-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
– Ostatnim razem paczkę fajek. Na jakiejś imprezie. Liczy się…? – bez większego namysłu, prawie natychmiast uraczył mężczyznę odpowiedzią na zadane im pytanie. A skoro kwestia zabierania sanek akurat dziecku została już całkiem logicznie wyjaśniona przez Stonesa, przynajmniej w tym temacie nie dodawał już nic od siebie. Choć niestety nie oznaczało to wcale, że miałby dojść przy okazji do – całkiem pewnie słusznego… – wniosku, że może lepiej byłoby już całkowicie się zamknąć, dać się facetowi wykrzyczeć i po prostu nie denerwować go jeszcze bardziej.
– Czyli niedługo i tak pewnie same by się rozleciały, niewielka strata – wzruszył ramionami, ostatecznie postanawiając jednak podnieść się ze śniegu. Bo w końcu może i ten był zasadniczo dość wygodny, siedziało się całkiem przyjemnie, ale… zdecydowanie przyjemniej byłoby już oddalić się od krzykacza i jego połamanych sanek. Otrzepując się jednak ze śniegu, za to wraz z kolejnymi wywrzeszczanymi pod ich adresem słowami, miał okazję przekonać się, że ten miał najwyraźniej nieco inne plany.
– Posrało cię? Nic nie będziemy zbierać, a już tym bardziej naprawiać. Niby, kurwa, jak? – w porządku, jakoś przelotnie dotarło do niego, że faceta wcale nie obchodziło jak mieliby to zrobić. Ale chyba wciąż powinien uwzględnić, że byłoby to zadanie co najmniej niezbyt wykonalne – zwłaszcza biorąc pod uwagę warunki, ich obecny stan… i pewnie jeszcze parę innych okoliczności. Przede wszystkim to, że zdecydowanie nie zamierzali tego robić. A przynajmniej Dante nie zamierzał, postanawiając zadbać także o to, żeby Eric również nie wyrwał się nagle do bezcelowego składania zabytkowych sanek.
– Chodź, Stones. Gościa kompletnie pojebało, szkoda tracić czas – zarządził więc, przy okazji faktycznie odwracając się plecami do osiłka i postanawiając na pożegnanie pozdrowić go jeszcze uniesionym ponad ramieniem środkowym palcem. Jeśli ten miał ochotę, mógł sam zająć się składaniem tych cholernych sanek. On i Stones mieli przecież lepsze rzeczy do roboty. Na przykład zadbanie o utrzymanie właściwego poziomu alkoholu we krwi – bo zimowych zabaw chyba im obu w zupełności już wystarczyło. Zwłaszcza, że o tej porze i tak pewnie trudno byłoby znaleźć kolejnego dzieciaka, który zgodziłby się pożyczyć im swoje sanki. I to w dodatku takiego, który później nie nasłałby na nich swojego poirytowanego ojca…
Eric Stones
-
PC freezes? Oh well... let's go outside and throw snow balls at each other
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Mężczyzna natomiast słysząc słowa Dante, przewrócił oczami i pokręcił zaraz głową dając znać, iż nie, nie liczyło się, czego Eric nie rozumiał ale już zostawił to dla siebie.
- Gówno prawda! - odpowiedział facet, nie przyjmując do wiadomości, że te wielopokoleniowe sanki, mogłyby się wkrótce samoistnie zepsuć. Jakoś Eric nie chciał wierzyć, że gość przed każdym zabraniem sanek, sprawdzał czy się nadają albo traktował je jakimś specjalnym środkiem do drewna.
- Wiesz co Dante, następnym razem porozglądajmy się... albo nic, później Ci powiem. - odparł, przypominając sobie, że ktoś ich podsłuchuje, a po prostu chciał się podzielić tym, co mu przyszło do głowy i aby zamiast sanek, następnym razem pożyczyć jabłuszka. Ostatecznie sami je mogli kupić, bo drogie nie były. Zawsze też mogli zjeżdżać na workach na śmieci albo pudełkach po pizzy.
Stones słysząc Dante, energicznie pokiwał głową, bo nie miał zielonego pojęcia czy istniał jakiś specjalny salon naprawczy sanek, a po drugie.... miał o wiele ciekawsze rzeczy do roboty. Już naprawdę, wolałby je odkupić. Nagle jakby Stonesa oświeciło - w tle nieznajomy mężczyzna już zaczął warczeć (prawie jak rasowy buldog) po tym jak zobaczył środkowy palec Dantego, skierowany w jego kierunku.
- Od... znaczy, naprawimy je. - na te słowa, mężczyzna uniósł brew.
- Ale bez żadnych sztuczek. Mają do mnie wrócić w IDEALNYM stanie. - powiedział, a Eric pokiwał głową, przyjmując słowa faceta do wiadomości i biorąc zniszczone sanki.
- Daje Wam tydzień. Za tydzień w tym miejscu o dwudziestej. Inaczej... - wyciągnął telefon i zrobił zarówno Dantemu jak i Ericowi zdjęcie (z fleszem).
- Dopilnuję byście za to gorzko zapłacili. - Eric przetarł oczy bo bolały go po fleszu, a następnie zasalutował gościowi i odwrócił się do niego plecami. Gdy już znaleźli się o wiele dalej od typka, Eric zaczął się śmiać.
- Pewnie chcesz wiedzieć na co wpadłem, a więc posłuchaj. Poszukam w necie identycznych albo bardzo podobnych. Przemaluję je jeśli trzeba będzie i voila. - wyjaśnił, z dumą szczerząc się szeroko i unosząc dłoń, chcąc przybić piątkę z przyjacielem. Na pewno na ebayu ludzie sprzedawali identyczne sanki, a jak nie, to pójdzie do sklepu sportowego i tam popatrzy. Mimo wszystko, w internecie można było znaleźć praktycznie wszystko.
- To gdzie teraz idziemy? - spytał nagle, ciągnąc za sobą sanki. W sumie jak Dante chciał, to mógł sobie na nich usiąść - a przynajmniej tam, gdzie nie były zepsute.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
– Spoko, w sumie i tak była już prawie pusta – uzupełnił swoją wcześniejszą wypowiedź, kompletnie ignorując przy tym reakcję osiłka. Poirytowaną odpowiedź na sugestię, że zabytkowe sanki i tak miałyby się wkrótce same rozpaść, również postanowił zignorować. Bo przecież wiedział lepiej, nawet nie było sensu dyskutować na ten temat. Facet też powinien zdawać sobie z tego sprawę, nawet jeśli teraz próbował tym oczywistościom zaprzeczać.
Bardziej interesujące wydawało się być to, za czym Eric zamierzał rozglądać się następnym razem. Dante nawet przeniósł na niego zainteresowane spojrzenie, chwilowo całkowicie już zapominając o obecności jakiegoś wściekłego gościa, jednak Stones nie uznał za stosowne podzielić się swoim genialnym pomysłem. Pozostało więc jedynie wzruszyć ramionami i zbierać się z miejsca, zostawiając tutaj osiłka, jego połamane sanki i krążącego gdzieś w tle dzieciaka.
Albo raczej… można byłoby to zrobić, gdyby nie kolejne olśnienie Stonesa…
– No ciebie też chyba posrało… – mruknął słysząc jego deklarację i krzywiąc się chwilę później, kiedy oberwał fleszem po oczach. Dopuszczając jednak na moment do głosu jakieś resztki zdrowego rozsądku, przynajmniej raz postanowił faktycznie się zamknąć i nie wtrącać więcej, skoro istniała realna szansa na to, by facet zostawił ich wreszcie w spokoju…
– Słuchaj, mam lepszy pomysł – wywrócił oczami na kolejne słowa kumpla. – Po prostu to olejemy. Przecież gość nie może być aż takim debilem, żeby wierzyć w to, że będziemy latać po parku, żeby oddać mu jakieś durne sanki. A jakby nawet… to trudno.
Jasne, że nie miał najmniejszego zamiaru wywiązywać się z tej idiotycznej umowy. A jeśli trzeba będzie – zamierzał to również skutecznie wybić z głowy przyjacielowi. W ciągu tygodnia koleś mógł kupić sobie jakiekolwiek inne sanki, oni natomiast… mogli o całej sprawie zapomnieć.
– Napić się, przez tego kretyna prawie zdążyłem wytrzeźwieć – w sumie to nie, ale… napić się wciąż wydawało się być jedynym możliwym kierunkiem, w jaki mogliby się udać. – Kurwa, Stones. Weź wyjeb gdzieś te cholerne sanki.
Może jednak Eric chciał je sobie zachować na pamiątkę… Mimo wszystko nie dałoby się nie parsknąć śmiechem, zerkając na nie na moment i zastanawiając się, po jaką cholerę nadal ciągnął je za sobą…
/ zt
Eric Stones