-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Mimo słów, mimo tego lekkiego tonu, nie cofnęła się ani o krok. Jej dłoń pozostała w jego uścisku, ciepła, spokojna, jakby ten kontakt był czymś naturalnym i oczywistym. Czuła go obok, jego obecność, ciężar spojrzenia, to skupienie, które wciąż próbował utrzymać gdzieś pomiędzy drogą a nią.
I to powinno jej wystarczyć, a jednak nie wystarczyło.
To było ledwie muśnięcie; ułamek sekundy, w którym coś przesunęło się nieznacznie pod powierzchnią. Myśl, która pojawiła się nagle i równie szybko powinna była zniknąć, a zamiast tego zostawiła po sobie ślad.
Bo nie odpowiedział.
Nie przytaknął, nie zaprzeczył. Nie odniósł się do tego jednego pytania, które, choć rzucone niby lekko, nie było wcale tak niewinne, jak mogło się wydawać.
Przez moment patrzyła przed siebie, ale jej wzrok nie rejestrował już drogi. Zbyt dobrze znała siebie, żeby nie zauważyć tej zmiany, tego drobnego napięcia, które osiadło gdzieś głęboko, tuż pod mostkiem. Wiedziała, że już dawno przekroczyli granicę zza której nie było prostego powrotu; że to nie była już tylko gra, nie tylko chwile wyrwane pomiędzy zmianami, nie tylko coś, co można było zamknąć i zostawić za sobą bez konsekwencji.
Ten moment m i n ą ł.
Odwróciła głowę w jego stronę, a na jej ustach znów pojawił się uśmiech, miękki, spokojniejszy niż wcześniej, bo świadomie zdecydowała się go utrzymać, mimo tej jednej myśli, która zdążyła już się zakorzenić. - Zróbmy to - wzruszyła delikatnie ramieniem, jakby to była najprostsza decyzja na świecie. - Zatrzymajmy się gdzieś na noc. Pierwszy hotel, który pojawi się na trasie, to będzie nasze miejsce - na moment zamilkła, ale jej spojrzenie nie odsunęło się od niego ani na sekundę.
Zanim zdołała zrezygnować, odezwała się znowu: - Powiedz mi coś szczerze - dodała po chwili, ciszej, choć w jej głosie nie było wahania. - Co właściwie jest między nami, Rhys? - nie było w tym pytaniu oskarżenia ani presji, nie było napięcia, które mogłoby zamienić je w początek kolejnej kłótni. Była w nim za to szczerość, której wcześniej unikali - oboje, konsekwentnie, jakby nazwanie tego, co się między nimi działo, miało nadać temu ciężar, którego nie byli pewni czy chcą unieść.
A jednak padło.
I choć jej twarz pozostała spokojna, a uśmiech nie zniknął całkowicie, gdzieś głęboko poczuła to znajome, ciche napięcie, osiadające ciężko na dnie żołądka; nie z lęku przed odpowiedzią, ale z pełnej świadomości, że tym razem nie będzie już miejsca na półśrodki.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie spodziewał się za to z o s t a n i a.
To było jej śledztwo - nawet, gdyby inicjatywa leżała po jego stronie nie chciał, by myślała, że znów odciąga ją od miejsca, w które pcha ją intuicja. Gdy jednak sama zaproponowała, by zatrzymali się w pierwszym miejscu, które znajdzie się na drodze i spędzili jeden dzień normalnie, jak normalna para, to nienazwane uczucie w jego wnętrzu wzmogło, zaciskając dłoń na kierownicy. Uświadamiając mu, jak bardzo sam miał na to ochotę - nawet ze świadomością nieuchronnego końca.
- Czy mam liczyć zajazd dla tirów? - odrzucił z rozbawieniem, zerkając na znak na drodze. Zerknął w jej stronę, w czas by dostrzec, jak emocje na jej twarzy ulegają zmianie. - Czy to zaszkodzi twojej reputacji?
Reputacja nie miała znaczenia - tu nikt nie wiedział, kim było którekolwiek z nich.
Nagłe pytanie kobiety rozdarło ciszę, która zapadła po jego słowach. Sprawiły, że gdzieś w jego głębi coś się spięło, splątało w węzeł, zalegając jak nieprzyjemny ciężar w żołądku, choć jego ciało pozostało rozluźnione, pozbawione śladów stresu, który niósł się wraz z wagą takiego pytania.
Pytania, na które nie potrafił odpowiedzieć.
Jak miał wytłumaczyć jej, że była pierwszą osobą, o której myślał każdego dnia, otwierając oczy we własnym łóżku? Że każdego dnia wkraczając do komisariatu był w stanie w y c z u ć, czy przyszła już do biura przed nim, czy nie. Że rozpoznawał ją po sposobie jej chodzenia, po perfumach, z których korzystała, że słyszał jej głos i śmiech i wyodrębniał je nawet w pomieszczeniu pełnym gwaru innych ludzi.
Jej bliskość działała w sprzeczności na jego serce, jednocześnie budząc w nim ekscytację, jak i pozwalając mu odpocząć od ferworu pesymistycznych myśli. To czując jej ciężar na sobie był w stanie zapaść w sen i nie obudzić się z niego w środku nocy, niezdolny do kontynuacji. To mając wspólne plany z nią miał chęć wchodzić na komisariat i wykonywać swoją pracę. To pragnąc widzieć uśmiech na jej twarzy, błysk w oku, ryzykował tym balansem, który wypracował sobie w życiu, jadąc właśnie na spotkanie z mężczyzną zastraszonym przez mafią. Mafię, dla której o n pracował.
I to wszystko go p r z e r a ż a ło.
Oswoił się z myślą, że Margo stała się najważniejszą osobą w komisariacie ponieważ wiedział, że była niedopowiedzeniem. Stała się najważniejszą osobą w całym, pieprzonym Toronto i poza nim, punktem, do którego zmierzała jego grawitacja każdego dnia. Każdego dnia jego serce wyrywało się w jej stronę, z każdą interakcją miał wrażenie, że rozkochiwała go w sobie coraz mocniej, a on zapierał się nogami byle tylko nie móc na to pozwolić i nie dostrzegał, że znalazł się w punkcie, z którego nie było już odwrotu.
- Bardzo dobrymi kolegami z pracy, którzy czasem chodzą na kawę? - odpowiedział zdawkowo, z cieniem uśmiechu na ustach, uciekając w coś, co nie było bezpośrednią odpowiedzią, ponieważ bezpośredniość miała zbyt wielkie konsekwencje. - Takimi, którzy mogliby udać się do kapitana - dodał, choć bez żartu, bez wspominania o Evansie, ponieważ już dawno taka koncepcja przestała się mu się z nim kojarzyć. - I może oficjalnie stać się czymś więcej.
Dostrzegając znak jakiegoś noclegu - hotelu, domków w lesie, pola namiotowego, nawet nie zwrócił uwagi na treść - zwolnił, powoli zjeżdżając z głównej drogi w tamtą stronę.
- Dlaczego pytasz?
margo mercer
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
To przecież nie zaczęło się teraz. Nie w tej sekundzie, nie w tym samochodzie na drodze prowadzącej gdzieś poza miasto. To trwało od dawna, od pierwszych spojrzeń, które były zbyt długie jak na zwykłą uprzejmość, od pierwszych rozmów, które wykraczały poza zawodowe ramy, od momentu, w którym zamiast dystansu pojawiło się coś znacznie trudniejszego do kontrolowania.
Na początku wydawało się, że prędzej się pozabijają niż znajdą wspólny język. Był irytujący, zamknięty, nieprzystępny, czyli dokładnie taki jakich zwykle omijała szerokim łukiem. A jednak z jakiegoś powodu została zamiast zrezygnować; zaczęła go rozumieć, kawałek po kawałku odkrywając pod tą warstwą chłodu coś co przyciągało ją coraz mocniej.
Zanim zdążyła się zorientować, znalazła się dokładnie w t y m miejscu.
Lgnęła do niego bezwiednie, jakby to było jej pisane. Szukała go spojrzeniem w pomieszczeniach pełnych ludzi, wyłapywała jego obecność szybciej niż powinna, łapała się na tym, że jej dzień układał się wokół jego obecności. Nawet te wszystkie głupie pomysły, jak Evans, zaczepki i prowokacje nigdy nie były przypadkiem. Były próbą, pchnięciem go do przodu, zmuszeniem żeby przestał się cofać w ostatniej chwili i w końcu zrobił krok, który wisiał między nimi od dawna.
Ona ten krok zrobiła już dawno.
Chciała go w c a ł o ś c i. Bez niedopowiedzeń, bez cofania się, bez udawania, że to co między nimi było, dało się zamknąć w bezpiecznych ramach. Chciała dzielić z nim nie tylko pracę, nie tylko te urwane chwile, ale w s z y s t k o to co zaczynało się dopiero wtedy, gdy kończył się dzień. Poranki, które nie wymagały powrotu do własnego mieszkania. Wieczory, które nie kończyły się rozstaniem przy drzwiach. Nic z tego nie wydawało jej się błędem, nie w jego przypadku.
Uśmiechnęła się lekko, w końcu odrywając myśli od tego wszystkiego, co przez te kilka sekund zdążyło przetoczyć się przez jej głowę. - Pytam, bo lubię wiedzieć - odpowiedziała spokojnie, zerkając na niego z boku. - Lubię być pewna - jej głos był miękki, pozbawiony zaczepności, ale nie było w nim też napięcia, które choć lekko ścisnęło jej żołądek przed paroma minutami, to po jego słowach całkowicie uleciało. - Uczucia nie bardzo idą w parze z kontrolą, a wiesz jak uwielbiam ją mieć.
Nie zareagowała, gdy zjechał z drogi, o nic nie zapytała, ani niczego nie skomentowała. Pozwoliła mu wybrać; pierwszy raz tak wyraźnie, bez ingerencji i bez potrzeby przejęcia sterów.
Oparła głowę o zagłówek i na moment przymknęła oczy, a uśmiech, który pojawił się na jej ustach był niemal niezauważalny. - Jak zamykam oczy, to potrafię to zobaczyć - westchnęła lekko, jakby sama była tym zaskoczona. - Nas, bez wszystkiego wokół, i wcale nie wygląda to źle - otworzyła oczy dopiero po chwili, kierując spojrzenie z powrotem na niego. Uśmiechnęła się odrobinę szerzej, znacznie lżej, bo jednak była pewna.
Pewna jego. Pewna ich.
I tego, że wchodząc w t o całą sobą,
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wstępując do policji był człowiekiem zasad, jak niemal wszyscy, ambitni rekruci pragnący coś zmienić w świecie, który uważali za zepsuty. Na przestrzeni lat w miarę, gdy jego błyszcząca odznaka odkrywała coraz więcej chowającej pod spodem zgnilizny zaczynał rozumieć, że jakkolwiek próbowałby namalować swoją rzeczywistość z pomocą czerni i bieli, szybko zabraknie mu odpowiednich kolorów pośrednich.
Odkąd utrata, impulsywność i chwilowa niepoczytalność zaciągnęły go do progu Mimmo's, ta elastyczność nabrała rozpędu. Wszystkie zasady, w które stale wierzył, stały się nieaktualne - ale potrzebował ich, by dalej funkcjonować. Jedna za drugą, wyginał je, zmieniając ich znaczenie, dodając wyjątki i precedensy tak, aż zaczęły przypominać karykaturę tego, czym były kiedyś.
A jednak Margo sprawiała, że ta elastyczność docierała do pewnych limitów.
Potrafił zbliżyć się do niej powtarzając sobie, że jest to płytki, nieznaczący nic romans - jedynie efekt bliskości, chwilowego pożądania. Potrafił zjawiać się w progu jej mieszkania wmawiając sobie, że to wszystko było c h w i l o w e. Lgnął do niej całym sobą, jednocześnie wmawiając sobie, że utrzymuje dystans, ma kontrolę nad sytuacją, która była jej kompletnie pozbawiona.
Widząc nadciągającą przepaść, potrafił przekonywać samego siebie, że wciąż miał wystarczająco czasu by skręcić. By usunąć wszystko to, co zrobił w ciągu ostatnich miesięcy, wymazać każde wyszeptane jej kłamstwo. Dokonać ostatniego targu z diabłem, zrobić to, czego Carbone'a od niego chciał i na zawsze zostawić przeszłość za sobą by móc budować coś innego, coś, co nie sądził wcześniej, że w ogóle było mu pisane.
Ale jakaś jego część miała świadomość tego, że jego starania były z góry skazane na porażkę. Że nawet, jeśli uda mu się wyjść z Mimmo's po raz ostatni i nigdy nie obejrzeć się w tył, zabrnął w to wszystko zbyt daleko, by przeszłość nie miała nigdy sięgnąć po niego swoimi szponami.
Każde kłamstwo wypowiadane w jej stronę stawało się coraz trudniejsze.
- Czy potrzebujesz mojej pisemnej deklaracji? - odrzucił na wzmiankę o jej potrzebie kontroli, balansując między prawdą, a kłamstwem - w tym miejscu, w którym czuł się komfortowo, mówiąc wszystko a jednocześnie nie mówiąc nic. - Innym się to nie spodoba - dodał z westchnieniem, ale rozbawienie na jego twarzy wyraźnie wskazywało, że słowa nie miały żadnego związku z prawdą.
Nie było żadnych i n n y c h.
Samochód wjechał na wąską drogę prowadzącą przez las. Sporadycznie przy niej tkwiły znaki informujące o miejscu, w którym mogliby się zatrzymać. Jego wzrok pozostał skupiony na drodze, śledził linię drzew, które mijali, ale oczami wyobraźni dostrzegał to, co opisywała.
I pragnął ten widok odgonić, wiedząc, że nie ma szansy na spełnienie.
- I jak to wygląda? - odwrócił na moment głowę, przyglądając jej się gdy przymknęła powieki. Rozmowa o hipotetycznej przyszłości była prostsza do zniesienia gdy pozostawała w tej fazie wyobrażeń nawet, jeśli jego serce desperacko pragnęło ją urzeczywistnić. - Twoje mieszkanie jest za małe dla nas dwojga, a moje jest w dzielnicy, której nie lubisz - dodał z roztargnieniem, jakby to był dealbreaker, który stał im na drodze.
Jakby nie było nim coś znacznie gorszego.
margo mercer
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tak było teraz.
Było niewiele rzeczy, które potrafiły to zmienić. Niewiele, które były w stanie odwrócić ją od kogoś raz na zawsze, bez oglądania się w tył. Nie potrzebowała długich wyjaśnień ani skomplikowanych powodów - wystarczało jedno. Z d r a d a.
Nauczyła się tego kilka lat wcześniej, w sposób, którego nie dało się zapomnieć ani rozmyć z czasem. Cztery lata temu była kimś zupełnie innym. Bardziej miękka, bardziej ufna, jeszcze nieprzyzwyczajona do tego, że ludzie potrafią łamać coś, co wydawało się nienaruszalne. Wtedy wierzyła, że jeśli coś jest wystarczająco silne, to przetrwa wszystko. Miłość - ta prawdziwa, nie wymaga ciągłego sprawdzania i kontrolowania.
Miał na imię Adam i był jedynym mężczyzną przy którym naprawdę pozwoliła sobie myśleć o przyszłości w kategoriach czegoś stałego. To z nim wyobrażała sobie dom, wspólne poranki, rzeczy, które wtedy wydawały jej się zbyt odległe, by traktować je poważnie. I to on w najprostszy możliwy sposób wszystko zniszczył.
Nie było w tym dramatu, wielkich wyznań ani skomplikowanych historii. Była inna kobieta i tyle. To było wszystko. Tamtego dnia nauczyła się, że niektórych rzeczy się nie naprawia; że nie ma powrotów do tego, co zostało złamane w taki sposób i że ona sama nigdy nie będzie potrafiła tego wybaczyć.
Dlatego później już nie próbowała, bo zdrada, w jakiejkolwiek formie, była dla niej k o ń c e m.
Relacja z Maddenem była pierwszą od tamtej chwili, w której pozwoliła sobie naprawdę się otworzyć. Może nie całkowicie, może wciąż z tą cienką warstwą kontroli, którą narzucała na siebie odruchowo, ale wystarczająco, by znów coś poczuć i przestać się cofać przy pierwszym sygnale, który mógłby oznaczać ryzyko.
Gdyby tylko podejrzewała, że to wszystko zmierza w stronę, z której nie będzie powrotu - nie tylko z bolesnym końcem, ale czymś znacznie gorszym, odwróciłaby się bez wahania. Zanim zdążyłaby się przyzwyczaić, urosnąć do czegoś, co teraz wydawało się nieodwracalne.
Ale nie wiedziała.
I nie mogła nic zrobić z tym, że jej serce, to samo, które kiedyś nauczyło się ostrożności, teraz znów wybierało jego.
Uśmiechnęła się lekko, odrywając spojrzenie od tej jednej myśli, która mogła pociągnąć ją w zupełnie inną stronę niż chciała. Za oknem krajobraz zmienił się niemal niezauważalnie, drzewa gęstniały, śnieg osiadał ciężko na gałęziach, a wąska droga wiła się między nimi, jakby prowadziła ich w miejsce odcięte od reszty świata. - Do tej pory miejsce jakoś nigdy nie było dla nas problemem, więc myślę, że poradzilibyśmy sobie i z tym - uniosła lekko brew, a w jej spojrzeniu pojawił się ten znajomy błysk, który zawsze zwiastował coś więcej niż tylko niewinne słowa.
Oparła się wygodniej, pozwalając myślom odpłynąć w innym kierunku, lżejszym i prostszym, który nie niósł ze sobą ciężaru decyzji. - Dom na przedmieściach nie brzmi źle. Nieduży i z ogrodem - mruknęła, a jej głos złagodniał niemal nieświadomie. - Pewnie zaniedbywalibyśmy psa przez swój pracoholizm, więc mielibyśmy kota, bo jest mniej wymagający - kącik jej ust drgnął lekko. - Duża kuchnia, bo uwielbiam gotować - zawiesiła na nim spojrzenie na ułamek sekundy dłużej. - I garaż dla twojego rzęcha - zaśmiała się cicho, odwracając wzrok z powrotem na drogę. W jej głosie było coś lekkiego, niemal beztroskiego, jakby wierzyła, że to wszystko było możliwe. - I najważniejsze, to miejsce musi być na tyle upierdliwe komunikacyjnie, żeby mój ojciec nie wpadał bez zapowiedzi.
Gdy droga zaczęła się zwężać jeszcze bardziej, mógł zwolnić prawie całkowicie, bo między pniami zaczęły wyłaniać się pojedyncze, drewniane domki, rozrzucone daleko od siebie, jakby każdy z nich istniał tu zupełnie osobno, bez potrzeby bliskości czegokolwiek innego. I to miejsce wydawało się być idealnym do tego, by na jeden wieczór zapomnieć o Rinaldim.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
We wspólne poranki i wspólne wieczory. W konwersacje kończące się w środku nocy i spokojną rutynę codzienności. W kłamstwo, jakim był zakupiony przed nim pierścionek - obietnica przyszłości, która nigdy nie miała należeć do nich.
Ich związek nie był pozbawiony wad. Już wtedy fundamenty jego wiary w słuszność systemu były mocno spękane, a do codziennej pracy wkradła się gorycz. Kłótnie wstrząsały jego mieszkaniem wielokrotnie, podważające słuszność całej relacji, oskarżające go o bycie trudnym i niewspółpracującym, ale zawsze kończyły się powrotem do bliskości, uczucia, które ich łączyło.
Po Sophie nie było nikogo.
Nie tak naprawdę. Pojedyncze, przelotne znajomości, krótkie lub na tyle powierzchowne, że nie były w stanie zapuścić korzeni głębiej. Te, które mogły mieć jakieś znaczenie natrafiały na warstwę wybudowanego przez niego muru, ich bliskość odrzucona przez niechętnego detektywa. Prawda była bowiem taka, że nie planował się do nikogo zbliżać, nie chciał narażać własnego, spękanego serca na powtórkę tego, co przydarzyło się wcześniej. Wersja osoby, którą się stał, nie zasługiwała na nikogo dobrego, a on z kolei nie szukał niczego poważnego wśród złych.
Margo zakradła się pod systemami obronnymi, które wzniósł przed laty, zręcznie przeszła po polu minowym i nawet się nie obejrzał, a już była tutaj. Blisko, z b y t blisko, a jednak nie potrafił jej odmówić.
Nie potrafił odmówić sobie tej chwili szczęścia i spokoju, nawet, jeśli miała się skończyć.
- Myślałem, że w fantazjach sięgamy trochę dalej niż robienie sobie kawy - odgryzł się, wyczuwając ten charakterystyczny ton, który jej słowom nadawał podwójnego znaczenia. Na jego twarz wpełznął szelmowski uśmiech. - Miejsce jest nawet t u t a j.
Parsknął, słysząc jej wizję idealnej przyszłości, skupiony na drodze ignorując to ukłucie w głębi, przypominające tęsknotę - za czymś, czego przecież nigdy jeszcze nie mieli.
- Myślałem, że to wyidealizowana wersja, a ty odmawiasz mi psa? - rzucił z teatralnym westchnieniem, jakby posiadanie zwierzęcia w ogóle leżało w sferze jego zainteresowań jeszcze pięć minut temu. - Twój ojciec posiada samochód. Musielibyśmy wynieść się z Kanady.
I znaleźć miejsce gdzieś indziej - chwilowo jednak to, do którego dotarli, wydawało się i d e a l n e. Małe domki rozrzucone w lesie, ewidentnie poza sezonem i w środku tygodnia. Żadnej atrakcji turystycznej przyciągającej turystów z daleka, brak natrętnych sąsiadów. Sam fakt tego, że tutaj wylądowali, wydawał mu się absurdalny. Nie pamiętał kiedy ostatnio był w miejscu takim jak to.
- Co będziemy jeść? I ubierać na siebie jutro? - rzucił, gdy samochód zaparkował już pod jednym z nich a w oddali pojawiła się sylwetka właściciela, ruszającego w ich stronę. Jego głos miał ton narzekania, ale na ustach malowało się rozbawienie. - Jesteśmy kompletnie na to nieprzygotowani.
margo mercer
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie cofała się, bo jeśli już coś w niej zapuszczało korzenie, nie była w stanie tego zatrzymać; nie potrafiła nagle przestać czuć, wycofać tylko dlatego, że istniało ryzyko. To nie leżało w jej naturze. Właśnie dlatego tak łatwo przeszła przez wszystkie jego mury nawet jeśli jemu wciąż zdarzyło się udawać, że stały nienaruszone.
Parsknęła cicho pod nosem na jego słowa, kręcąc głową, bo ten komentarz był absurdalny, choć uśmiech, który pojawił się na jej ustach, zdradzał coś zupełnie innego. - Wybacz, następnym razem lepiej się przygotuję. Od razu wrzucę wielką wannę na środek salonu, w której będziemy spełniać wszystkie twoje fantazje - mruknęła z rozbawieniem, posyłając mu krótkie, zaczepne spojrzenie.
Wizja, którą wysnuli, jeśli była tylko czczym gadaniem i równie dobrze mogła nigdy się nie wydarzyć, to miała w sobie coś kuszącego. Coś, co zostawiało po sobie ślad ekscytacji, jakby na moment mogli uwierzyć, że to wszystko naprawdę jest w ich zasięgu. Bo właściwie czy coś naprawdę stało im na drodze?
Samochód zatrzymał się i bez wahania odpięła pas, wysiadając na mróz, gdzie zimne powietrze uderzyło ją w twarz. Rozejrzała się krótko po okolicy, a widok rozrzuconych między drzewami domków wywołał na jej ustach lekki uśmiech. Gdy dostrzegła zbliżającego się właściciela, uniosła dłoń w krótkim, swobodnym geście powitania, jakby byli tu kolejny raz, a nie zupełnym przypadkiem.
Dopiero potem spojrzała na Maddena, unosząc lekko brew. - Nie przygotowałeś się nawet na jeden dzień? - rzuciła z rozbawieniem, opierając się biodrem o samochód. - Pisałam ci, że wyjeżdżamy. Jestem prawie pewna, że użyłam nawet słowa urlop - nie ciągnęła tego dalej, bo jego brak przygotowania był raczej zabawną niedogodnością niż realnym problemem. Nie miałaby nic przeciwko, gdyby rozpalił w kominku na tyle mocno, by musiał paradować po wnętrzu bez koszulki. Ten widok plasował się na samym szczycie jej ulubionych.
Właściciel podszedł do nich chwilę później; to było ledwie krótkie przywitanie, kilka prostych słów, klucze przekazane z ręki do ręki i wskazanie odpowiedniego domku. Bez zbędnych pytań, bez ciekawskich spojrzeń. Zostawił ich samych niemal natychmiast, jakby rozumiał, że właśnie t e g o tutaj szukali.
Gdy tylko znaleźli się w środku, Margo zdjęła z siebie kurtkę, rzucając ją niedbale na jedno z krzeseł i rozejrzała się uważnie po wnętrzu. Było prosto, ale przytulnie, dokładnie tak, jak powinno. - Jeśli znajdę tu coś sensownego, zrobię nam coś do jedzenia - chciała pójść do kuchni, ale zatrzymała się, zmieniając zdanie. Odwróciła w jego stronę, zrobiła dwa kroki i bez większego zastanowienia wsunęła dłonie pod jego ramiona, obejmując go swobodnie. Wspięła się lekko na palce, zbliżając usta do jego ucha. - Nie pozwolę ci tu zginąć.
I zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, musnęła jego usta w krótkim, ciepłym pocałunku.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie byłby w stanie jednak tego zaplanować nawet, gdyby chciał.
Oddalonej od cywilizacji miejscówki, do której przyjechali czystym przypadkiem. Małego, drewnianego domku otoczonego drzewami, zasłaniającymi nawet odległe, bliźniacze konstrukcje należące do właściciela - mężczyzny, który bardzo szybko się oddalił, dokonując z nimi bardzo improwizowanego targu na jedną dobę.
- Trzy godziny drogi żeby znaleźć zastraszonego przez mafię świadka przestępca nie brzmią jak urlop, Margo - odparł, gdy jeszcze znajdowali się na zewnątrz. - Ale może taka jest jego definicja według ciebie. Ja wolałbym Karaiby.
Umknął przed potencjalnie nadciągającym w jego stronę łokciem, zamiast tego skupiając się na dostaniu do ich tymczasowego lokum. Nie był osobą, która potrzebowała wiele i z pewnością nie zamierzał narzekać w tej chwili na c o k o l w i e k.
A przynajmniej nie na poważnie.
Wnętrze domku było chłodne, wyraźnie domagające się ognia buzującego w kominku. Zamykając za sobą drzwi, rozejrzał się wokół - po ozdobach wiszących na ścianach, wzmacniających rustykalny klimat, po miękkich obiciach dwóch foteli tkwiących naprzeciw kominka, podłużnym, drewnianym stole tkwiącym w części jadalnej. Nieco dalej widział aneks kuchenny, wyglądający na dość dobrze zaopatrzony.
Jednak nie on był w tej chwili na liście jego priorytetów.
Drzwi zamknęły się za nimi z łoskotem, oddzielając ich od świata zewnętrznego. Sięgnął do swojej kurtki, zsuwając ją z ramion i gotów był odrzucić ją na to samo krzesło, na którym wylądowała jej, gdy zatrzymała go odwracająca się kobieta.
Jego dłonie odruchowo skierowały się w stronę jej ciała gdy podeszła, szeptem przekazując swoją obietnicę. Jego usta wykrzywił przebiegły uśmiech gdy złożyła na nich swój pocałunek, ramiona owinęły się wokół jej talii, zamykając ją w objęciach.
- I co później? - mruknął w jej wargi, jego jedna dłoń spoczęła na plecach, druga sunęła w górę, w stronę splątanych włosów opadających na ramiona. - Znajdziemy butelkę wina, siądziemy przed kominkiem i będziemy opowiadać sobie historie z życia? - dodał, rozbawiony tym, jak p r o s t o to brzmiało. Pochylił się, składając pocałunek na kąciku jej ust, przenosząc się dalej - na jej zmrożony zimowym powietrzem policzek, na ostrą linię szczęki. - A może wyjdziemy na taras oglądać nocą gwiazdy? - kontynuował wymienianie, podczas gdy jego usta wędrowały po kobiecej szyi, wyraźnie niezainteresowane żadną z tych aktywności. - Tyle możliwości - mruknął, zanurzając rękę w jej włosach w sposób wyrażający niskie zainteresowanie obiadem, który miała im przygotować.
margo mercer