ODPOWIEDZ
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kilka dni wystarczyło, żeby wszystko poukładało się w jej głowie trochę wyraźniej. Nie porzuciła sprawy Ventresci ani na moment, ale pozwoliła sobie na dystans, który okazał się bardziej pomocny niż kolejne godziny ślęczenia nad dokumentami. Wróciła do nich dopiero wtedy, gdy emocje opadły, a uporczywe myśli przestały krążyć w kółko wokół tych samych, jałowych wniosków. Dopiero wtedy zaczęła dostrzegać coś więcej - drobne powiązania, które wcześniej umykały jej gdzieś między raportami, zdjęciami i notatkami zapisanymi naprędce na marginesach kartek.
Teczka, którą przekazał jej Rhys, wciąż leżała rozłożona na stole w jej mieszkaniu, a jej zawartość zdążyła już poznać niemal na pamięć. Kolejne wieczory spędzała nad tymi samymi dokumentami, zestawiając je z tym, co udało jej się znaleźć wcześniej. Twarze zaczynały układać się w znajome schematy, nazwiska przestawały być przypadkowe, a miejsca, które jeszcze niedawno wydawały się od siebie zupełnie niezależne, zaczynały tworzyć mapę prowadzącą w jednym kierunku. Nie było to jeszcze nic pewnego, raczej intuicja niż twardy dowód.
Dlatego gdy w końcu natrafiła na coś, co naprawdę wyglądało jak trop, nie zastanawiała się długo. Wysłała Maddenowi krótką wiadomość, a niedługo później zaparkowała pod jego budynkiem.
Nie czekała jednak w swoim samochodzie. Stała oparta o maskę jego auta, z rękami skrzyżowanymi na piersi, kiedy zobaczyła go wychodzącego z klatki schodowej. Na jej twarzy pojawił się ten charakterystyczny uśmiech, lekko złośliwy, jakby już wiedziała coś, czego on jeszcze nie wiedział. Gdy tylko podszedł bliżej, wyprostowała się i wyciągnęła ręce, chwytając go za poły kurtki, zanim zdążył powiedzieć choć jedno słowo. Przyciągnęła go do siebie i pocałowała krótko, ale zdecydowanie, jakby to był najnaturalniejszy sposób przywitania się na świecie.
- Cześć - mruknęła z zadowoleniem, puszczając w zapomnienie wiadomości jakie przed kilkoma minutami ze sobą wymieniali i odsunęła się o kilka centymetrów, wciąż trzymając palce zaciśnięte na materiale jego wierzchniego okrycia. W jej oczach pojawił się błysk, który Rhys znał aż za dobrze; ten sam, który napędzał ją do działania.
- Znalazłam coś - dodała już trochę ciszej, ale z wyraźną satysfakcją w głosie. - Pamiętasz świadka z tamtej sprawy o zabójstwo? Tego, który najpierw wskazał Bianchiego, a potem nagle zmienił zdanie? - puściła jego kurtkę tylko na chwilę, żeby sięgnąć do kieszeni i wyciągnąć z niej złożoną kartkę z kilkoma notatkami. - Nazywa się Daniel Rinaldi - powiedziała, stukając palcem w zapisane nazwisko. - Oficjalnie dalej mieszka w Toronto, tylko że nikt go tam nie widział od miesięcy - podniosła wzrok na Maddena, a uśmiech powoli wrócił na jej usta. - Za to ktoś bardzo dyskretnie korzysta z małej chaty należącej do jego wujka w Algonquin Highlands. Jakieś trzy godziny drogi stąd - przechyliła głowę lekko na bok, obserwując jego reakcję, po czym machnęła ręką w stronę samochodu.
- Pomyślałam, że moglibyśmy sprawdzić, czy to naprawdę on się tam ukrywa - powiedziała, jakby proponowała coś zupełnie niewinnego. Zawiesiła na nim spojrzenie na chwilę dłużej, a jej uśmiech stał się jeszcze bardziej zaczepny. - Poza tym w takich ładnych okolicznościach przyrody jeszcze nie piliśmy kawy - uniósłszy brew, nachyliła się odrobinę bliżej.
Po tych słowach w końcu cofnęła się o krok, jakby sprawa była już dawno postanowiona. - No chodź, nie chcesz żebym jechała tam sama, prawda, partnerze? - rzuciła jeszcze przez ramię, otwierając drzwi od strony pasażera. Tym razem z należytym szacunkiem.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
Indulge in local cuisine
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

when the world turns
i turn to face you
Zostawiając teczkę w jej dłoniach, niejako kupił dla siebie odrobinę czasu.
Pod pozorem pracy nad rozpracowaniem sprawy Bianciego, Madden zajmował się swoim małym, prywatnym śledztwem. Nieświadomy niczego przywódca stojący na czele Ventresci zaczął traktować go jak swojego psa na posyłki, wysyłając na pozornie niezwiązane ze sobą wycieczki posiadające różne, enigmatyczne cele. Nie wiedział jeszcze jak, ale proces wyplątywania się z korzeni mafii, które oplatały go od ostatnich dwóch lat, jakoś łączył się z zupełnie innym Włochem. Salvatore Moretti, prawa ręka Carbone'a, obecnie gnił w areszcie, czekając na swoją rozprawę apelacyjną - rozprawę, która kupowała mu nieco czasu, ale nie miała zmienić efektu końcowego.
Moretti zabił o jedną osobę za dużo, zostawiając za sobą ślady, które prowadziły wyłącznie do niego. Jego cykl przemocy i brutalności, który terroryzował miasto od lat, miał wreszcie zostać przerwany, a mężczyzna miał skończyć w więzieniu.
Rhys nie wiedział jak, ale czuł pod skórą, że jego przysługi dla Carbone'a jakoś łączą się z Morettim. Zamiast nad tym, nad czym siedziała Margo, ślęczał więc nad śledztwem w sprawie drugiego z Włochów.
Podczas gdy Mercer drążyła w poszukiwaniu sprawiedliwości, Madden usilnie starał się uniknąć własnej.
Wygrzebać się z wykopanej dziury, w której dwa lata temu złożył własne ciało jak w grobie wierząc, że nie było innej opcji.
Niemal c i e s z y ł się odbierając od niej wiadomości. Dawała mu jakąś chwilę wytchnienia, której desperacko potrzebował, docierając do kolejnej ściany. Nie wiedział, jakie plany wobec niego miał Carbone - jedynie czuł, że kurewsko mu się nie spodobają.
Na krótką chwilę miały jednak stracić na znaczeniu.
Jego usta rozciągnęły się w szelmowskim uśmiechu gdy dostrzegł ją opartą o maskę j e g o samochodu. Pozwolił jej chwycić za poła swojej kurtki, dopadł do niej gdy pociągnęła go w swoją stronę, łącząc ich usta w żarliwym pocałunku. Nie miał pojęcia, dlaczego wciąż na niego tak d z i a ł a ł a. Chwila jej bliskości wystarczyła, by nie pragnął niczego innego, a nawet wspomnienie jej wiadomości i celu, dla którego się tu zjawiła, bledło.
Przekrzywił głowę, dostrzegając charakterystyczny błysk w jej oczach. Jego spojrzenie powiodło po jej twarzy w dół, w stronę dłoni wydobywających z kieszeni kartkę. Nazwisko, które wspomniała, nie mówiło mu zbyt wiele - ale nie znał się na wszystkich sprawach, w które wplątany był Bianci. W końcu sporą część swojego życia robił wszystko, byle tylko o nich n i e wiedzieć. Wystarczało, że czuł macki Ventresci oplatające komisariat i sięgające ku niemu, nie musiał ich jeszcze w i d z i e ć.
- Schowany, na uboczu, może coś wiedzieć a nie przyciągniemy zbyt dużej uwagi - przyznał, wymieniając wszystkie zalety tego planu, dzięki któremu nie wydawał mu się on aż t a k ryzykowny. - Rinaldi otrzyma niezaplanowaną wizytę.
Jej następne słowa sprawiły, że jego usta wykrzywiły się w wyrazie czystego rozbawienia. Odłożył ręce na maskę samochodu, po obu stronach jej talii nim pochylił się w jej stronę, na moment zamykając w potrzasku własnego ciała.
- Czy ty próbujesz mnie przekupić? - mruknął w jej zagłębienie szyi, muskając nosem wrażliwą skórę. Chwila była krótka, ulotna - po której Mercer wyślizgnęła się z jego ramion i stanęła obok, paląc się do drogi, a on wypuścił z ust lekko sfrustrowane westchnienie. - Niech ci będzie, Mercer - odparł, przedrzeźniając jej partnera zupełnie tak, jakby znów byli na komisariacie. - Ale myślałem, że jedziemy twoim autem.
Z zawadiackim uśmiechem, wbrew własnym słowom otworzył drzwi od strony kierowcy, nie zamierzając wsiadać do jej r z ę c h a.

margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Widok Rhysa zawsze działał na nią w sposób, którego nie potrafiła do końca racjonalnie wyjaśnić. Tym razem jednak było w tym coś więcej niż tylko zwykła radość z jego obecności. Kiedy zobaczyła go wychodzącego z budynku i idącego w jej stronę, coś w jej klatce piersiowej rozluźniło się niemal natychmiast, jakby dopiero teraz mogła wziąć naprawdę głęboki oddech. Kłótnia sprzed kilku dni ciążyła jej znacznie bardziej niż chciała to wtedy przyznać. Nigdy wcześniej nie widziała go tak naprawdę wściekłego - nie w ten sposób, nie z takim ciężarem w głosie, który jasno mówił, że tym razem nie chodziło o drobną sprzeczkę czy zawodową różnicę zdań. Był w tym prawdziwy gniew, prawdziwy strach i coś jeszcze, czego długo nie potrafiła nazwać.
A cisza, która przyszła po wszystkim, była jeszcze gorsza. Zwykle nawet po najostrzejszych spięciach wracali do siebie niemal natychmiast, jakby ich dynamika sama znajdowała drogę z powrotem do równowagi. Tym razem trwało to dłużej. I chociaż wmawiała sobie, że wszystko jest w porządku, że oboje potrzebowali po prostu chwili, żeby ochłonąć, brak tej zwyczajnej, niewymuszonej bliskości ciążył jej jak kamień.
Dlatego kiedy teraz stał przed nią, odpowiadał na jej pocałunek z tym samym znajomym ciepłem i pozwalał jej ciągnąć się za sobą w tę kolejną, nie do końca rozsądną przygodę, czuła niemal fizyczną ulgę. Uśmiech, który pojawił się na jej twarzy był szczery i lekki, zupełnie jakby coś w środku wreszcie wróciło na w ł a ś c i w e miejsce.
- Taki jest plan. Znajdziemy go, przyciśniemy i zobaczymy czy zacznie mówić. Jeśli faktycznie się tam ukrywa, to musi mieć jakiś powód - na moment jednak jej spojrzenie przesunęło się gdzieś w bok, gdy przez sekundę naprawdę rozważała własne słowa. - Chociaż mam trochę mieszane uczucia. Jeśli ja byłam w stanie go wyśledzić, to Ventresca pewnie też mogłaby - zaraz jednak machnęła ręką, jakby sama przed sobą odganiała tę myśl.
Wróciła spojrzeniem do Maddena i znów się uśmiechnęła, bo cała ta analiza była tylko chwilowym przystankiem, a nie czymś co mogło naprawdę popsuć jej ten nastrój. Gdy zamknął ją między swoimi ramionami przy masce samochodu, tylko uniosła brew na jego pytanie, wyraźnie rozbawiona. - Ja? Przekupić ciebie? - prychnęła cicho. - Madden, bądź poważny. W tej kwestii nigdy nie byłeś szczególnie trudnym przeciwnikiem - wyślizgnęła się z jego ramion z tą samą łatwością z jaką zawsze wymykała się z sytuacji, które zaczynały zmierzać w niebezpiecznie przyjemnym kierunku, a jego komentarz o aucie skwitowała jedynie teatralnym przewróceniem oczami zanim wsiadła do środka.
Kiedy ruszali, patrzyła na drogę przed nimi, a potem bez większego namysłu wsunęła dłoń pod jego ramię, lekko je obejmując. Jej palce zaczęły nieświadomie kreślić małe, powolne kręgi na materiale jego kurtki. - Wiesz... - odezwała się po chwili tonem, który zdradzał, że w jej głowie właśnie rodzi się kolejny pomysł. - Kiedy będziemy na miejscu, powinniśmy chyba trochę uważać - przechyliła głowę i spojrzała na niego z rozbawieniem. - Od ciebie z daleka śmierdzi tym, że jesteś gliną albo gangsterem z drugiego rzędu - uśmiechnęła się szerzej zanim zdążył zaprotestować. - Więc pomyślałam, że jeśli ktoś zacznie się nami interesować, mogę udawać twoją bardzo natrętną dziewczynę, którą zabrałeś na romantyczny wyjazd w góry. Wiesz… taką, która nie daje ci spokoju nawet na pięć minut - ścisnęła lekko jego ramię, z wyraźnym rozbawieniem w głosie, bo sytuacja przedstawiona przez nią była tak absurdalna i nieprawdopodobna, że nie miała prawa się wydarzyć. Chyba.
- Myślę, że byłabym w tej roli całkiem przekonująca.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
Indulge in local cuisine
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zastanawiał się nad tym, czy faktycznie potrafił ocenić skalę ryzyka w sytuacji takiej jak ta.
Nie posiadając wewnętrznych informacji na temat tego, co Ventresca dokładnie miała wspólnego z mężczyzną, do którego jechali, mógł nieświadomie wpakować się na minę. Z drugiej strony, operował na takim samym poziomie świadomości co ona, nie wiedząc rzeczy, których wiedzieć nie p o w i n i e n.
I bardzo mu to odpowiadało.
Było to odświeżające - praca z nią, pozbawiona poczucia winy. Nawet wiedząc, że grzebanie wokół Bianciego może przynieść trudne do przewidzenia konsekwencje, nie potrafił szukać dziury w całym. Wiedział, że choć odpychał od siebie winę względem Margo nieustannie, powoli rosła ona do poziomu, od którego człowiek zaczynał się dusić. Miło było choć raz jej nie czuć.
- Na pewno nie bez powodu zmienił swoje zeznania - przytaknął, ponieważ głupim byłoby założyć, że mafia nie miała pojęcia o jego obecnej kryjówce. - Większość ludzi nie stanowi większego zagrożenia gdy odpowiednio się ich nakłoni do wyjechania z miasta.
Wbrew temu, co mówił, z zadowoleniem zajął miejsce za kierownicą własnego samochodu. Jego czarny Dodge w pewnym momencie przestał mu się kojarzyć z tkwieniem w środku w korkach czy na jałowych obserwacjach, a zaczął kojarzyć się z nią. Z tymi przejażdżkami, które były przyjemne i nawet tymi, które kończyły się niszczeniem jego mienia przez kobietę.
Wyjazd z Toronto oferował jakieś złudzenie wolności.
Czuł się lżejszy gdy wyjeżdżali z miasta, jakby wszystkie jego troski i problemy zostały z tyłu, w labiryncie miejskiej dżungli. Nie pamiętał, kiedy ostatnio udawał się tak daleko. Nie pamiętał nawet, kiedy ostatnio miał jakieś wolne. Wir pracy był odpowiednim odwracaczem uwagi - przynajmniej póki nie pojawiła się o n a, która była w tym nieporównywalnie lepsza.
- Dlaczego znowu drugiego rzędu... - zaczął natychmiast, marszcząc brwi, jakby faktycznie godziło w jego dumę to, że gangsterem byłby marnym. Ostentacyjnie spojrzał w lusterko, jakby miało to mieć jakiś związek z jego ubraniem - czarnym podkoszulkiem wystającym spod skórzanej kurtki. Dostrzegł w odbiciu jej dłoń, wsuwającą pod własne ramię.
- Ty? - parsknął śmiechem, poddając jej koncepcję natychmiast w wątpliwość. - Silna, niezależna Margo, za którą nie można zdecydować nawet obiadu w restauracji, miałaby być czyjąś natrętną dziewczyną?
Oderwał wzrok od drogi przed nimi na moment, by posłać w jej stronę szelmowski uśmiech. Jej obecność z jakiegoś powodu n a d a l była rozpraszająca, a mieli przed sobą trzygodzinną drogę.
- Myślę, że natrętna dziewczyna nie chciałaby od razu udać się do jakiegoś domku pośrodku pola, nagabywać biednego mieszkańca - westchnął ostentacyjnie, wsadzając własne pomysły w jej rolę. - Mogłaby najpierw zażądać innego miejsca na prawdziwą randkę. Albo napicie się kawy - dodał rzeczowo, ignorując stację benzynową, która oferowała kofeinowy napój miernej klasy w tym momencie. - Inaczej byłoby to straszne zmarnowanie dnia wolnego.

margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Margo nie drążyła dalej tematu Rinaldiego. Nie dlatego, że nagle przestał ją interesować po prostu wygodniej było udawać, że ta droga prowadziła ich gdzieś indziej. Wystarczyło kilka kilometrów za granicą miasta, by Toronto zaczęło powoli znikać w lusterku wstecznym, a razem z nim ciężar wszystkiego, co zwykle wlokło się za nimi jak cień. Prawda była taka, że ona również nie pamiętała, kiedy ostatni raz wyjechała gdziekolwiek dalej niż na przedmieścia. Jej życie od lat kręciło się wokół komisariatu, raportów i spraw, które trzeba było doprowadzić do końca. Zawsze goniła za kolejnym celem, kolejną sprawą, kolejnym krokiem wyżej. W pewnym momencie nawet nie zauważyła, kiedy ta pogoń zaczęła pochłaniać wszystko inne.
Rhys pojawił się gdzieś po drodze, niemal niezauważalnie mieszając porządki, które przez lata budowała z taką konsekwencją. W dziwny sposób pasował do obu jej światów jednocześnie, tego zawodowego i tego, który istniał poza komisariatem. Czasami miała wrażenie, że właśnie dlatego tak łatwo było jej teraz siedzieć obok niego i udawać, choć przez chwilę, że ta droga nie prowadzi ich do kolejnego problemu, tylko gdzieś dalej, gdzie nie było żadnych akt ani nazwisk do sprawdzenia.
Uniosła brew, gdy zakwestionował jej zdolności aktorskie i spojrzała na niego z wyraźnym niedowierzaniem. - Serio myślisz, że nie potrafiłabym tego zagrać? - zapytała powoli, jak gdyby był to zarzut godzący w jej dumę. - Rhys - zaczęła tonem, który w jednej chwili zrobił się podejrzanie słodki. - Czy my naprawdę musimy jechać aż tak daleko? - oparła łokieć o oparcie fotela i przechyliła głowę, jakby nagle świat poza nim przestał istnieć. - Obiecałeś mi przecież weekend tylko dla nas. Myślałam, że zatrzymamy się gdzieś po drodze, zjemy coś dobrego, może kupisz mi coś ładnego… - westchnęła teatralnie, jakby naprawdę była zawiedziona. Wytrzymała w tej roli może dwie sekundy, zanim parsknęła śmiechem i wróciła do swojego zwykłego tonu.
- Widzisz? - rzuciła z satysfakcją, przyglądając mu się uważniej, a w jej uśmiechu pojawiła się nuta zaczepności. Jej dłoń, która wcześniej spoczywała na jego ramieniu, przesunęła się nieco niżej, zatrzymując się na jego udzie, zupełnie przypadkiem. - Myślę, że facet takiej natrętnej dziewczyny miałby zupełnie inny plan - powiedziała z lekkim, znaczącym uśmiechem. - Raczej sam szukałby jakiegoś pustego domu pośrodku niczego. Takiego, gdzie nikt nie słyszy krzyków - zawiesiła głos na sekundę. - I znalazłby bardzo kreatywny sposób, żeby ją na jakiś czas uciszyć.
W tej samej chwili minęli stację benzynową. Margo od razu wyprostowała się i machnęła ręką w stronę zjazdu, który właśnie zostawiali za sobą. Spojrzała na niego z uniesionymi brwiami. - Serio ją minąłeś? - westchnęła ciężko, jakby potwierdził najgorsze podejrzenia co do jego charakteru. - Jeszcze chwila i będę musiała zacząć robić sceny, takie naprawdę krępujące. Na przykład zacznę mówić ludziom w hotelu, że jesteś moim narzeczonym i że obiecałeś mi, że zostawisz dla mnie żonę - czy to byłoby w stylu natrętnej dziewczyny, której odgrywanie nagle stało się przesadnie kuszącym pomysłem?

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
Indulge in local cuisine
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wszystko przy niej wydawało się ł a t w e.
Nawet uwierzenie w to, że faktycznie są dwójką osób wyjeżdżających za miasto - po prostu. Bez drugiego dna, bez planów na wepchnięcie się prosto w konflikt, który w żaden sposób ich nie dotyczył. W miarę, gdy krajobraz wokół nich przekształcał się z dobrze znanej, miejskiej panoramy, coraz mniejszy fragment jego myśli poświęcany był Rinaldiemu. Cel nie miał żadnego znaczenia gdy liczyła się droga.
Szczególnie, jeśli spędzał ją z n a t r ę t n ą dziewczyną.
Nagły głos, który przybrała wchodząc do roli sprawił, że odchrząknął wymownie byle tylko nie zaśmiać się głośno. Nawet przekonujący ton nie był w stanie jej w tej kwestii uratować - nie potrafił wyobrazić sobie jej w ten sposób. Z ich dwójki to on powinien być mistrzem w kamuflażu, przekształcając swoją tożsamość wedle potrzeby, ale jego maską była w główniej mierze obojętność. Dystans, który budował. Słowa, których nie wypowiadał, insynuując słuchaczowi to, co ten chciał usłyszeć.
Nigdy nie wcielał się w żadną r o l ę. Nie w ten sposób.
- Co chciałabyś, żebym ci kupił? - odrzucił lekko, dając porwać się tej absurdalnej grze, niemającej niczego wspólnego z rzeczywistością. Odwrócił się w jej stronę z przebiegłym uśmieszkiem na ustach. - Może kaganiec?
Zesztywniał lekko, świadom jej dłoni p r z y p a d k i e m lądującej na jego udzie, przesuwając po materiale spodni. Ten krótki, niemal niewinny gest był wystarczający, by na moment zamknąć mu usta. Nie potrafił znieczulić się na jej dotyk, ignorować jej obecności, nawet teraz, gdy byli na środku drogi, a jego skupienie powinno pozostać na drodze. Mercer potrafiła wyprowadzić go z równowagi, w której zwykle tkwiły jego myśli, podążając jednym torem - torem, z którego natychmiast skręcały w jej stronę gdy znajdowała się blisko.
- Jesteś wspaniałą aktorką - rzucił dyplomatycznie, odrywając jedną rękę od kierownicy by chwycić jej dłoń na wypadek, gdyby wpadł jej do głowy uczynić nią jakieś kreatywne ruchy. Splótł ich palce ze sobą i uniósł ją lekko, odkładając w rewanżu na kobiece udo. - Myślę, że wszyscy na miejscu będą jedli nam prosto z ręki.
Jej zdanie o nim było niemal takie samo, jak jego o niej - widział w niej glinę. Nie chodziło o ubrania ani o fryzurę, ale o pewien sposób, w jaki układało się jej ciało gdy przełączała się w tryb pracy. Uwagę spojrzenia, prześwietlającego drugą osobę na wskroś.
Uwaga na temat stacji benzynowej sprawiła, że westchnął ostentacyjnie, patrząc na oddalający się w ich lusterku zajazd.
- Nie jest to do końca pusty dom pośrodku niczego, Margo - odparował, kręcąc głową w zamyśleniu. - Myślałem, że jesteś zbyt elegancką kobietą na stację benzynową przy autostradzie - westchnął, mocniej zaciskając jej dłoń we własnej - wyłącznie dlatego, że podejrzewał, że za sekundę postanowi go nią zdzielić. Kącik jego ust powędrował w górę w szelmowskim uśmiechu, którym ledwo maskował schowane pod spodem rozbawienie. - Ale jeśli bardzo potrzebujesz, żebym cię jakoś uciszył, to niedługo jest zajazd dla tirów. Bardzo romantyczne miejsce.

margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Droga zdawała się płynąć pod nimi jednostajnym rytmem, jakby ktoś celowo wyciągnął ją w czasie, pozwalając każdej sekundzie osiąść na nich. Margo siedziała oparta wygodnie o siedzenie z głową lekko przechyloną w stronę okna, obserwując przesuwający się krajobraz bez większego skupienia. To nie widoki ją zajmowały, tylko to znajome poczucie, że wszystko choć na moment znalazło się na właściwym miejscu.
Dlatego gdy padły jego słowa, nie powstrzymała uśmiechu. Pojawił się niemal natychmiast, lekko złośliwy, podszyty czymś ciepłym, czego nawet nie próbowała ukrywać. - Kaganiec? - powtórzyła powoli, odwracając głowę w jego stronę, a jej spojrzenie błysnęło wyraźnym rozbawieniem. Dłoń, która spoczywała na jego udzie, zacisnęła się odrobinę mocniej, już nie p r z y p a d k i e m, nie odruchowo, ale świadomie, jakby chciała zaznaczyć swoją obecność bardziej niż słowami. - To jest twoja konkretna fantazja? - zacisnęła lekko rękę na jego, gdy ją przechwycił i odsunął, odkładając z powrotem na jej udo. Przez moment pozwoliła jej tam pozostać spokojnie, jakby rzeczywiście odpuściła i przyjęła jego niewypowiedzianą granicę.
Ale to nie leżało w jej naturze.
Palce poruszyły się powoli, wyswobadzając z jego objęć i niemal leniwie położyła je z powrotem na jego nogę, by sunąć po materiale jego spodni w sposób na tyle subtelny, że mógłby go zignorować, gdyby nie wiedział co n a p r a w d ę robiła. Jej gest nie był ani pośpieszny ani nachalny, bo wiedziała, że nie musi robić nic więcej, żeby go rozproszyć.
Kiedy wspomniał o zajeździe, uniosła lekko brew, a jej uśmiech pogłębił się, nabierając tej znajomej, zaczepnej nuty. - To twoja kolejna fiksacja? - odwróciła się odrobinę bardziej w jego stronę, opierając ramię o fotel i przyglądając mu się uważniej, próbując wyczytać z jego twarzy jak daleko może jeszcze posunąć się w swojej prowokacji. - Ja akurat nie przepadam za widownią - dodała spokojniej, choć w jej głosie wciąż pobrzmiewało rozbawienie. - Ale jeśli bardzo ci zależy, mogę się poświęcić. W końcu kim jestem, żeby ograniczać twoją wyobraźnię? - na moment zawiesiła głos, jakby naprawdę rozważała jego propozycję, ale jej spojrzenie przesunęło się po jego profilu - od linii szczęki po skupienie, które próbował utrzymać na drodze, a ten widok w najcieplejszy ze sposobów otulał jej serce.
Jej palce znów drgnęły lekko, tym razem bardziej świadomie, podkreślając wypowiedziane słowa. - Co jeszcze jest na twojej liście? Parking pod supermarketem o drugiej nad ranem? - zaczęła wyliczać z lekkim uśmiechem. - Schody przeciwpożarowe gdzieś na tyłach motelu, czy może coś bardziej ryzykownego? - przechyliła głowę, zatrzymując spojrzenie na nim na odrobinę dłużej. - Dach komisariatu byłby w twoim stylu - dodała niemal niewinnie.
Oparła się z powrotem wygodnie, jakby to wszystko było tylko niewinną grą, choć sposób w jaki jej dłoń wciąż spoczywała na jego udzie, mówił coś zupełnie innego. - Więc? - rzuciła lekko, zerkając na niego kątem oka. - To już wszystko czy chcesz się jeszcze do czegoś przyznać? Obiecuję, że to co padnie w tym samochodzie, zostanie między nami - i wreszcie zerwała kontakt fizyczny, dla zasady, dla podkreśla własnych słów, ale wbrew sobie.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
Indulge in local cuisine
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ręka wymsknęła się z jego uścisku, znów powróciła w miejsce, w którym absolutnie nie powinna się znajdować - nie dlatego, że samo w sobie było niestosowne, ale przez swoje skłonności do w ę d r ó w k i. Odnosił wrażenie, że to wyłącznie z tego powodu Mercer uparła się, by to on znów prowadził pomimo wyzywania jego wspaniałego samochodu rzęchem - po to, by przesuwać granice, prowokować go i rozpraszać, mając całkowitą wolność robienia tego, na co tylko miała ochotę.
- Jesteś r o z w y d r z o n a - prychnął w odpowiedzi, gdy sama myśl o posiadaniu przez nich widowni naruszyła jakąś prymitywną granicę schowaną głęboko w jego podświadomości. Granicę, za którą chowała się głęboka potrzeba posiadania jej na wyłączność, bycia jedyną parą oczu w pomieszczeniu, chłonącą widok wyłącznie dla n i e g o.
Był człowiekiem wysoce s t o i c k i m. Trudno było wyprowadzić go z równowagi, niezależnie od sytuacji. Jego impulsywność była cechą, która objawiała się wściekłymi słowami bądź szybkim stawianiem barier, ale zwykle nie podążała za irracjonalnymi myślami.
Takimi, jakie nawiedzały go gdy jej głos niósł absurdalne słowa, w parze z dotykiem kobiecych dłoni na materiale jego spodni.
Ponieważ nagle myśl o zjechaniu na pobocze nie wydawała się tak abstrakcyjna. Znalezienie pierwszego, zaszytego w ciszy domku zamiast skupienia się na tym, co mieli zrobić, również. W jego samochodzie nagle miejsca stało się bardzo dużo, wystarczająco, by jej plecy mogły znaleźć oparcie na skórzanych siedzeniach, osłonięte przed atakującym z zewnątrz zimnem.
- Mało w tobie szaleństwa - westchnął, siląc się na beztroskę nawet, gdy ich przekomarzanie się odbiło się na jego napiętym ciele. - Wolę salę przesłuchań. Dźwiękoszczelna.
Jego szczęka napięła się bezwiednie w reakcji na obrazy podsuwane mu do głowy. Mrugnął, odpędzając je od siebie, starając się powrócić do miejsca, w którym mieli funkcjonować będąc w sytuacjach takich jak ta - do barier, które ona sama wznosiła, nie chcąc, by linie zaczęły się zacierać.
- Czy przypadkiem nie jesteśmy w pracy? - prychnął, docierając do granicy, w której zaczepki mieszały się z rzeczywistością. W której sprytne odpowiedzi przestawały przychodzić mu do głowy i coraz mniej było mu do śmiechu - a coraz bardziej pragnął, by się u c i s z y ł a. I to bez pomocy kagańca. - Bardzo nieprofesjonalnie się zachowujesz, detektyw Mercer.
Jej cofająca się dłoń zostawiła po sobie chłód, nawet mimo dzielącej ich warstwy materiału. Mrugnął, dopiero teraz chłonąc krajobraz, w który wjeżdżali - odległe wierzchołki drzew, wzniesienia lub górskie szczyty, symbolizujące jak nic innego, że wyjechali z Toronto.
- Moglibyśmy tak zrobić - rzucił nagle, tym razem bez sarkazmu, którym wcześniej ociekały jego słowa. - Olać Rinaldiego na jedną noc. Zatrzymać się gdzieś, gdzie nikt nie patrzy nam na ręce.

margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ona z kolei, jak się okazywało, była człowiekiem nader narwanym. Nigdy wcześniej nie nazwałaby tego w ten sposób, nie przypisałaby sobie tej cechy, a jednak Rhys Madden wydobywał z niej rzeczy, których istnienia nie była do końca świadoma. Do krótkiej listy rzeczy jakie sprawiały jej autentyczną przyjemność, mogła dopisać coś nowego i to na samym szczycie. Doprowadzanie go do granic - granic cierpliwości, kontroli, opanowania. Do tego punktu, w którym jego spokój zaczynał pękać, a ona mogła zobaczyć co kryło się pod nim naprawdę.
I robiła to z premedytacją. Z rosnącą swobodą, z coraz większą pewnością, że może sobie na to pozwolić; że nie musi się hamować, filtrować słów ani gestów, że nie musi udawać kogoś, kim nie była.
Śledziła jego twarz uważnie, niemal z fascynacją, wyłapując każdą najmniejszą zmianę. Napięcie w szczęce, krótkie spięcie mięśni, moment zawahania, kiedy rozsądek próbował nadgonić za impulsem, który sama w nim wywoływała. To było jak gra i była w niej coraz lepsza. - Do tej pory nie zauważyłam żebyś był aż tak głośny, by potrzebować dźwiękoszczelnych ścian - zaczęła spokojnie, z cieniem uśmiechu błąkającym się na ustach.
To co działo się w samochodzie i co bardzo skutecznie zauważył, było jedną z tych chwil, które zawsze wywoływały w niej lekki zgrzyt - cienką, niemal niewidoczną rysę między tym co powinni, a tym co faktycznie robili. Bo przecież mieli być w pracy, miał rację. To ona była tą, która pilnowała granic, która przypominała o dystansie, o zasadach, o tym co wypada, a co nie.
A jednocześnie siedziała teraz obok niego, w jego samochodzie, z dala od miasta, z dala od wszystkiego co ich definiowało i z zadziwiającą łatwością pozwalała sobie uwierzyć, że przez tę jedną chwilę nie ma to znaczenia i mogą być kimkolwiek chcą.
Uśmiechnęła się lekko, kiwając głową, jakby przyznawała mu rację. - Czy to nie ty mówiłeś, że kiepsko radzisz sobie z oddzielaniem jednego życia od drugiego? - rzuciła spokojnie. - Ja się po prostu do ciebie dostosowuję - wzruszyła lekko ramieniem, jakby to była najprostsza rzecz na świecie. Jakby naginanie zasad nie wymagało od niej żadnego wysiłku, żadnej wewnętrznej walki.
Jego kolejne słowa zatrzymały ją jednak na moment.
Nie spodziewała się ich, nie w tym tonie i nie w ten sposób.
Spojrzała na niego uważniej, a coś w jej wyrazie twarzy zmieniło się niemal niezauważalnie. Uśmiech nie zniknął całkowicie, ale złagodniał, stracił swoją zaczepność, ustępując miejsca czemuś bardziej prawdziwemu. - Chciałbyś tego? - zapytała ciszej, już bez tej wcześniejszej prowokacji ukrytej między słowami. - Zachowywać się jak normalna para, chociaż przez moment? - urwała, bo dopiero teraz naprawdę dopuściła do siebie sens tych słów. Znowu wyciągnęła do niego dłoń, ale teraz spokojnie oplotła nią jego ramię, w ciepłym i czułym geście. - Co jeśli spodoba nam się za bardzo? - na jej usta wypłynął delikatny uśmiech. Raz, że naprawdę tego chciała, bez zawahania, bez potrzeby szukania wymówek. A dwa - dopiero teraz uderzyło ją, że pierwszy raz powiedziała o nich w ten sposób, jakby faktycznie byli czymś więcej, jakby to, czego do tej pory nie nazywali, nagle zaczynało mieć swoje miejsce i znaczenie.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”