30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To było tylko kwestią czasu.
Od samego początku, od momentu, w którym zamknęły się za nimi drzwi samochodu, od pierwszego spojrzenia, pierwszego dotyku, w s z y s t k o zmierzało dokładnie w tym kierunku. Każdy jej gest, każde muśnięcie dłoni, każde przeciągnięte spojrzenie było częścią tej samej gry, którą zaczęli jeszcze zanim wyjechali z miasta. I choć próbowała to rozciągnąć, nadać temu tempo, które pozwoliłoby jej nacieszyć się każdą chwilą, nie zamierzała sobie tego ostatecznie odmawiać.
To miejsce, cisza, brak świadków, brak konieczności udawania, dawało jej możliwość sprawdzenia jak to jest. Nie tylko wyobrażać sobie, ale naprawdę tego doświadczyć. Wejść z nim do środka bez oglądania się przez ramię, pozwolić sobie na coś, co w Toronto zawsze musiało kończyć się pół kroku za wcześnie.
Właśnie dlatego tak bardzo chciała to przeciągnąć. Złapać te kilka godzin i wycisnąć z nich każdą możliwą wersję normalności. Tę w której grali i tę w której byli sobą.
- Jasne, Skarbie, może być sok - odpowiedziała lekko, bez zawahania podchwytując jego ton, choć w jej spojrzeniu błysnęła zaczepność. - Zaraz po tym jak rzucisz palenie papierosów, bo to totalnie niezdrowe - uniosła brew, mierząc go tym wyzywającym spojrzeniem, które nie miało w sobie ani grama powagi; bardziej było zaproszeniem do dalszej gry niż jakimkolwiek rzeczywistym zarzutem. Jego nałóg był kolejną z długiej listy rzeczy, których nie zamierzała i nie chciała w nim zmieniać. Samej zdarzyło jej się palić, gdy wlała w swoje gardło o jeden kieliszek za dużo.
Zatrzymała się, obserwując go dokładnie, zupełnie zapominając o tym co działo się za jej plecami - o wodzie, która zaczynała cicho bulgotać, o patelni nagrzewającej się powoli na kuchence. Jej uwaga skupiła się wyłącznie na nim - na sposobie w jaki podwijał rękawy, na napięciu mięśni pod skórą, na tym jak pewnie i bez wysiłku zajmował się ogniem, jakby robił to setki razy.
Przełknęła ślinę zbyt w o l n o, wypuszczając powietrze c i ę ż e j niż zamierzała, zanim zmusiła się, żeby odwrócić wzrok. - Masz bardzo ładne dłonie - rzuciła nagle, niemal mimochodem, jakby to była pierwsza myśl, która po prostu wymknęła się na zewnątrz. Zaśmiała się cicho zaraz po tym, kręcąc lekko głową, bo była to dokładnie jedna z tych rzeczy, które zazwyczaj brzmiały lepiej przed wypowiedzeniem jej na głos.
Nie dała się jednak zbić z tropu. Otworzyła jedną z szafek, znajdując w końcu to, czego szukała - dwie szklanki, które zabrała ze sobą, ruszając w jego stronę, gdy tylko zaproponował alkohol. - Nie mają tu jakiejś złej whisky? - zapytała, zerkając przez jego ramię, odstawiając szkło na blat barku. - Po twojej odpowiedzi zaczynam się zastanawiać czy nie będę jej potrzebować. W d u ż y c h ilościach - ton głosu sugerował coś zupełnie innego niż słowa - nie było w nim ani cienia urazy, raczej czyste rozbawienie, podszyte czymś cieplejszym.
Odsunęła się o krok, ale nie na tyle, by wypaść z jego zasięgu. Jej dłonie same znalazły drogę - najpierw ostrożnie, potem pewniej wprost do jego przedramion. Opuszkami palców przesunęła powoli po odsłoniętej skórze, badając ją na nowo, jakby sprawdzała coś, co już wcześniej zdążyła zapamiętać.
Choć jej ruchy były lekkie i niemal niewinne, wszystko w nich mówiło jasno, że wracała dokładnie tam, gdzie skończyli, ignorując przygotowywaną kolację.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
35 y/o
Indulge in local cuisine
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zdrobniałe określenie nawet wypowiedziane sarkastycznym tonem brzmiało tak nie na miejscu, że niemal parsknął śmiechem gdy przecięło ciszę. Może dlatego, że nic w ich związku nie było tak s ł o d k i e, proste i bezproblemowe. Mercer była kobietą, która nieustannie przesuwała granice i patrzyła, na co mogła sobie pozwolić - przy okazji będąc całkowicie upartą, o mocnym charakterze i niechęci do podporządkowania się czemukolwiek. Ani nie była księżniczką, ani on nie był dla niej skarbem.
Ale doceniał to, że faktycznie nie próbowała go n a p r a w i a ć.
Nawet, jeśli w swojej naiwności dalej uważał, że nie ma żadnego problemu związanego z paleniem - że to nie nałóg, a zwyczaj, sposób na zajmowanie rąk, wymuszenie chwili relaksacji w trudnej i wymagającej pracy. Tak długo, jak tego nie sprawdzał, wierzył, że zawsze byłby w stanie przestać, po prostu nie chciał. Nie wychodził w końcu z ważnych spotkań by móc zapalić, nie budził się w środku nocy z chęcią sięgnięcia po papierosa - robił to bardziej z nawyku, w losowych momentach swojego dnia, w których pragnął chwili odpoczynku od natłoku spraw, lub gdy jego pięści zaciskały się bezwiednie ze złości, więc kierował swoje dłonie w stronę czegoś bardziej pożytecznego.
Dłonie, na których dostrzegł, że zawiesił się jej wzrok. Brwi mężczyzny uniosły się w górę w reakcji na jej zamyślenie, jak i na nietypowy komplement, który wyrwał się z jej ust prawdopodobnie nim zdążyła go powstrzymać.
- Często to słyszę - skłamał beztrosko, zerkając na swoje dłonie jakby przypomniał sobie, że w ogóle je posiada. W jego zielonych tęczówkach pojawił się szelmowski błysk, z którym schował butelkę wina z powrotem do barku, zamiast tego wybierając bourbon dla ich obojga.
- Margo, alkohol nie rozwiązuje problemów - cmoknął, unosząc butelkę wyżej by przeczytać nazwę na etykiecie. Z pewnością nie była to zła whisky. Odwrócił się, pochylając nieco głowę by spojrzeć na nią z góry, szelmowski wyraz uniósł kąciki jego ust w półuśmiechu, - Jeśli pijesz, żeby przestać myśleć, to i tak przegrywasz - dodał z westchnieniem, cytując słowa, które wypowiedziała do niego, jakby się wydawało, dekadę temu. We wnętrzu pustego biura, w środku nocy. W półmroku, który otulał ich jak pierzyna, przesuwając tę granicę między pracą, a czymś, co łączyło ich od samego początku.
Coś tak drobnego, jak jej dotyk na przedramieniu wystarczało, by na powrót rozniecać w jego wnętrzu płomień. Zastygł, tylko na chwilę - w tej chwili jednak wydarzyło się bardzo dużo. Oczami wyobraźni widział, jak odkłada butelkę, jak chwyta jej dłonie i przyciąga ją do siebie, skracając ten i d i o t y c z n y dystans, który ciągle utrzymywali na rzecz jakiejś gierki.
Ale w tej właśnie rywalizacji nie tylko ona potrafiła udawać, że było tysiące innych, atrakcyjnych rzeczy do zrobienia wokół.
Pochylił się, wkraczając w przestrzeń, w której świat pachniał wyłącznie nią, a ich oddechy mieszały się w jeden. Wsunął twarz pod kurtynę jej ciemnych włosów, włosów, które wyglądały najlepiej rozrzucone na jasnej pościeli, splątane i niezdolne do ujarzmienia.
- Woda się zagotowała - mruknął, zaczepiając ustami o płatek jej ucha. Jego oddech musnął wrażliwą skórę na szyi, gdzie zatrzymał się na zaledwie kilka sekund dłużej. - Czyżby coś cię rozpraszało?
Wyprostował się, niemal s i ł ą odsuwając od kobiety chwilę później, z przebiegłym wyrazem twarzy wracając do otwierania butelki, która wciąż tkwiła w jego dłoniach.
- W zasadzie to pierwszy raz, kiedy coś dla mnie gotujesz - westchnął, z udawanym wyrzutem chowającym się w słowach. - I n n y c h zapraszałaś do siebie na obiady, a mi tylko serwujesz kawę.

margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Uśmiech nie opuszczał jej ani na moment; już sam fakt, że tu byli wystarczał, żeby utrzymać go na jej ustach. Zmieniała się jedynie jego forma; raz był ostrzejszy, podszyty złośliwością, innym razem miękki, niemal nieuważny, gdy pozwalała sobie zapomnieć, gdzie kończy się gra, a zaczyna coś znacznie bardziej niebezpiecznego.
To co działo się między nimi, nie miało w sobie nic z prostoty, a jednak właśnie w tej komplikacji odnajdywała to, co trzymało ją przy nim mocniej niż powinna była na to pozwolić. - Jasne, jestem pewna, że chłopcy z komisariatu codziennie się nimi zachwycają - rzuciła lekko, przeciągając słowo w sposób, który jasno sugerował, że mogłaby pójść o krok dalej, ale tym razem świadomie postawiła kropkę, zostawiając resztę w domyśle.
Nie powstrzymała za to śmiechu, gdy odbił jej własne słowa, przywołując je z taką łatwością, jakby wcale nie minęło od tego czasu tyle rozmów, tyle sytuacji, tyle wszystkiego pomiędzy nimi. Odrzuciła głowę do tyłu, śmiejąc się szczerze, bez cienia powściągliwości, a echo tego dźwięku na moment wypełniło wnętrze domku, ocieplając je bardziej niż ogień powoli zajmujący drewno w kominku. - Jestem dumna z tego, jak pojętnym jesteś uczniem - odpowiedziała, zerkając na niego z tym charakterystycznym błyskiem w oczach, zdradzającym, że wcale nie zamierzała odpuścić, że wręcz przeciwnie, dopiero się rozkręcała.
Przez krótką chwilę naprawdę była blisko, zbyt blisko, by móc to zignorować. Impuls był natychmiastowy, niemal instynktowny, ciało wyprzedzało myśl, a myśl nie nadążała za tym, co chciała zrobić. Mogła zamknąć tę przestrzeń między nimi jednym ruchem, mogła pozwolić sobie na coś co od początku wisiało w powietrzu. Zamiast tego zacisnęła dłoń w pięść, odwracając wzrok tylko na sekundę, jakby potrzebowała tej jednej chwili, żeby odzyskać kontrolę. Przegrała punkt, będąc tego w pełni świadomą.
- Tak - odpowiedziała ciszej, kiedy zapytał czy coś ją rozpraszało, a w tym jednym słowie było więcej prawdy niż zamierzała mu dać. Odwróciła się na pięcie, wracając do kuchni, jakby to właśnie tam znajdowała się bezpieczna przestrzeń, w której mogła się schować. Sięgnęła po garnek, zamieszała wodę, która zdążyła już zagotować się zbyt mocno, wrzuciła makaron, może odrobinę zbyt gwałtownie w potrzebie zajęcia czymś rąk. - Nigdy tego nie chciałeś - dodała po chwili, już spokojniej, choć w jej głosie wciąż pobrzmiewała nuta zaczepności.- Mówiłam ci już parę razy, że świetnie gotuję, ale ty zawsze przychodzisz wyłącznie po j e d n o - oparła się biodrem o blat, sięgając po drewnianą łyżkę, mieszając sos bez większego zaangażowania.
- Możemy to zmienić, jeśli bardzo ci to przeszkadza - uniosła brew, odwracając głowę w jego stronę, zatrzymując na nim spojrzenie. - Mogę z innymi pić kawę, a dla ciebie gotować. To masz na myśli? - słowa były lekkie, niemal żartobliwe, ale celowo przesunięte o krok za daleko. Wiedziała, że gdyby on zasugerował coś podobnego, oberwałby rykoszetem bardzo szybko i bardzo precyzyjnie.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
35 y/o
Indulge in local cuisine
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Patrzył z rozbawieniem jak odwraca się na pięcie i dziarskim krokiem rusza z powrotem do kuchni jakby ta chwila, ten impuls w ogóle się nie wydarzył - samemu zostając w miejscu, otwierając z charakterystycznym dźwiękiem butelkę by nalać bursztynowego alkoholu do obu szklanek. Jeśli istniały nagrody w kategorii ciepło - zimno, każde z nich zdobyłoby co najmniej po jednym medalu. Ich przybycie do tego miejsca było całkowitym zaprzeczeniem zwykłej codzienności - i właśnie ta n o r m a l n o ś ć w ich przypadku była czymś szczególnym.
I on pragnął się tym nacieszyć.
Iluzją życia, które mogliby wieść w przyszłości - w małym domku na przedmieściach, z ogrodem, z psem kotem i wszystkimi tymi celami, jakie ludzie w związkach ustawiali na swojej drodze. Gdyby ktoś rok temu namalowałby taki obraz dla niego, prawdopodobnie wyrzuciłby go przez okno. Wydawałby mu się nudny, prozaiczny, zbyt przyziemny, zbyt spokojny dla kogoś, kogo noga non stop wędrowała pod stołem w górę i w dół, a jeden papieros pojawiał się w ustach nim końcówka poprzedniego zdołała zgasnąć.
Ale teraz ten sam obraz wydawał mu się kuszący.
Ponieważ z Margo nic nie było proste, przyjemne i nieskomplikowane. Była mieszanką sprzeczności, chęci stabilizacji a zarazem nienawiści do nudy. Pragnieniem jego bliskości przetykanym udawaniem graniem niedostępnej. Przesuwaniem granic, wrzucaniem go na głęboką wodę i patrzeniem, jak zareaguje. Wiedział, że z nią, nawet najbardziej sztampowa wizja przyszłości nie mogła być nudna.
Jego nogi poniosły go w kierunku kuchni, wbrew świadomości kolejnej rundy, która wybrzmiała w jej słowach. Patrzył, jak ciska makaron do garnka z wodą, pobudzając dziesiątki gorących kropel do wystrzelenia ze środka. Jak chwyta za drewnianą łyżkę i miesza nią w patelni, z której wydobywały się już aromatyczne zapachy.
Jak spodnie opinają jej biodra, gdy stanęła tyłem do niego, rzucając bezczelnymi komentarzami przez ramię.
- Przychodziłem do c i e b i e - poprawił ją, nieśpiesznym krokiem wkraczając do aneksu kuchennego. - Nie moja wina, że wyłącznie to mi oferowałaś.
Jego oczy zmrużyły się lekko w reakcji na okropieństwa, którymi postanowiła się z nim podzielić. Uniósł szklankę do ust, upijając mały łyk gorzkiego napoju, pokonując ostatni, dzielący ich dystans kuchennej sekcji. Zieleń jego tęczówek zasnuł cień, w karku pojawiło się to samo napięcie, z którym, bezwiednie, reagował na wszystkie tego typu insynuacje.
Stanął tuż przed nią, wbijając palec w biodro by odwrócić ją z powrotem tak, jak stała wcześniej - przodem do swojego gotowania, tyłem do niego. Dopiero wtedy przysunął się lekko, na odległość zdecydowanie mniejszą, niż wymagana do prowadzenia konwersacji. Dłoń z jego szklanką zawędrowała na blat, na który odłożył naczynie, nachylając się do kobiecego ucha.
- Myślałem, że to łączony pakiet - westchnął, obserwując, jak gotowała, podczas gdy jedna z jego rąk odgarnęła ciemne włosy na ramię, odsłaniając szyję z drugiej strony. - To dla kogo gotujesz... - mruknął, pochylając się jeszcze niżej, każde słowo wypowiadając wprost w gładką skórę kobiecej szyi. Przylgnął do jej ciała, pod pozorem zainteresowania jej poczynaniami, które prysły gdy jej biodra zostały przyparte do krawędzi kuchennego blatu. - Kiedy nie przyjmujesz mnie na kawie, Margo?

margo mercer
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”