ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
161 cm
Krupierka oraz kasjerka kasynowa, dorabi Casino & Racetrack Woodbine/The Painted
Awatar użytkownika
I'm not clearing any rumours. I probably did do it, and if I didn't I might.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

You smell like wet cigarettes
You look like you've felt regret
I noticed long ago
That you've always had that sadness in your eyes like mine


Serce próbowało dogonić dudniący bas, wybijało rytm w klatce piersiowej, wyrywało się, jakby chciało opuścić kościstą klatkę. Czarne, zeszklone oczy ledwo rejestrowały, co się działo dookoła niej. Ulotne spojrzenia, łapczywe ręce, zawadiackie uśmiechy otoczyły ją na zatłoczonym parkiecie. Obcasy kleiły się do podłogi w miejscu, gdzie rozlała drinka, pewnie nie jedyna tej nocy. Popijała to, czego nie mogła przełknąć, a z każdym łykiem była coraz bardziej spragniona.
Film urwał się w okolicach czwartej nad ranem. Łóżko w jej domu miało bardziej funkcję dekoracyjną, biorąc pod uwagę fakt, jak rzadko w nim sypiała. Obudziła się, czując coś mokrego na twarzy. Otworzyła oczy, zdziwiona widokiem psa. Ona nie miała psa. Odwróciła głowę, obok niej leżała kobieta. Westchnęła długo i przeciągle, licząc, że stękaniem obudzi jej towarzyszkę. Dotknęła jej szyi — oddychała, ale najwyraźniej nie była jeszcze w stanie się przebudzić. Nie rozpoznała jej twarzy, kolejna obca osoba, której więcej nie pozna.
Myślała o tym, wyprowadzając nie swojego psa, jak wiele ludzi poznała, z którymi nie miała już kontaktu. Była w tylu różnych domach, tyle osób obiecywało jej lepsze życie. Każdy chciał się nią opiekować, zakładając z góry, że wymaga opieki. Wszyscy byli rodziną i zawsze mogli liczyć na swoje wsparcie. Ci, którzy rzeczywiście byli jej podporą, najszybciej odchodzili. Miała wielu znajomych, niewielu przyjaciół, kilku najlepszych. I choć uważała to za wystarczające, czasami uroniła krzty tęsknoty za kimś, kto odszedł. Powinna wiedzieć lepiej, że trzeba być ostrożnym z życzeniami, bo nigdy nie wiesz, jak się spełnią i kiedy.
Odprowadziła psa, przyniosła wodę nieznajomej, a także miskę, którą znalazła w jej łazience. Odłożyła klucze i zamknęła drzwi, wiedząc, że już tu nigdy więcej nie wróci. Drogę wstydu przebyła, przeklinając siebie z przeszłości. Cassie z przeszłości zadecydowała, że założenie szpilek w taką pogodę to nie jest taki zły sposób. Teraźniejsza Cassie ledwo balansowała, ostrożnie stawiając kroki na pokrytym lodem chodniku. Bez większego uszczerbku na zdrowiu dotarła do domu. Zastał ją bałagan, jaki wczoraj zrobiła, i pusta lodówka.
Kurwaaa! — krzyknęła głośno, tym samym dając sąsiadom znać, że wróciła i nie muszą zgłaszać zaginięcia. Debatowała, czy na pewno musi coś jeść, sprawdziła stan konta — lepiej, żeby nic nie zamawiała. Zmieniła tylko obuwie, nie zważając na to, jak wygląda, nie sądziła, że będzie musiała. Miała pojechać tylko do sklepu. Założyła okulary przeciwsłoneczne, jakby to miało uratować jej wizerunek. Jeden ładny uśmiech wystarczył, by jakiś mężczyzna zaniósł ciężką torbę do jej bagażnika. Zamykała drzwi do auta, zapewniając go, że na pewno się jeszcze spotkają, ale bardzo się spieszy do pracy. Odjechała szybko, obawiając się co w desperacji mógłby zrobić.
Dojeżdżała do skrzyżowania, na którym dzisiaj światła odmówiły posłuszeństwa. Złośliwość rzeczy martwych. Cholera, kto ma tu pierwszeństwo? — pytanie odbijało się echem w głowie, która wciąż szumiała dniem wczorajszym. Ruszyła, będąc przekonaną, że teraz ona. Ktoś najwyraźniej myślał tak samo, bo przecież to nie ona mogła być w błędzie. Głośny dźwięk rozbudził ją bardziej od porannego spaceru i zimnej wody, którą ochlapała twarz zaraz po przybyciu. Spojrzała na znaki — nie no, definitywnie miała pierwszeństwo, tak przynajmniej jej się wydawało. Nie była w stanie dostrzec, kto prowadził auto, nie wiedziała, jaką obronę miała przyjąć tym razem. Udawać ciężarną? Nie, nie w takim stanie. Wciąż miała na sobie ubrania, które założyła do klubu. Trudno, będzie trzeba wyjąć kartę zmarłego ojca albo chorej matki. Nerwowo zaciągnęła się dymem z e-papierosa, widząc, jak z auta wychodzi mężczyzna. Przeżegnała się, licząc na łaskę Bożą.
Jak jeździsz, kretynie?! — wydarła się pierwsza. Nawet się nie oszukiwała, że zachowa spokój w tej rozmowie. Najpierw krzyk, potem krokodyle łzy, potem dzwonimy do Carlosa, licząc, że nie będzie bardzo zły. Spojrzała na auto, szybko oceniając, ile będzie ją kosztowało wyprostowanie go. Gdyby u mechanika była subskrypcja, miałaby pakiet premium. — Miałam pierwszeństwo, kurwa!

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zwrócił w ogóle uwagę na niedziałające światła? Nie za bardzo. Zwłaszcza, że przeszukiwanie schowka pewnie nie pomagało za bardzo w skupianiu się na tym, co działo się na drodze. Przechylił się lekko w fotelu kierowcy, jedną rękę przynajmniej wciąż trzymając na kierownicy, drugą natomiast nerwowo przesuwając stertę śmieci zalegających w schowku. Kilka z nich wypadło pod fotel pasażera, czym akurat nie zamierzał w tym momencie zbytnio się przejmować. Zwłaszcza, że wszystko wskazywało na to, że wśród całego tego bałaganu rzeczywiście nie było papierosów – rzecz kompletnie nie do pomyślenia. I warta rzucenia pod nosem przynajmniej jednego przekleństwa – co zresztą Dante faktycznie by zrobił, gdyby nie fakt, że akurat w tym samym momencie przypomniał sobie, że może jednak wypadałoby od czasu do czasu faktycznie zerknąć na drogę przed sobą.
Przekleństwo, które wyrwało się z jego ust zdecydowanie nie dotyczyło w tej sytuacji braku fajek. Samochód wjeżdżający właśnie na skrzyżowanie był jednak trochę większym problemem w tym konkretnym momencie. Podobnie jak świadomość, że nawet wciskając hamulec w podłogę, i tak nie miał już szans na uniknięcie stłuczki.
No zajebiście… – nie wysiadł od razu. Przez chwilę lub dwie chodziło mu nawet po głowie, że może wcale nie takim najgorszym pomysłem byłoby mimo wszystko odjechanie z miejsca. Bez konieczności konfrontowania się z kierowcą drugiego samochodu, zbędnego wyjaśniania kto w tej sytuacji zawinił i być może angażowania w to wszystko policji. Wystarczyłoby przecież wrzucić bieg, lekko wycofać i… byłoby po sprawie. Na moment zresztą faktycznie jego ręka zawisła nad dźwignią zmiany biegów, stopa już wędrowała w kierunku sprzęgła…
A później po prostu przekręcił kluczyk i wysiadł z tego cholernego samochodu. Zanim ten miałby wrócić do właściciela, prawdopodobnie wypadałoby przynajmniej spojrzeć na to, jak bardzo źle z nim było. A jeśli miało to przy okazji oznaczać konfrontację z drugim kierowcą – trudno. Może po prostu powinien potraktować to jak rozgrzewkę przed spotkaniem z właścicielem prowadzonego przez niego samochodu. Choć może istniała jakaś szansa na to, że ten akurat nie zdążył jeszcze wytrzeźwieć od wczoraj, od momentu kiedy nie do końca świadomy swoich decyzji beztrosko zgadzał się na to, by Dante pożyczył sobie kluczyki i odwiózł się do domu po tym, jak impreza z jeszcze wcześniejszego dnia przeniosła się z klubu do czyjegoś mieszkania… W takiej sytuacji – pozostawałoby już tylko starcie z drugim uczestnikiem stłuczki. Lub bardziej precyzyjnie – uczestniczką, bo ta zdążyła już się odezwać, nie pozostawiając wątpliwości co do tego, że rzeczone starcie nie miało być raczej kurtuazyjną wymianą uprzejmości…
I z tej okazji uznałaś, że samochód, który już był na skrzyżowaniu po prostu z niego wyparuje…? – nie zamierzał być jej dłużny, odpowiadając – całkiem zasadnie – poirytowanym tonem i odwracając się w jej stronę. Co prawda nie miał żadnej pewności, czy faktycznie jego wersja miała odzwierciedlenie w rzeczywistości, ale… chyba nie oczekiwała od niego, że potulnie przyzna jej rację i tak po prostu weźmie winę na siebie?
Teraz już zdecydowanie potrzebował zapalić. Jak na złość jednak – nawet jeśli podczas zderzenia ze schowka wyleciało jeszcze więcej nikomu niepotrzebnych śmieci, wciąż nie było wśród nich choćby pojedynczego zbłąkanego papierosa. A przynajmniej nie było go widać po krótkim zerknięciu przez szybę.

Cassandra Layton
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
26 y/o
For good luck!
161 cm
Krupierka oraz kasjerka kasynowa, dorabi Casino & Racetrack Woodbine/The Painted
Awatar użytkownika
I'm not clearing any rumours. I probably did do it, and if I didn't I might.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Spojrzała na niego, oburzona, trochę rozbawiona. Lubiła się kłócić. Coś było takiego satysfakcjonującego w wykrzykiwaniu ludziom tego, co się myśli. I tak jak w tej sytuacji nie było to nic personalnego względem obcego, nie znaczyło, że zamierzała mu darować. Jeszcze nie teraz. Naprawdę nie chodziło o niego — zły czas i zła pora. Nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Miała pecha do takich przypadków.
Szkoda, że nie wyparowało! Patrz, jak jeździsz, a nie oczekuj, że każdy cię ominie! — wrzasnęła. Przyjrzała się mu uważnie, szczególnie twarzy. Przymrużyła oczy, próbując skojarzyć, czy go zna. Odwróciła wzrok, nie chcąc, by mężczyzna uznał, że zachowuje się dziwnie. Było w nim coś niepokojąco znajomego, ale umysł miała zamroczony, niezdolny przypomnieć sobie skąd.
Głowa zaczęła ją boleć, co sprawiało, że coraz mniej miała ochotę tu być. Mogła wsiąść do auta i odjechać. No i wysiadłaby kawałek dalej, a jej auto było łatwo zapamiętać. Zmęczenie zaczęło ją dopadać, powstrzymywała się przed ziewnięciem. Czuła ból w łydkach, mięśnie pulsowały, jakby wcale nie przestała tańczyć. Im dłużej na niego patrzyła, tym bardziej zdawało jej się, że skądś go zna. Tylko czy on wtedy też by jej nie rozpoznał? Odwróciła się w stronę auta, by więcej głupio się mu nie przyglądać. Kojarzyła go, a każda kolejna sekunda niewiedzy skąd coraz bardziej ją irytowała.
Szkody oceniła na umiarkowane. Nie było takiej tragedii, zdecydowanie zdarzało jej się gorzej przywalić. Normalnie tak nerwowo nie reagowała, ale dzisiaj wyjątkowo ją to ruszyło. Zdawała sobie sprawę, że dramatyzuje przed obcym, ale jednocześnie miała gdzieś, co sobie o niej pomyśli. Spojrzała na jego auto — za cholerę nie mogła stwierdzić, ile ją to będzie kosztować, gdyby przyszło jej za to zapłacić. Nie chciała oceniać po wyglądzie, ale czy on mógł wiedzieć? A co, jeśli się znał na tym? Największy koszmar, walnąć w mechanika. Ciężko będzie dyskutować z ekspertem.
Patrzyła na wgniecenie, a łzy napłynęły jej do oczu. Zrobiło jej się przykro, że będzie musiała kolejny raz zadzwonić do niego i powiedzieć mu, że miała stłuczkę — już drugą w tym miesiącu. Odgarnęła włosy z twarzy, oddychając głęboko. Rozpięła futro, chcąc się ochłodzić, licząc, że to ją uspokoi. Musiała zapalić. Sprawdziła kieszenie, otworzyła torebkę, desperacko wyjmując z niej wszystko. Na samym dnie znalazła paczkę czerwonych marlboro. Zazwyczaj w środku trzymała zapalniczkę, ale w tej chwili, gdy najbardziej jej potrzebowała, nie było jej. Nie było sensu dalej szukać, rzuciłaby jej się w oczy wcześniej. Westchnęła przeciągle, odchylając głowę do tyłu. Trzeba improwizować.
Masz ognia? — zapytała. Wystawiła kartonowe pudełeczko w jego stronę, wyglądał na takiego, co palił. Miała nadzieję, że przyjmie gałązkę oliwną. Mogła sobie jeszcze pokrzyczeć, ale chyba oboje woleli chwilę ciszy. Nieprzyjemny nałóg — miała rzucić, ale jak rzucić, gdy ciągle wszystko tak jej się komplikowało? Naprawdę niechcący w niego przywaliła, głupio jej strasznie było, ale łatwiej było podnieść głos niż przeprosić i przyznać się do winy. Nieoficjalnie. Jeszcze nie wiadomo, kto rzeczywiście tutaj zawinił. Jakie to miało znaczenie, skoro oboje ponieśli szkody?
Ok, poniosło mnie, ale czy możemy się sami dogadać? Chyba obydwoje się zgodzimy, że nie ma potrzeby angażować osób trzecich, no nie? — zapytała z nadzieją, że jeszcze nie za późno zmienić ton rozmowy. Uśmiechnęła się blado, a poczucie winy coraz bardziej ją uwierało.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nawet jeśli miała sporo racji wykrzykując mu, że powinien patrzeć jak jeździ, nie oznaczało to jeszcze, że miałby jej tę rację przyznawać. Choć fakt – gdyby nie zajmował się bezowocnym przeszukiwaniem schowka, najpewniej zdążyłby w porę przepuścić samochód z pierwszeństwem. Skoro jednak wyjaśnianie sprawy zaczynali od krzyków… to chyba jasne, że nie zamierzał brać winy na siebie.
Właściwie… w większości innych sytuacji też by raczej nie zamierzał.
I kto to mówi…? Może najpierw sama zacznij się do tego stosować, co? – prychnął, niewiele robiąc sobie z jej wrzasków. Zdecydowanie miał za duże doświadczenie w sprzeczaniu się z innymi, żeby dać się zbić z tropu tak łatwo. – To, że masz pierwszeństwo nie znaczy jeszcze, że możesz ładować się na skrzyżowanie i kompletnie nie patrzeć na to, co dzieje się dookoła!
Ograniczone zaufanie, czy coś. Wprawdzie niespecjalnie oddalało to winę za stłuczkę od niego, ale… chyba nie miało to aktualnie zbyt wielkiego znaczenia. Podobnie jak to, czy miałby ją skądś kojarzyć. Wyglądała znajomo…? Być może. Ale w tej konkretnej chwili nie miał większej ochoty, by zawracać sobie tym głowę. Tym bardziej, że regularnie zdarzało mu się poznawać zbyt wiele osób, najczęściej w stanie dalekim od trzeźwości, a późniejsze spamiętanie ich wszystkich byłoby zadaniem co najmniej średnio wykonalnym. Przejmowanie się więc za każdym razem, że ktoś wyglądał znajomo i dociekanie okoliczności poznania kompletnie mijało się więc z jakimkolwiek sensem. Zwłaszcza w sytuacjach takich jak ta, kiedy lepiej było przyjrzeć się uważniej uszkodzonemu samochodowi i zastanowić się, jak mógłby spróbować wmówić jego właścicielowi, że to od zawsze tak wyglądało.
Choć przynajmniej – na szczęście dla niej, dla siebie pewnie już niekoniecznie – ocena potencjalnych kosztów leżała daleko poza jego kompetencjami. Na pewno nie wyglądało tanio. Może nie całkowicie dramatycznie, ale też nie było to coś, przy czym można było po prostu wzruszyć ramionami i uznać, że właściwie nawet nic nie widać.
Na moment uwagę od uszkodzonego auta odciągnął jakiś zniecierpliwiony kierowca, który wyminął ich trąbiąc wściekle i dając upust swojej frustracji. Niewiele myśląc, Dante pozdrowił go adekwatnie do sytuacji – wyciągniętym środkowym palcem i serdecznym pierdol się wykrzyczanym w kierunku odjeżdżającego samochodu. A kiedy już miał odwrócić się ponownie w stronę tego pojazdu, który powinien interesować go nieco bardziej i zdecydować, czy warto było dzwonić do jego właściciela – miał w ogóle numer…? – już teraz, do jego uszu padło pytanie, które w pierwszej chwili jakoś tak zupełnie nie pasowało do całej tej sytuacji.
Co…? – odwrócił się znów w jej stronę, przez dobrych parę sekund po prostu przyglądając się wyciągniętej ku niemu paczce papierosów. Dopiero po chwili udało mu się przyswoić sytuację i sięgnąć po jednego z nich. Drugą ręką wydobył z kieszeni zapalniczkę i podał jej.
Pewnie możemy… – mruknął, odpalając papierosa, kiedy już zapalniczka ponownie do niego wróciła i raz jeszcze krótko zerkając w stronę uszkodzonego samochodu – najpierw jednego, później drugiego. W obu przypadkach obeszło się bez większej tragedii, ale wciąż nie wyglądało to wcale aż tak bezproblemowo.
Zależy, co masz na myśli przez dogadać się. To nawet nie mój samochód więc… – wzruszył ramionami, wypuszczając z płuc dym. – trochę chujowo.
I to było chyba całkiem niezłe podsumowanie. Choć zdecydowanie mógł się z nią zgodzić co do tego, że znacznie bardziej chujowo byłoby po zaangażowaniu w sprawę policji. Przynajmniej z jego perspektywy. Ona pewnie wciąż mogłaby całkiem skutecznie wybronić się tym cholernym pierwszeństwem. Może niekoniecznie będąc akurat na kacu, ale… to widocznie póki co kompletnie umknęło uwadze Dantego.

Cassandra Layton
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
26 y/o
For good luck!
161 cm
Krupierka oraz kasjerka kasynowa, dorabi Casino & Racetrack Woodbine/The Painted
Awatar użytkownika
I'm not clearing any rumours. I probably did do it, and if I didn't I might.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Miałam pierwszeństwo! Ktoś postawił tutaj te znaki, by reszta ich przestrzegała do cholery! — wydarła się tak, że słyszeli ją pewnie dwie ulice dalej. Jej głos już chyba byli w stanie rozpoznać. No nie rozumiał. Jego w ogóle nie powinno być na tym skrzyżowaniu. Zataczali koła w tej dyskusji. Ją coraz bardziej bolała głowa. Była potwornie zmęczona, a tu z rana jeszcze same tragedie. Wyjęła telefon, by zrobić zdjęcie wgniecenia. Mogła założyć osobny album. Co miała mu powiedzieć, by jej uwierzył, że tym razem to nie była jej wina? Nie wiadomo, czyja była wina, ale zamierzała twardo stać przy swoim, że nie jej.
Gdy trzeci kierowca postanowił dołączyć do kłótni, zrobiła dokładnie to samo co nieznajomy. Wystawiła mu dwa środkowe palce. Nie darowała sobie kilku kurew rzuconych we wrzasku niczym przecinki. Uśmiechnęła się do ciemnowłosego, orientując się, że zareagowali w ten sam sposób. Może była jakaś nadzieja na dogadanie się. Najwidoczniej obydwoje byli narwani, choć to ona zaczęła. Dobrze, że trafiła na niego, a nie na kogoś, kto by się popłakał, zanim ona zdążyłaby zrobić awanturę. Denerwowali ją dzisiaj ci ludzie. To jeden z tych dni, kiedy nic nie idzie zgodnie z planem. Nie żeby takowy posiadała — od kilku lat jej życie było czystą improwizacją.
Już zaczynała się wyciszać, gdy ktoś jeszcze musiał dołożyć kolejną cegiełkę. Od zawsze taka była — najpierw krzyczała, później ewentualnie przepraszała. Ewentualnie koniecznie przez duże E. To była zawsze loteria. Wzięła od niego zapalniczkę, pośpiesznie odpalając papierosa. Pierwsze zaciągnięcie się, choć paliło w gardło, było najprzyjemniejsze. Momentalnie przyniosło pożądany efekt, a ona była skłonna spokojniej przeanalizować sytuację. Na jej oko to nie było nic poważnego, nic, za co nie byłaby w stanie zapłacić. Najwyżej weźmie kilka dodatkowych zmian w kasynie i pożegna się na jakiś czas z wolnym.
Mężczyzna coraz bardziej przypominał kogoś, kogo znała. Jego mimika, gestykulacja, ton głosu. Już kiedyś krzyczała na kogoś podobnego. Próbowała przypomnieć sobie imię, miejsce, cokolwiek, co pomogłoby jej ustalić jego tożsamość. On wciąż patrzył na nią jak na obcego, wpędzając ją tym tylko w większe wątpliwości. Jeśli się znali, to głupio, że tak się uniosła. Z drugiej strony żaden jej znajomy nie spodziewałby się po niej niczego innego. Już miała go zapytać o to wprost, ale wtedy on postanowił się odezwać. Zaciągnęła się papierosem, uśmiechając bardziej do siebie niż do niego.
Dogadać się można było na wiele sposobów, ale to chyba nie był dobry moment na jej głupie żarty. Syknęła, słysząc, że to nie jego auto. Zdarzyło jej się zrobić coś podobnego. Wpędzało ją to tylko w jeszcze większe poczucie winy.
Dogadamy się jakoś, tylko bez wzywania policji. Możemy zjechać na parking, bo zaraz znowu jakiś debil będzie na nas trąbić. Coś się wymyśli. Tylko nie uciekaj, ok? Ja nie zamierzam uciec.
Mógł jej nie ufać i słusznie, ale ona też mu nie ufała. Wyrzuciła resztki papierosa do kosza na śmieci. Wsiadła za kierownicę i zjechała na parking, tak jak powiedziała, że to zrobi. Torebkę zostawiła w aucie, wzięła tylko vape’a i red bulla. Poczekała na niego, usiadła na ławce obok, patrząc ze zniesmaczeniem na wyrządzone szkody. W tym całym szale nawet nie miała okazji pomyśleć, że całe szczęście nic jej się nie stało. O ile cokolwiek mogłoby się stać, biorąc pod uwagę prędkość, z jaką jechali. Może właśnie od tego powinna zacząć rozmowę? Nic jej nie było, ucierpiało tylko auto.
Zaciągnęła się truskawkowym aromatem, otworzyła napój i na raz wypiła pół puszki. Czekała, aż dołączy do niej. Liczyła, że użyczy jej jeszcze zapalniczki — była skłonna go ponownie poczęstować. Wszystko, byle tylko nie wzywał policji.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Oczywiście, że miał gotową odpowiedź na jej pierwszeństwo niemal natychmiast po tym, jak już wybrzmiało ostatnie wykrzyczane przez nią słowo. I pewnie nie powinien mieć większych wątpliwości co do tego, że i ona zdołałaby na każde zdanie odpowiedzieć równie szybko, dzięki czemu ta przyjacielska wymiana uprzejmości mogłaby potrwać jeszcze jakiś czas… Gdyby ostatecznie nie wtrącił się w nią jakiś idiota, który nie mógł po prostu wyminąć dwóch samochodów bez wciskania klaksonu w taki sposób, jakby liczył na to, że dzięki temu te usuną mu się z drogi. Zaskakujące – nie usunęły się. Za to kierowca odprowadzony z miejsca przez bluzgi wykrzyczane na dwa głosy najwyraźniej nie miał zbytniej ochoty angażować się w tę sytuację bardziej. Całkiem zresztą słusznie…
Oni natomiast pewnie mogliby po chwilowej przerwie po prostu wrócić do wydzierania się na siebie i dalszego trwania przy swoim. Co prawdopodobnie mogłoby zająć jeszcze nieco czasu, ani odrobinę nie przybliżając ich przy okazji do jakiegoś wyjaśnienia sprawy. Najwyraźniej jednak wspólne skierowanie irytacji na kolejną zupełnie przypadkową osobę – nawet jeśli tylko chwilowe – mogło całkiem skutecznie rozładować atmosferę. Podobnie jak wiązana wymiana ognia i papierosów.
Niestety, jeśli więc gdzieś w okolicy – może nawet nie takiej najbliższej – przysłuchiwał się tym krzykom jakiś postronny świadek, który liczył na równie emocjonujący ciąg dalszy, musiał bardzo rozczarować się nagłym wyciszeniem obu stron.
Do tego akurat jakoś mi się nie spieszy… – mówił o wzywaniu policji, czy wykorzystaniu okazji i ucieczce? Tego najwyraźniej musiała już domyślić się sama. Zwłaszcza, że kompletnym kłamstwem byłoby stwierdzenie, że możliwość odjechania z miejsca i zapomnienia o całej sprawie nie pojawiła się ponownie w jego głowie jako całkiem kusząca opcja. Musiał przecież oddać jeszcze ten cholerny samochód, przedstawić jakąś wiarygodną historię jego właścicielowi… Może więc nie było potrzeby, żeby wciąż marnował czas na wyjaśnianie czegoś, czego wcale nie było potrzeby wyjaśniać…?
Po raz drugi jednak zwalczył chęć mocniejszego wciśnięcia gazu i w ostatniej chwili skręcił na ten nieszczęsny parking. Może trochę zbyt ostro, nie zawracając sobie głowy takimi nieistotnymi szczegółami jak jakieś tam kierunkowskazy, ale… ostatecznie nie zwiał. Nawet jeśli absolutnie wszystko podpowiadało, że tak przecież byłoby dużo wygodniej, bez konieczności dłuższego zawracania sobie głowy czymś, czemu pewnie nawet nie warto było poświęcać aż tyle czasu.
Dobra, nie chcemy policji, co do tego się zgadzamy – zaczął, wysiadając z samochodu i zatrzaskując za sobą drzwi. – A skoro tak… to chyba możemy po prostu rozjechać się w swoje strony i uznać, że każde bierze na siebie swój… albo nie do końca swój samochód…?
Oparł się o maskę, licząc w duchu na to, że ta sugestia miałaby spotkać się z aprobatą drugiej strony. Zwłaszcza, że z jego perspektywy brzmiała całkiem nieźle – kosztów naprawy jej samochodu raczej nie miał ochoty brać na siebie, a jeśli chodziło o ten prowadzony przez niego… pewnie przy odrobinie szczęścia byłby w stanie zagadać z jego właścicielem w taki sposób, by wykręcić się również od tego. Opcja mało prawdopodobna, ale na pewno nie niemożliwa. A skoro tak, to wciąż warto było brać ją pod uwagę. Zakładając oczywiście, że powieść miałaby się również pierwsza część skleconego na poczekaniu pomysłu i jedyną odpowiedzią na jego słowa miałoby być bezproblemowe przytaknięcie.

Cassandra Layton
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
26 y/o
For good luck!
161 cm
Krupierka oraz kasjerka kasynowa, dorabi Casino & Racetrack Woodbine/The Painted
Awatar użytkownika
I'm not clearing any rumours. I probably did do it, and if I didn't I might.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Kwestia tego, skąd zna mężczyznę, nie dawała jej spokoju. Łatwiej się myślało, gdy już udało jej się trochę ochłonąć. Wciąż bolała ją głowa, była zmęczona, ale przynajmniej nie musiała martwić się policją. Uwierzyła, że on również nie chce ich angażować. Wydawało się, że ich drogi rozejdą się właśnie tutaj, gdy Cassie nagle doznała olśnienia.
Podniosła się gwałtownie, momentalnie tego żałując, gdy poczuła silniejszy uścisk w okolicach skroni. Przypomniała sobie, skąd się znali. Dante, no przecież. Parsknęła śmiechem, widząc, jak bardzo jest nieświadomy tego, z kim rozmawia. Nic dziwnego, że nie skojarzyła tego od razu — wydawało jej się, że to było całe wieki temu. Rzadko wracała myślami do tamtego okresu. Nie lubiła o nim myśleć, nie były to miłe wspomnienia. Poznała wiele rodzin, ale żadna nie zastąpiła tej, z której ją zabrano. Dante był jednak osobą, która pomogła jej to przetrwać. Wysłuchał jej, gdy potrzebowała wyrzucić z siebie całą złość i frustrację. Milczał, gdy musiała się wyciszyć, bo wewnątrz robiło się zbyt głośno. Spędzali czas, robiąc to, na co tylko mieli ochotę, nie myśląc o konsekwencjach. Ciężko stwierdzić, kto miał na kogo gorszy wpływ. Zabawne, że po takiej przerwie spotykają się właśnie w taki sposób. Znowu od kłótni — chociaż tym razem go nie uderzyła. Czuła w kościach, że już kiedyś się kłócili.
Wiem, czemu cię nie rozpoznałam od razu, ale dlaczego ty mnie nie? — zapytała rozbawiona. — Pomogę ci. Cassandra Layton. Byliśmy sąsiadami, kiedy byłam w rodzinie zastępczej. Jeździłam na łyżwach?
Jeździła na łyżwach to było lekkie niedopowiedzenie, ale bardzo chciała uniknąć pytań na ten temat. Nie była pewna, co jeszcze mogłaby powiedzieć, żeby odświeżyć mu pamięć. Może była w błędzie i właśnie napastowała jakiegoś zupełnie obcego faceta? To był zdecydowanie najgorszy scenariusz. Fala wspomnień zalała jej myśli, a na ustach pojawił się szerszy uśmiech. Było jej jeszcze bardziej głupio za tę stłuczkę, a nawet za to, że tak się uniosła. Miała nadzieję, że nie będzie jej miał tego za złe. Zmienił się — przynajmniej z wyglądu. Z charakteru zapewne też. Minęło tyle lat, mógł już nie być tą samą osobą, którą zapamiętała. Ona na pewno nią nie była.
Przepraszam, że tak krzyczałam. Szczerze mówiąc mam okropnego kaca — wyjaśniła. To było dziwnie słodko-gorzkie uczucie, zobaczyć go raz jeszcze. Jakby na chwilę cofnąć się w czasie i uświadomić sobie, jak bardzo wszystko zdążyło się zmienić. — Dobrze wyglądasz.
Kiedy widzieli się ostatni raz, była przekonana, że ich drogi już nigdy więcej się nie skrzyżują. Z czasem przyzwyczaiła się do ulotności życia. To, co dobre, przemijało szybko. Ludzie, na których ci zależało, odchodzili. Tak już było. Nauczyła się, że łatwiej się z tym pogodzić, niż wciąż z tym walczyć. To była walka z wiatrakami. Ktoś kiedyś powiedział jej, że jeśli twoje drogi z kimś naprawdę się rozeszły, to już nigdy więcej nie spotkasz tej osoby. Najwidoczniej między nimi to jeszcze nie był koniec.
Mogę cię uściskać? — zapytała, wyciągając ręce w jego stronę. Kiedyś nawet by nie pytała, po prostu by to zrobiła. Teraz jednak wolała go nie zaskakiwać nagłym kontaktem, którego mógł sobie nie życzyć. Przez chwilę zawahała się, jakby dopiero teraz przyszło jej do głowy, że może wcale nie chcieć z nią rozmawiać. Nie miałaby mu nawet tego za złe. Byłoby jej tylko trochę przykro. Ale jakoś by to przełknęła.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W przeciwieństwie do niej, zdążył chyba zapomnieć już o przelotnym wrażeniu, że skądś mógłby ją prawdopodobnie kojarzyć. Najwyraźniej chwilowo ważniejsze było względnie szybkie i bezproblemowe załatwienie kwestii stłuczki – najlepiej wliczając w tę bezproblemowość również przeprawę z właścicielem samochodu. Nie zastanawiał się więc, skąd miałoby wziąć się odczucie, że mogłaby wyglądać znajomo, prawdopodobnie nawet nie starał się przypasować żadnego imienia do jej twarzy i… raczej nie spodziewał się ani gwałtownego podniesienia z ławki, ani śmiechu po jego sugestii rozwiązania wspólnego problemu. Nic więc dziwnego, że w pierwszej chwili przeszło mu przez myśl, że ta najwyraźniej nie miała spotkać się z ciepłym przyjęciem i że prawdopodobnie cała sprawa wcale nie będzie aż tak bezproblemowa, jak mógłby sobie tego życzyć.
Spodziewając się czegoś zupełnie innego, potrzebował przynajmniej krótkiej chwili, żeby faktycznie przyswoić sobie jej kolejne słowa. W pierwszym odczuciu jej pytanie pozostało zresztą kompletnie niezrozumiałe – niby wszystkie słowa brzmiały całkiem znajomo i logicznie, ale sens całkowicie gdzieś umykał. Imię, zwłaszcza w połączeniu z nazwiskiem, zdecydowanie zmieniało za to sytuację i rzeczywiście całkiem skutecznie odświeżało pamięć – już nawet bez przywoływania kolejnych faktów.
Pewnie dlatego, że minęło co najmniej jakieś sto lat od kiedy widzieliśmy się ostatnio. I wyobraź sobie, że wcale nie jesteś jedyną osobą, która mogłaby wydzierać się na mnie, kiedy kompletnie nie ma racji – roześmiał się, tym razem przynajmniej rzeczywiście przyglądając się jej nieco uważniej. Jednocześnie dochodząc przy tym do wniosku, że faktycznie powinien rozpoznać ją zdecydowanie wcześniej – nawet jeśli obydwoje zdążyli znacząco zmienić się od czasu ich ostatniego spotkania, to… wciąż przecież nie była to jakaś tam przypadkowa znajomość, która mogłaby zacząć się i skończyć podczas ledwie jednej wspólnej imprezy. Współdzielili naprawdę sporo wspomnień, w jej twarzy wciąż można byłoby odnaleźć całkiem sporo znajomych szczegółów, a jednak… rzeczywiście jej nie rozpoznał. I pewnie nie zdawałby sobie sprawy z tej wpadki przez dłuższy czas, gdyby Cassie nie wykazała się znacznie lepszą spostrzegawczością. Nawet mimo kaca.
Bez kaca też byś krzyczała, nie mogłaś się aż tak zmienić – wymownie wywrócił oczami, wciąż mimo wszystko nie mogąc pozbyć się uśmiechu z twarzy. Widocznie czasami warto było uszkodzić pożyczony samochód, żeby móc ponownie spotkać osobę, którą wiele lat temu bez większego wahania mógłby nazwać bliską. W końcu… kto wie, czy w ogóle mieliby okazję wpaść – w tym przypadku całkiem dosłownie… – na siebie znów, gdyby nie ta stłuczka.
Ty też, chociaż domyślam się, że to nie jest twój najlepszy dzień – ponownie roześmiał się, mimo wszystko wcale nie odpowiadając jej przecież kompletnym kłamstwem. Pewnie, przyglądając się uważniej może i dałoby się zwrócić uwagę również na całkiem nieźle widoczne objawy wspomnianego kaca, ale wciąż – najwyraźniej nie przechodziła go aż tak fatalnie, by nie można było całkiem szczerze odwdzięczyć jej się komplementem. Nawet jeśli ten wciąż miał wyraźnie żartobliwe zabarwienie.
Zamiast odpowiadać na jej kolejne pytanie, po prostu odepchnął się od maski samochodu i podszedł do niej, żeby rzeczywiście ją uściskać. Nie widział przecież żadnego powodu, by mógł mieć cokolwiek przeciwko temu. I pewnie nie widziałby go również wtedy, gdyby faktycznie zdecydowała się po prostu to zrobić, bez jakichś zbędnych pytań.
Chociaż nadal uważam, że to ty powinnaś nauczyć się jeździć, Cassie – może i powinien wcześniej przezornie się odsunąć, zanim ze śmiechem wypowiedział kolejne zdanie. Mimo wszystko nie zrobił tego, być może całkiem skutecznie udowadniając, że żaden instynkt samozachowawczy wciąż nie zdążył się u niego wykształcić.

Cassandra Layton
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
26 y/o
For good luck!
161 cm
Krupierka oraz kasjerka kasynowa, dorabi Casino & Racetrack Woodbine/The Painted
Awatar użytkownika
I'm not clearing any rumours. I probably did do it, and if I didn't I might.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Dante nigdy nie był szczególnie wzruszony jej krzykami — inaczej pewnie nigdy nie udałoby im się zaprzyjaźnić. Odpuściła dalszą kłótnię o to, kto miał rację. Resztę dnia mogliby spędzić na sprzeczaniu się o coś zupełnie nieistotnego. Zdążyli już dojść do porozumienia, że każde z nich zapłaci za swoją szkodę. Cassie nie należała do osób, które łatwo odpuszczają, a Dante był równie uparty. Zawsze to w nim lubiła. Był godnym przeciwnikiem, jeśli chodziło o podejmowanie głupich decyzji. Przy nim łatwo było być sobą — bez filtrowania słów, bez kalkulowania reakcji, bez tych obaw, które pojawiały się przy innych. Nie oceniał. A nawet jeśli, robił to w sposób, który nie bolał. Dziś myślała o tym, z iloma osobami straciła kontakt, choć kiedyś wydawało jej się, że będą stałą częścią jej życia. Może nieświadomie wymanifestowała ich spotkanie — szkoda tylko, że kosztem jej auta.
Objęła go, ściskając mocno, jakby próbowała go udusić. Na moment zamknęła oczy, chowając twarz gdzieś przy jego ramieniu. Chciała mu powiedzieć wszystko, co wydarzyło się od ich ostatniego spotkania. Tylko nie wiedziała, od której tragedii zacząć. Wspomnienia były rozrzucone, poszarpane, jakby ktoś wymieszał je i wyrzucił bez żadnego porządku. Ciężko było przypisać je do konkretnych dat. Liczby zawsze były dla niej trudne do zapamiętania. Nie zwracała większej uwagi na to, jaki był dzień tygodnia — dzieliła je na dwie kategorie: dni pracujące i dni wolne. A odkąd zaczęła pracować w weekendy, nawet ten podział przestał mieć sens. Weekend przestał być czymś wyjątkowym, czymś, na co się czeka. Imprezę można było zorganizować w poniedziałek, o ile tylko znalazło się chętnych. A jeśli nie — jakiś bar zawsze był otwarty. Czas przestał mieć dla niej znaczenie, a kiedy widzieli się ostatnio, było zupełnie odwrotnie. Miała jasny cel, konkretny deadline i plan działania. Była zdeterminowana, skupiona, pewna kierunku, w którym zmierza. To już dawno przeminęło. Należało do przeszłości. I choć uśmiechała się tak samo, to oczy zdradzały coś zupełnie innego — smutek, który zadomowił się w niej na dobre i nie zamierzał się wynosić. Nie była już tą osobą, która go wtedy żegnała, przekonana, że wszystko zmierza ku lepszemu. Wtedy naprawdę wierzyła, że już wszystko będzie dobrze.
Czy to za wcześnie, żebym zaproponowała napicie się za stare czasy? — zapytała, rozbawiona. Nie pracowała dzisiaj, mogła więc sobie pozwolić. A jedno z najlepszych przysłów mówiło przecież, że czym się strułeś, tym się lecz. — Mieszkam niedaleko, więc możemy skoczyć do mnie albo do ciebie. Nie mam żadnych planów… ale robię się coraz bardziej głodna.
Miała cichą nadzieję, że przyjmie jej propozycję i będą mogli porozmawiać dłużej. Chciała usłyszeć w najdrobniejszych szczegółach, co robił przez cały ten czas. Zapytać go, czy był zdrowy. Czy był szczęśliwy. Liczyła, że los dla niego był łaskawszy. Że oszczędził mu kłopotów, które tak chętnie rozdawał innym. Odsunęła się, wciąż trzymając dłonie na jego ramionach. Przyjrzała mu się uważnie z każdej strony, jakby przed chwilą upadł, a ona sprawdzała czy niczego sobie nie połamał. Proponowała spotkanie jak za dawnych czasów — paczka papierosów, butelka wina, głośna muzyka. Pora była może niezbyt odpowiednia, ale nigdy nie przywiązywali większej wagi do tego, co wypada, a co nie. Liczyło się tylko to, że przez kilka godzin mogli udawać, że nic się nie zmieniło. A może właśnie tego potrzebowali najbardziej.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Dzielnica Mieszkalna”