardziej niż zawsze. Pracownicy socjalni zadawali jej pytania, a ona wiedziała, że jeśli odpowie zgodnie z prawdą, wróci do systemu. Każde pytanie miało ukryte intencje, drugie dno. Więc kłamała. A gdzieś pomiędzy pierwszym a setnym kłamstwem przestało ją to już ruszać. Serce nie biło szybciej, nie uciekała wzrokiem, nie napinała się, a z czasem nawet sumienie przestało uwierać. Tak trzeba, Cassie — tłumaczył ojciec. A potem kazał iść do spowiedzi.
Według jej logiki prawd było kilka. Ta całkowicie przekłamana — konieczne kłamstwo, kwestia być albo nie być. Takie, które trzeba było wypowiedzieć bez zawahania, nie pozwalając, by głos zadrżał choćby na sekundę. Ta prawda nie miała nic wspólnego z rzeczywistością, ale była potrzebna. Chroniła przed pytaniami, przed konsekwencjami, przed ludźmi, którzy zbyt chętnie zaglądali tam, gdzie nie powinni. Była też ta lekko upiększona. Kilka słów zamienionych miejscami, jeden szczegół pominięty, inny dodany. Nic wielkiego — wystarczająco, by cała wypowiedź brzmiała lepiej, spokojniej, bardziej przekonująco. Taka prawda była najbezpieczniejsza. Zawierała w sobie fragment rzeczywistości, dzięki czemu łatwiej było w nią uwierzyć. Istniała również prawda wygodna. Taka, którą ludzie chcieli usłyszeć. Cassie szybko nauczyła się rozpoznawać ten moment — krótką pauzę w rozmowie, spojrzenie, napięcie w głosie. Wtedy wystarczyło podać właściwą odpowiedź, dokładnie taką, jakiej oczekiwali. Ludzie rzadko szukali prawdy. Najczęściej chcieli tylko potwierdzenia. I była jeszcze ta ostatnia — prawda, której coraz częściej nie mówiła. Ta, która zostawała w środku, niewypowiedziana.
Joe była czułym punktem. Przy niej sumienie się odzywało, ją niewygodnie się okłamywało. Nie chciała jej martwić, zawracać sobą głowy, męczyć swoim faktycznym stanem. Niewerbalnie zgodziły się na taki układ. Ona kręciła, ona nie dopytywała. Cokolwiek, co pozwoli im zasnąć w nocy. Czasami jednak nie wytrzymywała i — jak przed chwilą z Carlosem — robiła spowiedź. Zawsze w pośpiechu, chaotycznie, zanim zdążyła się rozmyślić. Często pod wpływem substancji, których Joe raczej nie była wielką fanką.
Carlos, mrugnij dwa razy, jeśli masz połamany kręgosłup — powiedziała, dziwnie rozbawiona. Wcale nie było jej do śmiechu. To był mechanizm obronny. Wiedziała, że jak tylko dojdzie do siebie, pewnie nasłucha się, że jest sarkastyczna, opryskliwa. Ale musiał zrozumieć, że w ten sposób pomagała sobie regulować emocje, które rozsadzały ją od środka. — Chyba nawet nie sprawdziłam, czy ma kości całe, przepraszam. Zgarnęłam go chyba z dziesięć minut temu? Piętnaście? Dwadzieścia? Kurwa, nie wiem, musiałabym sprawdzić, kiedy zadzwonił. Nawet nie wiem, gdzie jebnęłam telefon. Przepraszam i dziękuję. Kurwa, kocham cię, Joe. Mówiłam ci to dzisiaj? Kocham cię, naprawdę.
Wolną ręką sięgnęła po torebkę. Piersiówka zabłyszczała w świetle latarni. Kolejny temat przez nią pomijany. To ile wypiła. Co wzięła. Gdzie była. Dlaczego nie odzywała się cały dzień. To ona na spróbowanie przyniosła wino. Ona zakręciła blanta. Ona ciągnęła Joe na pierwszą w życiu imprezę, na którą zaprosił ją starszy kolega ze szkoły. Większość — jeśli nie wszystkie — głupoty, błędy, jak zwał tak zwał, przechodziły przez nią. Wynikały z jej inicjatywy. Joe była mądra, odpowiedzialna, statyczna. Była osobą, którą ona nigdy nie będzie. Obie nie miały lekko w życiu. Obie spotkały tragedie, które nigdy nie powinny się wydarzyć — nie tak szybko, nie tak młodo. A jednak tylko jedna z nich wyszła z tego dobrze. To jej się powinęła noga, raz, tylko jeden raz — i to wystarczyło, by już nigdy się nie podnieść. Myślała o niej zawsze, martwiła się, czy u niej na pewno wszystko dobrze. Pytała ją notorycznie, niemal do zmęczenia, czy na pewno wszystko jest w porządku, czy nie chce o czymś porozmawiać. Zawsze chciała być dla niej takim wsparciem, jakim ona była dla niej.
Joe była jedyną osobą, która mogła jej pomóc. Nie tylko dlatego, że była jej najlepszą przyjaciółką, ale także dlatego, że była lekarzem. Posiadała wiedzę i doświadczenie, które było kluczowe, by pomóc Carlosowi. Gdy Cassie jeździła po lodzie, Joe siedziała nad książkami. Przychodziła do niej przed ważniejszymi egzaminami, żeby sprawdzić, czy w tym szale nauki pamiętała, by zadbać także o siebie. W tych jej mądrych książkach pisali o zbilansowanej diecie, odpowiedniej ilości snu i piciu dużej ilości wody. Nawet jeśli Joe o tym pamiętała, Cassie zawsze była gdzieś w pobliżu — gotowa zrobić cokolwiek, czego tylko mogła potrzebować.
Powtarzała na głos, co ma przynieść, nie ufając swojej pamięci. Nożyczki, woda, ręczniki. Wszystko chciała złapać naraz. Biegła po schodach, gdy przypomniała sobie, że woda musi się przecież zagotować. Nożyczki. Miała je odnaleźć, ale w której szufladzie leżały? Niby znała każdy zakamarek tego domu, ale gdy naprawdę teraz potrzebowała coś szybko znaleźć to odnosiła, że zrobili przemoblowanie i nie raczyli jej o tym poinformować. Lubiła jej dom, ale jednocześnie zbyt mocno przypominał ten, w którym sama się wychowywała. Zawsze w tym miejscu ogarniała ją refleksja nad stratą, która dotknęła je obie. Nie wiedziała, jak Joe to robi — jak potrafi żyć bez tej destrukcyjnej siły, która niszczyła wszystko, co napotkała na swojej drodze. Nie wiedziała też, czy bardziej chciała być taka jak ona, czy może…Cassie, skup się.
Chciała zrobić wszystko naraz i nie zrobiła nic. Pozostawiona na sekundę sama sobie, znów traciła kontakt z rzeczywistością. Złapała się blatu. Pochyliła głowę. Było jej niedobrze, kręciło jej się w głowie. Trwało to kilka sekund. Moment słabości. A była potrzebna. Musiała się otrząsnąć. Woda zaczęła się gotować, więc pobiegła dalej, tam, gdzie zmierzała w pierwszej kolejności. Złapała za swoją torebkę, którą wcześniej niedbale rzuciła koło schodów. Zamknęła się w łazience i całą jej zawartość wysypała na podłogę, dobrze jej się zdawało, że coś jeszcze zostało po ostatniej imprezie. To ten ostatni raz. Wyjątkowa sytuacja — skłamała przed samą sobą. Zabrała ręczniki i pobiegła na dół. Woda się zagotowała. Chwyciła za czajnik.
Nożyczki i spirytus! Zapomniałam! Przepraszam, już biegnę po to!
Gdzie były nożyczki? Hałasowała, otwierając wszystkie szuflady i wywracając ich zawartość do góry nogami. Sztućce klekotały, szafki trzaskały, a ona przeklinała jak pracownik na budowie. Spirytus był dokładnie tam, gdzie wskazała. Dołączyła do niej, mając już wszystko. Próbowała ustać w miejscu, nie wiedząc, co zrobić z rękami, co zrobić z sobą. Otarła nos, krzywiąc się na gorzki posmak, który pozostał z tyłu gardła. Przełknęła go. Odwróciła wzrok. Jej źrenice całkowicie przykryły brązowy kolor tęczówek.
Co mam robić? — zapytała. Nie płakała już. Oddychała miarowo. Była bardziej obecna, skupiona, gotowa do działania — jeszcze bardziej pobudzona. Stała trzymając jeden z ręczników, musiała coś trzymać w dłoniach. Czekała na rozkaz, który pozwoli jej zająć ręce i przestać myśleć. Chaos w głowie powoli układał się w jedną prostą myśl: nie było już miejsca na panikę. Teraz trzeba było działać.

Carlos Salazar joe grainier
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
45 y/o
For good luck!
185 cm
Przemytnik, właściciel The Painted Lady The Painted Lady
Awatar użytkownika
God save us everyone, will we burn inside the fires of a thousand suns?
For the sins of our hand, the sins of our tongue, the sins of our father, the sins of our young.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Not with a bang but with a whimper
We are afflicted in every way, but not constrained;
perplexed, but not driven to despair;
persecuted, but not abandoned;
struck down, but not destroyed.

Carlos dryfował. Unosił się gdzieś po chodnej powierzchni istnienia, walcząc z pragnieniem poddania się sile, która starała się pociągnąć go w dół. Otchłań była ciemna i lepka, ale dziwnie znajoma i komfortowa, zupełnie tak, jak łono matki dla nienarodzonego dziecka. Obiecywała bezpieczeństwo i odcięcie od bólu. Nie musiałby decydować o niczym, martwić się o ludzi, płacić za błędy. Nie był tchórzem, zawsze mierzył się z konsekwencjami swoich czynów, ale… czasami czuł się jak tykająca bomba. Był przepełniony gniewem, który rozrywał go od środka. Drętwiały mu ręce, to promieniowało gdzieś od serca, i wiedział, że z dnia na dzień wyniszczało go coraz bardziej; mieszało się z krwią, przechodziło korytarzami żył, zatruwało go całego, boleśnie odbierając kolejne narządy. Był zły, tak bardzo zły, głównie na siebie, bo nawet jeśli byłby na innych, to i tak nie miałoby znaczenia. W pewnym momencie gniew ustępuje zmęczeniu. Wtedy odczuwa wszystko dwa razy mocniej, ale już nie ma siły miotać przedmiotami, choćby we własnej głowie. Nadal jest niewzruszony i pewny, ale tylko na zewnątrz, bo w sobie ma małą wojnę – i nie ma nikogo, kto mógłby obronić go przed pociskiem, nawet Cassandra, jego Cassie, nie potrafi. Jeśli kula nie trafi w pierś, to trafi w plecy. Wie to, bo sam ją wystrzelił.
Zachowywał nikłą świadomość. Nie dla siebie, ale właśnie dla niej. I choć nie miał siły odpowiedzieć, że przecież wiedział o jej wszystkich małych grzeszkach, które myślała, że tak dobrze ukrywała, po prostu milczał. Wilgotne oczy miał wlepione w twarz Cassandry, obserwował jak porusza ustami, jak nerwowo zaciska szczękę. Patrzył na nią, ale chwilę później patrzył przez nią – na światła migoczące za szybą, strugi deszczu uderzające o szkło, gęstą ciemność nocy – zupełnie jakby nie potrafił skupić uwagi. I wtedy zaczęła mówić o tamtym dniu, o tym, że śmierć Martina była jej winą. Czuł, że kryła się za tym wielka krzywda i kolejne diabły w ludzkiej skórze, które powinien upolować, by ją chronić. Nie rozumiał – minie jeszcze wiele czasu zanim zrozumie – ale będzie pamiętał. Nawet w momencie, gdy jego umysł zachodził mgłą, pozostawał czujny; chodziło o rodzinę, coś znacznie większego i ważniejszego niż on sam.
A jeśli Martin Layton przyszedł po niego tej nocy, musiał odpuścić. Chodziło w końcu o jego córkę, prawda? Mieli jeszcze tak wiele do zrobienia.
Nie pamiętał reszty podróży, jego zmysły nie rejestrowały bodźców. Nie widział jak Cassie rzuca się na szyję Joe, szukając komfortu. Nie słyszał rozmów, ustał nawet miarowy dźwięk silnika. Tylko ta przejmująca cisza i słabe bicie serca nieśmiało zaburzające spokój. Wciąż pompowało krew, wielkie i uparte. Zadrżało mocniej dopiero gdy skóra poczuła dotyk – najpierw znajomy i kojący, a później obcy, choć wydawało się, że równie troskliwy. Chciał coś odpowiedzieć, ale tylko rozchylił usta, wypuszczając oddech. Zamrugał kilkukrotnie, by odgonić mgłę, ale wydawała się zbyt gęsta i ciężka. Pozwolił więc, by wytargano go z samochodu. Starał się ułatwić cały proces, jednak ciało zdecydowanie nie chciało go słuchać. Nie powinien się tak czuć, to przecież tylko postrzał – nie pierwszy i zapewne nie ostatni. Może to jakiś szok? Może był już zbyt stary na to, by przyjmować kolejne kulki? Czyżby jednak stracił więcej krwi, niż przypuszczał? Czuł się absolutnie bezużyteczny, a to sprawiało, że znów wracał do niego gniew. Dobrze, Carlos, bądź gniewny. To iskra, która mogła sprawić, że choć na chwilę powrócą do niego siły. Nie ona powinna się tobą opiekować, ty stary głupcze. Musiał się obudzić.
Obraz wyostrzył się, gdy posadziły go na ziemi. Właśnie wtedy zdał sobie sprawę, że Cassandra zabrała go do Joe, która przyglądała mu się zakłopotana, jakby chciała ocenić jak wielki problem mieli. Znał ją głównie z opowieści, ale wiedział, że była godna zaufania – Cassie w nią wierzyła, więc i on musiał to zrobić. Jego ręka powędrowała do miejsca, w którym miał założony prowizoryczny opatrunek. Drążące palce naparły na przesiąknięty krwią materiał, a on zacisnął zęby, tłumiąc jęk. Oprócz gniewu, jeszcze jedna rzecz mogła przywrócić trzeźwość i był to właśnie ból.
Kula… — wycharczał, pomiędzy kolejnymi ciężko łapanymi haustami powietrza — powinna zostać. — Posłał w stronę Joe już nieco bardziej przytomne spojrzenie, choć wciąż wydawało się, że balansował na cienkiej granicy przytomności. Pulsowanie w ramieniu nasiliło się, rozchodząc się palącym mrowieniem po prawej stronie ciała. Dobrze, musiał to czuć. — Jeśli nie stanowi zagrożenia. — Wiedział, że ma do czynienia z dziewczyną, która studiowała medycynę. On sam również miał pewne doświadczenie w takich operacjach; przecież łatano go niejednokrotnie, w znacznie gorszych warunkach niż te, które zaoferowała mu Joe. — Spokojnie, nie bierze diabeł złego… bo wie, że i tak jest już jego.
Przeniósł wzrok na Cassandrę, która znów pojawiła się w polu widzenia. Wydawała się mniej roztrzęsiona niż wcześniej, ale i tak musiał ją zapewnić – j e zapewnić – że wszystko będzie w porządku. Uśmiechnął się więc, słabo i chorobliwie, ale to musiało wystarczyć. Skinął głową, jakby chciał potwierdzić, że jest gotowy na wszystko, co miało się wydarzyć.


joe grainier Cassandra Layton
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
ODPOWIEDZ

Wróć do „#102”